Faje, fajki, fajeczki…

Tym razem nie będę Was zanudzać. Tym razem – wzbudzę w Was kontrowersję. Lub też nie, bo może mi się nie uda. Może ten post utkwi w zalewie innych. A może też dzięki niemu nie zaakceptujecie, ale chociaż zrozumiecie po części, dlaczego palę. 
Papierosy – są szkodliwe. 

Nie mam zamiaru publikować tutaj wykazu trujących substancji chemicznych, które zawierają papierosy. Można o tym przeczytać choćby na wikipedii czy którymś ze szkolnych podręczników do biologii. Szkoła, lekarze, instytucje publiczne, demokratyczna większość społeczeństwa: papierosy to zło. No i racja. Zgadzam się z tym, od podstawówki przecież wiem, jakie palenie wywołuje następstwa. 
Moi rodzice są zawziętymi palaczami, zwłaszcza ojciec. Jako małe dziecko, kiedy jeszcze promowano papierosy w kolorowych czasopismach kupowanych przez matkę, wyrywałam barwne reklamy i naklejałam je plasteliną na każde drzwi w domu. Bo pod spodem widniały białe prostokąty ze strasznymi napisami. Palenie zabija; paląc, narażasz siebie i swoich bliskich na raka; jeśli chcesz rzucić palenie, skonsultuj się ze swoim lekarzem, itd. Po latach nie dziwię się moim rodzicielom, że byli znużeni i poirytowani moim zachowaniem. Oni też zdawali sobie sprawę z tych wszystkich chorób, jakie ich ewentualnie czekają w przyszłości (choć oby jednak nie czekały…), jakżeby inaczej? Mama nie pali tak dużo, tata… Cóż, pamiętam, jak parę razy próbował rzucić. Więcej pieniędzy wydał wtedy na różne gumy, naklejki i miętówki, niż gdyby wciąż palił. Nie mógł usiedzieć w miejscu. Próbował się czymś zająć, ale miał trudności ze skupieniem się, więc żadnej zaczętej robótki nie potrafił skończyć. Zawsze wracał do nałogu.
Nie będę Wam mydlić oczu. Oczywiście, że papierosy to trucizna! Od kiedy palę, moje paznokcie są w o wiele słabszej kondycji. Pojawiają się na nich przebrawienia i żadnym sposobem nie mogę zapuścić tak długich, jakie miałam w liceum, bo są zwyczajnie słabe. Kondycja też mi się pogorszyła. W zeszłym roku akademickim nie zwracałam na to uwagi, bo chodziłam na aerobik i było w porządku. Teraz jednak, kiedy nie mam wf-u, a aktywność fizyczna zostaje ograniczona do sprintu na przystanek (i to bardzo rzadko, bo ten mam prawie pod domem, a tramwaje jeżdżą średnio co dwie, trzy minuty), jest o wiele gorzej. Zdałam

sobie z tego sprawę dopiero niedawno, kiedy podjęłam próbę gry w siatkę. Na szczęście przegoniono nas z boiska, bo po kilkunastu odbiciach nie mogłam złapać oddechu. To oczywiście również następstwo mojego bycia, konkretniej bycia orką („daj harpuna!” xD), bo prócz nałogu fajkowego popadłam już w momencie urodzin w nałóg jedzeniowy. Z moją łatwością do wpadania w tarapaty i sidła uzależnień, aż dziwne, że w wieku dwudziestu jeden lat nie skończyłam jeszcze pod mostem z igłą wbitą sobie w żyłę. Choć, jakby nie patrzeć, kiedy ostatnio napisałam na blogu, że coś jest dziwne, że coś się jeszcze nie stało, nagle się stało, więc może nie powinnam tak lekkomyślnie dobierać słów i krakać na wszystkie strony. Taka dygresja.

