Faje, fajki, fajeczki…

Tym razem nie będę Was zanudzać. Tym razem – wzbudzę w Was kontrowersję. Lub też nie, bo może mi się nie uda. Może ten post utkwi w zalewie innych. A może też dzięki niemu nie zaakceptujecie, ale chociaż zrozumiecie po części, dlaczego palę. 
Papierosy – są szkodliwe. 

Nie mam zamiaru publikować tutaj wykazu trujących substancji chemicznych, które zawierają papierosy. Można o tym przeczytać choćby na wikipedii czy którymś ze szkolnych podręczników do biologii. Szkoła, lekarze, instytucje publiczne, demokratyczna większość społeczeństwa: papierosy to zło. No i racja. Zgadzam się z tym, od podstawówki przecież wiem, jakie palenie wywołuje następstwa. 
Moi rodzice są zawziętymi palaczami, zwłaszcza ojciec. Jako małe dziecko, kiedy jeszcze promowano papierosy w kolorowych czasopismach kupowanych przez matkę, wyrywałam barwne reklamy i naklejałam je plasteliną na każde drzwi w domu. Bo pod spodem widniały białe prostokąty ze strasznymi napisami. Palenie zabija; paląc, narażasz siebie i swoich bliskich na raka; jeśli chcesz rzucić palenie, skonsultuj się ze swoim lekarzem, itd. Po latach nie dziwię się moim rodzicielom, że byli znużeni i poirytowani moim zachowaniem. Oni też zdawali sobie sprawę z tych wszystkich chorób, jakie ich ewentualnie czekają w przyszłości (choć oby jednak nie czekały…), jakżeby inaczej? Mama nie pali tak dużo, tata… Cóż, pamiętam, jak parę razy próbował rzucić. Więcej pieniędzy wydał wtedy na różne gumy, naklejki i miętówki, niż gdyby wciąż palił. Nie mógł usiedzieć w miejscu. Próbował się czymś zająć, ale miał trudności ze skupieniem się, więc żadnej zaczętej robótki nie potrafił skończyć. Zawsze wracał do nałogu.
Nie będę Wam mydlić oczu. Oczywiście, że papierosy to trucizna! Od kiedy palę, moje paznokcie są w o wiele słabszej kondycji. Pojawiają się na nich przebrawienia i żadnym sposobem nie mogę zapuścić tak długich, jakie miałam w liceum, bo są zwyczajnie słabe. Kondycja też mi się pogorszyła. W zeszłym roku akademickim nie zwracałam na to uwagi, bo chodziłam na aerobik i było w porządku. Teraz jednak, kiedy nie mam wf-u, a aktywność fizyczna zostaje ograniczona do sprintu na przystanek (i to bardzo rzadko, bo ten mam prawie pod domem, a tramwaje jeżdżą średnio co dwie, trzy minuty), jest o wiele gorzej. Zdałam

sobie z tego sprawę dopiero niedawno, kiedy podjęłam próbę gry w siatkę. Na szczęście przegoniono nas z boiska, bo po kilkunastu odbiciach nie mogłam złapać oddechu. To oczywiście również następstwo mojego bycia, konkretniej bycia orką („daj harpuna!” xD), bo prócz nałogu fajkowego popadłam już w momencie urodzin w nałóg jedzeniowy. Z moją łatwością do wpadania w tarapaty i sidła uzależnień, aż dziwne, że w wieku dwudziestu jeden lat nie skończyłam jeszcze pod mostem z igłą wbitą sobie w żyłę. Choć, jakby nie patrzeć, kiedy ostatnio napisałam na blogu, że coś jest dziwne, że coś się jeszcze nie stało, nagle się stało, więc może nie powinnam tak lekkomyślnie dobierać słów i krakać na wszystkie strony. Taka dygresja.

