To znaczy płaczą, ale dlatego, że kolega im podłożył nogę, koleżanka kopnęła plecak i wylała herbatę z termosu, worek ze strojem sportowym gdzieś się zawieruszył, a pan dyrektor znowu skrzyczał na boisku, że się biegało. 
Dzień albo dwa dni później zapominają o sprawie i żyją dalej. 
Słuszna filozofia. 
Jak to się ma w przypadku mnie, dwudziestojednoletniej kobiety? 
Zamiast uwalniać swój stres w postaci potoków łez, męczę się psychicznie. I nie śpię po nocach, bo brzęczenie komara nie tylko doprowadza mnie do szewskiej pasji, to jeszcze przypomina o współlokatorce z zeszłego roku akademickiego, która też nie dawała mi spać, a mimo że teraz nie ma jej obok, to samo wspomnienie trzaskających o czwartej nad ranem garnków momentalnie przysparza mi bólu głowy. I tak od prawie dwóch miesięcy. Nie płaczę, gdy mama zrobi mi przytyk o byciu orką, tylko przewracam oczyma i zaciskam zęby, by dwie godziny później wyżyć się na niej, gdy pozostawione przeze mnie na pralce kolczyki przyniesie do pokoju i położy na biurku, zamiast włożyć do szkatułki. Jakie to dojrzałe! Pamiętam, że kiedy byłam w podstawówce, moja przyjaciółka zrobiła mi coś złego, potrafiła w zadośćuczynieniu przyjść do mnie do domu i podarować przeprosinową czekoladę. (Nie bój się słońce, nie pamiętam, o co chodziło, zostało tylko wspomnienie bardzo miłego gestu). Dziesięć lat później nie potrafię
czerpać z niej przykładu. Nie mam tyle sił czy odwagi, by stanąć na ganku domu przyjaciółki, a co dopiero wyznać grzechy, przyznać się do błędu czy przeprosić! O wybaczeniu już w ogóle nie mówiąc. 
Czy to jest różnica między byciem dzieckiem a byciem dorosłym? Stanie się kłębkiem nerwów, toksyczną chmurą tytoniowego dymu? Niesprawiedliwym tytanem, który ciska we wszystkich gromy, a gdy sam coś przeskrobie, zamiast pokornie się przyznać, zwiewa gdzie pieprz rośnie tylko dlatego, że nikt go nie zaciągnie przed oblicze pana dyrektora lub nie odejmie punktów za złe zachowanie? 
Może nie wszyscy dorośli tak mają. Może to nie zależy od wieku, tylko od charakteru człowieka. Tym bardziej, że dorosła wcale się nie czuję. Dorosły idzie po zakupy, by ugotować rosół i wraca z torbami, nie zapominając o kurczaku. Dorosły jakoś wstaje na szóstą do pracy, bo rozumie, że nie ma innego sposobu na utrzymanie rodziny. I znowu ja jeszcze szukam takiego sposobu, by zarobić, a się nie narobić. Ewentualnie harować jak wół, ale tworząc coś lub wykonując obowiązki, z których czerpie się satysfakcję. (Czy to nie jest jednak jakieś dziecięce wyobrażenie?).
Kiedyś chciałam być nauczycielką. Właściwie od kiedy rozpoczęłam swoją edukację, taka myśl gdzieś fruwała mi wokół głowy jak radosny skowronek. Teraz, gdy doświadczam praktyk w szkole podstawowej, nauczycielstwo raczej wydziobuje mi obumierający mózg niczym sęp. Tony papierkowej roboty. Użeranie się z rodzicami. Pesymizm, zniechęcenie. Apatia. Złość. KORUPCJA.
Aż mi się przypomniał opening kreskówki o Batmanie. 

Taa, taka mała niedojrzała dygresja.
Nie dość, że psychicznie jestem opóźniona, to nawet w teorii wciąż jestem w pewnym sensie dzieckiem. A na pewno jestem uzależniona od rodziców, w końcu to na ich garnuszku żyję. (Podejrzewam, że gdybym chodziła z przystojnym biznesmanem, byłabym jego utrzymanką, niestety to tylko marzenia, a i tak zapewne gdyby w rzeczywistości jakiś biznesmen okazał mi zainteresowanie, odechciałoby mi się choćby przelotnego flirtowania). A że kryzys, to wszystkim wszystkiego brakuje, rodzice też ludzie, też mają swoje potrzeby, a ja nie mogę od nich oczekiwać, że będą mnie sponsorować do końca doktoratu. (Ha, ha, ha, najpierw licencjat, no przecież!). Dlatego mam kłopoty z kasą. Dlatego mam kłopoty z usamodzielnieniem się. Nawet gdybym chciała, to państwo nie kibicuje mojemu stanięciu na własne nogi, a i im dłużej jestem w domu, tym lepiej mi z obiadami szykowanymi przez mamę i oglądaniem tenisa z tatą. (Wiwat tradycyjny podział obiwiązków w polskim domu). Nie chcę się z nimi rozstawać mimo nieustannych potyczek. To ludzie, których kocham najbardziej na świecie. I którzy mnie karmią! 
