Znowu Ezra

Ostatnio obejrzałam sporo dobrych filmów. I sporo dziwnych. Jednym z nich była czarna komedia o przekornym tytule „Kolejny szczęśliwy dzień” („Another Happy Day” – co rzadkie, całkiem niezłe tłumaczenie na polski). Z seansu wyniosłam dwie główne myśli. To, że jest jeszcze szansa dla kina amerykańskiego, które nie stoczyło na samo dno. I to, że wszyscy mamy przechlapane, po prostu każdy na swój własny sposób.
Akcja rozpoczyna się, kiedy dwaj chłopcy wyjmują kamerę i uwieczniają przy jej pomocy wywiad ze swoją matką, Lynn (Ellen Barkin). Okazuje się, że cała trójka zmierza na ślub jej najstarszego syna. Wydarzenie ma odbyć się w mieście, z którego pochodzi kobieta, ciężko doświadczona przez los. Bohaterka musi zmierzyć się nie tylko z bolesną przeszłością, zafundowaną jej przez byłego męża (Thomas Haden Church) i jego aktualną małżonką (Demi Moore), ale i nawrotem nałogu u jednego z synów (Ezra Miller), niezrozumieniem ze strony własnej matki (Ellen Burstyn) oraz całym stadem chorób psychicznych.
Z całą pewnością obsada i gra aktorska to największy atut filmu. To, że Ellen Barkin jest świetna w wyrażąniu uczuć na ekranie, jest chyba oczywiste, bo to gwiazda sporego formatu. W roli neurotycznej Lynn sprawiła się świetnie. To samo jednak w przypadku aktorów, grających jej rodzinę. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Ezra Miller. Bez przesadnej ekspresji zmierzył się z nielada wyzwaniem, wcielając się w rolę nastoletniego chłopaka, chorego na zespół Tourette’a i depresję, a jednocześnie uzależnionego od narkotyków. To samo tyczy się Kate Bosworth, grającej jedyną córkę Lynn, która po raz pierwszy na ekranie wydała mi się niesamowicie piękną dziewczyną. Począwszy od mimiki, poprzez akuratną ekspresję ruchową i na wypowiadanych dialogach skończywszy, sprawiała wrażenie autentycznej i naturalnej. 
Fabuła jest raczej spokojna, żeby nie powiedzieć: monotonna i pozbawiona wzrastającego napięcia. Ale to nie oznacza, że napięcia rzeczywiście nie ma. Pojawia się ono nagle, uderzając w widza tym mocniej, na przykład w pełnej tragizmu scenie u psychoanalityka, kiedy Lynn musi sprostać mężowi i jego obecnej kobiecie. Takie elementy przeplatają się z mnóstwem czarnego humoru w najlepszym wydaniu, gdy choćby Elliot, malując usta szminką matki, by ukryć działanie leku na bazie morfiny, jaki zażył poprzedniego wieczoru, zostaje nakryty przez ciotkę. Tę samą, która kilka lat wstecz przyłapała go na mierzeniu któregoś z matczynych ubrań. Czasami widz nie wie nawet, czy śmiać się, czy płakać. Wie natomiast, że jest autentycznie wstrząśnięty. 
Zakończenie może nie jest rewelacyjne, ale stosunki między członkami rodziny zostały ukazane do tej pory we wspaniały, satyryczny, lecz wyważony sposób. Delikatna ścieżka dźwiękowa (lub też jej brak w stosownych momentach) uwypukla ważne momenty, a zdjęcia to majstersztyk. Jestem przekonana, że fani filmów psychologicznych będą zachwyceni. Co do innych – mam poważne wątpliwości, bo jeśli ktoś nie jest fanem żadnego z aktorów grających w „Another Happy Day” czy filmów opiewających relacje międzyludzkie, może zanudzić się na śmierć. 
8/10

Trailer:

Dodaj komentarz