Analogowo i analogicznie

     Stało się przypadkiem tak, że wczoraj obejrzałam randomowy odcinek „Seksu w wielkim mieście”. Okazało się, że nie był ani głupi, ani nudny, jak sobie pomyślałam rok czy dwa wcześniej. Czy to znaczy, że się starzeję, czy trafiłam wówczas na jakiś reżyserski niewypał? Dość, że scena, w której bohaterki idą na zakupy do księgarni, poruszyła we mnie czułą strunę i popchnęła do sformułowania krążących wokół mnie od długiego czasu myśli.
     Bohaterki udają się do sklepu z książkami, by nabyć konkretną wiedzę. Carrie porównuje okładki wydań esejów, na których widnieją zdjęcia ich autorów. Miranda poszukuje wskazówek, jak schudnąć, a Charlotte chce kupić poradnik z serii jak żyć. Kilka ujęć w księgarni dostarczyło mi wspomnień z moich wypadów do Empiku – najczęściej z Julitą, podczas których zazwyczaj zagłębiamy się nie tylko w literaturę, ale i artykuły papiernicze czy czasopisma. Z kolei podczas zakupów z Alą, Cypkiem i Krawcem, najwięcej czasu spędziliśmy między półkami z muzyką. Pomyślałam sobie wówczas, że jesteśmy wszyscy całkiem przyzwoici, nie tak zepsuci jak te dzieci cywilizacji cyfrowej, które wszystko zamawiają przez internety. Kupuję i wypożyczam książki w całości papierowe, nie czytam ebooków (z reguły). Tym samym daję zarobić i wydawcom, i autorom, przynajmniej tak sobie wmawiam. Krawiec, który kupuje płyty CD do odtwarzacza w swoim samochodzie, podobnie. To już chyba dosyć staromodne, kiedy można sobie ściągnąć muzykę na pendrive’a i podłączyć. Można nawet wordowski plik przenieść na telefon. Wiem, to nie nowość, ale mnie wciąż dziwi.
     Później doszłam do wniosku, że jednak jesteśmy może przyzwoitsi od innych, ale ci inni są przeważnie młodsi od nas, a nasza analogowość wynika nie z chęci, a nawyków, które nabyliśmy tylko dzięki środowisku, w jakim żyjemy, więc wypady do Empiku też nie są ani naszym pomysłem, ani szczególnym osiągnięciem (nie licząc ruszenia tyłka z akademika i wepchnięcia go do tramwaju). Ludzie w naszym wieku i starsi po prostu tak robią. 
     Nie chcę walczyć z postępem technologicznym, ale ostatnio dochodzę do wniosku, że im bardziej ułatwia ludziom życie, tym bardziej je niszczy. Kiedy byłam małą dziewczynką i zadawałam ojcu jakieś pytanie, odpowiedź wspólnie sprawdzaliśmy w PWN-owskim leksykonie, a później mama zabierała mnie do księgarni, by – o ile zagadnienie nadal w jakiś sposób mnie nurtowało – kupić całą książkę na ten temat. Wczoraj zaś, podczas oglądania meczu tenisa, miałam wątpliwości, czy Tajwan jest chiński, nie jest chiński, znów jest chiński lub też wreszcie nie jest chiński. Zapytałam tatę, a ten powiedział, że jest znów chiński, ale mam się upewnić w internecie. A przecież leksykon wciąż stoi na półce w moim pokoju! 
     Osobiście jestem skazana na książki, ponieważ moje studia są z nimi ściśle powiązane. Nie boję się więc, że kiedyś przestanę chodzić do biblioteki czy antykwariatu, ale co z innymi dziedzinami życia? Przecież zwykłe zakupy w sklepie mogą dostarczyć sporo frajdy, lecz aktualnie coraz więcej marketów ma opcję zamawiania produktów do domu, nie wspominając już o handlu odzieżowym. Często takich ciuchów, jakie chcę kupić, nie ma w sklepach, więc co mi pozostaje? Zrobienie przelewu i zamówienie on-line. Zapewne kiedy wymarzona sukienka wreszcie do mnie dojdzie i rozpakuję paczkę, okaże się, że
a) została uszyta w Chinach przez trzyletnie dziecko i nie nadaje się do noszenia;
b) jestem już dwa rozmiary grubsza niż byłam przy zamawianiu, bo w oczekiwaniu na przesyłkę, nie odejdę,  by upewnić się co do słusznej trasy kuriera. 