Co jest dla mnie osobiście najgorsze w papierosach? Zniewolenie. Ostatnio doszłam do wniosku, iż wolność to coś, co jest dla mnie jedną z największą wartości. Regina Libertas, ot co. W sumie jestem Polką, więc to niedziwne. Kiedy natomiast zrozumiałam, że znajduję się w okowach nałogu? Kiedy zaczęłam liczyć się z pieniędzmi. Konkretniej: kiedy wyszło, że jeśli kupię fajki, to prawdopodobnie pod koniec tygodnia nie będę miała za co zjeść obiadu. I ta myśl tak mnie zdenerwowała, że od razu musiałam pójść do kiosku i kupić świeżą paczkę. 
Mówi się: to Twój wybór, że palisz. Fakt. Ponieważ palę, bo lubię. Ale w mojej głowie już nie jestem sama (nie licząc wyimaginowanej postaci Starszego Idealnego Brata – schizy jedynaczki). Często odzywa się w niej subtelny, cichy głos nałogu. Kup. Kup. Zapal. Przecież wiesz, że jeśli tego nie zrobisz, nie będziesz sobą. Och, oczywiście, że można nie słuchać tych pociągających słów dymiastego zabójcy. Tylko że nie jest już tak lekko zignorować zachętę, jak wcześniej. Silna wola (i tak uważam, że spóźniłam się na spotkanie, podczas którego rozdawał ją Pan Bóg i dostałam jakieś jej okruchy) systematycznie zanika, a o rozumie to już szkoda gadać… 
Zapytacie mnie może, czy nie boję się raka. Nowotworu płuc chociażby. Albo jamy ustnej czy gardła. Czy nie drżę na myśl o wylewach, zawałach, amputacjach, utracie głosu… Szczerze? Bardziej boję się porcelanowych lalek i ciemności. Lęk przed tą ostatnią doprowadza mnie często na skraj obłędu, kiedy leżę sama w łóżku (dlatego tego unikam, he, he), w pustym pokoju, a wokół panuje cisza. Trzęsę się, pocę, kulę pod pościelą, powtarzając sobie, że jeśli coś złego miałoby po mnie przyjść, to zrobiłoby to już dawno. A skoro się tak nie stało, to tylko spokój mnie uratuje. Kompletna paranoja, wiem. Ale taki strach jest mnie bliżej niż rak. Co prawda moi dziadkowie umarli na nowotwór, starszy brat taty, jakby się tak zastanowić – mnóstwo osób z mojej rodziny. Tylko że ich nie poznałam. Odeszli, kiedy jeszcze się nie narodziłam lub byłam bardzo mała i nie mogę ich zbyt dobrze pamiętać. W takim razie chyba jestem poważnie zagrożona podobną chorobą, prawda? I dlaczego o siebie nie dbam? To jest już materiał na głębszą psychologiczną rozkminę. Pewnie chodzi o to, że nie boję się śmierci. Śmierć w męczarniach? To już gorzej, oczywiście dla moich bliskich, bo ja lubię robić z siebie cierpiętnicę (matko, ale się szczera zrobiłam na FD, kto by pomyślał). Tak sobie myślę, po przeczytaniu artykułu Margit Kossobudzkiej „Pójdziemy z dymem”(jest bardzo ciekawy, chociaż jeszcze bardziej genderowy, no ale mówi się trudno, i tak polecam Wam do przeczytania w wolnej chwili), że może to przyjdzie z czasem. I faktycznie, było coś takiego. Przez chwilę to poczułam.
Czy Wy też zwróciliście uwagę na to, że po pewnym czasie, kiedy para jest razem (częściej para heteroseksualna, jak wynika z moich obserwacji), w ich związku pojawia się etap rzucania? Szału przez to dostawałam w ogólniaku, kiedy moi koledzy od fajek szli ze mną na długiej przerwie na papierosa, a po drugiej stronie ulicy dowiadywałam się, że albo będę palić sama, bo oni akurat rzucają, albo koniecznie mam nie mówić ich dziewczynom. Bo ich zabiją. I mnie przy okazji też. Minęło kilka lat temu, a tu znowu wtopa z tego samego powodu. Ala, przepraszam, wypsnęło mi się. 
Aczkolwiek uzasadnienie moich przyjaciół z Babilą trafiło do mnie najbardziej. Wyobraźcie sobie, że budzicie się obok swojego lubego lub też lubej, chcecie się pocałować, a tu dupa. Bo i Ty masz tak zwanego kapcia w mordzie, i ta druga osoba. Ależ niesmacznie. 
Nawet ja byłam gotowa rzucić papierosy dla tej drugiej osoby, która nagle pojawiła się obok mnie (i tak samo nagle zniknęła, ale nevermind). Okazało się natomiast, że nie muszę, bo druga osoba (będąca zawziętym przeciwnikiem palenia!), również chce się do mnie przystosować. To dopiero było miłe. 
Dzięki temu wiem, że dla tej właściwej osoby jestem w stanie zrezygnować z nałogu. Może ta osoba nie będzie moim partnerem. Może będzie moim dzieckiem. Postanawiam, że o ile kiedykolwiek będę w ciąży, to nie będę palić. Prędzej strzelę sobie w łeb. Choćby po to, by uniknąć sytuacji takich, jak na moim rodzinnym osiemnastkowym przyjęciu. Moja chrzestna palnęła, że jestem taka mała, bo mama popalała, gdy była ze mną w ciąży. Oczywiście kochana mama wszystkiego się wyparła, a ciocia stwierdziła, że to był żart. Cóż, raczej nieśmieszny. Ostatecznie nie wiem, co jest prawdą, a co nie. I nie zamierzam pytać, bo choć moi rodzice palą, to nie chcą, żebym popełniała ich błędy. 
Kiedy tata odbierał mnie po osiemnastce mojej najlepszej przyjaciółki, JoyJuly i widział, że moi znajomi palą przy ganku, pokręcił kategorycznie głową i rzekł: „Ty nie pal”. Rok czy dwa później, kiedy fajki stały po 11 złotych, wręczył mi w dłoń równo 33 złote i powiedział: kup mi dwie paczki Marlboro i coś dla siebie. Ale okej. ^ ^ 
A mama? Historia, która opowiedziałam już chyba wszystkim moim znajomym, a teraz podzielę się ją z Wami. Po początkowym etapie znajdowania w pokoju i moich ciuchach randomowych zapalniczek (wypierałam się, biorąc z niej przykład: ta jest koleżanki, wrzuciła mi do torebki i zapomniała wziąć z powrotem; ta jest taka ładna, zobacz, z kotkiem, no musiałam kupić; a te zapałki to przecież z cmentarza, od znicza!), wreszcie trafiła na ukrytą w portfelu paczkę waniliowych slimów. Niby pod latarnią najciemniej, przecież nie będzie mi grzebać w torebce, prawda? Ale były walentynki (nienawidzę walentynek, bo jednego roku matka funduje mi burzę za znalezione papierosy, a następnego oblewa mnie w nie Doktor), a mam chciała mi sprawić niespodziankę i niepostrzeżenie obdarować mnie ekstra kieszonkowym. No cóż, pięć dych przeleciało mi koło nosa. Tak jak całe moje dotychczasowe życie, ale przed oczami. Lubię koloryzować i kocham hiperbole, ale kiedy moja mama wpada w furię, to jest to prawdziwa furia. I może na tym poprzestanę. Na chwilę aktualną spaliłam z mamą dwie fajki. Wciąż uważa, że nie powinnam palić, bo to niszczy zdrowie, a tak poza tym wywalam w błoto jej pieniądze. Poza tym już nie wpada w furię, nawet nie krzyczy, tylko wydaje z siebie ciężkie westchnienie. 
Wracając do raka. Kiedyś, kiedy ludzie byli zdrowsi (pewnie przed Czarnobylem i dobrodziejstwami roku ’89), młodzi bardziej bali się palić. Rodzice powtarzali im: nie urośniecie. I to zastrzaszało zwłaszcza chłopaków, bo było realnym zagrożeniem. A jakieś tam zawały, nowotwory? W wieku czterdziestu lat? Przecież to praktycznie w innym życiu. Podchodzę do tego podobnie, niestety. Nie myślę przyszłościowo, nie potrafię być dobrym strategiem (a jeśli już, to tylko grając w szachy, choć ostatnią partię rozegrałam chyba jeszcze za czasów gimnazjum). Za to mam świetną wymówkę. Nawet dwie. Jedyne w swoim rodzaju. Przedstawiam je poniżej, mimo że dobrze je znacie. 

Maria Czubaszek, cóż za buntowniczka!
Prawdziwa ikona, wzór do naśladowania – Wisława Szymborska
Palą jak smoki (lub też, w przypadku pani Wisławy: paliły). I trzymają się (lub też trzymały – do pewnego czasu). Nie chcę żyć dłużej niż Szymborska. Starość to również potworna choroba. Mogę żyć tyle, ile Czubaszek (o ile nie przeżyje Szymborskiej). Osiągnęły tyle, ile – być może – dziesięciu przeciętnych przeciwników palenia nigdy nie wskóra. 
Szkodę papierosy wyrządzają nie tylko ciele i duszy. Uderzają potwornie w finanse. Ale o tym to już napisałam wystarczająco w notce o mimimalizmie

Wiecie już, że jestem kretynką, bo świetnie zdaję sobie sprawę z zagrożeń, a i tak daję się dalej wciągać temu śmierdzącemu bagnu. Teraz opowiem Wam, dlaczego, poza moim słabym charakterem, jestem taka uległa.