Co jest dla mnie osobiście najgorsze w papierosach? Zniewolenie. Ostatnio doszłam do wniosku, iż wolność to coś, co jest dla mnie jedną z największą wartości. Regina Libertas, ot co. W sumie jestem Polką, więc to niedziwne. Kiedy natomiast zrozumiałam, że znajduję się w okowach nałogu? Kiedy zaczęłam liczyć się z pieniędzmi. Konkretniej: kiedy wyszło, że jeśli kupię fajki, to prawdopodobnie pod koniec tygodnia nie będę miała za co zjeść obiadu. I ta myśl tak mnie zdenerwowała, że od razu musiałam pójść do kiosku i kupić świeżą paczkę. 
Mówi się: to Twój wybór, że palisz. Fakt. Ponieważ palę, bo lubię. Ale w mojej głowie już nie jestem sama (nie licząc wyimaginowanej postaci Starszego Idealnego Brata – schizy jedynaczki). Często odzywa się w niej subtelny, cichy głos nałogu. Kup. Kup. Zapal. Przecież wiesz, że jeśli tego nie zrobisz, nie będziesz sobą. Och, oczywiście, że można nie słuchać tych pociągających słów dymiastego zabójcy. Tylko że nie jest już tak lekko zignorować zachętę, jak wcześniej. Silna wola (i tak uważam, że spóźniłam się na spotkanie, podczas którego rozdawał ją Pan Bóg i dostałam jakieś jej okruchy) systematycznie zanika, a o rozumie to już szkoda gadać… 
Zapytacie mnie może, czy nie boję się raka. Nowotworu płuc chociażby. Albo jamy ustnej czy gardła. Czy nie drżę na myśl o wylewach, zawałach, amputacjach, utracie głosu… Szczerze? Bardziej boję się porcelanowych lalek i ciemności. Lęk przed tą ostatnią doprowadza mnie często na skraj obłędu, kiedy leżę sama w łóżku (dlatego tego unikam, he, he), w pustym pokoju, a wokół panuje cisza. Trzęsę się, pocę, kulę pod pościelą, powtarzając sobie, że jeśli coś złego miałoby po mnie przyjść, to zrobiłoby to już dawno. A skoro się tak nie stało, to tylko spokój mnie uratuje. Kompletna paranoja, wiem. Ale taki strach jest mnie bliżej niż rak. Co prawda moi dziadkowie umarli na nowotwór, starszy brat taty, jakby się tak zastanowić – mnóstwo osób z mojej rodziny. Tylko że ich nie poznałam. Odeszli, kiedy jeszcze się nie narodziłam lub byłam bardzo mała i nie mogę ich zbyt dobrze pamiętać. W takim razie chyba jestem poważnie zagrożona podobną chorobą, prawda? I dlaczego o siebie nie dbam? To jest już materiał na głębszą psychologiczną rozkminę. Pewnie chodzi o to, że nie boję się śmierci. Śmierć w męczarniach? To już gorzej, oczywiście dla moich bliskich, bo ja lubię robić z siebie cierpiętnicę (matko, ale się szczera zrobiłam na FD, kto by pomyślał). Tak sobie myślę, po przeczytaniu artykułu Margit Kossobudzkiej „Pójdziemy z dymem”(jest bardzo ciekawy, chociaż jeszcze bardziej genderowy, no ale mówi się trudno, i tak polecam Wam do przeczytania w wolnej chwili), że może to przyjdzie z czasem. I faktycznie, było coś takiego. Przez chwilę to poczułam.
Czy Wy też zwróciliście uwagę na to, że po pewnym czasie, kiedy para jest razem (częściej para heteroseksualna, jak wynika z moich obserwacji), w ich związku pojawia się etap rzucania? Szału przez to dostawałam w ogólniaku, kiedy moi koledzy od fajek szli ze mną na długiej przerwie na papierosa, a po drugiej stronie ulicy dowiadywałam się, że albo będę palić sama, bo oni akurat rzucają, albo koniecznie mam nie mówić ich dziewczynom. Bo ich zabiją. I mnie przy okazji też. Minęło kilka lat temu, a tu znowu wtopa z tego samego powodu. Ala, przepraszam, wypsnęło mi się. 
Aczkolwiek uzasadnienie moich przyjaciół z Babilą trafiło do mnie najbardziej. Wyobraźcie sobie, że budzicie się obok swojego lubego lub też lubej, chcecie się pocałować, a tu dupa. Bo i Ty masz tak zwanego kapcia w mordzie, i ta druga osoba. Ależ niesmacznie. 
Nawet ja byłam gotowa rzucić papierosy dla tej drugiej osoby, która nagle pojawiła się obok mnie (i tak samo nagle zniknęła, ale nevermind). Okazało się natomiast, że nie muszę, bo druga osoba (będąca zawziętym przeciwnikiem palenia!), również chce się do mnie przystosować. To dopiero było miłe. 
Dzięki temu wiem, że dla tej właściwej osoby jestem w stanie zrezygnować z nałogu. Może ta osoba nie będzie moim partnerem. Może będzie moim dzieckiem. Postanawiam, że o ile kiedykolwiek będę w ciąży, to nie będę palić. Prędzej strzelę sobie w łeb. Choćby po to, by uniknąć sytuacji takich, jak na moim rodzinnym osiemnastkowym przyjęciu. Moja chrzestna palnęła, że jestem taka mała, bo mama popalała, gdy była ze mną w ciąży. Oczywiście kochana mama wszystkiego się wyparła, a ciocia stwierdziła, że to był żart. Cóż, raczej nieśmieszny. Ostatecznie nie wiem, co jest prawdą, a co nie. I nie zamierzam pytać, bo choć moi rodzice palą, to nie chcą, żebym popełniała ich błędy. 
Kiedy tata odbierał mnie po osiemnastce mojej najlepszej przyjaciółki, JoyJuly i widział, że moi znajomi palą przy ganku, pokręcił kategorycznie głową i rzekł: „Ty nie pal”. Rok czy dwa później, kiedy fajki stały po 11 złotych, wręczył mi w dłoń równo 33 złote i powiedział: kup mi dwie paczki Marlboro i coś dla siebie. Ale okej. ^ ^ 
A mama? Historia, która opowiedziałam już chyba wszystkim moim znajomym, a teraz podzielę się ją z Wami. Po początkowym etapie znajdowania w pokoju i moich ciuchach randomowych zapalniczek (wypierałam się, biorąc z niej przykład: ta jest koleżanki, wrzuciła mi do torebki i zapomniała wziąć z powrotem; ta jest taka ładna, zobacz, z kotkiem, no musiałam kupić; a te zapałki to przecież z cmentarza, od znicza!), wreszcie trafiła na ukrytą w portfelu paczkę waniliowych slimów. Niby pod latarnią najciemniej, przecież nie będzie mi grzebać w torebce, prawda? Ale były walentynki (nienawidzę walentynek, bo jednego roku matka funduje mi burzę za znalezione papierosy, a następnego oblewa mnie w nie Doktor), a mam chciała mi sprawić niespodziankę i niepostrzeżenie obdarować mnie ekstra kieszonkowym. No cóż, pięć dych przeleciało mi koło nosa. Tak jak całe moje dotychczasowe życie, ale przed oczami. Lubię koloryzować i kocham hiperbole, ale kiedy moja mama wpada w furię, to jest to prawdziwa furia. I może na tym poprzestanę. Na chwilę aktualną spaliłam z mamą dwie fajki. Wciąż uważa, że nie powinnam palić, bo to niszczy zdrowie, a tak poza tym wywalam w błoto jej pieniądze. Poza tym już nie wpada w furię, nawet nie krzyczy, tylko wydaje z siebie ciężkie westchnienie. 
Wracając do raka. Kiedyś, kiedy ludzie byli zdrowsi (pewnie przed Czarnobylem i dobrodziejstwami roku ’89), młodzi bardziej bali się palić. Rodzice powtarzali im: nie urośniecie. I to zastrzaszało zwłaszcza chłopaków, bo było realnym zagrożeniem. A jakieś tam zawały, nowotwory? W wieku czterdziestu lat? Przecież to praktycznie w innym życiu. Podchodzę do tego podobnie, niestety. Nie myślę przyszłościowo, nie potrafię być dobrym strategiem (a jeśli już, to tylko grając w szachy, choć ostatnią partię rozegrałam chyba jeszcze za czasów gimnazjum). Za to mam świetną wymówkę. Nawet dwie. Jedyne w swoim rodzaju. Przedstawiam je poniżej, mimo że dobrze je znacie. 

