Memento mori i trochę demento

Choroba trzyma się wściekle mojego ciała i po części wprowadza mój umysł w inny wymiar. Dzięki zawrotom głowy, uciążliwemu kaszlowi i bycia potliwą myszą, dochodzę do wniosku, że jestem faktycznie bardziej dorosła niż niedorosła. Dzieci uwielbiają chorować, wówczas mają wolne od szkoły, a rodzice i bliscy nadskakują nad nimi do obesrania. Nie mówię, że to nie jest szalenie miłe, kiedy widzę u moich wspaniałych ludzi z Babilonu, że przejmują się stanem mojego zdrowia, biegają do apteki po syropki, robią herbatki, budzą i na śniadanie serwują kodeinę – ale jednak wolałabym, żeby mieli inne preteksty, by udowadniać, iż im na mnie zależy. Naprawdę chciałabym wziąć notatki w niedrżące ręce, w głowie poczuć wreszcie zdolność do przetwarzania i zapamiętywania informacji, a następnego dnia odwiedzić Dra Pojeba i wyklepać mu sto stron. To już nie te lata, żeby można się było opierdalać bez końca. (Tak, mówię to ja, toż to prześmieszne).
Tak czy siak, pogrążanie się w letargu w zimowym płaszczu pod kołdrą, gorączka i słuchanie Vivaldiego, a także pytanie Karola o mojego bloga, poddało mi świetny pomysł na nowy post. Pomysł tak naprawdę świetny może nie był, lecz takim się wydawał przez nieskończenie długi czas jednej milisekundy, co absolutnie wystarczyło do jego realizacji. W połączeniu z moimi posępnymi myślami dotyczącymi boju pomiędzy tym, co bym chciała robić a brakiem wyjątkowo olśniewających perspektyw, stwierdziłam, że nic, tylko pisać. O śmierci. 
Moi rodzice raczej nie podzielają mojej miłości do czarnego humoru, która wszak nie jest jakaś szczególna, bo ogranicza się do wtórności bądź fangirlstwa. Sama nie jestem aż tak błyskotliwa, czasem tylko lubię ponabijać się z nowotworów, pogubionych przez przypadek kończyn, Żydów na dyskotece krzyczących „więcej gazu” czy noworodków… To nie jest obrzydliwe, to specyficzne, zaręczam, na świecie istnieją gorsze wypaczenia. Pewnie ktoś sobie teraz pomyśli, że gdyby mnie spotkała podobna tragedia, albo chociaż jakaś, zastanowiłabym się dwa razy nad tym, jakie durnoty wygaduję. I pewnie w ogóle trzymałabym język za zębami, bo złe rzeczy są złe, dlatego powinny być tematem tabu. Nieprawda. Po pewnym czasie człowiek nabiera dystansu (chyba, że nigdy go do siebie nie miał, a wiadomo, dystanse są potrzebne, nie tylko by schudnąć i dobrze wyglądać, ale i po prostu dobrze żyć, na przykład dystans dziewięciu tysięcy kilometrów między Polską a Japonią sprawia, że od dwóch tygodni nie pokłóciłam się z Julitą). Do tragedii, do choroby, to ułomności czy śmierci. Trzy dni po pogrzebie większość rodziny nieboszczyka wciąż roni łzy, ale rok później wszyscy opowiadają sobie śmieszne historyjki na jego temat, na przykład jak jego pies wpadł do szamba, a nieżyjący (wówczas nie nieżyjący, nawet wręcz przeciwnie) swojego gównianego psiaka wziął za kanałowego szczura. Imponuje mi taka forma wspominania o tych, którzy już odeszli, bo zabawne historie w naszych głowach pozostają o wiele dłużej niż długie monologi na
temat zmyślonej działalności dobroczynnej denatów. Chorobę też można wykorzystać w dobry, prześmieszny sposób. Sama postać Nicka Vujicica na pewno zawsze będzie mi się kojarzyła bardziej z obrazkiem z boku (gdybym znalazła go jako mała dziewczynka, istnieją pewne szanse, że nie paliłabym teraz jak smok) niż filmem pt. „Cyrk motyli” (choć i jego serdecznie, chyba po raz drugi, polecam – Gruby się płacze podobno za każdym razem, gdy ogląda tę krótkometrażówkę; dzięki, stary, za jej pokazanie). 
Nie wiem, z czego tak naprawdę wynika strach przed mówieniem o śmierci. Z samego strachu co do niej? To dla mnie też troszkę irracjonalne. O wiele bardziej od śmierci boję się życia. Egzystencja zaskakuje mnie na okrągło. Ostatnio w dni nieparzyste w sposób nieprzyjemny (wiecie, 11 listopada, tęcza, ogień, siara na maksa, wstyd, że debile w dresach i ogoleni na łyso z mózgiem równym potencjałowi intelektualnemu kalarepy nazywają się patriotami). Poza tym nie wiem, co będę robić za tydzień, miesiąc czy rok. Może znajdę pracę, może nie, może potknę się w strategicznym momencie podczas jakiegoś ataku na znanego polityka, załapię się na mema w internetach i zostanę sławna. Nie wiem. Jestem zaś przekonana, że prędzej czy później umrę. Nie tak permanentnie, ale zawsze coś. 
A może właśnie dlatego śmierć traktuję tak lekceważąco? Wierząc w życie pozagrobowe, hasanie w białym prześcieradle za moimi przyjaciółmi i przestawianie im szpargałów w mieszkaniu albo niekończące się bansy na chmurkach, jest mi jakoś lżej. Mniej ostatecznie, mniej ziemiście lub krematoryjnie, mniej beznadziejnie, w sensie: nie jesteś marnym wypierdkiem, błędem w systemie komputera głównego wszechświata, twoje istnienie ma znaczenie, joł. A gdyby tak było? Chyba zostałabym celebrytką, nauczyła się pływać i nurkowała w forsie, żeby jakoś zaistnieć, choć przez minutkę. Na pewno nie traciłabym czasu na wkuwanie teorii nieżyjących już ludzi a propos życia, które i tak nie ma żadnego znaczenia (tj. i tak nie poszłabym na filozofię, ale tak przykładowo – i przytykowo). 
Wyobrażałam sobie kiedyś, jak ma wyglądać mój pogrzeb. Chciałabym, żeby była to epicka impreza, o ile zostawię moim spadkobiercom tyle hajsu, żeby mogli godnie nią rozporządzać również w kwestii uhonorowania mojej pamięci (i o ile na to zasłużę, to chyba jednak istotniejsza kwestia). Florence w teledysku do „Raise it up” podsunęła mi godną uwagi wizję. Musiałabym tylko się wstrzelić i umrzeć przy dobrej pogodzie, pewnie we wakacje. Pożegnanie odbyłoby się w ogrodzie, kobiety miałyby na sobie białe sukienki, moje ciało włożono by do prowizorycznej łódki, do której dołączono by i podgrzewacze, od których co prawda bym nie spłonęła (prędzej wypaliłby się w nich wosk), ale zawsze to ładnie wygląda, prawda? I jak już bym sobie płynęła, zepchnięta z lądu przez czterech przyszłych mężów Julity, z których połowa pewnie będzie skośnooka, po jakiejś Warcie czy innej rzeczułce (byle nie naszej rodzimej Szarce vel. Smródce, bo to by była bardzo krótka trasa – z oczyszczalni pod ogólniak, a i tak w połowie utknęłabym na mieliźnie z butelek po Amarenie), goście imprezy schlaliby się pitnym miodem i ewentualnie rozmawiali o moich opowiadaniach (czyli że muszą powstać przed moją śmiercią i dodatkowo powinno być ich dużo, skoro chcę, by żegnało mnie mnóstwo osób – o czymś trzeba będzie debatować, a przecież nie o polityce). (To było naprawdę długie zdanie, przepraszam, już nie będę, naprawdę szanuję moich czytelników, zwłaszcza tych wyimaginowanych, gdyż stanowią najliczniejszą grupę). 