Papierosy – są fajne, bo…

… są smaczne. Serio, smakują mi. Nie wszystkie, oczywiście. Mocki, Vicki, LD, nawet Camele – paskudztwa. Ale Marlboro, L&M, Lucky Strike? Pycha, zwłaszcza te mentolowe, albo z klikiem, albo mentolowe i z klikiem (zielone LS, mega!). Papierosy o smaku wanilii też są spoko. A leśne Sunday’s Fantasy? Śliczne i aromatyczne. O wiśniowo-imbirowych Djarumach to już nawet nie zacznę pisać, bo pewnie nie skończę, takie są d o b r e. 
… dzięki nim się nie nudzę. W drodze na przystanek lubię sobie zapalić fajkę. Kiedy jestem z kimś umówiona i przyszłam za wcześnie, bądź druga osoba się spóźnia, palę. W oczekiwaniu na pociąg też lubię pojarać. A kiedy mam ze sobą słuchawki i jednocześnie mogę słuchać muzyki, to już zupełna magia. Kiedy zaś czytam lub się uczę, co sto lub sto pięćdziesiąt stron robię sobie pięciominutową przerwę. Papierosy mnie uspokajają. A jednocześnie podnoszą ciśnienie, więc dzięki nim odechciewa mi się spać i jestem w stanie dalej walczyć z mniej lub bardziej uciążliwym materiałem do opanowania. 
… są sexy. Nie dla wszystkich, oczywiście. Według mnie kobieta z papierosem, do tego ładna kobieta z papierosem, to obiekt, który dostarcza sporo doznań estetetycznych. Kiedy byłam jakiś czas temu z JoyJuly w Pyra Bar (świetne miejsce, polecam, jeśli jesteście w Poznaniu, musicie koniecznie je odwiedzić! – podobno mieści się też w Gdańsku, ale byłe Wolne Miasto to zdecydowanie nie jest stolica poczciwych pyrów), na drzwiach od toalety wisiał taki oto plakat: 

No nie rozumiem. Takie piękne kobiety (w dodatku retro, zresztą jak wszystko w tamtym miejscu), palące papierosy, a nad nimi taki napis… Przecież to kompletny oksymoron. Od razu zachciało mi się palić. Właśnie, często tak mam, gdy oglądam jakiś film i w nim ktoś właśnie puszcza dymek… 
To samo tyczy się mężczyzn. Tacy mnie pociągają. W lekko rozczochranych włosach, z zarostem, w koszuli (albo i bez!) i papierosem. Trochę badboye, buntownicy. A trochę dojrzali mężczyźni, bo to takie moje skojarzenie. Szlugi dodają lat, tak sądzę. I seksapilu. Osobiście czuję się o wiele bardziej kobieco, kiedy trzymam w dłoni papierosa. Do tego mam pomalowane na czerwono usta i paznokcie. Wtedy podobam się sobie jak nigdy indziej. 
… tworzą kulturę. A owszem! Przykładem może być chociaż słynny film Jima Jarmuscha, „Kawa i papierosy”, z doborową obsadą, pośród której pojawiły się takie gwiazdy jak choćby Cate Blanchett, Tom Waits, „rodzeństwo White’ów, Iggy Pop, Steve Buscemi, Roberto Benigni, Bill Murray i wielu innych… Cóż to był za wspaniały klimat, oglądać film na wielkim ekranie w kinie letnim z najlepszą przyjaciółką u boku, a jednocześnie palić papierosy i popijać kawę, czyli robić dokładnie to samo, co wielcy tuż przed nami… Wśród pisarzy, literatów, muzyków i w ogóle, artystów wszelakich, jest szerokio grono palaczy. A ich dzieła przecież nie są gorsze od tych, które stworzyli niepalący… 
Sama dzięki papierosom stworzyłam opowiadanie. Papierosy tworzą świetne tło, a nawet współuczestniczą w akcji. Sam tekst nie jest wysokich lotów, ale proponuję Wam jego lekturę dla odprężenia się. Przed Wami „Władek i papierosy”
Dalej. Na przełomie XIX i XX wieku palili dosłownie wszyscy. Papierosy były towarem mainstreamowym, ale jednocześnie w pewien sposób luksusowym. Niesamowicie rozwinięty przemysł tytoniowy stworzył dla kobiet specjalne ustniki w kolorze czerwonym, by nie widać było ich śladów po szmince (dzięki za news, Jagódka). Można było delektować się smakiem tytoniu na salonach, w urzędach, w pociągach i gdzie tylko się zamarzyło. Niewielu osobom to przeszkadzało, może dlatego, że świat nie odczuwał wówczas tak przemożnej potrzeby uganiania się za długowiecznością. (Choć bardziej dlatego, że do tytoniu nie dodawano tylu trujących substancji chemicznych, a o szkodliwości reszty składników nie miano pojęcia). Sama historia papierosów przecież też jest niesamowicie ciekawa. Tak jak różne przesłanki, choćby o rozmaitych markach. Choćby ta o Lucky Strike’ach. Te były zrzucane z samolotów wraz z żywnością Amerykanom na rozmaitych frontach. Czasami w paczce zdarzył się właśnie jeden taki lucky strike – papieros szczęśliwiec, nabity nie tytoniem, a marichuaną. Interesujące są także projekty wizualne opakowań papierosów i same reklamy. Poniżej przedstawiam kilka z tych, które kompletnie mnie oczarowały. 
Ostatnio trafiłam na trop książki napisanej przez Iana Gately, „Kulturowej historii tytoniu”. Niestety, nie mogę jej uświadczyć w bibliotekach, a nowa jest dosyć droga (na Allegro kosztuje około sześćdziesięciu złotych). Jeśli ktoś ma ją na stanie i uważa się za dobrego człowieka, niech się do mnie zgłosi. Z wielką chęcią pożyczę, by się dokształcić. 
… wprowadzają w melancholijny klimat. Dają czas, by zastanowić się nad aktualnym sprawami i odetchnąć. Wiąże się z nimi wiele moich wspomnień. Na przykład szybka fajka z Jagódką, w jakiejś ciemnej bramie przy placu Chopina. I metaforyczna iskierka, która odpada od papierosa i zaraz gaśnie. Po prostu całe nasze życie ujęte w ułamku sekundy. Albo palenie w ogólniaku, w ubikacji dla dziewczyn. I noga Dziupli głęboko w sedesie, kiedy chciała wyrzucić peta przez okno, bo bała się kontroli nauczycielki. Albo tysiąc innych, wśród których przewijają się nocne powroty z imprez, na pieszo do ronda Kaponiera albo Rataj, zależy… Cisza, spokój i piękny dym papierosowy. Naprawdę podoba mi się gęsta niebieska mgiełka, w której pokazują się rozmaite kształty. Lubię patrzeć, jak ktoś wydycha z płuc kłęby dymu… Magia chwili, ot.
… bo ludzie. Bo mogę ich poznać. Bo mogę się z nimi zaprzyjaźnić. 
Nie pamiętam, jak poznałam Miłosza. Ale on pamięta, jak poznał mnie, i jakiś czas temu raczył mi o tym powiedzieć. On palił i ja paliłam. Mieszkaliśmy blisko siebie, ale nigdy nie złożyło się, żeby pogadać. Nawet, gdy mija mnie na schodach z moim standardowym zestawem (książka, kawa, papieros) jakoś się nie składało, by wdawać się w pogawędki. Kiedyś jednak zabrakło mu papierosów. Wiedział, że może je pożyczyć ode mnie. Zaczęło się częstowanie, gadanie, śmianie, i okazało się – koniec końców – że Majlo jest jedną z najukochańszych wredot pod słońcem, jakie znam. 
W podobny sposób zaprzyjaźniłam się z Alą, a wcześniej z Grubym i Cypkiem. Jeszcze wcześniej dzięki wypadom na fajkę pomiędzy zajęciami, poznałam wielu interesujących ludzi (na których widok wcześniej mogłabym się tylko ślinić jak mops). Nawet to lepiej, że jest zakaz palenia w miejscach publicznych. Wtedy palacze czują się bardziej zintegrowani, wygonieni z lokalu i zmuszeni do marznięcia przy popielniczce wystawionej na chodniku. Pogawędki z nieznajomymi w środku nocy są bezcenne. 
Mimo wszystko, tak, jak dzięki papierosom łatwo się zaprzyjaźnić, tak łatwo kogoś do siebie zrazić.
Przykład? Wczoraj, portal Lubimyczytać. Jakiś koleś wysyła do mnie zaproszenie, niby, żeby obserwować biblioteczkę (przecież to można robić to bez zapraszania do znajomych, tak czy nie?). Trochę mnie to skonsternowało. Bo może jednak się wcześniej poznaliśmy, na przykład na jakiejś imprezie, z której niewiele pamiętam? Nie, jednak nie. Odpowiedź, którą otrzymałam, brzmiała, co następuje: Nie i sądząc po opisie się nawet gdyby, to byśmy się nie dogadywali (papierosy, szpinak,konta społecznościowe). Aha, ok. Chyba. Ale gdyby, gdybyśmy byli na wojnie…! Jedna z moich ulubionych scen w „Bardzo długich zaręczynach” (z Audrey Tautou i Gaspardem Ullielem <3) to ta, gdy gospodyni podarowuje idącemu na wojnę Manechowi paczkę fajek. Chłopak mówi, że przecież nie pali, a dobra kobieta odpowiada, że to nie służy do palenia, tylko do zdobywania przyjaciół. 