Maria Czubaszek, cóż za buntowniczka!
Prawdziwa ikona, wzór do naśladowania – Wisława Szymborska
Palą jak smoki (lub też, w przypadku pani Wisławy: paliły). I trzymają się (lub też trzymały – do pewnego czasu). Nie chcę żyć dłużej niż Szymborska. Starość to również potworna choroba. Mogę żyć tyle, ile Czubaszek (o ile nie przeżyje Szymborskiej). Osiągnęły tyle, ile – być może – dziesięciu przeciętnych przeciwników palenia nigdy nie wskóra. 
Szkodę papierosy wyrządzają nie tylko ciele i duszy. Uderzają potwornie w finanse. Ale o tym to już napisałam wystarczająco w notce o mimimalizmie

Wiecie już, że jestem kretynką, bo świetnie zdaję sobie sprawę z zagrożeń, a i tak daję się dalej wciągać temu śmierdzącemu bagnu. Teraz opowiem Wam, dlaczego, poza moim słabym charakterem, jestem taka uległa.

Papierosy – są fajne, bo…

… są smaczne. Serio, smakują mi. Nie wszystkie, oczywiście. Mocki, Vicki, LD, nawet Camele – paskudztwa. Ale Marlboro, L&M, Lucky Strike? Pycha, zwłaszcza te mentolowe, albo z klikiem, albo mentolowe i z klikiem (zielone LS, mega!). Papierosy o smaku wanilii też są spoko. A leśne Sunday’s Fantasy? Śliczne i aromatyczne. O wiśniowo-imbirowych Djarumach to już nawet nie zacznę pisać, bo pewnie nie skończę, takie są d o b r e. 
… dzięki nim się nie nudzę. W drodze na przystanek lubię sobie zapalić fajkę. Kiedy jestem z kimś umówiona i przyszłam za wcześnie, bądź druga osoba się spóźnia, palę. W oczekiwaniu na pociąg też lubię pojarać. A kiedy mam ze sobą słuchawki i jednocześnie mogę słuchać muzyki, to już zupełna magia. Kiedy zaś czytam lub się uczę, co sto lub sto pięćdziesiąt stron robię sobie pięciominutową przerwę. Papierosy mnie uspokajają. A jednocześnie podnoszą ciśnienie, więc dzięki nim odechciewa mi się spać i jestem w stanie dalej walczyć z mniej lub bardziej uciążliwym materiałem do opanowania. 
… są sexy. Nie dla wszystkich, oczywiście. Według mnie kobieta z papierosem, do tego ładna kobieta z papierosem, to obiekt, który dostarcza sporo doznań estetetycznych. Kiedy byłam jakiś czas temu z JoyJuly w Pyra Bar (świetne miejsce, polecam, jeśli jesteście w Poznaniu, musicie koniecznie je odwiedzić! – podobno mieści się też w Gdańsku, ale byłe Wolne Miasto to zdecydowanie nie jest stolica poczciwych pyrów), na drzwiach od toalety wisiał taki oto plakat: 

