Najnowszy John

No, niby najnowszy, ale jednak zeszłoroczny. Mowa o „W jednej osobie”, która ukazała się na rynku w 2012 roku. Książkę, tak jak było to w przypadku „Ostatniej nocy w Twisted River” dostałam na urodziny od zestawu 4xM, czyli Marysi, Moniki, Marcina i Macieja (wierząc podpisom pod uroczą dedykacją ^ ^), za co, jeśli kiedyś dane będzie im to przeczytać, jeszcze raz najserdeczniej dziękuję. 

Opowieść rozpoczyna się cytatem z Szekspira, dokładniej z „Ryszarda II”.

Tak i ja wielu gram w jednej osobie,

I w każdej źle mi.
Słowa odpowiadają licznym problemom, z którymi muszą zmagać się główni bohaterowie. Narratorem jest Billy Abbott, biseksualny pisarz, opowiadający o swojej rodzinie, przyjaciołach, seksualnych przygodach i poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: dlaczego jestem, jaki jestem? On sam, jak i miłość jego życia, panna Frost, tak naprawdę są chyba zadowoleni z drogi, na jaką skierowali swoje życie. Co innego ich otoczenie, zakochana po uszy w Billym jego przyjaciółka, Elaine czy też jego matka, Mary. 

Książka to historia homoseksualizmu na przestrzeni drugiej połowy XX wieku w USA oraz plagi AIDS, z jaką wówczas zmagało się społeczeństwo. Irving w piękny, prosty sposób oddał uczucia rodzin, jakie musiały przechodzić przez chorobę jednego z członków. 

Kobiety odkrywały, że ich mężowie spotykają się z mężczyznami, kiedy mężowie umierali. Rodzice dowiadywali się, że ich młodzi synowie umierają, zanim docierała do nich prawda o ich orientacji. 

Powyższy fragment książki to chyba jeden z tych, które poruszyły mnie najbardziej. Jednocześnie cytat ten uczy, że nie prawda o orientacji czy innych upodobaniach jest najważniejsza. Po przeczytaniu „W jednej osobie” o wiele łatwiej zrozumieć, że ocenianie drugiego człowieka na podstawie jego upodobań czy skłonności jest barierą, która bardzo ogranicza człowieka i jedyne, co zapewnia, to wieczne stanie w miejscu. 
Prócz najważniejszego przesłania książka oczywiście bawi i wstrząsa typowym Irvingowi czarnym humorem. Fabuła zbudowana jest w taki sposób, że każdy wątek po kolei rozwiązuje się albo w oczywisty, albo w kompletnie zaskakujący sposób. Można przewidzieć tylko to, że w inny, niż się tego spodziewa czytelnik. 
Bohaterowie są dokładnie tacy, do jakich zdążyłam przywyknąć. Billy jest dokładnie taki, jaki Garp albo Johnny Berry, Elaine bardzo podobna do Helen, dziadek Henry do trenera Boba z Iowa (obaj tak samo ekscentryczni, choć w nieco inny sposób), panna Frost, kobieta-rakieta to istna Pam, tylko brakuje jakiejś nowości, jak na przykład postaci tak charakterystycznej jak Ketchum. Wiem, że Irving stara się unikać takiego przerysowywania postaci, bo nie wpływa to korzystnie na realizm powieści, ale Ketchum stał się dla mnie pewnym symbolem, którego na pewno długo nie zapomnę. Bohaterowie „W jednej osobie” niestety już mi się rozmywają w pamięci, choć od przeczytania książki minęły dopiero trochę ponad dwa miesiące. 
No i, choć język pisarza jest tak piękny i błyskotliwy w swej rzeczowości, w poprzednich powieściach trafiłam na o wiele więcej myśli godnych zapamiętania. Szkoda też trochę, że Irving poświęcił tym razem o wiele mniej miejsca rozważaniom na temat pisarstwa. Z drugiej strony, ile można? 
Z utartych motywów: brak niedźwiedzi, ale pojawiają się zapasy, za którymi zdążyłam się już stęsknić! 
Książka znalazła się na liście 100 najważniejszych książek roku 2012 wg „The New York Times”. Ale ja myślę, że powinna znaleźć się na liście stu najważniejszych książek współczesnej epoki. Jak wszystkie dzieła Irvinga, polecam ją każdemu, lecz tę konkretną pozycję szczególnie, z całego serca. Gdyby choć co dziesiąty Polak poznał „W jednej osobie”, myślę, że w naszym kraju byłoby o wiele mniej aktów nietolerancji. 
9/10

Dodaj komentarz