Na szczęście nieostatnia noc z Irvingiem

Z okazji dwudziestych pierwszych urodzin moi przyjaciele obdarowali mnie aż dwoma najnowszymi książkami Johna Irvinga. Jedną z nich jest „Ostatnia noc w Twisted River”, wydana w Polsce w 2010
roku. Właśnie o niej chcę powiedzieć kilka słów. 
Ostatnia noc spędzona w Twister River przez Dominica i jego syna Daniela obfitowała w koszmarne wydarzenia. Karmiony przez rodzica i znajomych historiami o niebezpiecznych niedźwiedziach, Danny zabija kochankę ojca, którą wziął za dzikie mordercze zwierzę. Bohaterowie muszą opuścić miasto, by uciec przed zemstą niezrównoważonego szeryfa. Tułaczka trwa latami, ale gdy nadejdzie czas powrotu, starzy przyjaciele jak zwykle w powieściach Irvinga okażą się niezawodni. Akcja osadzona jest na tle przemian w USA. Najpierw wojna wietnamska, później rządy kolejnych prezydentów, wreszcie ataki na World Trade Center. Bohaterowie, jako przedstawiciele społeczeństwa, bezpardonowo krytykują władzę, starając się przy tym żyć własnym życiem. Irving ukazuje odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę jest patriotyzmem, lecz, jak zwykle, pozostawia wiele pola do interpretacji. Nie brak też refleksji nad zawodem pisarza.
Jeśli chodzi o bohaterów powieści, to historia Dominica Baciagolupo i jego pierworodnego została ukazana w bardzo ciekawy, zagmatwany sposób. Tajemnice z przeszłości wypływają dopiero pod koniec, czyli w najodpowiedniejszym momencie, a ich wyjawienie stanowi jeden z punktów kulminacyjnych. Nie pokochałam jednak tych panów tak szczerze jak chociażby Garpa, Ruth i Teda Cole czy całej rodziny Berrych z poprzednich utworów pisarza. Wielką postacią „Ostatniej nocy” jest jednak Ketchum, być może potomek rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, człowiek, który nie boi się niczego, nie rusza się nigdzie „bez aspiryny i pukawki”. Jednocześnie, jak głosi legenda, „tylko Ketchum może zabić Ketchuma”. To jedna z najbardziej dopracowanych postaci, jakie kiedykolwiek spotkałam w twórczości Irvinga. Przy tym nie wydaje się być ani troszkę przerysowana. 
Ze standardowych motywów ogromną rolę w tym obszernym dziele (576 stron) odgrywają niedźwiedzie, co bardzo mi cieszy, bo Irving znów rozprawia się z nimi fenomenalnie. W tekście odzwierciedlenie znajduje też zamiłowanie pisarza do kuchni, zwłaszcza włoskiej, a do tego niebieski cadillac, który utożsamia wszystkie życiowe wypadki, jak wcześniej w „Hotelu New Hampshire” pies Smutek i otwarte okna czy „zjadliwy wirus” ze „Świata według Garpa”.
Problemem jest jedynie poszatkowana fabuła. Irving skacze od jednego wydarzenia w drugie, niemal zupełnie zatracając chronologię. Poprzez zbyt liczne retrospekcje i nagłe skoki w przyszłość miałam problem z uważnym wczytaniem się w lekturę. Gubiłam pewne wątki, a przy tym zapominałam o pewnych szczegółach. Gdzieś koło dwusetnej strony odczułam mękę czytania, by od połowy przegalopować już do końca niemal bez chwili na odpoczynek, bo styl znacząco się poprawił.
John Irving z synem Everettem,
któremu zadedykował powieść
Mimo wszystko „Ostatnia noc w Twisted River”, choć jest świetną lekturą, znacznie lepszą od przykładowych obyczajówek, jakie wpadają w ręce w księgarni czy bibliotece, różni się od poprzednich dzieł Irvinga. Czegoś brakuje i zaczynam się obawiać, że dojrzały wiek Irvinga zabrał mu jakąś pisarską iskrę, bo tego wyjątkowego pierwiastka nie mogłam doszukać się też w następnej
powieści, czyli „W jednej osobie”. To też pierwsza powieść, podczas lektury której sięgnęłam po ołówek i wykreśliłam cały zupełnie niepotrzebny akapit. Irving podał wszystko na tacy, jakby czytelnik był za głupi na odczytanie tak klarownego symbolu, jakim w pewnym momencie staje się karłowata sosna. Na szczęście udało mi się z żyć z niektórymi z bohaterów, więc pisarz w dalszym ciągu nie stracił umiejętności manipulowania emocjami czytelnika. Uroniłam kilka łez i kilka razy wybuchnęłam szczerym śmiechem. A o Ketchumie na pewno będę pamiętać do końca życia, bo to bohater, obok którego po prostu nie da się przejść obojętnie.
Ciekawostki: 
– John Irving zbierał materiały do napisania powieści (już dwunastej!) i tworzył ją przez około dwadzieścia lat.
– Tytuł pochodzi z ostatniego zdania książki. Ten chwyt pisarz zastosował wcześniej tylko raz, w „Świecie według Garpa”, mimo że owe ostatnie zdanie Irving zawsze zapisuje jako pierwsze i od niego zaczyna swoją pracę nad dziełem.
– Utwór został uznany przez dziennik „Financial Times” za książkę roku 2009.
Wybrane cytaty:
„Nie, nie jestem chory, Lupito – odpowiadał niezawodnie Danny. – Yo solo soy un escritor. – (Jestem tylko pisarzem, jakby to tłumaczyło jego stan).”
„To dzieło Indian: nigdy się nie rozpadnie.”
” – Gdyby nie ta gówniana moralność…!
  – Moralność to nie przelewki, panie Ketchum […].”
„Nie zawsze mamy wpływ na to, jak poznajemy się nawzajem. Bywa, że ludzie wchodzą w nasze życie gładko, jakby spadali z nieba, jakby prowadził stamtąd prosty szlak – tak samo nagle, jak tracimy tych, wydawałoby się, związanych z nami nierozerwalnie.”
„[…] wiedział jednak, że opowieści to rzecz niepojęta – raz puszczone w ruch, nie dadzą się zatrzymać.”
7,4/10

