Remember, rememember, kiedyś zeżre cię gender

Zapytałam mojego tatę, czy wie, co to jest gender. Powiedział, że gender jest wtedy, gdy on przynosi pieniądze mamie, a mama wydziela mu z tego niewielką część, dołącza do nich listę i wysyła na zakupy, a później jeszcze żąda reszty. 
Gender się nie należy bać, gender jest wszędzie, tylko nie wszyscy to zauważają. Ale już przecież na wiedzy o społeczeństwie w pierwszej klasie gimnazjum uczyliśmy się, że każdy z nas ma do wypełnienia jakąś rolę. W zasadzie nie jedną. Zgadzamy się, że jesteśmy dziewczynami lub chłopakami, a w związku z tym córkami lub synami, uczennicami i uczniami, katoliczkami i kibicami. A później stajemy się buntowniczkami i rebeliantami, podróżniczkami i włóczykijami, kobietami albo mężczyznami. 
Olga Tokarczuk mówi w swoim eseju Heterotopia (można go znaleźć m.in. w zbiorze pt. Moment niedźwiedzia – oczywiście nie kupiłam go przez nazwisko autorki, ale z powodu świetnego niedźwiedzia w tytule i na okładce; jestem Irvingową fetyszystką, wszyscy już chyba wiemy, jak bardzo mój ulubiony John kocha te wielkie śmierdzące bydlaki), że to przez ewolucję. Na początku mężczyźni byli silni, więc szli polować, a kobiety rodziły dzieci i opiekowały się nimi. I wówczas, w prehistorii było to całkiem logiczne. Ale teraz? Kiedy siła fizyczna nie liczy się tak bardzo, a przynajmniej nie tyle, co zdolności, doświadczenie i intelekt? Ewolucja to nie historia, tylko proces nie do zatrzymania. Skoro ryby wyewoluowały w dinozaury, a tygrysy szablozębne w zgrabne dachowce bez wady zgryzu, to czemu nie może ewoluować płeć? Zmienia się środowisko, zmieniają się warunki naszego życia, tylko poglądy niektórych zamkniętych na postęp ludzi nie chcą się zmienić. Choć nie zgadzam się z wieloma poglądami Tokarczuk, to kilka z nich, a zwłaszcza ten wywod o gender, brzmi naprawdę logicznie.
Tak, jak nie przeszkadza mi homoseksualizm, tak i transseksualizm [oraz transgenderyzm! – wspomniany już Irving, w swojej najnowszej powieści W jednej osobie używa tych pojęć zamiennie, choć ja sama nie byłabym do końca przekonana o słuszności tego zabiegu (literackiego, w ramach używania terminologii, kwestie wymiany narządów płciowych pozostawmy zainteresowanym)] nie napawa mnie ani lękiem, ani obrzydzeniem. Wręcz przeciwnie, zawsze chciałam mieć koleżankę, która kiedyś była mężczyzną oraz odwrotnie (wiem, traktuję ludzi bardzo przedmiotowo, tworząc ze swoich przyjaciół jakąś porąbaną kolekcję, ale moja miłość do nich jest prawdziwa i wolna od konsumpcjonizmu). Ale ja to ja. I na pewno nie jestem przedszkolanką z Rybnika. Ciekawym doświadczeniem byłoby zorganizowanie dzieciakom w podstawówce albo gimbazie jakichś zajęć, na które chłopaki mieliby przyjść przebrani za dziewczyny (wtedy dowiedzieliby się, jak bardzo niewygodne potrafią być rajstopy), a dziewczyny za chłopaków (wówczas mogłyby zrozumieć, że nie zawsze trzeba się pindrzyć godzinami, bo ważna jest wygoda). I rozmawiać o istotnych problemach związanych z walką płci przy zabawie. Na pewno byłoby zabawnie. Pamiętam zresztą z podstawówki, iż kiedy facet przebiera się za babę, zawsze jest kupa śmiechu – to chyba nawet słowa którejś z nauczycielek, bo mój kolega Darek przeważnie na karnawał wkładał damskie łaszki, co nie zrobiło z niego ani geja, ani mordercy, ani nawet lewaka. Ale robienie pojawienie się w bajkach postaci rycerek? Bez przesady! To raczej przekłamywanie historii. W średniowieczu kobiety były damami serca, nie inaczej! Ewentualnie służącymi czy tam chłopkami na gospodarstwie. Miały pod górkę, ale wywalczyły prawo do udzielania się w społeczeństwie. Dzięki takim postaciom jak m.in. Joanna D’Arc. To powinny wiedzieć dziewczęta. To uczy zaangażowania i przykładania się do obowiązków. Fakty są często sporo ciekawsze od popapranych wizji kobiet z wąsami, noszących bojówki i niegolących się pod pachami. 


Is­tnieją dwa rodza­je ko­biet: bo­ginie i wycieraczki. 