Na koniec jeszcze zacytuję Panią Akne, z którą jakiś czas temu miałam okazję złożyć się na paczkę fajek. 
Papierosy palę nałogowo. Od roku. Możecie się oburzać – wy, przeciwnicy i czciciele zdrowego trybu życia. Palę, bo… lubię. Bo jest czym zająć ręce. Bo lubię zapach tytoniu. Bo nie wyobrażam sobie piwa bez papierosa. Bo nie wyobrażam sobie brak papierosa na dzień dobry i dobranoc; przed jedzeniem i po; przed pociągiem i po; bo nie wyobrażam sobie sesji egzaminacyjnej bez tytoniu!; 
A teraz linczujcie, wyzywajcie, kłóćcie się, dyskutujcie zawzięcie – ale z szacunkiem. Bo uważam, że z taką argumentacją na szacunek zasługuję. Na pewno niektórzy powiedzą, że jest wyssana z palca czy po prostu głupkowata albo naciągana. Niech sobie będzie, będąc przy tym ciągle moją argumentacją, personalną, intymną. Może zrozumiecie choć w ułamku, czym jest dla mnie palenie. Pamiętajcie: nie zachęcam do nałogu, w życiu! Szanuję też przeciwników palących. Chcę tylko, by i oni szanowali palaczy. 

Coś lekkiego na upał

Nie wiem, czy Wy tak samo, ale ja się rozpływam. Pod wpływem wysokiej temperatury, którą bynajmniej nie jestem zachwycona. Budzi się we mnie typowa Polka. Pada, zimno – źle. Słońce, upał – nie lepiej. Siedzę w moim domu na nowotomyskich rubieżach i ukulturalniam się. Ale filmy i książki nie sycą mnie same w sobie, tylko dodatkowo budzą pacmana. Na szczęście spaliłam dziś grzanki. 
Tak czy siak, ponieważ niektórym mózgi już dawno wyparowały, a u innych obserwuje się ich powolny lecz systematyczny zanik, polecam walkę z tym niepokojącym zjawiskiem. Na spokojnie, na przykład dzięki jakiejś lekkiej lekturze. Lepiej czytać cokolwiek niż nie czytać nic. A dzisiaj polecam szczególnie Neila Gaimana. Pozycja w sam raz na beztroskie wakacje. 
Potrójne P: pająki, piosenki i panienki,
czyli Chłopaki Anansiego Neila Gaimana
Pan Nancy nie był przeciętnym człowiekiem. Co więcej: nie był nawet człowiekiem. Jego syn, Gruby Charlie, nie od razu zdaje sobie z tego sprawę. Dopiero po śmierci ojca prawda zostaje mu objawiona przez
zbzikowaną starą sąsiadkę, panią Higgler. Do tego w życiu głównego bohatera pojawia się jego własny rodzony brat, Spider, o którego istnieniu Charles naj(nie)zwyczajniej w świecie zapomniał. Spokojna i uporządkowana egzystencja Grubego Charliego zostaje zakłócona przez niecne poczynania bliskiego krewnego. Spider podszywa się pod brata, a to, co z tego wyniknie, zmieni ich obu. 
Fabuła niezbyt odkrywcza, lecz dobrze zbudowana. Gaiman (autor „Nigdziebądź”, „Koraliny” czy „Gwiezdnego pyłu”) potrafi bawić się jak nikt inny wątkami swoich bohaterów, które splatają się w supeł w punkcie kulminacyjnym. Przez cały czas bawi (może niekoniecznie wyszukanymi żarcikami), a ostatecznie nawet wzrusza. Największym atutem jest jednak wplecenie w wir wydarzeń mitologii afrykańskiej, tak innej od oklepanych już historii związanych z starogreckimi bóstwami. Elementy fantastycznie przelatają się z realistycznymi, wzajemnie się uzupełniając. Gaimana cenię szczególnie za opisy tych wszystkich cudownych nierzeczywistości. Wyobraźnia czytelnika ma tu naprawdę sporo do popisu. Nie wszystko zostaje podane na tacy. 
Szkoda z kolei, że bogactwem języka pisarz nie zaskakuje (tekst utrzymany jest raczej w konwencji prostej gawędy), a bohaterowie wydają się być i przerysowani, i banalni jednocześnie. O ile postać starego Anansiego potrafi wywołać skrajne uczucia, to po jego potomstwie nie można spodziewać się już tego samego. Raczej nie zaskakują, nawet, jeśli ulegają przemianie wewnętrznej. Humor sytuacyjny jednak na piątkę z plusem. A zakończenie? Bardzo przyjemne. 
Dlatego, nie przedłużając, 
5/10. 

