Stało się ze mną coś dziwnego. Próbuję to zmienić, ale nie mam siły. Może byłoby łatwiej, gdybym potrafiła zdefiniować, co mi jest. Tymczasem nie mogę. Nic nie mogę, chociaż tak bardzo chcę. Czuję tylko niepokój, że szczęście może mnie w końcu opuścić, że prędzej czy później noga mi się powinie. Czy chodzi o sesję? Pewnie częściowo. Ale w aurze wokół mnie wisi jeszcze jakieś niezdefiniowane robactwo. Nie czuję szczęścia, tylko napięcie, rzucam się w łóżku, nie mogąc zmrużyć oczu, a później, gdy wstaję po piątej, żeby zdążyć na stację PKP, umieram w pociągu, łaknąc odrobiny snu. Ktoś powiedziałby: stres z powodu nieróbstwa, wali ci się wszystko na głowę, sumienie i kofeina nie dają ci spać. Pewnie tak, ale zawsze umiałam w mistrzowski sposób odseparować się od poczucia winy oraz wmówić sobie, że wszystko będzie dobrze. Musi być.
Tymczasem ostatnio pisałam o tym, że jeżdżę bez biletu. Cap. Kanary. Pozdrawiam poznańskiego kontrolera ze szparą pomiędzy zębami, który nosi ohydne spodnie moro. Eat shit and die, motherfucker.
Tylko w pisaniu robię niejakie postępy. Dowiedziałam się o stawkach oferowanych przez wydawnictwa. Są zatrważające, jak powiedziała Jools, prawdziwa praca nas nie ominie. Teraz rozsyłam więc swoje CV i listy motywacyjne, jednocześnie nie porzucając nadzieje. Pisanie to moja miłość, wreszcie zdobyłam się na przerobienie This Could Be Heaven. Wymyśliłam świat przedstawiony, wzbogaciłam bohaterów i spisałam ramowo każdy wątek. I mam plan zdarzeń. I dziwi mnie to, bo chyba pierwszy raz w życiu. Napisałam również opowiadanie. Wyszło dziesięć stron, miało być sześć, dłużej wyrzucałam niż tworzyłam. Wszystko przez te dygresje.
Wracając do poszukiwania pracy. Niech mi jeszcze ktoś powie, że pieniądze nie są najważniejsze. Bo obiektywnie rzecz ujmując, jak zachorujesz, to kupisz sobie leki i będziesz zdrowy. Chyba, że zapadniesz na nieuleczalną formę raka od palenia L&M’ów Forwardów (słyszeliście, że mają wycofać, bo są x razy bardziej rakotwórcze od pozostałych papierosów?). Ale uważam, że lepiej umierać w luksusie niż walącym się budynku, w którym woda ci cieknie na głowę. Za pieniądze można wygrać swoje marzenia. Jeździć żółtym camaro, białym bentley’em albo wydać książkę. W tej kwestii zgadzam się z Marią Czubaszek. Kupiłam mamie na Boże Narodzenie książkę z rozmową jej i Andrusa. Cna matrona obraziła się na panią Marysię za takie prozaiczne poglądy. Ale nie znam bardziej prozaicznej osoby od mojej m. i uważam, że pani Czubaszek w tej kategorii nie ma z nią szans.

Osobiście za pieniądze zarobione pojadę sobie na Coke Live Music Festival do bajecznego Krakowa i będę szaleć przy Brandonie, próbując nie mieć reminiscencji sprzed dwóch lat, kiedy było tak bardzo inaczej. To szalone, ale w obecnym stanie nie potrafię stwierdzić czy lepiej, czy gorzej. Na pewnie świetnie, gdy mały facet z bananowym mohawkiem na głowie skakał po całej scenie. Trochę inna historia z Rosjankami walącymi mnie łokciami w żebra i tym, że ledwo wyszłam z tłumu. Za to już totalnie fantastycznie, że poznałam Wisienkę. Tęsknię za wakacjami, za wolnością, może ten weltschmerz tak naprawdę nie istnieje? Może mogę wszystko, tylko zamiast tego wolę siedzieć na tyłku i smęcić?
Okaże się.
A jako że brak mi dobrego motywu na zakończenie postu, podzielę się z Wami Brandonem i jego ludźmi. Proszę bardzo, miłego tygodnia!