Kiedy kupiłam w ulubionym antykwariacie egzemplarz „Jednorocznej wdowy” Johna Irvinga, wiedziałam, że nie przeczytam jej od razu – tym bardziej, że byłam wówczas w trakcie lekko męczącej lektury „Uwolnić niedźwiedzie”. Wydawało mi się zatem, iż trzeba będzie zrobić sobie pewien okres odpoczynku od Irvinga. Odpoczynek ten trwał kilka godzin. Rzuciłam debiutancką powieść mojego ulubionego pisarza, pożarłam „Barbarę Radziwiłłównę” Felińskiego, a później, zachęcona rozmową z Jagódką (podobno „Jednoroczna wdowa” to jedna z ulubionych książek Stephena Kinga, która bardzo go zainspirowała), postanowiłam poznać sekrety dwunastej powieści Irvinga, wydanej w roku 1998. Ponieważ tom zawierał olbrzymią ilość stron, pomyślałam, że będę czytać „Jednoroczną wdowę” chyba przez pół roku. Błąd. Blisko siedemset stron pysznej prozy syciło mnie w sumie około pięciu, sześciu dni. 
Książka opowiada o losach Ruth Cole i jej rodziny. Zaczyna się, gdy główna bohaterka ma cztery lata i skupia na separacji między jej rodzicami, Tedem i Marion. Wówczas poznajemy też Eddiego, szesnastoletniego chłopaka, marzącego o byciu pisarzem. Wielką rolę odegrają tu fotografie zmarłych braci Ruth, Thomasa i Timmy’ego, których duchy obecne są od początku do końca powieści. 
Druga część książki przenosi nas w czasie. To już nie lata sześćdziesiąte, a dziewięćdziesiąte XX wieku. Ruth jest dorosłą kobietą, jej ojciec Ted starszym mężczyzną, wciąż łamiącym kobiece serca, a Eddie nadal kocha się w Marion, która odeszła od rodziny ponad trzydzieści lat temu. Powieść zmienia się w kryminał, gdy Irving wraca do jednego ze swoich ulubionych tematów: prostytutek. Tym razem nie w tak ukochanym przez pisarza Wiedniu, ale równie znamiennym Amsterdamie. 
Co jest, a czego nie ma?
Nie ma niedźwiedzi, nie ma zapasów, ale to nie dramat. Jest zabójstwo, jest detektyw, typowy czarny humor i obiekty, z początku niepozorne, a później odgrywające kluczową rolę dla akcji (na przykład brązowy tusz z mątwy czy krzywo zbudowana sala do gry w squasha). Są wielobarwne, dopracowane postacie (tym razem bardziej niż w przypadku „Świata według Garpa”). I geniusz autora. W „Jednorocznej Wdowie” naprawdę każdy najmniejszy element jest istotny, a każdy bohater, nawet ten dwunastoplanowy, ma swoje rzetelnie zarysowane „ja”.
Jest też seks. Całkiem sporo. I czyta się o nim, jak to zwykle u Irvinga, z uśmiechem. Zwłaszcza rozdziały zatytułowane „Maszyna masturbacyjna” czy „Czerwono-niebieski materac dmuchany”. W ogóle, na tytuły rozdziałów warto zwrócić szczególną uwagę. Świetnie zarysowują mijający w fabule czas. Ale o tym się dowiecie, gdy sięgniecie po książkę.

Samo zakończenie wycisnęło mi łzy z oczu. Moja mama jak zwykle posądziła mnie o bycie wariatką, gdy wyłam, skryta pod pościelą, plamiąc rąbek kołdry tuszem do rzęs. Tylko że po zżyciu się z bohaterami i tak pięknym rozwiązaniu akcji nic innego nie można zrobić. Płakać można też dlatego, że to na szczęście nie ostatnia książka Irvinga, którą mam do przeczytania, więc to również łzy ulgi.

Zakończę ten szkic recenzji cytatem z „Jednorocznej wdowy”. To słowa wypowiedziane przez męża Ruth, będącego również jej agentem i wydawcą, bo – jak przystało na powieść Irvinga – główna bohaterka jest oczywiście pisarką.

„Ach, jakże wielka jest moc słowa pisanego.”

5/5

Co zaś tyczy się filmu powstałego na motywach „Jednorocznej wdowy”, czyli dramatu pt. „Drzwi w podłodze”, to próbowałam obejrzeć. Naprawdę, starałam się. Ale prócz maleńkiej Ruth (granej przez Elle Fanning), nie dostrzegałam żadnych jasnych elementów (choć Jeff Bridges akurat pasował chyba jak nikt inny do roli Teda). Zazwyczaj nie porzucam filmów z własnej woli. Choćby były gniotami, staram się obejrzeć do końca. Chyba, że odłączą mi prąd albo zirytują jakimś limitem. Tym razem nie mogłam sprostać. Film ma około dwóch godzin, ale będzie się Wam wydawać, że trwa nieskończoność. Nie polecam. Nie ma w nim nic zabawnego, a przedstawiona w „Drzwiach…” tragedia może skutecznie Was przytłoczyć, jeśli nie obrzydzić.