A, tak, mam bloga, przypomniało mi się.

Ala już mi wypomina, że nie piszę. Wstydzę się gadać z Matim, bo chłopak się ogarnął i tworzy notki w tempie pędzącego shinkansen. Jakie piękne nawiązanie do Julity, która utworzyła właśnie nowego bloga. Relacjonuje na nim swój pobyt w Japonii. Polecam wszystkim z całego serca. 
Właśnie kończy się trzeci listopada. Niedziela, nie czwartek, kiedy powinny być nowe notki. Przechodzę jednak kryzys. Zastanawiam się albo nad utworzeniem nowego bloga, albo zmodyfikowaniem tego. Jakoś trzeba się wylansować, jak to mawia Magdalena. Mawia też „bez nakolannictwa”, ale o tym może innym razem, choć nie jestem pewna, czy aby o tym powiedzeniu już nie wspominałam. Tak czy siak, wszystko się zmienia, a ludzie… odchodzą.
W tym roku nie byłam na cmentarzu. Wszystkich Świętych raczej nie jest moim ulubionym dniem roku. Szczerze mówiąc, nie cierpię chodzić na groby i uśmiechać się do rodziny, która na ogół ma się w dupie. Takie są fakty – każdy ma swoje życie, swoje problemy i radości. Im większa rodzina, tym po latach słabszy kontakt między jej członkami. Widzimy się od wesela do wesela, ewentualnie czasem jakiś szybszy meeting na pogrzebie albo właśnie na początku listopada. A wtedy zawsze ta sama śpiewka. Nie, nie mam chłopaka, wciąż studiuję. Jak to ile lat można studiować? Jestem na trzecim roku, wcześniej byłam na drugim, a przedtem na pierwszym, nie moja wina, że nie słuchacie i nie obchodzą was idee oświeceniowe XBW Krasickiego. I wcale nie wyładniałam, spasłam się jak morświn. Wcale nie chcę, żebyście zaprzeczali. 
Powinnam może oddać hołd moim dziadkom, których nie bardzo pamiętam. Babcie umarły, kiedy miałam cztery lata, a dziadków nigdy nie miałam okazji poznać. Mam jakieś tam przebłyski, wspomnienia swoje lub rodziców, przez które przed zaśnięciem często odmawiam „Wieczny odpoczynek”. Wciąż jednak nie rozumiem idei ścigania się w kupowaniu drogich zniczy czy wydawania hajsu na stroiki ze świerku i sztucznych kwiatów. Wiem, że moi przodkowie woleliby, aby zamiast tych wszystkich ozdób nad ich ogrobem zjednoczyła się rodzina. (Chociaż, jeśli moja matka przejęła charakter swojej matki, to tracę taką pewność). 
Nie olałam Wszystkich Świętych z pełną premedytacją. Jestem chora, tym razem fizycznie. Konam, wypluwam płuca, cytując Panią Akne. Poszłabym, gdyby nie ten cholerny kaszel i ogólna słabość. Ale i tak myślę o tych, którzy odeszli. Nie na zawsze, nie. O tymczasowycy brakach w moim życiu. Na przykład o Jagódce, która jest z doskoku, bo niszczy nas trochę różnica w studiach i adresach. 
O Julicie. To tylko rok, ale będzie ciężko żyć bez sumienia (mam dołączane, nie wbudowane, ale może zadziała na wifi). Trudno tak jakoś bez tego kartoflowatego nosa i zielonych oczków, bez nieustannego smęcenia: chodźmy na kawę i nie zrujnujmy sobie życia, choć pewnie już za późno. Kiedy wróci, to pewnie zniszczymy sobie wątroby od kofeiny, ale będzie warto. Teraz już wiem, że wróci, bo irracjonalny strach opanował mnie, kiedy wychodziłam z jej mieszkania i pędziłam ze łzami w oczach (i smarkami w nosie oraz przełyku, pozdrawiam hiperrealizm) do Babilonu. Ale kiedy wylądowała bez problemów w tym bezbożnym kraju (czyt. Japonii) i niedługo potem porozmawiałyśmy na skajpaju, uspokoiłam się. Będzie dobrze, nie ma innej opcji. 
Julita to chyba jedyna osoba, o której wiem, że jeśli nie rozdzieli nas wybuch bomby atomowej, to zawsze do mnie wróci – i vice versa. To dziwne, zważywszy na moją zdolność do traktowania ludzi przedmiotowo. Lubię mieć wokół siebie osóby umilające mi w jakiś sposób czas, na które później mogę w rozrachunku przed snem zwalić, że nie zrobiłam tego i tego (na przykład nie nauczyłam się znowu na doktora Pojeba i nie ogoliłam jeszcze lewej łydki), bo siedziałam na schodach z tym czy tamtym. Lecz kiedy między mną a innymi ludźmi zaczyna się dziać coś poważniejszego, uciekam. Wracam po jakimś czasie, ale wtedy bywa za późno. Z drugiej strony zbyt szybko pozwalam ludziom uwierzyć, że jestem spoko. Łapią się na to, a potem dostaje mi się po tyłku. Ostatnio nawet sama uwierzyłam, że w ciągu pół roku można poznać przyjaciela na zawsze, w końcu relacje są zawsze obustronne. A jednak piętnaście lat przyjaźni z Julitą pokazuje, że można kogoś znać na wylot, ale wciąż dowiadywać się o nim nowych rzeczy. 
Istnieje też grupa ludzi, którzy byli, byli, byli, później mógł przejść między mną a nimi huragan lub nic nie musiało przechodzić, lecz w końcu znikli z mojego życia. By następnie pojawić się w pociągu, ustąpić miejsca i pogadać o starych czasach, ponarzekać na starych znajomych, opowiedzieć sobie w skrócie o swoich perypetiach. Kiedy Liszka w czwartek trącił mnie dwukrotnie w ucho, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Teraz jednak cieszę się, że mój pierwszy kolega od papierosa ma się dobrze. W dodatku wydaje się o wiele dojrzalszy niż ten mały niedorobiony muszkieter z polowania na wiśnie. Myślę o tym z dumą i chciałabym, by kiedyś i o mnie tak ktoś ze starych znajomych pomyślał. 
Ciekawe. Czy ci, którzy, jakby się wydawało, odeszli z mojego życia, kiedyś znów do niego wrócą? Mikachu, który zamieszkał z dziewczyną i prowadzi teraz dorosłe życie, choć nie tak dorosłe, jak mama Ataga? Czy w ogóle chciałabym, by wrócili? Pogodziłam się już z tym, że każdy wybiera swoją drogę i nią kroczy? A może mam wciąż nadzieję na skrzyżowanie co dwieście pięćdziesiąt metrów? 
Jak smutno.