Można czytać, ale nie trzeba. Może i będę pamiętała o tej książce, ale niekoniecznie. Polecam fanom Gaimana i ogólnie, fantastyki. Lub też osobom, które są znużone upałem.”Chłopaki Anansiego” akurat na takie dni mogą stanowić idealną rozrywkę. 

Znowu Ezra

Ostatnio obejrzałam sporo dobrych filmów. I sporo dziwnych. Jednym z nich była czarna komedia o przekornym tytule „Kolejny szczęśliwy dzień” („Another Happy Day” – co rzadkie, całkiem niezłe tłumaczenie na polski). Z seansu wyniosłam dwie główne myśli. To, że jest jeszcze szansa dla kina amerykańskiego, które nie stoczyło na samo dno. I to, że wszyscy mamy przechlapane, po prostu każdy na swój własny sposób.
Akcja rozpoczyna się, kiedy dwaj chłopcy wyjmują kamerę i uwieczniają przy jej pomocy wywiad ze swoją matką, Lynn (Ellen Barkin). Okazuje się, że cała trójka zmierza na ślub jej najstarszego syna. Wydarzenie ma odbyć się w mieście, z którego pochodzi kobieta, ciężko doświadczona przez los. Bohaterka musi zmierzyć się nie tylko z bolesną przeszłością, zafundowaną jej przez byłego męża (Thomas Haden Church) i jego aktualną małżonką (Demi Moore), ale i nawrotem nałogu u jednego z synów (Ezra Miller), niezrozumieniem ze strony własnej matki (Ellen Burstyn) oraz całym stadem chorób psychicznych.
Z całą pewnością obsada i gra aktorska to największy atut filmu. To, że Ellen Barkin jest świetna w wyrażąniu uczuć na ekranie, jest chyba oczywiste, bo to gwiazda sporego formatu. W roli neurotycznej Lynn sprawiła się świetnie. To samo jednak w przypadku aktorów, grających jej rodzinę. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Ezra Miller. Bez przesadnej ekspresji zmierzył się z nielada wyzwaniem, wcielając się w rolę nastoletniego chłopaka, chorego na zespół Tourette’a i depresję, a jednocześnie uzależnionego od narkotyków. To samo tyczy się Kate Bosworth, grającej jedyną córkę Lynn, która po raz pierwszy na ekranie wydała mi się niesamowicie piękną dziewczyną. Począwszy od mimiki, poprzez akuratną ekspresję ruchową i na wypowiadanych dialogach skończywszy, sprawiała wrażenie autentycznej i naturalnej. 
Fabuła jest raczej spokojna, żeby nie powiedzieć: monotonna i pozbawiona wzrastającego napięcia. Ale to nie oznacza, że napięcia rzeczywiście nie ma. Pojawia się ono nagle, uderzając w widza tym mocniej, na przykład w pełnej tragizmu scenie u psychoanalityka, kiedy Lynn musi sprostać mężowi i jego obecnej kobiecie. Takie elementy przeplatają się z mnóstwem czarnego humoru w najlepszym wydaniu, gdy choćby Elliot, malując usta szminką matki, by ukryć działanie leku na bazie morfiny, jaki zażył poprzedniego wieczoru, zostaje nakryty przez ciotkę. Tę samą, która kilka lat wstecz przyłapała go na mierzeniu któregoś z matczynych ubrań. Czasami widz nie wie nawet, czy śmiać się, czy płakać. Wie natomiast, że jest autentycznie wstrząśnięty. 
Zakończenie może nie jest rewelacyjne, ale stosunki między członkami rodziny zostały ukazane do tej pory we wspaniały, satyryczny, lecz wyważony sposób. Delikatna ścieżka dźwiękowa (lub też jej brak w stosownych momentach) uwypukla ważne momenty, a zdjęcia to majstersztyk. Jestem przekonana, że fani filmów psychologicznych będą zachwyceni. Co do innych – mam poważne wątpliwości, bo jeśli ktoś nie jest fanem żadnego z aktorów grających w „Another Happy Day” czy filmów opiewających relacje międzyludzkie, może zanudzić się na śmierć. 
8/10

Trailer:

Mini vs. maxi

     Faaaak, że tak zacytuję Radka Kotarskiego.
     Nie jest dobrze, nie jest nawet nieźle.
   Dzięki notce na blogu Pani Akne >link!< zrozumiałam, że może to jest nie tylko wina świata, wina mojego charakteru czy też pewnego rodzaju zaburzeń w Kosmosie albo moim organizmie, ale też sposobu, w jaki żyję. Za dużo biorę sobie na głowę, a później nie mam pojęcia, w co włożyć ręce i koniec końców – nie wkładam w nic, a zadania do wykonania nawarstwiają się i nawarstwiają… Tyczy się to chyba wszystkich płaszczyzn egzystencjonalnych, na jakich się poruszam (lub też poczyniam wygibasy w slow – motion).
     Powinnam trochę się ograniczyć. Wiem, że powinnam. Ograniczyć i ogarnąć, co próbuję od lat, narzucając na się potwornie ciężkie okowy noworocznych postanowień, choć z góry wiem, że nic z tego nie będzie. Bo moja główna życiowa dywiza brzmi: jak spadać, to z wysoka. Ale gdyby tak troszeczkę uporządkować ten niecny chaos wokół, tak tyci…? Może wówczas nie patrzyłabym w lustro, widząc wielkiego tchórza, któremu wszechświat naprawdę musi skopać tyłek do czerwoności, żeby wykazał się heroicznym porywem? Bo i te heroiczne porywy nie będą potrzebne, jeśli i wiatraki, z którymi przyjdzie się zmierzyć, nie będą wcale tak straszne i wysokie?
     Czyli postanowione: mniej. Jak to strasznie boli, skoro tak uwielbiam przepych! Wszędzie. Ja wiem, ja wiem, trzeba stawiać na jakość, nie na ilość. Zgadzam się. Ale przecież dużo nie oznacza zawsze źle… Tak samo, jak z pytaniem Pani Akne: mieć czy być? A czy jedno wyklucza drugie? Z konsumpcjonizmem bardzo łatwo przegiąć, ale przecież wszystkie rzeczy, jakie wokół siebie gromadzimy, w jakiś sposób nas definiują. Żeby sprawdzić, czy ja przekroczyłam granicę wszystkolubstwa, sporządzę listę, kierując się wskazówkami Pani Akne. Sama jestem ciekawa wyników.

Dobra (i zła!) materialne
     1. Ubrania, buty, dodatki – dużo za dużo, a i tak, gdy przychodzi co do czego, nie ma się w co ubrać, ale to chyba nie jest dziwne, jeśli jest się kobietą, prawda? 
     Z jednej strony potrafię być bardzo wybredna. Kiedy idę do ciucholandu i znajdę dla siebie kilka rzeczy, które jednak wcześniej nie wrzeszczały do mnie „weź mnie, weź mnie”, rezygnuję z nich tuż przed zakupem. Innym razem biorę, co mi tylko wpadnie w ręce, a w domu lamentuję, że to jednak nie to, czego chciałam. Zdarza mi się kupić sukienkę za pięć złotych, ale też bluzkę za siedemdziesiąt pięć. No, a ponad wszystko kocham wygodę i leginsy, których mam sporo, ale noszę jedne i te same „do zajechania”, jakby powiedział Bossy. Co chwila ceruję je i zszywam, i już dostaję paniki na myśl, że w końcu będę musiała je wyrzucić. 

     Ostatecznie, w żadnej z szaf (czy to w moim własnym pokoju w domu rodzinnym, czy w tym akademickim, który dzielę z dwoma współlokatorkami) nie mieszczą mi się ubrania. Dzisiaj zdecydowałam się wreszcie na wielkie porządki w domu, poukładałam wszystkie ciuchy kolorystycznie i zebrałam dwie wielkie torby ubrań, które jutro z samego rana mam zamiar przekazać w ręce Caritasu. Bo się w nie nie mieszczę, bo mi się nie podobają, bo zmienił mi się styl. Od razu przyjemniej, kiedy na fotelu nie leży stos T-shirtów i można spokojnie otworzyć drzwi szafy, nie bojąc się, że na głowę wypadnie zaraz tona łachów. 
       Spory problem mam jednak z biżuterią. Co chwila kupuję nowe kolczyki, bo to zgubię jeden, to od razu parę, to zatyczki, etc. To moja niewątpliwa słabość, ale zaobserwowałam, że od pewnego czasu, kiedy omijam sklepy takie jak I am, Six czy Bijou Brigitte, to wcale mnie to nich nie ciągnie. 