Pablo Picasso

Oto prawda. Na tle moich powyższych wypocin możecie być teraz zdziwieni. Co ona gada; to jest za tym gender czy nie? Odpowiedź jest prosta. Jestem za postępem, ale rozsądnym. Za wolnością. Nienawidzę być krępowana przez otoczenie, dlatego nikomu też nie będę niczego bronić. Sama jednak uwielbiam być kobietą, tą ze stereotypów. I jeśli ktokolwiek będzie mi zarzucał, że przez manifestowanie mojej kobiecości jestem zacofana albo głupia, to wyśmieję. Chodzi przecież o to, by każdy czuł się dobrze w swojej skórze, a jeśli nie, to by mógł ją zmienić. Żeby wiedział, że ma taką możliwość. Żeby ufał, iż nie musi się bać bycia prawdziwym sobą.

A ja się czuję cudownie w czerwonej kiecce z dekoltem, pomalowanych pazurach oraz długich włosach. I nie mam nic przeciwko kobietom, które spełniają się, wychowując dzieci w domu. Ostatnią lekturą, jaką przeczytałam w roku 2013, była Sarmacka dama. Barbara Sanguszkowa (1718-1791) i jej salon towarzyski. Księżna Barbara zakładała, że misją kobiety było dbanie o domowe ognisko. Nie tylko  miała dopilnować prawidłowego rozwoju swojego potomstwa, ale i stanowić ozdobę swojego męża a także wypełniać swoje obowiązki wobec ojczyzny. Dodatkowo Sanguszkowa realizowała się, prowadząc wspomniany w tytule salon towarzyski. Kreowała modę, finansowała kulturę, wspierała młodych artystów, poruszała ważkie tematy. A jednak zawsze słuchała się swojego męża i nad swoje dobro stawiała dobro swych dzieci. Wówczas opiewano czyny księżnej w poetyckich dziełach. Teraz taką kobietę nazwie się kurą domową i w ogóle nie dostrzeże jej poświęcenia. 
Skoro zwolennicy ideologii gender są tacy „hej, do przodu”, to dlaczego ich ewolucja idzie tylko w jedną stronę? Dlaczego kobiet dbających o swoje rodzinne ogniska nie można opiewać w czasopismach i otaczać czcią? Bo jej postępowanie jest prymitywne? Nie wymaga wiele zachodu? Serio?

Siła kobiety jako żony opiera się z jednej strony na rozumnym, czujnym i wyważonym postępowaniu wobec partnera, a z drugiej – na jej atrakcyjności i dobrej kondycji fizycznej.

Takie są słowa Agnieszki Jakuboszczak, autorki Sarmackiej damy, parafrazujące poglądy księżnej. Jeśli myślicie, że bycie dobrą żoną jest łatwe, to jesteście w błędzie. Co prawda moja wiedza w tym zakresie jest raczej niewielka, ale dotychczasowe doświadczenia pokazują, że choć łatwo zadowolić mężczyznę, nie tak łatwo nauczyć się kierować nim, by zadowalał swoją kobietę. 
Mimo moich chłopskich korzeni (chociaż ostatnio dowiedziałam się, że jest niewielki procent szansy na bycie potomkinią jakiegoś bawarskiego księcia, więc spoko), mam takie poglądy, jakie mam. Kobiecie się należy szacunek. Kobiecie należy się cześć i uwielbienie. Co miesiąc cieknie nam spomiędzy nóg czerwony potok, w dodatku to my dobrowolnie pozwalamy rozrywać się naszym narządom nawet kilka razy w życiu (czyt. rodzimy). To my jesteśmy słabsze fizycznie, więc mężczyźni powinni bez słowa narzekania nosić nasze walizki i torby. Otwierać przed nami drzwi. Zapraszać na randki, stawiać kawy oraz kupować kwiaty, jeśli starają się o nasze względy. Co z tego, że prawo dżungli aktualnie powinno zmuszać kobiety do wzięcia spraw w swoje ręce i ruszenia na łowy, bo samców zdolnych do stania się w przyszłości mężami jest coraz mniej? (Nie dość, że niedługo blisko połowa okaże się homoseksualistami, to umierają o jakieś osiem lat szybciej od kobiet i rodzi się ich coraz mniej, a najgorsze, że nie wszyscy są sympatyczni). Czy to, że nasza kultura została ukształtowana tak, a nie inaczej, to powód, żeby ją zniszczyć? Nie mówię, że tradycjonalizm jest zawsze czymś pięknym i w ogóle wspaniałym, bez zarzutu. Oczywiście, że tak nie jest. 
Lecz jeśli czuję się słaba i dobrze mi z tym, dlaczego muszę zostać pozbawiona silnego ramienia, na którym pragnę się wesprzeć? 

