Karma

Also!

(Nie angielskie „olsoł”, tylko niemieckie „alzo!” przepełnione werwą).
Szczęście moje powróciło! Witam je serdecznie, tulę ze wszystkich sił i błagam, by nie odchodziło. Po wszystkich nieszczęściach, jakie ostatnio spadły na mnie jak grom z jasnego nieba (głównie związane były z aferą mieszkaniową), odmieniło się. Już zaczęłam zadawać sobie pytania w stylu: jakim potworem musiałam być w poprzednim życiu, żeby karma była mi aż tak nieprzychylna? A tu po prostu, bardzo swojsko: raz z górki, raz pod górkę. Teraz z górki.
Po pierwsze: dr P. najukochańszy (najmądrzejszy, najchudszy i najseksowniejszy podczas swoich oratorskich wywodów) przełożył egzamin na 3 lipca, więc mam jeszcze trochę czasu na powtórki i ewentualne nadrobienie materiału.
Po drugie: jest szansa na dobrą pracę. (Co prawda obiecałam sobie, że nie zobaczę się z byłą wychowawczynią, póki nie zrobię doktoratu, ale nikt nie mówi, że będzie się szwędać po LO w czasie przerwy wakacyjnej, prawda? Obym przyjęli mnie na ten staż!).
Po trzecie: nie tylko ja żywię pewne odczucie, mówiące, że potrafię pisać. TADA!

Także tego. Oby tak dalej, co nie? Ale to trochę ironia losu, tak z drugiej strony na to patrząc. Zalogowalam się Nakanapie.pl nie dalej niż dwa miesiące temu. Bardzo szybko zostałam doceniona. A takie This Could Be Heaven piszę… Nie wiem. Ponad trzy lata. Zaraz cztery. Byłabym niesprawiedliwa, gdybym stwierdziła, że nikt tego nie czyta. Jest Jools, która zawsze jako pierwsza zapoznaje się z moimi wypocinami, ale większość się zbiesiła. Im bliżej końca, tym mniej czytelników. Może rozminęłam się z przeznaczeniem? Może miałam pójść w kierunku publicystyki, zamiast męczyć się z kanonem, twardymi spacjami i prawidłowym oddychaniem? Heh, zupełnie, jakby na polonistyce uczyli dobrze pisać, żartibus. Nie miałam nawet zajęć z ortografii. ;F
Reasumując: miło jest widzieć swój nick i dostać książki za kilka stron recenzji popełnionych z największą radością. Ale czy kiedyś doczekam się swojego imienia i nazwiska na okładce własnej książki? Hum… Nowa Fantastyka mogłaby chociaż odpisać, nie obraziłabym się.
That’s all for now. (Amerykańskie, lekko depresyjne, w ciągu tych pięciu minut pisania jakoś opadła moja euforia…).
Buziakos amigos. ;*

EDIT: 1 lipca
Przez przypadek, chcąc obejrzeć jeden z teledysków Die Antwoord, zawierający treści niedozwolone dla nieletnich (jak zwykle w ich przypadku), zablokowałam sobie konto Google. Mając kliknąć datę urodzenia 1992, zaznaczyłam (lub też w zasadzie pozostawiłam bez zmian) rok 2012. Sekundę wcześniej pomyślałam, że obśmiałabym się jak norka, gdybym zaznaczyła coś źle i musiała później poddać się konsekwencjom. Ha, ha. A że był to 30 czerwca, czyli moje imieniny (lub też w pewnym stopniu mojej upersonifikowanej głupoty), oczywiście coś musiało pójść nie tak. O dziwo, dzisiaj konto zostało odblokowane, więc skaczę z radości, bo zżyłam się z tym blogiem i uwielbiam coś przy nim majstrować.
Przed wyjaśnieniem sytuacji z kontem, gdy wyglądało na to, że zostanie zablokowane nawet na pięć dni lub w ogóle usunięte, rzucałam się wściekle przed komputerem, klnąc siarczyście. I wtedy zadzwoniła do mnie Ross, mówiąc, żebym coś sprawdziła w Internecie.
Sprawdziłam. I okazało się, że razem z nią dostałam się na program MOST. Studia we Wrocławiu od października. Cały semestr w oddaleniu od rozkosznego Poznania. A jak wiadomo, jestem w uczuciach bardzo niestała, więc Wrocław pewnie też pokocham taką samą miłością jak stolicę Wielkopolski. Problem tkwi w tym, że na szczęście przekonałam mamę do wyjazdu i mam takie możliwości, bo nie bardzo można zrezygnować. A to przecież szczyt szaleństwa był ze składaniem papierów! Gdyby nie Ross, w życiu bym o tym nie pomyślała, a i tak założyłam, że przecież się nie dostanę…
Fortuna naprawdę kołem się toczy. Niech mi dopomoże we wtorek, a dołożę wszelkich starań, by zapanować nad moim życiem i stać się rozważniejszą.

Zmiany

Muszę Was o czymś poinformować, tak z czystego zamiłowania do porządku, ha, ha.

Jako że to mój prywatny blog, z którym mogę robić co chcę, to postanowiłam, że założę osobne podstrony, na których będą pojawiać się książkowe recenzje – lub do nich odnośniki – oraz opowiadania. Nie ma sensu zakładać do tego celu osobnego bloga, ponieważ któryś później będzie musiał iść w odstawkę, a znowu w moim życiu nie dzieje się tak wiele (czy też nie mam zbyt wielu postrzeżeń na ten temat), żeby często o nim pisać.
A co mi z tymi recenzjami odbiło? No, po prostu dopisało mi szczęście. I Internet, dzięki któremu trafiłam jakiś czas temu na portal Na Kanapie. Spróbowałam swoich sił i już niedługo otrzymam audiobooka, którego zrecenzowania się podjęłam. W końcu zaczęłam pisać, bo kocham czytać.