     A zdjęcia? Znam aktualnie tylko jedną, jedyną osobę, która posługuje się analogiem. Jagódka ma starego zenita i pstryka nim sporadycznie zdjęcia. Sporadycznie, czyli rzadko. Trzeba oszczędzać, bo rolki z filmem są naprawdę drogie, a ich wywołanie kosztuje o wiele więcej niż wydrukowanie zdjęć z cyfrówki, co przecież też można zrobić samemu w domu. Jagódka upamiętnia swoim aparatem fotograficznym tylko ważne chwile i ważnych ludzi, podczas gdy ja pstrykam foty wszystkiemu i wszystkim, wrzucam niedługi czas potem na fejsa i czekam na lajki. Po co mi to? Od długiego czasu zastanawiałam się nad sensem tych śmiesznych popisów. Z jakiej racji jakaś osoba po drugiej stronie kuli ziemskiej, z którą przebywałam nie więcej niż dwa tygodnie, a później utrzymywałam kontakt przez góra dwa miesiące, ma wiedzieć, że znów byłam na ostrym melanżu, że palę jak smok, i że przyjaźnię się z tym i owym? Gdzie moja tajemniczość, nad którą chciałam popracować, bo uznałam (nie do końca jeszcze wiem, dlaczego), że jest tak kobieca? A tematy do rozmów? O czym rozmawiać ze znajomymi z uczelni po wakacyjnej rozłące, kiedy i tak wiemy, gdzie byliśmy i co robiliśmy dzięki informacjom z fejsowej tablicy? Podjęłam decyzję. Usuwam zdjęcia z FB, a jeśli ktoś będzie mi bardzo bliski, zapraszam go do domu i pokazuję wywołane zdjęcia, by mógł mnie lepiej poznać. Obnażanie się publiczne jest przecież fe. Nieważne czy w ubraniu, czy bez.
     Choć, nieco odbiegając od tematu, wydaje mi się, że łatwiej pokazać cycki niż to, co ci siedzi w głowie. Przynajmniej według mnie. Trudniej się obnażyć psychicznie miast fizycznie. Nagie piersi są jak reklama przed właściwym seansem w kinie. Jeśli są dobre, mogą umilić czas, ale i tak wszyscy czekają na film, choć czasem trudno wysiedzieć na nim całym. (W tym momencie przypomniałam sobie o moim byłym chłopaku, który chciał zaciągnąć mnie do Multikina na „Noc reklamożerców”. Naturalnie, wyśmiałam go.)
     Mainstream otacza nas ze wszystkich stron. Nie da się uciec od kultury popularnej, nie zupełnie. Im bardziej wciąga nas dorosłe życie, tym częściej się okazuje, że nie ma czasu na zmianę stylu życia, bo po co sobie utrudniać? Po co iść pod górę, skoro w środku jest wydrążony całkiem wygodny tunel? Kiedyś naprawdę tego nie rozumiałam, a teraz wiem, że dla dalekosiężnego dobra nas samych. Dla samorozwoju albo… lepszej kondycji. Nie mówię Wam wszystkim: wyrzućcie cyfrówki. Nie zachęcam do wyrzucenia telefonów. Choć, kolejna sytuacja związana z głównym wątkiem. Od tygodni wydzwania do mnie pan z Plusa, proponując przedłużenie umowy, ale na innych warunkach (czyli mam wyrazić zgodę na inną umowę) i wciska mi telefon (którego w życiu w ręce nie trzymałam). Kiedy poprosiłam, żeby przestał dzwonić, zaczęła do mnie dzwonić Pani z tej samej sieci. Powiedziałam, że nie mogę czegoś takiego zrobić, bo umowę muszę mieć przed nosem, by ją przeczytać, a telefon sama obejrzeć. „Ale po co, ten model może pani obejrzeć na naszej stronie www”. Tak, proszę pani, mogę, ale NIE CHCĘ. Dzięki temu, że unikam pracowników call center, teraz prawie w ogóle nie używam telefonu, z którym i tak nigdy nie byłam zaprzyjaźniona. Uczucie przecudne. 
     Dodatkowo, by trochę uciec od drogich cen w Empiku i tego, że jedno tam i to samo, z Marysią postanowiłyśmy po powrocie do Poznania zrobić sobie rajd po małych księgarniach. Kilka z nich mamy już upatrzonych, ale zamierzam wypatrzeć jakieś inne i na pewno do nich wejść (nawet, jeśli nic nie kupię, warto znać poznański rynek wydawniczy jeszcze lepiej). Mam nadzieję, że nie spotkam w nich przejawu komercjalizacji w postaci zeszytów czy długopisów z Hello Kitty, bo coś czuję, że po praktykach w podstawówce będę dostawała na ten widok alergii. Z drugiej strony rozumiem, iż dzieciaki mogą uwielbiać słodkiego białego kiciusia. Ale gdy widzę dwudziestoparoletnią kobietę w różowej czapce z daszkiem i nadrukowanej tam Kitty, mam ochotę puścić pawia do najbliższego kosza na śmieci. Tak naprawdę za to właśnie kocham bibliotekę – choćby miejską, nowotomyską. Tam pewnie nie zbrukałabym swoich oczu książką o historii Hello Kitty. Z drugiej strony, czytanie genezy powstania tej postaci mogłoby być ciekawe. Internet jest dobry o tyle, że na wikipedi przeczytałam sobie, iż „Niektórzy duchowni katoliccy, także egzorcyści, dostrzegają w tej zabawce zagrożenie ułatwiające szatanowi opętanie dziecka. Wiązać się to ma rzekomo z paktem zawartym z demonem dla uzdrowienia ciężko chorego dziecka, przez projektanta zabawki”. Od razu mam lepszy humor.