Silva rerum Babylon et ius carnium

Podczas robienia noworocznego rosołu na kaca (co prawda Miłosz przygotował go już wczoraj – nie kaca, tylko rosół – ale podgrzewanie zupy na wolnym ogniu, kiedy zaczyna się chlać, może skutkować nieodwracalnym jej wygotowaniem się), postanowiłam napisać notkę. 
Właśnie doznałam zawrotów głowy. Może to od wyparowującego alkoholu ze śpiącego łóżko dalej Maćka, bo swój alkohol zdążyłam oddać matce naturze – choć akurat przyroda niewiele ma do czynienia z etanolem, już bardziej chemia i ręce Piotrusia, który wielkim gorzelnikiem jest. Sylwestra skończyłam dosyć szybko, wyzionąwszy praktycznie ducha przez rozpyloną gaśnicę, ale odratowana przez rodzeństwo ze Zbąszynia, czyli wspomnianego już Maćka oraz Kłaczka, będącą jak najbardziej kobietą. Koło ósmej, kiedy reszta powoli szykowała się do snu, otwarłam oczy i stwierdziłam, że cuda się zdarzają, bo, odpukać, nie bolała mnie głowa. Za to Kierownika chyba boli, bo słyszę z korytarza teksty: „Ale zabalowali”, „A, nie jest tak źle”, „Znowu gaśnica, kurwa mać”. Ponadto obudziłam się poniekąd w nowym-starym świecie. Ala znowu pytała Miłosza, czy ma fajkę, kiedy wspólnie czyniliśmy starania, aby stworzyć gastronomiczne coś z niczego (ale polegliśmy, więc wpieprzam chińską zupkę z automatu i zapijam ją mrożoną herbatą liptona w puszce, bo ktoś uprowadził mi cztery i pół litra wody mineralnej spod łóżka; aż dziw, że znaleźliśmy aparat i telefon). Niech się już wszystko samo ponaprawia, bo ja już dawno opadłam z sił, a czeka mnie dosłownie za moment najcięższa z walk. Albo chociaż niechże zyskam trochę supermocy, by stanąć na nogi i z odwagą spojrzeć w oczy życiu i innym ludziom. Tak bardzo mi tego brakuje. 
Wczoraj miałam jeszcze depresyjny nastrój. Ale wystarczyło, by jedna osoba powiedziała: kocham cię. I zabrzmiało to bardzo prawdziwie na tle pozostałych kłamstw, więc wydaje mi się, że mam dla kogo żyć. To trochę smutne, może nawet tragiczne albo zupełnie popaprane: wciąż nie nauczyłam się być dla samej siebie, ale czy wszyscy muszą? Przydałoby mi się wreszcie zrobić coś dla moi, i to coś poważnego, jak, nie wiem, poukładanie swoich spraw z uczelnią, pierwszy z brzegu przykład, błysnąć pracą licencjacką, zrobić praktyki, PISAĆ, cokolwiek. Tymczasem, miast tego, idę wybierać farfocle z rosołu. 
Ponieważ moje zeszłoroczne postanowienia, zamieszczone zresztą na blogu, jakoś mnie nie zmotywowały (schudnąć – może i ciut schudłam, ale i tak jestem grubasem, książek ile czytałam, tyle czytam, kasę roztrwoniłam w szokującym tempie i zostałam jebanym biedakiem, a po czwarte cały rok się chyba beztrosko opierdalałam w słodkim samozastoju), ogłaszam, iż ten rok będzie tak trudny z powodu błędów popełnionych przeze mnie w roku 2013 (Nie pozwól, aby wczoraj zabrało ci za dużo dzisiaj – chyba się trochę rozminęłam z myślą Willa Rogersa), że sukcesem będzie samo przeżycie. Jeśli dociągnę do 2015, to naprawdę będzie nie lada wyczyn. Na razie muszę się nauczyć wstawać rano z łóżka i nie wracać do niego po kilkunastu sekundach, gdy na dworze będzie śnieg, na korytarzu dostanę gęsiej skórki albo kiedy najdzie mnie przeczucie, że zaraz po opuszczeniu akademika rozjedzie mnie czołg. 

Miałam też rzucić fajki i alko z szacunku do pieniędzy. Na szczęście na razie nie muszę tego robić, bo w zamrażarce jest jeszcze słodziutka Pietraśna cytryna, a Maciek kupił mi w nocy na Orlenie paczkę fajek, więc może skończę z używkami po powrocie do domu.
Nikt mnie tak nie wkurwia jak facet chrapiący tak głośno, że sam się co chwila budzi od hałasu, który tworzy – dygresja z ostatniej chwili. 

Dygresja jeszcze świeższa – okazuje się, że jestem mistrzem rosołu! 
Bardzo proszę, ze zbioru esejów powoli robi mi się na blogu pamiętnik. 
Czego mam życzyć moim czytelnikom w Nowym Roku 2014?
Zdrowia, z pewnością. 
Niebycia życiową Emilką – chyba.
Poczucia, że warto nie schodzić za szybko z tego świata, a każdy nasz kolejny ruch ma w istocie jakiś sens.
Żeby czas tak szybko nie zapierdalał.
I zawsze smacznego ius carnium, czyli po prostu rosołu.