     2. Książki, filmy, muzyka, bibeloty i inne pierdu-pierdu – tutaj trochę lepiej, choć książki to moja pięta Achillesa. Wszystkie, które mi się nie podobały, już dawno odłożyłam do MiRK-a (przypominam, Miejski Regał Książkowy), ale nie było tego wiele. Od zawsze marzyłam o tym, by mieć sporą bibliotekę, a w ogóle jestem zakochana w pięknych książkowych wydaniach. I w tych brzydkich, o ile są dla mnie w pewien sposób ważne. Na szczęście o lektury dbam jak o nic innego. Czasami zdarza się przerzucić jakąś książkę przez pokój i uraczyć ją bliskim spotkaniem ze ścianą, ale to raczej okołosesyjne skrajności. Wszystkie tomy mam posegregowane według gatunków. Najważniejsze miejsce zajmują pozycje Johna Irvinga (uwaga, do tej pory zgromadziłam już osiem! ♥), a na zupełnie innym regale wyeksponowałam pozycje naukowe, związane z kierunkiem moich studiów. Zdobycie tych skarbów najczęściej obfitowało w liczne perypetie i mnóstwo pieniędzy, ale było warto. Ponieważ ostatnio zabrakło mi już półek, wraz z tatą wybraliśmy się do naszej rupieciarni i odszukaliśmy sporą walizkę, którą wyszorowałam i ustawiłam na podłodze, obok regału. Oparłam na niej maszynę do pisania i ułożyłam wewnątrz dzieła XIX-wiecznych autorów. Prezentuje się fantastycznie. 
      Mam też sporo starych czasopism. Żgały mnie w oczy, więc spakowałam je w kolorowe torebki po prezentach oraz kartony i ustawiłam na szafie. Żal mi ich wyrzucić czy oddać do skupu makulatury, bo to jednak słowa. A kto ma gromadzić słowa, jeśli nie filolog? Może za dwadzieścia lat wrócę do nich i odnajdę całkiem pożyteczne życiowe rady, albo po prostu będę się śmiać wraz z moimi córkami z tego, jakie to się śmieszne fryzury nosiło, gdy mamusia była młoda? Albo gdzieś wybuchnie wielki pożar, albo nadejdzie Apokalipsa, a mój dom cudownie ocaleje i zebrane w nim wydania „Chimery” oraz „Bluszcza” stanowić będą podstawy do odtworzenia kultury światowej? Nigdy nie wiadomo. 
     Z filmami nie mam problemu. On-line i basta, czasem jakiś mainstreamowy film w sobotę na TVP1 (ale coraz rzadziej, bo poziom emitowanych obrazów spada na łeb, na szyję) albo coś lepszego na TVP Kultura, kiedy akurat nie jestem w Poznaniu. A jeśli jestem, to idę do kina (Multikino – ostatnio z JoyJuly >link!< na „Dziewczynie z lilią”, wcześniej w ramach świetnego projektu Kino za rogiem >link!< na „Wodzireju”, polecam oba) albo wraz z przyjaciółmi z akademika oglądamy seriale, co uzależnia, ale dzięki dostępności on-line nie trzeba ich ściągać, atakować dysku dodatkowymi bitami czy też gromadzić syfu na płytach DVD (było, minęło). Tych seriali jednak troszkę za dużo, to prawda, strasznie marnują czas. I nie wiem, czy to dobrze, że we wakacje nie ma nowych odcinków „Chirurgów”, „Teorii wielkiego podrywu”, „Gry o tron”, „Jak poznałem waszą matkę”, „Pamiętników wampirów”, „Supernatural”, bo wtedy nie robiłabym nic innego, tylko siedziała przed laptopem i wpatrywała się w Deana Winchestera ratującego świat czy Sheldona Coopera doprowadzającego swojego współlokatora na skraj załamania nerwowego. Z drugiej strony, i tak będę to robić, gdy zacznie się rok akademicki. Trudno zerwać z tym nałogiem, lecz podejrzewam, że nie ja jedna mam taki problem. Ciekawe, czy są jakieś stowarzyszenia Anonimowych Serialomaniaków… 
     Muzyka jest mi z kolei niezbędna do życia. Bez niej wszystko traci kolor, a dzięki dobrym starym i nowym kawałkom często zyskuję inspirację. Chciałabym zgromadzić kilka płyt, zwłaszcza winylowych, od kiedy dowiedziałam się, że mam w domu adapter, ale to drogi interes. O wiele tańsze (czyli że darmowe) jest Last.fm i Spotify. I Youtube, oczywiście. Spore wydatki dotyczą też festiwali i koncertów. Dlatego na razie zmuszona jestem opuścić koncerty Patricka Wolfa na OFF Festival i Florence and The Machine na Coke’u. Depresja, bo obiecałam sobie, że jeśli Flo w końcu będzie w Polsce, to poruszę niebo i ziemię, a pojadę. Nie przewidziałam niestety kryzysu finansowego. 
        Z kolei jeśli chodzi o rzeczy pozbawione wartości użytkowej, to raczej ich się wystrzegam. Może dlatego nie przepadam za kwiatami ciętymi, które sobie stoją, a później schną, i co to komu daje? Moje trochę wypaczone poczucie estetyki nie jest w stanie nasycić się trzema dniami obserwowania obsypujących się płatków róży (co absolutnie nie znaczy, że nie jest miło dostać takiego subtelnego podarku od mężczyzny). Dlatego jeśli otrzymuję kwiaty od osoby, która wiele dla mnie znaczy, zasuszam roślinkę i wkładam do fazonu, w którym będzie stała tak długo, aż nie rozsypie się w drobny mak. (Aktualnie różyczka i gerbera od dwóch niezłych agentów wiszą pod lampą w pokoju w Babilonie, czekając, aż skołuję dla nich jakiś sympatyczny wazonik). Figurek nienawidzę, ale ramki na zdjęcia są ujmujące. Mimo że nie mam ich gdzie postawić, czuję, że przydałoby mi się ich dużo więcej. Może wieszałabym je na ściany, które akurat w moim pokoju są niemal całkowicie nagie, nie licząc plakatu Floresi i gazetki z biletami, pocztówkami czy fotkami z wakacyjnych wojaży…? 
       3. Sprzęt elektroniczny – o, tutaj jestem bardzo oszczędna. Mam tylko starą Nokię (ale nie tę przypominającą cegłę, tylko C3, więc nie ma tutaj jeszcze aż takiej prehistorii), kochany laptop zwany przeze mnie Sheldonem i aparat cyfrowy, który dostałam od rodziców na osiemnaste urodziny (całe trzy lata działa niemal bez zarzutu). Żadnych tabletów, żadnych Kindle’ów, nie, bo po co? FB średnio dwa razy w miesiącu doprowadza mnie do szału, więc nawet nie mam ściągniętej aplikacji na telefon. Ale inne strony internetowe pochłaniają mnóstwo mojego czasu. Pięćset blogów, hasła na portalach z muzyką, z książkami, ze zdjęciami, ostatnio nawet Pinterest (to już wina JoyJuly, bo mnie podkusiła) czy Polyvore. Wiem, że są ludzie, którzy mają więcej kont, ale to już skrajności. Przez to i inne typy działalności nie mam czasu na prowadzenie własnego prywatnego bloga albo tworzenie opowiadań. Coś trzeba z tym zrobić, do cholery…
        4. Kosmetyki – też nie szaleję. Moja współlokatorka z Białorusi potrafi mnóstwo pieniędzy wydać w Inglocie czy Douglasie, do których praktycznie nie chadzam, bo wystarczy mi rossmański puder za dyszkę, który i tak używam tylko w zimie, eyeliner, tusz do rzęs, czarna kredka i czasem jakiś cień. Resztę stanowią tylko takie podstawowe rzeczy, związane z higieną i toaletą. I lakiery do paznokci. Dużo. Cieszę się natomiast, że nie farbuję włosów. Raz wylałam sobie na głowę szamponetkę w kolorze bakłażanu, ale efekt nie był zbyt korzystny. I choć znajduję u siebie powoli siwe włosy (21 lat, a tu już taka trauma!), to wyrywam je i liczę na to, że w końcu przestaną się pojawiać.
        5. Jedzenie + używki – strach się bać. Pamiętacie moje noworoczne postanowienie? Zrzucić 10 kilogramów? Cóż, zrzuciłam cztery. Przytyłam trzy. Zrzuciłam jeden… Na chwilę obecną wciąż brakuje mi osiem kilo mniej. Po etapie nie jedzenia prawie nic i wpieprzania wszystkiego, co się da, nastał czas równowagi i bliskości z naturą. Co prawda nigdy nie rzucę niezdrowych jajek (mogłabym jeść spokojnie tuzin codziennie i nie obrzydłoby mi), ale wcinam teraz mnóstwo warzyw z maminego ogrodu. I nawet ostatnio upiekłyśmy pyszne ciacha oraz chleb. Wszystko zdrowe, pozbawione chemii (no, taką mam nadzieję), pełne błonnika i jakichśtam innych witamin. Ograniczyłam też słodycze, choć kawę nadal piję z mnóstwem mleka i dwoma solidnymi łyżkami cukru.
      Gorzej z ograniczeniem papierosów. Co prawda, gdy jestem w domu, praktycznie nie palę (bo ukrywam się przed rodzicami), chyba że widzę się znajomymi, wtedy przykopcę. Ale ostatnio kupiłam obrzydliwe Viceroye (czyli stoczyłam się tym samym na dno), których nie da się palić, więc praktycznie tego

