Lojalnie nielojalni

Większość ludzi traktuje Internet jak konfesjonał. Wylewają w nim swoje żale, licząc na rozgrzeszenie. Dokonują tego chociażby za pośrednictwem bloga (co jest całkiem zrozumiałe) lub na przykład facebookowej tablicy (co jest dla mnie z kolei nieuzasadnionym wariactwem – albo i brakiem jakiegokolwiek pomyślunku, mniejsza). Taki wirtualny ksiądz, na którego postać składają się członkowie grona znajomych, nie dość, że pocieszy, to jeszcze nie zada pokuty, a i rację przyzna, bo dlaczego miałby zachowywać się jak pozbawiony zrozumienia typ? (A w niektórych przypadkach sprawiedliwy sędzia? Przecież Sieć jest świetnym miejscem pozyskiwania przyjaciół, którzy – skupieni na sobie, utwierdzeni w swej racji – nie potrzebują poznania prawdy, częściej podświadomie zabiegają o litość).

Istotnie, znając sytuację tylko z jednego źródła, przedstawioną w konkretnym świetle, jesteśmy w stanie z miejsca przyznać rację poszkodowanemu. Dopiero później część zastanawia się nad tym, czy postąpiła słusznie. Czy naprawdę tak było i czy właściwym było natychmiastowe przyznanie racji?
Niesamowicie zabawnym zjawiskiem jest stawanie po czyjejś stronie bez poznania racji drugiej strony konfliktu. Społeczeństwo rozleniwia się coraz bardziej. Można to zauważyć nie tylko w Sieci, ale i w telewizji. Kto mówi więcej i głośniej, ten wygrywa. Kto nie jest tak skory do dzielenia się swoimi opiniami, przeżyciami, projektami, co wynika nie tyle z niewielkiej siły przebicia, ale raczej założenia, że jeśli znajdzie się na tyle świadomy obywatel, to dotrze do meritum o własnych siłach. To ostatnie jest bez porównania lepsze, choć trudniejsze do osiągnięcia. Uwikłanych w zjawisko ludzi można porównać do chabety z klapkami na oczach, która daje się prowadzić wszędzie tam, gdzie zmusi ją woźnica za pomocą cugli oraz dzikiego mustanga, obdarzonego instynktem, pozwalającym mu o własnych siłach znaleźć zielone pastwisko, nawet jeśli odłączy się od stada. Wydaje mi się, że porównanie jest o tyle trafne, że mustangi – jeśli jeszcze nie wyginęły – to są niechybnie o krok od kompletnej zagłady.

Z drugiej strony, znając nawet połowę prawdy, można przyjąć stanowisko zgodne z etyką. Tam, gdzie dwie osoby są winne albo nie sposób ustalić głównego złego bohatera, wciąż istnieją pewne moralne wzorce. Z tym jednak osobiście mam spory problem. Za bardzo bronię „swoich ludzi”, żeby zgodzić się z nielubianą personą, nawet jeśli cała racja leży po jej stronie. To zdecydowanie nie jest poprawne. Ale i nie tak oportunistyczne jak włożenie do uszu stoperów i założenie na oczy czarnej maseczki, nie przepuszczającej promieni racjonalności.

Moja najlepsza przyjaciółka Jools, napisała jakiś czas temu całkiem dosadnie: nie licz na to, że kupię Twoje argumenty póki Ty nie kupisz moich. Później zostałam pochwalona za „fajne i mądre gadanie”, ale nie byłabym do końca szczera, gdybym nie dodała, że wytknięto mi następnie, że co z tego, skoro bliższa prawdy o sobie jestem, pieprząc bez ładu i składu? Reasumując: musisz chyba naprawdę kogoś znać, żeby umieć go ocenić. A nawet wtedy możesz popełnić błąd. A przy okazji, nawiązując bardziej do spraw prywatnych, jeden błąd piekła nie czyni. Życia polityka.