Chciałabym, żeby ten blog istniał za dwadzieścia albo i czterdzieści lat, coby sobie zajrzeć, co sądziłam na dane tematy, kiedy już będę formalnie w wieku dojrzałym (teraz jestem jakby wciąż młodzieżą, nie wszechpolską, a wszechorientacyjną zapewne, ale za to nie do końca zorientowaną). Może faktycznie tak mi odbije palma, że będę chowała głowę w piasek (albo w jezioro, jak to ujął dowcipnie bohater opowiadania Grzegorza Bogdała pt. „Oczko w głowie” – opowiadanie miesiąca w „Chimerze”), a może popadnę w dekadentyzm i prócz absyntu oraz śmierci nie będę miała innych tematów do debat? A co jeśli nie dożyję? Cóż, wówczas pewnie będę przejmować się czym innym. Albo w ogóle niczym. W każdym razie perspektywy jakieś są.

2 myśli na temat “Memento mori i trochę demento

  1. 1. Dziesięciu tysięcy kilometrów
    2. Chyba nie kłóciłyśmy się aż tak często.
    3. Mogę Cię przechować w zamrażarce do lata jak kipniesz na przykład w grudniu.
    4. Smutno mi, że otwierając komputer 11 listopada zobaczyłam newsy o bandzie debili, którym się wydaje, że ich racja jest najichsza. Szkoda gadać.

  2. ad. 1. Kłamiesz, w linii prostej o wiele mniej, obliczyłam dzięki internetom. The Distance between Nowy Tomysl (,Poland) and Hakone (Kanagawa,Japan) is :
    8823.33 kilometers (km).
    ad. 2. Nie, ale wkurzamy się często.
    ad. 3. Już myślałam, że nigdy nie zaproponujesz.
    ad. 4. No, przez nich staję się coraz bardziej nietolerancyjna. Wobec nich.

Dodaj komentarz