No nie rozumiem. Takie piękne kobiety (w dodatku retro, zresztą jak wszystko w tamtym miejscu), palące papierosy, a nad nimi taki napis… Przecież to kompletny oksymoron. Od razu zachciało mi się palić. Właśnie, często tak mam, gdy oglądam jakiś film i w nim ktoś właśnie puszcza dymek… 
To samo tyczy się mężczyzn. Tacy mnie pociągają. W lekko rozczochranych włosach, z zarostem, w koszuli (albo i bez!) i papierosem. Trochę badboye, buntownicy. A trochę dojrzali mężczyźni, bo to takie moje skojarzenie. Szlugi dodają lat, tak sądzę. I seksapilu. Osobiście czuję się o wiele bardziej kobieco, kiedy trzymam w dłoni papierosa. Do tego mam pomalowane na czerwono usta i paznokcie. Wtedy podobam się sobie jak nigdy indziej. 
… tworzą kulturę. A owszem! Przykładem może być chociaż słynny film Jima Jarmuscha, „Kawa i papierosy”, z doborową obsadą, pośród której pojawiły się takie gwiazdy jak choćby Cate Blanchett, Tom Waits, „rodzeństwo White’ów, Iggy Pop, Steve Buscemi, Roberto Benigni, Bill Murray i wielu innych… Cóż to był za wspaniały klimat, oglądać film na wielkim ekranie w kinie letnim z najlepszą przyjaciółką u boku, a jednocześnie palić papierosy i popijać kawę, czyli robić dokładnie to samo, co wielcy tuż przed nami… Wśród pisarzy, literatów, muzyków i w ogóle, artystów wszelakich, jest szerokio grono palaczy. A ich dzieła przecież nie są gorsze od tych, które stworzyli niepalący… 
Sama dzięki papierosom stworzyłam opowiadanie. Papierosy tworzą świetne tło, a nawet współuczestniczą w akcji. Sam tekst nie jest wysokich lotów, ale proponuję Wam jego lekturę dla odprężenia się. Przed Wami „Władek i papierosy”
Dalej. Na przełomie XIX i XX wieku palili dosłownie wszyscy. Papierosy były towarem mainstreamowym, ale jednocześnie w pewien sposób luksusowym. Niesamowicie rozwinięty przemysł tytoniowy stworzył dla kobiet specjalne ustniki w kolorze czerwonym, by nie widać było ich śladów po szmince (dzięki za news, Jagódka). Można było delektować się smakiem tytoniu na salonach, w urzędach, w pociągach i gdzie tylko się zamarzyło. Niewielu osobom to przeszkadzało, może dlatego, że świat nie odczuwał wówczas tak przemożnej potrzeby uganiania się za długowiecznością. (Choć bardziej dlatego, że do tytoniu nie dodawano tylu trujących substancji chemicznych, a o szkodliwości reszty składników nie miano pojęcia). Sama historia papierosów przecież też jest niesamowicie ciekawa. Tak jak różne przesłanki, choćby o rozmaitych markach. Choćby ta o Lucky Strike’ach. Te były zrzucane z samolotów wraz z żywnością Amerykanom na rozmaitych frontach. Czasami w paczce zdarzył się właśnie jeden taki lucky strike – papieros szczęśliwiec, nabity nie tytoniem, a marichuaną. Interesujące są także projekty wizualne opakowań papierosów i same reklamy. Poniżej przedstawiam kilka z tych, które kompletnie mnie oczarowały. 
Ostatnio trafiłam na trop książki napisanej przez Iana Gately, „Kulturowej historii tytoniu”. Niestety, nie mogę jej uświadczyć w bibliotekach, a nowa jest dosyć droga (na Allegro kosztuje około sześćdziesięciu złotych). Jeśli ktoś ma ją na stanie i uważa się za dobrego człowieka, niech się do mnie zgłosi. Z wielką chęcią pożyczę, by się dokształcić. 