     Wychodzi, że nie powinniśmy rezygnować z dóbr naszej cywilizacji, ale żeby kompletnie się nie odmóżdżyć, musimy pamiętać, aby jak najczęściej kontaktować się z kulturą analogową. O ile, oczywiście, chcemy trzymać pewien poziom. Wniosek stary jak świat. Już starożytni o tym wiedzieli, korzystając z dobrodziejstw cywilizacji przed nimi, na przykład z koła. To, co stare, wciąż jest dobre, a okazuje się często, że wręcz najlepsze i niezastąpione. 

4 myśli na temat “Analogowo i analogicznie

  1. Jedno słowo- rozwój. Kiedyś analogi były nowinkami, jakieś 20 lat temu mała część ludzi wierzyła w rozwój internetu i widziała go jako niszę, z której będą korzystać jedynie nieliczni.
    Kultura analogowa prędzej czy później stanie się ciekawostką, tak samo jak książki, empiki, smartfony… Tylko jedna prośba- niech zostaną.
    Jak podpiszesz następną umowę z Plusem nie masz czego szukać w Empiku. Już ja o to zadbam. ;]

  2. Mati, dziękuję za komcia, wiesz, możesz mi szukać w takim razie jakiegoś fajnego smartfona. TANIEGO. Widzimy się niebawem, bo uderzam do Ciebie w Poznaniu. : *

  3. Po pierwsze -z tą szatańską Kitty to ściema jest. Wiem, bo Marta miała schizę że piekło i posprawdzała 😉
    Po drugie – nadal wierzę w magię zmiany ustawie na fejsiku i tym podobnych oraz kontroli jakości publikacji na swój temat.
    Po trzecie – Tajwan utrzymuje, że jest nawet bardziej chiński niż ChRL, to znaczy że to on jest prawdziwymi Chinami. Nieuniknione prawa rynku prowadzą do tego, że większości państw opłaca się bardziej uznawać "duże Chiny" jako te właściwe, no ale to na ignorowanym na scenie politycznej Tajwanie nie ma komunizmu (choć mój wykładowca twierdzi, że przecież w ChRL też już nie ;| ) Nie jest więc Tajwan oficjalnie uznawany jako państwo, ale należy te dwa twory rozdzielać. A kiedyś (XIX w.) wyspa nazywała się Formoza i Japończycy podpieprzyli ją Chińczykom na długie lata 😀 Tyle wiem ja, 4+ z historii Azji Wschodniej.

  4. No i dobrze, że ściema, bo jeszcze bardziej bym znienawidziła. = D Wikipedia kłamieeeeee!

    No ja nie wierzę w tę magię, bo wymaga za dużo zachodu. ^ ^

    Po trzecie – kocham FB za to, że możesz ją komentować i wzbogacać moje życie takimi naukowymi faktami. <3

Dodaj komentarz