Nierządem Polska stoi

Jako że właśnie siedzę zasypana notatkami barokowymi, nic dziwnego, że tytuł utworu Wacława Potockiego jest również tytułem tego postu. Nawet więcej: świetnie zapowiada jego treść. 😉 Do jego napisania natchnęły mnie trzy rozmowy, jakich uczestniczką byłam w bardzo krótkim przedziale czasowym. Dwie z nich miały miejsce w pociągu. Nic dziwnego – w końcu ostatnio zbratałam się z PKP niebywale, jako że pięć razy w tygodniu dojeżdżam w ten sposób na uczelnię. Zazwyczaj biorę z sobą dwie lub trzy książki, żeby godzina w wagonie upłynęła mi w miarę przyzwoicie. Ostatnio jednak coraz częściej spotykam znajomych. Moją pierwszą rozmówczynią była moja rówieśniczka, której przejazdy są jeszcze bardziej uciążliwe niż moje. Słowo „zaściankowe” idealnie określa jej poglądy.
Sza: Słyszałaś, że Wojnowice chcą mieć obwodnicę?
Neś: Nie.
Sza: No kurde, debile, nie rozumiem, po co im.
Neś: Aha. Może dużo samochodów tam przejeżdża i mieszkańcy chcą mieć spokój?
Sza: Marnowanie pieniędzy, skubani, niech się męczą, ha!
O ile po tej osobie spodziewałabym się pozornego zainteresowania cudzymi sprawami, o których tak naprawdę nie wie się nic (ani o sprawach, ani o ludziach, jakich dotyczą), tylko po to, by ostatecznie zaznaczyć, że liczą się tylko własne interesy (mieszkam w lesie, jest mi dobrze, inni niech się duszą spalinami!), to po moim drugim rozmówcy nie spodziewałabym się aż takiej bezmyślności. No, może bezmyślności – owszem. Zszokowała mnie tylko paradoksalna forma, jaką ta bezmyślność przybrała.
Muszkieter: Koko, koko…
Neś: O stary. Słyszałeś, że wstydzą się wypuścić te panie na murawę i pewnie nie wystąpią?
Muszkieter: No i bardzo dobrze! To już by była totalna wieś.
Neś: Ale to niesprawiedliwe przecież! Wygrały plebiscyt. Obiecali im to, a teraz nie dotrzymują słowa.
Muszkieter: Wygrały, bo wszyscy głosowali na nie dla zwały.
Neś: I co z tego? W takim razie powinny wyjść na boisko i narobić masę wstydu. Polacy w końcu powinni się nauczyć, że są kwestie, które trzeba brać na serio.
Muszkieter: Lol! Nic nie trzeba na serio! Zwały mają być!
Natomiast wczoraj byłam na koncercie organizowanym w mojej małej mieścinie. Byli ze mną przyjaciele ci starzy, ci nowi i ci, którzy przyjaciółmi już nie są. Rozmowy toczyły się w kręgu zdrowego odżywiania i literatury. Przy piwie i fajkach. Do momentu, gdy podbił do nas dres.
Dres: O, masz czerwone buty.
Atagu: Są różowe.
Dres: Ja też miałem czerwone.
Jagodaj: A czemu już ich nie masz?
Dres: Wyjebałem.
Jagodaj: Dlaczego?
Dres: No kurwa, bo miałem białą bluzę, jasne spodnie i białą dżokejkę, to ni za chuja do tego czerwonych!
Atagu: To dlaczego kupiłeś czerwone?
Dres: Bo kurwa miałem taką czerwoną kurtkę…
Atagu: Aaaa, i ciepło się zrobiło…
Dres: No, kurwa.
Jagodaj: A ile masz lat?
Dres: Urodziłem się w czterdziestym miesiącu roku.
Atagu: Ha, ha.
Dres: Śmiejesz się ze mnie? Głupka ze mnie robisz? To ja robię z was głupka! <dzwoni jego telefon> No, kurwa. Jestem. Z jakimiś penerami gadam, nie wiadomo kurwa skąd, wkurwiają mnie.
Nieważne, ile ma się lat, w którym miesiącu przyszło się na świat – w czwartym czy czterdziestym – jakiej jest się płci czy też co się studiuje. Nieistotny jest też poziom inteligencji. Smutne, że nawet ci, którzy sami siebie uznają za inteligentnych, tak naprawdę wykazują najgorsze dla naszych rodaków wady. Wady narodowe, bo prywata i lekkomyślność jakoś nie chcą zostawić Polski w spokoju. Najgorsze jest to, że sama pisząca te słowa jest lekkomyślna tak bardzo, że jest w plecy sześć stów. Współlokatorki (na całe szczęście już byłe) zabrały jej kaucję (chociaż „zabrały” to słowo niekoniecznie oddające prawdę; kradzież pasowałaby idealnie, ale nadal mi się nie chce wierzyć, że to się stało), o mandacie za jazdę bez biletu i przetrzymaniach książek nie wspominając… A ci, którzy zdają sobie sprawę z własnej głupoty, nie są w stanie już z tym nic zrobić. Dławi ich środowisko. Wczoraj, gdy słońce już zaszło i wśród blokowiska pozapalały się latarnie, obserwowałam tych wszystkich ludzi, których twarze tak dobrze znam. Niektórzy poszli naprzód. Inni zostali w miejscu, a obecnie to oznacza nic innego tylko cofanie się…
Tak bardzo chciałabym być pewna co do tego, że naprawdę się rozwijam. Ale to może zbyt wielka pewność siebie i przekonanie o własnych racjach, które z reguły jest najbardziej zgubne.