Tak, tytuł nawiązuje do jednego z największych dzieł Dickensa (zresztą, wszystkie są chyba tak samo wielkie, również objętościowo). Nie, nie przeczytałam tej pozycji, ani żadnej innej, mimo iż założyłam, że w wakacje na pewno uda mi się zapoznać z jednym z dzieł powieściowego króla. I właśnie o tym będzie ten post.
Niektórzy, gdy tylko zbliżają się wakacje, zakładają od razu, że te będą inne od wszystkich. Na pewno uda im się pojechać tu i tam, wreszcie odwiedzą tego i tamtego, z pełnym przekonaniem stwierdzają, iż dokształcą się na wszelkich polach oraz poszerzą znacznie swoje horyzonty. Inni mają co do tego
Ja i moje oczekiwania, gdy jeszcze istniały
 (trochę się rozmijaliśmy).
(Tak naprawdę dzieło autostwa
Santiago Salvadora).

pewność już na koniec aktualnych wakacji. „Przyszłe lato będzie zupełnie inne, nie tak, jak to”.

Kolejne wakacje takich planistów, patrzących na świat przez różowe okulary, kończą się najczęściej fiaskiem. Istnieje jednak niewielki odsetek osób, którym udaje się zamienić marzenia na rzeczywistość, przekuć nadzieje i plany w sukces. Chwała im za to. 
A ja już nie planuję. 
Czy to oznacza, że jestem pesymistką? Albo człowiekiem pozbawionym aspiracji? Zniechęconą do przygód początkującą kurą domową? (Niestety, bez koguta i na razie zamieszkującą kurnik rodziców). 
O ile z pierwszym się kategorycznie nie zgodzę, bo wstyd, to drugie i trzecie zostawię w spokoju. Może to jeszcze większy wstyd. Znam jednak siebie. Jestem leniwa (nie jak samica leniwca, która – ciekawostka przyrodnicza! – rodzi średnio jednego potomka rocznie (czyli jednak jest bardzo aktywna!), lecz raczej jak odurzony substancjami narkotycznymi z liści eukaliptusa miś koala, mający wy.je.ba.ne). Mam swoje cele, dążę do nich powolutku, ale nie ustalam sobie wysokiej poprzeczki. Znam się, znam swoje możliwości, znam warunki, w jakich przychodzi mi się realizować (bądź też po raz kolejny przegrywać z sesją). Gdybym zacisnęła pasa czy tam spięła pośladki, na pewno osiągnęłabym dużo więcej. Tylko po co? Kryzys dorastania? 
A właśnie że nie, bo nadchodząca (ślimacząca się w zasadzie) mądrość. Lub też jej namiastka. 
Moim marzeniem jest bycie pisarką. 
Jeszcze w zeszłym roku wysyłałam do wydawnictw moje opowiadania, chciałam, żeby znalazły się na biurkach każdego redaktora, żeby były czytane, akceptowane, podziwiane. Obserwowałam na stronie Prozaików wzmianki o licznych debiutach młodszych ode mnie dziewcząt. W ręce trafiały mi książki napisane przez siedemnastolatki. Nawet John Irving opublikował swoją pierwszą powieść, mając tyle lat, co ja teraz.
I co?
Ja i niedźwiedź chlejemy herbę z prądem.
Czasem trzeba wyluzować.
(Lieke van der Vorst)
Jak zwykle, nie za wiele. Dopiero teraz do mnie dochodzi, kiedy wczytuję się jeszcze namiętniej w Vargę i Karpowicza, jak mało jeszcze potrafię. Gdyby moja książka ukazała się teraz, za dziesięć lat nie mogłabym na nią patrzeć. Wstydziłabym się słabego debiutu. Jasne, że początki nie muszą być zawsze wybitne, ale kilka przychylnych recenzji na pewno by się przydało. 
W dodatku nie mam jeszcze określonego stylu. Rozbijam się gdzieś między Irvingiem (a jeśli mówimy wciąż o jego debiucie, to „Uwolnić niedźwiedzie” nie są nawet w połowie tak rewelacyjne jak dużo późniejsza „Modlitwa za Owena”) a Krzychem V. (Ale sobie wlałam)! Dlatego powolutku próbuję w konkursach literackich. Powolutku. Próbuję. To bardzo ładne słowa. 
Wracając zaś do tematu wakacji, powiem, że w moim przypadku nie wydarzyło się nic godnego uwagi, jak również nic niegodnego. Gdybym w trakcie minionego roku akademickiego podjęła kilka zgoła innych decyzji, mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Ale wtedy rzeczywistość nie byłaby ta sama, a nauczyłam się, że

nie ma czegoś takiego jak „lepiej” czy „gorzej”. Życie jest (bez)względne.

Teraz trzeba szlifować, trzeba klękać przed przyszłością, by móc później stanąć godnie w szeregu polonistów, trzeba musieć, a jeszcze bardziej trzeba chcieć. Trudne to, zwłaszcza dla mnie. Lecz w ramach walki z pesymizmem: czy kiedykolwiek coś mi się nie udało? 
Heheszki. 
Na koniec powiem Wam, co i komu się nie udało. „Buszujący w zbożu” Salingerowi. Tak, jak bardzo go uwielbiam za opowiadania o rodzinie Glassów (polecam, zwłaszcza „Wyżej podnieście strop, cieśle”, choć to bardzo specyficzny kawałek prozy), tak za Holdena nie cierpię. Ktoś na portalu Lubimy Czytać napisał, że lektura sławnego „Buszującego” spodoba się każdemu, kto w życiu przeżył okres buntu. Nieprawda, bo buntuję się cały czas przeciwko całemu mnóstwu zdarzeń, rzeczy i okoliczności, a jednak książka mnie nie urzekła. Styl (i stylizacja) do kitu. Dobrej akcji nie oczekiwałam, bo mówienie o akcji w przypadku Salingera to nieporozumienie, ale nie można nawet mówić o interpretacji książki, bo Salinger swe myśli zawarł dobitnie w tekście. Holden wali prosto z mostu. Głupi szczeniak. I kolejne zawiedzone nadzieje.
(Jest też możliwość, że powoli staję się zgorzkniałą pizdą; muszę przeczytać książkę pod tym tytułem autorstwa Marii Sveland – zapowiada się fenomenalnie).