Nie wiem, czy Wy tak samo, ale ja się rozpływam. Pod wpływem wysokiej temperatury, którą bynajmniej nie jestem zachwycona. Budzi się we mnie typowa Polka. Pada, zimno – źle. Słońce, upał – nie lepiej. Siedzę w moim domu na nowotomyskich rubieżach i ukulturalniam się. Ale filmy i książki nie sycą mnie same w sobie, tylko dodatkowo budzą pacmana. Na szczęście spaliłam dziś grzanki. 
Tak czy siak, ponieważ niektórym mózgi już dawno wyparowały, a u innych obserwuje się ich powolny lecz systematyczny zanik, polecam walkę z tym niepokojącym zjawiskiem. Na spokojnie, na przykład dzięki jakiejś lekkiej lekturze. Lepiej czytać cokolwiek niż nie czytać nic. A dzisiaj polecam szczególnie Neila Gaimana. Pozycja w sam raz na beztroskie wakacje. 
Potrójne P: pająki, piosenki i panienki,
czyli Chłopaki Anansiego Neila Gaimana
Pan Nancy nie był przeciętnym człowiekiem. Co więcej: nie był nawet człowiekiem. Jego syn, Gruby Charlie, nie od razu zdaje sobie z tego sprawę. Dopiero po śmierci ojca prawda zostaje mu objawiona przez
zbzikowaną starą sąsiadkę, panią Higgler. Do tego w życiu głównego bohatera pojawia się jego własny rodzony brat, Spider, o którego istnieniu Charles naj(nie)zwyczajniej w świecie zapomniał. Spokojna i uporządkowana egzystencja Grubego Charliego zostaje zakłócona przez niecne poczynania bliskiego krewnego. Spider podszywa się pod brata, a to, co z tego wyniknie, zmieni ich obu. 
Fabuła niezbyt odkrywcza, lecz dobrze zbudowana. Gaiman (autor „Nigdziebądź”, „Koraliny” czy „Gwiezdnego pyłu”) potrafi bawić się jak nikt inny wątkami swoich bohaterów, które splatają się w supeł w punkcie kulminacyjnym. Przez cały czas bawi (może niekoniecznie wyszukanymi żarcikami), a ostatecznie nawet wzrusza. Największym atutem jest jednak wplecenie w wir wydarzeń mitologii afrykańskiej, tak innej od oklepanych już historii związanych z starogreckimi bóstwami. Elementy fantastycznie przelatają się z realistycznymi, wzajemnie się uzupełniając. Gaimana cenię szczególnie za opisy tych wszystkich cudownych nierzeczywistości. Wyobraźnia czytelnika ma tu naprawdę sporo do popisu. Nie wszystko zostaje podane na tacy. 
Szkoda z kolei, że bogactwem języka pisarz nie zaskakuje (tekst utrzymany jest raczej w konwencji prostej gawędy), a bohaterowie wydają się być i przerysowani, i banalni jednocześnie. O ile postać starego Anansiego potrafi wywołać skrajne uczucia, to po jego potomstwie nie można spodziewać się już tego samego. Raczej nie zaskakują, nawet, jeśli ulegają przemianie wewnętrznej. Humor sytuacyjny jednak na piątkę z plusem. A zakończenie? Bardzo przyjemne. 
Dlatego, nie przedłużając, 
5/10. 

Można czytać, ale nie trzeba. Może i będę pamiętała o tej książce, ale niekoniecznie. Polecam fanom Gaimana i ogólnie, fantastyki. Lub też osobom, które są znużone upałem.”Chłopaki Anansiego” akurat na takie dni mogą stanowić idealną rozrywkę.