Pewnie z myślą o rodzicach, moich komicznych doświadczeniach życiowych i tym, co myślą o mnie moi przyjaciele, gdy nauczycielka, przedstawiając mnie klasie, oświadczyła, że wciąż się uczę, ale jestem osobą dorosłą, mało nie posikałam się ze śmiechu. Bo uczę się, ale głównie na uniwersytecie życia (Uniwersytecie Absolutnego Minimum?) i nawet nie jestem przekonana, czy chciałabym kiedykolwiek być dorosła. W takim stopniu, w jakim jest na przykład moja mama, z całym swoim prozaizmem i konserwatyzmem. 
Z drugiej strony często podczas wędrówek po FB oraz na podstawie perypetii moich znajomych, wydaje mi się, że wcale nie jestem dziecinna. Nie ja składam siostrze życzenia na tablicy, mimo że mogę do niej zadzwonić (dobra, nie mam siostry, ale nie o to chodzi, tak?), nie ja zachwycam się kucykami Pony czy innymi Hello Kitty (w pokoju trzymam tylko jedną maskotkę, w dodatku z dala od łóżka), nie czekam na księcia z bajki (po prostu nie wiem, na co czekam), a na pytanie: co u ciebie? odpowiadam, że wszystko dobrze, mimo że czasem jest źle jak diabli. I może znowu to nie jest dojrzałość? Tylko chociażby kwestia wychowania? Albo zwykłych upodobań?
A gdyby istniała trzecia strona, wprawiłaby mnie w konsternację, tak jak wtedy, kiedy widzę moją dawną koleżankę z gimnazjum, idącą z mężem za rękę przez środek naszego miasteczka. Lub też kiedy dowiaduję się, że w podstawówce powinnam spotkać dziecko mojego kuzyna, choć nie wiadomo, czy przypadkiem już nie jest w gimnazjum. Albo po prostu patrząc na Natsu. To już w ogóle kobieta nie z tej ziemi. Ma pracę, mężczyznę i motor. A jest o kilka miesięcy młodsza ode mnie. Szok.
Dlaczego tak bardzo się spieszymy? Czy człowiekowi naprawdę jest tak źle w każdym momencie jego życia, by jako dziecko nie móc doczekać się dorosłości, a później płakać nad rozlanym mlekiem i snuć rozważania, dlaczego nie zrobiło się tego czy tamtego, kiedy miało się ku temu okazję? Ze szkoły idziemy na studia, rozbijamy się między jedną imprezą a drugą sesją i trzecią konferencją, a później od razu wskakujemy, daj Boże, na etat. Kiedy więc mamy się zastanowić nad tym, czy właściwie w tym momencie
czujemy się na tyle odpowiedzialni, by powziąć jakież plany i doprowadzić je do realizacji? Jak wielu osobom zwyczajnie nie wychodzi, bo nie wyczuwają odpowiedniego momentu? A to przecież takie trudne, zdecydować, że bierzemy ślub w przyszłym roku, a nie za dwa, kupujemy to mieszkanie, a nie inne, dzieci wysyłamy do tej szkoły, a nie tamtej. I czy to w ogóle ma jakieś znaczenie, jakiekolwiek, w świecie rozwodów, drożejących czynszów i dzieci występujących z pozwem do sądu o alimenty od rodziców? 
Często mówię moim przyjaciołom, że czas leczy rany, wszystko się ułoży i zmieni na lepsze. Niektórych doprowadza to do szewskiej pasji, niektórym zaś brakuje zwykłych słów otuchy i od razu poprawia im się humor. Nie wiem, czy ci ostatni sami w to wierzą i czy ja sama w to wierzę. Stare porzekadła głoszą: raz z górki, raz pod górkę. Mnie jednak wydaje się, że zawsze pod górkę, tylko trzeba się do tego przyzwyczaić i zaakceptować. Myślę, że to całkiem dojrzałe podejście do tematu. Jak sądzicie?