Jestem studentką drugiego roku filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. 
I rozpiera mnie duma.
 
Uwielbiam wysiadać z tramwaju na przystanku Fredry, przebiegać przez ulicę w niedozwolonym miejscu i wchodzić do zabytkowego budynku Collegium Maius. Za każdym razem, gdy znajduję się w hallu, doceniam piękno różnobarwnych marmurów, wysokich kolumn, prowadzących aż do przeszklonego sufitu, lśniącej posadzki oraz wewnętrznych krużganków. Tutaj otacza mnie historia, a jednocześnie mam świadomość, że mogę ją dalej tworzyć.
Mam wielki sentyment do gabinetu numer 209 i nowoczesnego bistro, w którym zawsze znajdzie się znajomy chętny na kawę i papierosy. To mój drugi dom, tak myślę. Tam się śmieję, płaczę, narzekam i nawet zasypiam (nad książkami w bibliotece, zdarza się). A gdy przyjdzie mi opuścić uczelnię, wiem, że da mi tyle, ile ja sama włożę energii w naukę na niej. Dzięki poszerzeniu horyzontów być może zostanę nauczycielką, ale nie „tą nauczycielką”, która nie wie, co z dzieciakami zrobić, żeby sobie nie dać wejść na głowę. Może zostanę redaktorem w wydawnictwie. A może zostanę na uczelni po wsze czasy. Nie wiem, ale czuję, że to ma sens, że – choć potrafią być niezwykle uciążliwe – kocham moje studia.

I teraz pytasz mnie, po co to wszystko.

Siedzimy obok siebie na kanapie. Przed nami inni studenci spieszą się z jedzeniem, by zdążyć na zajęcia, by wypożyczyć nowe kilogramy książek w bibliotece, albo mają właśnie chwilę czasu, śmieją się, szydzą z głupoty niektórych prowadzących, martwią się nieoddanymi pracami.
 
Ciągnę cię na papierosa, bo nie wiem, co ci odpowiedzieć.
 
Nie zrozumiesz, że studiuję, by się się rozwinąć. Może też byś skorzystał, ale jeszcze nie wiesz, co chcesz w swoim życiu robić. A gdy się w końcu dowiesz, będziesz mógł robić to od razu. Masz wszystko. Naprawdę nie musisz się starać. Nie musisz studiować, żeby zarabiać. Nie musisz nawet zarabiać.
 
Nie chcę ci tego mówić. Za słabo cię znam i za bardzo cię lubię. Troszkę się też boję, bo sama nie znam się na tyle, by stwierdzić, czy mówię dobrze, czy idiotycznie, gdy przy tobie jestem.
 
I pytasz, czy to dlatego ludzie idą na studia, że wszyscy inni też idą na studia. Że tak jest, że matura, że studia, licencjat, magister. A później czuć się wykształconym po odklepaniu pięciu lat.
 
Wiem, że tak. Wiem, że mierżą mnie takie osoby. Czuję do nich podskórny wstręt, mimo że może mają sympatyczne osobowości, ale jeśli wybierają filologię polską i specjalność nauczycielską, bo jest najłatwiejsza, bo chcą przez swoje życie jak najmniej pracować oraz jak najmniejszym kosztem zarabiać, bo tak im się jeszcze wydaje, to skazują masy, masy dzieciaków na intelektualną średnicę. Niechciejstwo. Olewnictwo. I gorzej…
Poczekaj. Nie odchodź. Wszędzie indziej będzie tak samo.
To straszne, że coś, co tak bardzo pasuje do mnie, innym może wydawać się stratą czasu, którego i tak, być może, lepiej nie zagospodarują. Coś, co jest tak bliskie mnie, innych może w ogóle nie obchodzić. A filologia polska to dla mnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To dziesiątki godzin przesiedzianych w gabinecie Doktora, to oblewająca się kawą Ross, to ostatnia kłótnia Jacha i Joanny na schodach, to wkurzony do granic możliwości Adamo, tłumaczący Diego, że ci dzikusi w Rosji nie mieli romantyzmu, to ciepłe pulowery dra Telutka, niekończące się rozmowy o seksie na angielskim, prof. T. grożący, że zaraz wyskoczy przez okno, D., Madzia i jej sumienna zasada „bez nakolannictwa”, bolący kręgosłup Zimnego, ciepły głos prof. W., opowiadający o pierwszym w Polsce kserografie, …, …, …
Też jestem zmęczona. Też chcę zamknąć oczy i przeczekać. Ale wiem, że za dużo mnie ominie. I może to nie jest szczyt moich marzeń, ale co niby miałoby nim być? Co jest lepszego od kolekcjonowania przeczytanych książek, znajomości i wspomnień z czasów studenckich?
Jak to wszystko tak po prostu wyjaśnić, skoro tak mało czasu?
Będę próbować.