Czternaście zero dwa zero czternaście

Miałam sen.
Byłam na cmentarzu. Kaplica ze wzniesieniem, na którym spoczywają moi dziadkowie, została zburzona. Nowa świątynia, w trakcie budowy, powstawała na drugim końcu cmentarza. Weszłam do niej, a w środku nie było zupełnie nikogo. Pustka. Nawet krzyża. Tylko żwir i cement. Przechodziłam z jednego pomieszczenia do drugiego. Każde kolejne było jeszcze bardziej zdezelowane. W końcu zrozumiałam, że jestem w jakiejś starej wiejskiej chałupie. Rozejrzawszy się, dostrzegłam, że wreszcie nie byłam sama. Towarzyszyła mi porcelanowa lalka w męskim wydaniu. Wiedziałam, że ma na imię Emil i wiedziałam, że w pewnym sensie Emil to ja, a ja to Emil. Zwierzyłam mu się ze swoich problemów, a Emil powiedział: „Nie jesteś dzieckiem swoich rodziców. Jesteś dzieckiem całego wszechświata.” 
To, co powiedział Emil, powtórzyłam mamie, gdy cisnęła mi, że potrzebuję zaradnego chłopa, co i trawnik skosi, i dach naprawi, i choinki podleje, i domową oczyszczalnię ścieków odetka. To tak na dzień dobry, w ramach Walentynek. Jako dziecko wszechświata stwierdziłam, że to, co podoba się jej, nie musi podobać się mnie, tym bardziej w kwestii doboru ewentualnego przyszłego partnera. Kłótnia murowana, ale odłożona do 24 kwietnia roku pańskiego 2022, kiedy skończę lat trzydzieści. I wówczas będzie się czym martwić, tak naprawdę. 
Mojej mamy opinie zostawiam już w spokoju. Żeby wynagrodzić Wam w większości bezcelowe rozwodzenie się nad paskudnym losem jedynaczki, teraz przywołam postać Karola. Karol jest moim nowiutkim nabytkiem w kolekcji ciekawych osobowości. Karol mieszka razem ze mną w akademiku. Jest niebywale mądrym, ciepłym (ale straight), dostarczającym sporo radości, potrafiącym słuchać, pomocnym i generalnie świetnym młodym mężczyzną. Karol często zmusza mnie do myślenia. I pewnego dnia Karol zapytał, dlaczego nie piszę na blogu o swoich uczuciach. Z pełnym przekonaniem wyjaśniłam mu od razu przyczynę tego zjawiska. Nie te czasy, Karolku. W świecie sprofilowanego blogowania mamy do czynienia ze stronami o modzie, sporcie, lifestyle’u, polityce, literaturze, kulturze, muzyce, blah, blah. Ja piszę felietony czy tam eseje o życiu w stadzie, jakie tworzy polski naród. Znaczy chciałabym. 
Jak zwykle, kiedy odpowiedź przychodzi mi z taką łatwością, jest to najczęściej kłamstwo. (Choć i to zdanie to nie do końca prawda. Nic, tylko ciężko westchnąć nad swoim losem).
Po prostu moje uczucia tworzyły wówczas kurewski burdel i trudno było mi o nich pisać, tym bardziej, że samo przyznanie się do nich trochę czasu mi zajęło i zniszczyło spory kawał psychiki.
Dzięki temu doceniam zeszłoroczne święto zakochanych. Czekoladę kupioną przez ojca, kilka głębszych oddechów w domu i przejrzenie księgi z cytatami, by odnaleźć pasujące do notki na Fabrykę Dygresji. Nie pamiętam dokładnie, o czym rozmyślałam rok temu, ale to raczej nie spędzało mi snu z powiek. Nie marnotrawiłam egzystencji na wpatrywanie się w sufit i bezsensowne wyczekiwanie. Nie miałam tak gwałtownych huśtawek nastrojów. Generalnie: byłam szczęśliwa. A teraz? 
Chory bałagan, nic się nie zgadza,

Żadna kurwa i żadna mać.

Jebany Krzychu Grabowski

Teraz czuję się jak najdalsza abstrakcyjna definicja w sensie metafizycznym albo w jakimkolwiek sensie życzysz sobie to wiedzieć czy rozkosznie narzucić, czy spojrzeć wstecz. (Jack Kerouac). To zaskakujące, tym bardziej, że w teorii związkowej jestem całkiem niezła (patrz: TU, rozmowa z moją kochaną Natsu), ale jak ktoś nie ma skilla do związków, to ni chuja. Tak czy siak, inne konwersacje naprowadziły mnie na kilka całkiem światłych wniosków. 
Po pierwsze, jeśli jesteś zdeklarowanym fanem kawy, a człowiek, w jakim się zadurzyłaś/eś, omija kawę szerokim łukiem, trzeba sobie dać z nim spokój. To samo w kwestii kolorowych skarpetek. I tych pozostałych rzeczy, jakim jesteś oddana/y. Ale głównie chodzi o kawę i kolorowe skarpetki.
Po drugie, jeśli wmawiasz sobie, że nie można mieć wszystkiego, to jesteś kretynem. Po prostu pierdolnij się w łeb. Ewentualnie pozwól sobie pierdolnąć najlepszemu przyjacielowi. (Dzięki, Jagódka). Wyciągnij ręce i bierz. To wszystko może być twoje. (Śpiewa dalej jebany Grabaż).
Po trzecie… 


… to bardzo ważne, choć nie wszyscy mogą się zgodzić. 

Na koniec pioseneczka z przeuroczym filmem. Wesołych świąt, placuchy.  

4 myśli na temat “Czternaście zero dwa zero czternaście

  1. Bardzo podoba mi się ostatni obrazek, ale trudno jest kochać kogoś i jednocześnie wiedzieć, że nie można go tą miłością ocalić.
    Poza tym lepiej dla Ciebie, jeżeli teraz patrzysz w sufit i czekasz sama-nie-wiesz na co, ale ma to sens, bo coś robisz ze swoim życiem. Z niewystawianiem się na ryzyko i zranienia jest taki problem, że budzisz się pewnego dnia i orientujesz, że nie czujesz już niczego do nikogo i nie za bardzo chce Ci się znowu coś poczuć.
    Jestem też zazdrosna, że nie występuję w tej notce jako Twoja najlepsza przyjaciółka, ale ostatnio chyba szwankuję w tej roli.

  2. Tak, to bardzo trudne. Jeszcze gorsza jest świadomość, że tą miłością pogarszasz sprawę, bo albo nie kochasz tak, jak powinnaś, albo nie dość mocno.
    Moim zdaniem leżenie i gapienie się w sufit to najtrywialniejszy sposób marnowania sobie życia, które jest wszędzie indziej, a nie na suficie właśnie.
    Można mieć chyba dwie najlepsze przyjaciółki?

Dodaj komentarz