Muzyczne orbitowanie na Coke’u

     Namiot był od Natsu, barista, który go rozkładał – z Łodzi, dobre stare sąsiadki na polu – z Katowic, a pizza, jaka uratowała nasze żołądki – z tuńczykiem. ^^  Trochę nie było czasu na zwiedzanie Krakowa, trochę umierałyśmy z zimna, trochę za drogie były te rozcieńczone wodą piwa. Za to bardzo dobre piwo wypiłyśmy w House of Beer, bardzo odwaliło mi, gdy na scenie pojawił się Brandon Flowers, bardzo żałowałam, że trzeba już wracać. 
Mystery Jets
     Oczywiście, jak przewidziałam, lało, a ja oczywiście nie miałam kaloszy. Dlatego z dwoma bajorami w tenisówkach oraz Jools i Jagodą powlekłyśmy się na koncert Mystery Jets. Z lenistwa, lekkomyślności i ignorancji przyszłyśmy dopiero pod koniec. Nawet nie macie, jak żałuję, że nie znałam wcześniej tej grupki Brytyjczyków. Głos Blaine’a Harrisona poruszył we mnie najczulsze struny. Byłam wzruszona, gdy lekko łamiącym się głosem śpiewał „Flakes”. A ja przecież znałam tę piosenkę! Myślałam, że to cover utworu wykonywanego przez Florence + The Machine. Okazało się, że jest odwrotnie, to Florcia coverowała utwór Jetsów. Od razu było jasne, że Mystery Jets są jednym z największych odkryć muzycznych tego Coke’a, na który pojechałyśmy trochę tak, jakby to był katowicki Off Festival, bo przecież kilku zespołów nie znałyśmy (wybierałyśmy się głównie na The Killers i Placebo).
     Następnie, CKOD na coke stage’u, z którego kapało akurat tam, gdzie stałyśmy. Jagoda, wniebowzięta, a ja już myślałam o zbliżającym się wielkimi krokami występie The Killers. Niemniej jednak pan Krzystof dał czadu tak samo jak w poznańskim kontenerArt. I zeszmacił się butelką winiacza, co chyba stało się już jego sceniczną tradycją. 
Pan Krzysztof
     Jeśli chodzi o The Killers, to powiem szczerze, że nigdy nie jarałam się Brandonem Flowersem choćby w połowie tak jak swojego czasu Jaredem Leto. Ale gdy wkroczył na scenę, coś mi się przełączyło w głowie i ogarnął mnie dziki szał. Skakałam, darłam się i tańczyłam, choć ludzie wokół raczej się za wiele nie ruszali (nie byłyśmy pod sceną, tylko trochę dalej). Show było niesamowicie udane. Dużo starych, znanych piosenek połączono z promocją nadchodzącej płyty. Do tego fajerwerki i złote confetti. Myślę, że to chyba najlepszy koncert tegorocznego Coke’a. Przynajmniej wywołał we mnie najwięcej pozytywnych uczuć. Brakowało mi tylko piosenki „Only the young”. Oczywiście, nie miała ona prawa zostać zaśpiewana, bo to koncert The Killers, a nie tylko Brandona, ale tylko jej brakowało mi do kosmicznego orgazmu. xD
     W niedzielę przez te wygibasy i bardzo męczącą noc (trochę z Jagodą umierałyśmy z zimna), nie miałam za wiele siły. Ranek i wczesne popołudnie spędziłyśmy w centrum Krakowa, gdzie spotkałyśmy się z Michauem i Ross, którzy przyjechali na drugi dzień festiwalu (po całej nocy przetańczonej na weselu). A później wspólnie daliśmy się ponieść pozytywnej energii Crystal Fighters. Wcześniej słyszałam tylko jedną ich piosenkę i nie wpadłam w zachwyt. Co innego na żywo! „Solar system”, „In the summer”, „I love London” – to tylko niektóre hity, dzięki którym lejący się z nieba strugi wody w ogóle nie przeszkadzały publiczności. Wszyscy świetnie się bawili. A sympatyczny, zakręcony wokalista był z tych, którzy – jak to określiła Jagoda – może na siebie nałożyć dwie szmaty, a i tak będzie wyglądał zajebiście. Od razu pod sceną zrobiło się cieplej! Takie delikatne, rytmiczne brzmienia to bez wątpienia coś dla mnie. Szkoda, że Crystal Fighters wydali do tej pory tylko jedną płytę.
     Snoop Dog w ogóle mnie nie interesował, co więcej, powrócił do mnie stary dylemat: po co raper śpiewa, zamiast rapować, w dodatku gdy mu to w ogóle nie wychodzi? Pewnie się nie znam, bo to w końcu inna bajka, ale kolejny zespół, Muchy, też w zasadzie mnie nie zachwycił. Piosenki z nowej płyty poznaniaków w ogóle mnie nie poruszyły, choć te starsze były bardzo przyjemne, do poskakania i pośpiewania, ale według mnie wokal pana Krzysztofa z CKOD jest o wiele lepszy.
No i wreszcie Placebo. Jakoś tak… zrobiło się poważniej na ich koncercie. Brian Molko „trochę już nie ten”, faktycznie, z wyglądu się powtarzał, show też nie było zbyt energetyczne, ale niesamowicie mi się podobało. W końcu nie liczą się fajerwerki, a muzyka. A ta: na bardzo wysokim poziomie.
     Reasumując, wrażenia muzyczne na jak najwyższym poziomie. Głód koncertowego szaleństwa został zaspokojony, a dziewięciogodzinna podróż pociągiem w towarzystwie „Nocy żywych Żydów” Ostachowicza (książkę kupiła Jagoda, mam nadzieję, że niedługo mi pożyczy) oraz „Modlitwy za Owena” (Irving! <3) wcale się nie dłużyła. Mam nadzieję, iż w przyszłym roku też uda mi się pojechać na jakiś festiwal. Tymczasem czas umila mi muzyka nowo poznanych zespołów, którą pragnę się podzielić również z Wami, dlatego poniżej załączam muzyczne wspomnienie z Coke’a. 

6 myśli na temat “Muzyczne orbitowanie na Coke’u

  1. Jak za rok chce festiwal to Ursynalia!!! Trzydniowa megaimpreza za grosze, a nocleg też jakiś ogarniemy, bo ja to planuję z Bułgarii specjalnie na te Ursynalia przyjechać (w tym czasie mam też komunię siostry to wiesz :D). Kołka zazdroszczę, na Placebo chciałam właściwie najbardziej, aaale w sumie to jakoś specjalnie nie płakałam w tym roku 😉 I z notki najbardziej podobał mi się tekst: po co raper śpiewa skoro mu to nie wychodzi 😀
    I tu też weryfikację by mogła zniszczyć -.-

  2. Zobaczymy, kto będzie grał. 🙂 No, tak serio, to nie ma co płakać, rzeczywiście, jak się nie jechało, to nie ma powodów, żeby gryźć glebę. ;D Już usuwam!

  3. W przyszłym roku Open'er, ale ogarniamy schronisko młodzieżowe zamiast namiotów, stare patenty najlepsze! A napuchnięty Brian Molko będzie mnie straszył po nocach, dobrze, że Brandon trzymał klasę! 😀

  4. Pogadamy za dwadzieścia lat, jak my też będziemy napuchnięte. Chyba, że nie, bo nie ćpałyśmy tyle ile Molko, a poza tym Ty pewnie będziesz wyglądała jak szkieletor. To faktycznie, możesz sobie tak mówić. ;P

Dodaj komentarz