nie robię. Za to kiedy jestem w Babilonie, nie da się nie palić. Pamiętam poranek, kiedy obudziliśmy się po jakiejś imprezie i mieliśmy niewiele ponad dwanaście złotych po zrzucie. Zamiast kupić mleko, masło, chleb i może nawet parówki, wydaliśmy pieniądze na paczkę fajek, trzy bułki i wodę gazowaną, po czym głodowaliśmy cały dzień.
          Dziwny szał ogarnia mnie też, kiedy wchodzę do Almy. Tam jest tyle pięknie zapakowanych rzeczy do jedzenia, rozmaitych kaw, lodów, cukierków, czekoladek, a nawet wód sodowych, że można dostać oczopląsów. Zakupy tam obfitują w nowe przygody ze smakami i poszerzenie kulinarnych horyzontów, ale portfel już przy kasie płacze rzewnymi łzami. Chyba powinnam omijać takie delikatesy, skoro udało mi się to już ze sklepami z biżuterią. Jest jednak jeszcze jedno miejsce, obok którego rzadko uda się przejść obojętnie. Paskudny Starbucks i Coffee Heaven na Dworcu Głównym. Bez komentarza. ; C

           6. Środki lokomocji – Rower! Własne stopy. Pociąg. Tramwaj i autobus. Najrzadziej – rodzinne Mitsubishi z najlepszym kierowcą na świecie, czyli tatą (sama nie mam prawa jazdy, bo to byłoby wielkie nieszczęście). Denerwuje mnie, że komunikacja miejska w Poznaniu jest taka droga, a i kary za nieposiadanie biletów również wzrosły. Kompletny bezsens, bo na bilety przeznaczam bardzo, bardzo dużo pieniędzy, a jeszcze trafi się głupi kontroler biletów, z którym nie pogadasz. I mandat. Ech, życie w dużym mieście… W Nowym Tomyślu zaś wszędzie mogę bez problemu dojść pieszo. I choć NT jest chyba najnudniejszy na świecie, to akurat fakt, iż w tej małomiasteczkowej rzeczywistości nie funkcjonuje takie pojęcie jak „mieć gdzieś daleko” dużo ułatwia. Tak jak i ścieżki rowerowe. Co prawda są też w Poznaniu, ale w hałaśliwej i często zakorkowanej stolicy Wielkopolski nietrudno o wypadek, a dzięki mojemu roztrzepaniu pewnie nieraz znalazłabym się w szpitalu ze szprychą w nodze. Nie ma lekko. 
Psyche
     Jak już wcześniej wspomniałam, często za dużo biorę sobie na głowę. Za bardzo chcę być wszędzie i robić wszystko, a na końcu tylko załamuję ręce i nie robię w efekcie zupełnie nic. Trudno mi oszacować własne siły. Pan Bóg dał mi wielkie aspiracje, ale też słomiany zapał. Widać to chyba najklarowniej podczas moich wizyt w Bibliotece Uniwersyteckiej. Najpierw wypożyczam dziesięć książek, które oczywiście przeczytam w ciągu dwóch tygodni. Później przesuwam termin zwrotu o tydzień, a koniec końców oddaję lektury po dwóch miesiącach i płacę srogą karę. Czytam też średnio dziesięć książek naraz, a później irytuję się, że nie mogę żadnej skończyć,  a w trakcie jednej lektury myślę często o innej. Nie mogę jednak wyrzucić z głowy tej ponurej świadomości, że choćbym nie wiadomo jak długo żyła, to i tak nie przeczytam tych stosów książek, których bym chciała. 
     Ludzie często wpędzają mnie w skrajności. Lubię mieć dużo znajomych, ale nie starcza mi dla wszystkich czasu. Często zmieniam ich jak rękawiczki, bo wśród znajomych szukam przede wszystkim inspiracji. Zarówno kobiety jak i mężczyźni fascynują mnie i natychają do pisania. To może znaczyć, że traktuję ich przedmiotowo, bo po ich poznaniu szybko się nudzę, gdy już się okazuje, że nie są w stanie niczym mnie zaskoczyć. (O matko, ale to strasznie brzmi. Jestem potworem). Na szczęście mam krąg o wiele bliższych „ziomków”. Tych, z którymi żyję na codzień w akademiku. I przyjaciółkę, najbliższą sercu JoyJuly, którą kocham i podziwiam bardziej niż nasz znajomy artysta Jimmy’ego Hendrixa. Pech, że choć zrobiłabym dla niej wszystko, zawodzę ją o wiele za często. (Szczerość wcale nie pomaga, zwierzyłam się z tego na blogu, a wcale nie jest mi lżej). 
     I zostają jeszcze faceci. Szalona sprawa, naprawdę. Tak bardzo, że jej nie ogarniam. Coś czuję, że jest tu i przesada, i czegoś za dużo, a tak naprawdę jedna wielka pustka. Skoro coś trzeba sobie odpuścić, to pewnie na pierwszy ogień pójdzie właśnie płeć brzydka. (Co nie oznacza, że zostaję lesbijką, damn. Pozdro, Cypuś). 
ŁAAAA. Jakież to wszystko osobiste! Czuję się taka naga, a najgorsze, że już kliknęłam „opublikuj”. Odwrotu nie ma. Mam nadzieję, że z tego całego rachunku sumienia wyjdą choć dwie dobre sprawy. Po pierwsze, skoro już mam wszystko czarno na białym, to powolutku posprzątam syf, jaki wokół siebie narobiłam. I zacznę oszczędzać, bo widzę rzeczywiście, że wydaję pieniądze na kompletnie zbędne rzeczy. (Na przykład nie kupię ani jednej książki, dopóki nie przeczytam wszystkich z biblioteki i nie zapłacę kary, o). A po drugie, jeśli ktoś będzie na tyle wytrwały, że dobrnie do końca tego postu, niech też się zastanowi nad sobą, czy przypadkiem nie jest zbyt rozrzutny lub też po prostu nie jest w czymś „zbyt”. Może lista się komuś przyda, tak jak przydał mi się wpis na blogu Pani Akne, na którego serdecznie zapraszam. 

Past

Były plany.
Nie ma nic. 

Ze znudzenia, ze znużenia, 
                     Pusto, sennie, mdło. 

Neurocholia? melanstenia?
                 Diabli wiedzą co.
Julian Tuwim, Spleen