… wprowadzają w melancholijny klimat. Dają czas, by zastanowić się nad aktualnym sprawami i odetchnąć. Wiąże się z nimi wiele moich wspomnień. Na przykład szybka fajka z Jagódką, w jakiejś ciemnej bramie przy placu Chopina. I metaforyczna iskierka, która odpada od papierosa i zaraz gaśnie. Po prostu całe nasze życie ujęte w ułamku sekundy. Albo palenie w ogólniaku, w ubikacji dla dziewczyn. I noga Dziupli głęboko w sedesie, kiedy chciała wyrzucić peta przez okno, bo bała się kontroli nauczycielki. Albo tysiąc innych, wśród których przewijają się nocne powroty z imprez, na pieszo do ronda Kaponiera albo Rataj, zależy… Cisza, spokój i piękny dym papierosowy. Naprawdę podoba mi się gęsta niebieska mgiełka, w której pokazują się rozmaite kształty. Lubię patrzeć, jak ktoś wydycha z płuc kłęby dymu… Magia chwili, ot.
… bo ludzie. Bo mogę ich poznać. Bo mogę się z nimi zaprzyjaźnić. 
Nie pamiętam, jak poznałam Miłosza. Ale on pamięta, jak poznał mnie, i jakiś czas temu raczył mi o tym powiedzieć. On palił i ja paliłam. Mieszkaliśmy blisko siebie, ale nigdy nie złożyło się, żeby pogadać. Nawet, gdy mija mnie na schodach z moim standardowym zestawem (książka, kawa, papieros) jakoś się nie składało, by wdawać się w pogawędki. Kiedyś jednak zabrakło mu papierosów. Wiedział, że może je pożyczyć ode mnie. Zaczęło się częstowanie, gadanie, śmianie, i okazało się – koniec końców – że Majlo jest jedną z najukochańszych wredot pod słońcem, jakie znam. 
W podobny sposób zaprzyjaźniłam się z Alą, a wcześniej z Grubym i Cypkiem. Jeszcze wcześniej dzięki wypadom na fajkę pomiędzy zajęciami, poznałam wielu interesujących ludzi (na których widok wcześniej mogłabym się tylko ślinić jak mops). Nawet to lepiej, że jest zakaz palenia w miejscach publicznych. Wtedy palacze czują się bardziej zintegrowani, wygonieni z lokalu i zmuszeni do marznięcia przy popielniczce wystawionej na chodniku. Pogawędki z nieznajomymi w środku nocy są bezcenne. 
Mimo wszystko, tak, jak dzięki papierosom łatwo się zaprzyjaźnić, tak łatwo kogoś do siebie zrazić.
Przykład? Wczoraj, portal Lubimyczytać. Jakiś koleś wysyła do mnie zaproszenie, niby, żeby obserwować biblioteczkę (przecież to można robić to bez zapraszania do znajomych, tak czy nie?). Trochę mnie to skonsternowało. Bo może jednak się wcześniej poznaliśmy, na przykład na jakiejś imprezie, z której niewiele pamiętam? Nie, jednak nie. Odpowiedź, którą otrzymałam, brzmiała, co następuje: Nie i sądząc po opisie się nawet gdyby, to byśmy się nie dogadywali (papierosy, szpinak,konta społecznościowe). Aha, ok. Chyba. Ale gdyby, gdybyśmy byli na wojnie…! Jedna z moich ulubionych scen w „Bardzo długich zaręczynach” (z Audrey Tautou i Gaspardem Ullielem <3) to ta, gdy gospodyni podarowuje idącemu na wojnę Manechowi paczkę fajek. Chłopak mówi, że przecież nie pali, a dobra kobieta odpowiada, że to nie służy do palenia, tylko do zdobywania przyjaciół. 

Na koniec jeszcze zacytuję Panią Akne, z którą jakiś czas temu miałam okazję złożyć się na paczkę fajek. 
Papierosy palę nałogowo. Od roku. Możecie się oburzać – wy, przeciwnicy i czciciele zdrowego trybu życia. Palę, bo… lubię. Bo jest czym zająć ręce. Bo lubię zapach tytoniu. Bo nie wyobrażam sobie piwa bez papierosa. Bo nie wyobrażam sobie brak papierosa na dzień dobry i dobranoc; przed jedzeniem i po; przed pociągiem i po; bo nie wyobrażam sobie sesji egzaminacyjnej bez tytoniu!; 
A teraz linczujcie, wyzywajcie, kłóćcie się, dyskutujcie zawzięcie – ale z szacunkiem. Bo uważam, że z taką argumentacją na szacunek zasługuję. Na pewno niektórzy powiedzą, że jest wyssana z palca czy po prostu głupkowata albo naciągana. Niech sobie będzie, będąc przy tym ciągle moją argumentacją, personalną, intymną. Może zrozumiecie choć w ułamku, czym jest dla mnie palenie. Pamiętajcie: nie zachęcam do nałogu, w życiu! Szanuję też przeciwników palących. Chcę tylko, by i oni szanowali palaczy. 