Kochajmy się!

Słowa w tytule notki stanowią również tytuł XII księgi „Pana Tadeusza”, gdyby ktoś nie wiedział. Nawiązywać dzisiaj nie będę jednak do literatury (przynajmniej nie bardziej, niż zwykle), ale do pozytywnego nastawienia.
Wczoraj jeszcze chciałam zawiesić na Fabryce Dygresji ogłoszenie, że przepraszam bardzo, ale nie jestem w stanie prowadzić bloga. Że żałuję niezmiernie, lecz świat blogerski to nie jedyne pole mojej zwichniętej egzystencji, które będzie w najbliższym czasie leżeć odłogiem. Że to kolejny front, na którym moje dziesięciopalczaste i jednomózgowe wojsko odnosi porażkę. Wczoraj jeszcze chciałam kopać, gryźć, płakać i ewentualnie walić głową w ścianę. Dzisiaj stwierdziłam, że szkoda zachodu. Pomyślałam sobie o biednych Chinkach z ubiegłego tysiąclecia i ich maleńkich skrępowanych ciasno stópkach z połamanymi paluszkami oraz gnijącymi płatami skóry. Wspomniałam „Cyrk motyli” z niesamowitym Nickiem Vujicicem (kto nie widział, polecam, piękne, choć niezbyt oryginalne – wystarczy kliknąć), a później oceniłam rzeczowo, iż może życie mi się wali, ale nie ma nic, czego bym nie mogła odbudować. Dosyć użalania się nad sobą. Czasem trzeba stwierdzić: dobra, jestem w dupie, i co z tego? W dupie nie tkwi się całe życie, bo byłoby to gówniane (odkrywcza Neśka pozdrawia). Porzuciłam więc ostatecznie moje rozważania (jestem artystką czy po prostu jestem chora psychicznie?), spięłam tyłek i oto jestem. Z pięknym przesłaniem autorstwa Adaśka: KOCHAJMY SIĘ
Się, to jest siebie. Ja wiem, że niektórym bardzo trudno dojrzeć w sobie zalety. I to nawet się dobrze składa, bo dzięki temu wcale nie trzeba się starać, by zachować skromność. Źle natomiast, że wówczas za każde niepowodzenie osoby takie obwiniają siebie i tylko siebie. Osobiście wolę obwiniać wszystkich innych poza sobą. Przecież tak jest łatwiej. Ale, obiektywnie rzecz ujmując, pewne przykre sytuacje się zdarzają i nie ma na to rady. Trzeba przeczekać, Wszechświat naprawdę czasem sprzysięga się przeciw nam. Trudno. Hakuna matata. 
Jeśli są zatem osoby, które czują się niezbyt wartościowo (jak choćby ja wczoraj) lub uważają, że wszystko, czego się dotkną, rozpada się w tysiąc kawałków (jak ja przez ostatnie tygodnie), polecam spojrzenie w lustro i znalezienie u siebie chociaż jednej rzeczy, z której jesteście zadowoleni fizycznie. Mogą być ładne zęby, prosty nos albo sympatycznie zakrzywiony. To już jakieś podwaliny. Ponadto, jeśli twierdzicie, że do niczego się nie nadajecie, zróbcie coś dobrego dla kogoś wam bliskiego. Umyjcie mu naczynia. Usmażcie naleśniki. Kupcie dla niego fajki w kiosku lub wysłuchajcie i pocieszcie. To tak dużo daje! 
Kochajmy się, do cholery jasnej. Jeśli Kosmos obrzuci nas łajnem, nie podawajmy tego shitu dalej, nie jesteśmy Nietzschem! (Nitzsche dosłownie rzucał w ludzi kupą, na szczęście własną). Zróbmy mu na złość, pokazując, że nas to nie rusza i bądźmy mili dla innych. Co oni winni temu, że nam się nie wiedzie? Niezdany egzamin, kilka bonusowych kilogramów, kiepsko zdana matura, narastające długi, wakacyjne rozstanie z ukochaną osobą?

Pókiśmy zdrowi, póty się kochajmy, 
a gdyśmy chorzy, wtedy jeszcze bardziej.
Ładne, prawda? To moje. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale może gdzieś zasłyszałam. ^ ^

Wracam niebawem z recenzjami Irvinga, bo wychodzi na to, że w sumie przeczytałam już osiem jego powieści. Oj, wjedzie we wakacje ta literatura na bloga, od czytania nie ma odpoczynku!