16 myśli na temat “Faje, fajki, fajeczki…

  1. No to tak – nie mam zamiaru polemizować czy obalać Twoich argumentów, ponieważ z wpisu wynika, że jesteś skrajnie świadoma zarówno plusów, jak i minusów palenia. No więc dobrze, jesteś dużą dziewczynką, masz prawo o sobie decydować, będziesz palić. Zamiast polemiki, zbiór moich refleksji zebranych podczas czytania (mogłam jakąś zgubić…):
    1. Nigdy nie będę palić na kasę rodziców. Never, ever. Tak, wiem, aktualnie za swoją też nie palę, ale (kiedyś Ci o tym chyba mówiłam) gdybym kupiła sobie paczkę fajek za hajs, który rodzice dali mi na żarcie/bilety/przetrwanie, czułabym, że ich a)oszukuję, b)zdradzam, c)zawodzę, d)okradam.
    2. Mój ojciec palił ładne 20 lat (dokładnie od 17. roku życia do momentu, kiedy Mama go zaszantażowała, że firanki jej żółkną więc wypad do piwnicy z tą fajką, wytrzymał to krótko, ale słabo pamiętam go z fajką) i rzucił od ręki. Bez gum, plastrów, faz zmniejszania. Przestał palić. Czy to znaczy, że jest supermenem? No cóż, dla mnie jest (;)) ale poza tym chyba oznacza to, że a)różni są palacze, b)da się.
    3. Jeżeli chcesz się pojarać palącymi przystojniakami, koniecznie obczaj w końcu "Mad Men", zwłaszcza odcinki z kampanią Dona dla Lucky Strike!
    4. Skojarzenie papierosów z dojrzałością jest o tyle niefortunne, że właśnie przez to gimnazjaliści zaczynają fajczyć. Wszyscy wiemy, ile takie zjawisko ma wspólnego z dorosłością.
    5. Jak wyczytałam niedawno w jakimś artykule, którego teraz nie pamiętam, poznawanie ludzi na fajce przed pubem ma już swoją nazwę jako zjawisko: SMIRTING! Urban Dictionary (urbandictionary.com) twierdzi, że jest to:
    A word used to describe people who flirt while they smoke outside their office buildings or pubs.
    ex. God that hot chick is such a smirt, I wish I smoked.

    P.S. Naprawdę podoba mi się ta notka 😉

  2. A! Jeszcze dwie rzeczy: z "Bardzo długich zaręczyn" zapamiętałam zwłaszcza scenę, w której Manech wystawia z okopów dłoń z papierosem, żeby zarobić w nią kulkę i zostać odesłanym do domu. Ała.
    I – jeżeli chcesz – możesz nazywać mnie moim imieniem, tym z chrztu, bo głupio się czuję (i wyglądam?) tak z tym nickiem pośród imion, jak ktoś wymyślony (a nikomu by się nie chciało wymyślać akurat MNIE :P). Ale nie musisz 😉

  3. Na wstępie powiem, że ja to wszystko rozumiem, ale nie widzę siebie w roli palącej. Bałabym się o moje zęby, paznokcie, skórę. Innymi słowy chyba najbardziej odrzuca mnie aspekt zdrowotny, bo jeśli chodzi o względy estetyczne, to nie powiem, że wygląda to brzydko. Niektórzy potrafią ładnie palić, a jakie papierosy potrafią być ładne! Na Ukranie kupiłam moim przyjaciółkom Sobranie. O takie ło: http://i.pinger.pl/pgr54/9f238940000aa2994ea82ec9/sobranie.jpg Paliłaś je może?
    Bardzo są ładniutkie i aż miło się na nie patrzy, choć sama miałam okazję spróbować czarnych na jednej imprezie, ale że żaden ze mnie koneser szlugów, nie umiem więc stwierdzić, czy były tak dobre, jak wyglądają :D. Podobno Putin je pali, tylko teraz nie pamiętam, czy czarne czy białe.
    Post do mnie przemawia i argumentacja trafia. A już na pewno to, że papierosy to sposób na poznanie nowych ludzi. A ciekawostka o lucky strikach bardzo… ciekawa :>

  4. Tak, mówiłaś mi kiedyś o tym, że za pieniądze rodziców, to nie. Szanuję, szanuję, wiesz, jak ja Ciebie szanuję. I podziwiam, i co nie tylko. Twojego tatę też, choć z moim to o tyle dobrze, że nigdy nie zapalił w domu, tylko zawsze poza nim. Mama to samo. Kiedyś jeszcze było, że jak przychodziły koleżanki, to zamykały się w kuchni i tam kopciły, ale od kiedy na koniec podstawówki wykryto u mnie tę śmieszną astmę, to już ani razu więcej.

    Noo, muszę się wziąć za "Mad Men", to prawda, ale teraz magluję "Tne New Normal". Z Justinem Bartha, wyobraź sobie. <3 Stara miłość nie rdzewieje!

    Ej, też słyszałam o tym, ale gdzieś mi umknęło! Na angielskim Śliperek zapodał nam artykuł o zakazie palenia w public places, i tam było właśnie o smirtingu. Dzięki za wzmiankę.

    A poza tym, te różne sceny, które zapamiętałyśmy z tego samego filmu, pokazują idealnie, jaki mamy stosunek do fajek. ^ ^

    Dzięki za przyzwolenie. A wiesz, skąd wynika to stosowanie nicku w Twoim przypadku? Stąd, że go posiadasz, bo obie zaczęłyśmy tak się w tym blogowym świecie poruszać jeszcze zanim stało się tak powszechne obnażanie ze swoim imieniem i nazwiskiem. Prehistoria!

  5. A, no i cieszę się, że podoba Ci się notka, bo włącznie z wyszukiwaniem obrazków (o wiele łatwiej się to teraz robi dzięki Pinterestowi – dzięki za polecenie!), tworzyłam ją chyba trzy godziny. Czyli że naprawdę się napracowałam. Czyli że jeszcze bardziej się cieszę, że przypadło do gustu. : *

  6. A, to ja też teraz kapuję. Skoro nie widzisz siebie w roli palącej, to gratuluję! I życzę Ci, by się to nigdy nie zmieniło, choć, widząc Twoje nastawienie, nie sądzę, by tak się miało stać.

    Akurat tych Sobrani nie paliłam, tylko, podobnie jak w Twoim przypadku, kopciłam czarne. I nie wyróżniały się niczym (chyba, że ceną, mój kolega kupił je wówczas chyba za równowartość dwóch złotych…).

    Fajnie, że udało się sprawnie uargumentować. Mnóstwo jest takich ciekawostek, tylko trudno do nich dotrzeć z powodu przytłoczenia informacjami o zdrowym trybie życia. : P

  7. Chociaż nigdy nie paliłam papierosa (raz elektryka, ale to się nie liczy), potrafię sobie wyobrazić, że rzucenie nie jest takie proste. Łatwo mówić tym wszystkim nie palącym.
    Skąd to wiem? Wystarczy, a raczej wystarczyło, spojrzeć na moją mamę, która przez przeszło dwadzieścia lat fajczyła niczym smok. Po wstaniu, przed snem, przed kawą, po kawie, samemu i w towarzystwie, przed posiłkiem i po. Normalnie prawie zawsze. Byłam święcie przekonana, że tak już będzie do śmierci.
    Tym większe było moje zdziwienie, kiedy mama z zadowoloną miną powiedziała, że rzuca. I rzuciła. Mimo, że na początku sceptycznie do tego podeszłam. Kupiła sobie jakieś tabletki, brała je przez jakieś pięć dni, co oczywiście nie było całą kuracją. A potem już nic. I zabrała się za to w najbardziej nerwowym dla niej okresie. Do tej pory nie wyszłam z podziwu.
    Także teraz nasz dom jest wolny od dymu papierosowego i bardzo mnie to cieszy.

    Nie zamierzam cię potępiać. Robisz co chcesz, chociaż palenia nie pochwalam. Wiem jednak, że może to być przyjemne.

    Heh, robię tak samo. "Wiem ,że to złe, ale i tak to robię". Gdzie się podziały nasze zdrowe rozsądki?

    Jak już wspominałam, ja nie palę i bynajmniej nie zamierzam, chociaż nigdy nic nie wiadomo.

    I mam nadzieję, że kiedyś uda Ci się od tego uwolnić. 🙂

    Pozdrawiam. 😀

  8. Nie palę bo:
    a)to niezdrowe (skóra, włosy, paznokcie, zęby, nowotwór itd.),
    b)ubrania palacza oraz oddech potrafią powalić,
    c)pamiętam zapach pomieszczenia, w którym mieszkał "Pan Jerzyk", którego dziadkowie po wojnie zaprosili do siebie i on za dach nad głową i jedzenie pomagał im w gospodarstwie,
    d)w mojej rodzinie oprócz wuja T., który wżenił się do rodziny, palą tylko homoseksualiści (wuja P. i kuzyn G.) a wiesz, że rodzinę mam dużą do tego bardzo zżytą, często się spotykającą i bardzo katolicką, (o reszcie oficjalnie nie wiadomo),
    e)z tego samego powodu co Julita, jak głosi popularny slogan "za hajs matki baluj" – nie pochwalam tych, którzy tak robią, więc sama też tego nie robię, widzę ile moi rodzice muszą się napracować żeby do czegoś dojść, jestem im wdzięczna, że opłacają mi mieszkanie, moje zachcianki i studia (wszystko). To byłoby nie fair gdybym kupowała papierosy za ich pieniądze, wiedząc, że na 100% tego nie zaakceptują. Za swoje też nie będę palić.
    f)zdobyć znajomych można też w inny sposób np. przejść się w nowe miejsce na fitness, wyjść z kubkiem gorącej kawy czy herbaty na powietrze żeby szybciej ostygła :D.

    A tak poza wyliczanką Twoja mama przed ciążą paliła więc zanim o ciąży się dowiedziała to trochę czasu minęło. Ciocia jednak nie żartowała. Więc lepiej od razu rzucić, jeśli nie chcesz skrzywdzić swojego dziecka. Swoje przyszłe dziecko możesz też skrzywdzić tym, że może zabraknie mu Ciebie kiedyś, jak odejdziesz z powodu choroby związanej oczywiście z nałogiem.

    Mogłaś poczuć się usprawiedliwiona zaczynając palić, pewnie miałaś takie myśli: "przecież mama i tata palą", "przecież tata sam dał mi na papierosa", "przecież i tak jestem już bierną palaczką", "jakoś muszę sobie odbić czas spędzony w domu, jestem teraz wolna, mieszkam w Poznaniu". Byłaś w grupie podwyższonego ryzyka.

    Mogę to zaakceptować i akceptuję. Wiem jak to działa na Twoją wyobraźnię ale z drugiej strony nie mając nałogu w przypadku choroby nie będę obwiniać siebie, nie będę mieć poczucia, że zapłaciłam za to cierpienie i że mam je na własne życzenie. Jesteś Panią swojego losu.

    Nie wiem czy wiesz, że Pani Maria dokonała również aborcji. Mam nadzieję, że nie będzie ona dla Ciebie wymówką i w takim przypadku.

    Żeby nie było tak ponuro – z "Bardzo długich zaręczyn" zapamiętałam najbardziej motyw bijącego serca w dłoni Manecha.

  9. Podziwiam Twoją mamę. Może i na mnie kiedyś przyjdzie pora.
    A elektryk faktycznie się nie liczy. ^ ^
    Zdrowy rozsądek? Co to takiego? : P
    Również pozdrawiam i dzięki za odwiedziny!

  10. No w sumie nie byłoby prawdą, gdybym powiedziała, że jestem w stu procentach hetero, więc może coś w tym połączeniu fajek i ciekawszych orientacji faktycznie jest…
    Przecież wiesz, Weroniko, że nie mam problemu z poznawaniem nowych ludzi (chyba że akurat cierpię na populowstręt, ale ten i tak odnosi się najczęściej do ludzi z mojego pierwotnego otoczenia). Mimo wszystko, zrobiwszy krótki przegląd wspomnień, przy fajce ostatnio poznałam najfajniejszych. ^ ^
    Ale jak to działa na moją wyobraźnię, to nawet nie możesz podejrzewać… = D
    O tym, że Czubaszek dokonała aborcji, dowiaduję się właśnie od Ciebie. I tego nie pochwalam. Jestem generalnie przeciwko. Ale skoro tak zadecydowała – trudno. To jej sprawa. Nie mnie osądzać, nie znając jej ani osobiście, ani kontekstu, w jakim się znalazła. Ani pewnie w ogóle…

    Uroczy to był motyw z tym sercem… <3
    Ooo, dzięki za to ostatnie, świetny komplement! Moja mama pewnie też by tak skwitowała tego posta, ale wiem, że już od dłuższego czasu zdaję sobie sprawę z tego, że coraz gorzej ze mną pod względem psychicznym. : )

  11. A, właśnie.
    Nie podoba mi się ten blog. Po pierwsze, wpisy w całości są zamieszczane na zupełnie innym serwisie. Po drugie, nie można komentować, a według mnie po to się pisze bloga, by mieć łączność z innymi ludźmi poprzed dyskusję pod notką.
    Poza tym nic szczególnego, słaba grafika, a notki ograniczają się do ocen filmów i jedzenia.

  12. Bardzo interesujący i wyczerpujący wpis 🙂 U mnie w domu nikt nie palił, a sama nie cierpię zapachu papierosów. Niech każdy decyduje o sobie, ale bardzo nie lubię, kiedy ktoś pali np. na przystanku, w toalecie w pociągu (ogólnie – w miejscach, gdzie tego robić nie wolno).

Dodaj komentarz