Powiedzieć, a zrobić, to zasadniczo dwie różne sprawy. Znam sporo osób, a nawet częściowo się do nich zaliczam, które w teorii są po prostu świetne. Reguły wszelakie mają w małym palcu, a wiedzę świetnie zakodowaną w mózgowym procesorze. Praktyka jednak ma się nijak do hipotetycznych wzorców zachowań. Serce to nie rozum, a życie to nie kartka wyrwana z moralnego katechizmu. Choćbyśmy nie wiem, jak dobrze chcieli postępować, rozstawienie szachów własne lub przeciwnika uniemożliwia planowany wcześniej ruch. Czasem trzeba oszukać, niektórzy nawet oszukują z pełną premedytacją, woląc uciec się do drogi łatwiejszej miast trudniejszej, ale uczciwszej. Nawet tak pozytywna wartość, jaką jest lojalność, wymusza często na ludziach reakcję nieakceptowaną przez resztę społeczeństwa. Co zrobić, kiedy nasze uczucia przeważają nad racjonalizmem? Jak działać, kiedy wiatr zaczyna wiać z innej strony i nagle spostrzegamy, że znajdujemy się wśród zupełnie innych ludzi, niż na starcie? Czy to ludzie się zmieniają czy nasze uczucia względem nich? A może to my sami? Kiedy i w jaki sposób powiedzieć, że już dosyć, by nie obudzić się nagle zepchniętym na margines z kimś, kogo niegdyś uważaliśmy za przyjaciela, a kto okazuje się przyczyną naszych problemów? 
Fascynują mnie chyba wszyscy, których spotykam na swojej drodze, w większy lub mniejszy sposób. Często podążam za słowami Kerouaca, przyrównującego ludzi do kolorowych fajerwerków, wybuchających w piękny sposób na tle nocnego nieba. Jego bohater goni za takimi osobowościami przez całe życie. Nic dziwnego, że identyfikuję się z nim, jako iż sama często powtarzam, że kolekcjonuję ciekawe charaktery spośród moich znajomych. Każda z bliskich mi osób jest jedyna w swoim rodzaju i totalnie niepowtarzalna. Często między nimi a mną dochodzi do scysji, z niektórymi natomiast rzadko kiedy wchodzę w jakiekolwiek konflikty, zafascynowana podziwianiem sposobu, w jaki borykają się z problemami i zmieniają szarą rzeczywistość w pastelową baśń, jaskrawą groteskę czy poruszającą tragikomedię. Wspólne dzielenie wzlotów oraz upadków sprawia mi wielką przyjemność. Lubię czuć się potrzebna, czasami aż za bardzo, co łatwo niestety wykorzystać. Nieważne, w jakim środowisku, bo uchodzę za bardzo elastyczną osobę. Elastyczną właśnie pod względem subkultur, kręgów zróżnicowanych intelektualnie, ale i elastyczną moralnie. Z góry zakładam, iż każdy poznany przeze mnie człowiek ma dobre serce, ewentualnie tylko upaćkane brudną farbą przeszłości lub zacienione przez jakieś traumatyczne wydarzenie z dzieciństwa. Kiedy widzę, że mroczne plamy zaczynają przeważać nad szczerym blaskiem, staram się pomóc tak, jak potrafię. Ogrzać zimne kończyny własnym ciepłem, zaparzyć herbatę i wysłuchać, zbesztać albo zmotywować – to drugie wolę znacznie bardziej, bo nie jestem dobrą krzykaczką, a do prawienia morałów, co można zrozumieć z powyższego kontekstu, nie mam zbyt wielkiego uprawnienia. W zamian otrzymuję niezliczoną ilość nowych wrażeń. Uczę się. Zaczynam widzieć więcej, wysnuwać dalej idące wnioski, pogłębiać swoją wiedzę. Bawię się. I nigdy nie nudzę. Miłością obdarzam naprawdę wiele osobistości, bo mam w sercu sporo miejsca. Swoją drogą, zaskakujące jest to, że osobom, na którym najbardziej mi zależy, najtrudniej okazać mi względy. To jednak z całą pewnością powszechna przypadłość. 
Czas mija nieubłaganie. Uczucia również. Wszystko płynie. Ewoluujemy pośród rewolucji. Poznajemy się coraz bardziej, poznajemy się na wylot, zostajemy wreszcie przebici swoimi charakterami. Bywa, że dochodzi do kolizji. Bywa, że chcąc uniknąć zderzenia, trzeba zmienić trajektorię. Mimo, że się kocha. Mimo, że się przyzwyczaiło.
Nikt mimo tego nie chce zostać samotną wyspą. Ani chorzy psychicznie, ani patologiczni kłamcy, ani osłabieni prozą życia maluczcy, ani światli naukowcy. Jesteśmy ludźmi, istotami stworzonymi do formowania społeczeństw. Takie są fakty.
I dlatego boli mnie serce, bo ktoś zajmujący w nim spore miejsce wygryza w nim dziury i zalewa żółcią. Chcę mieć serce, a nie śmierdzący ser, z którym podzielę się ledwo jedną osobą. Uratować mogę się tylko sama, ale jakże boli taka akcja wyrzucenia za drzwi długoletniego lokatora. Próbowałam sprzątać jego bałagan. Starałam się sklejać potłuczone przez niego naczynia. Tłumaczyć przed resztą za nocne hałasy. Zbierać pieniądze na niezapłacony czynsz, bo w przyjaźni jest tak, że trzeba dawać od siebie dokładnie tyle, ile się bierze. Nic jednak nie skutkowało, więc eksmisja staje się nieunikniona. Zostaje tylko ostatnia prośba. Ale, powiedzcie mi, proszę, jak mówić, jeśli się z góry wie, że nie ma się szansy na bycie wysłuchanym, a co dopiero zrozumianym? 

Kolejna kwestia: bycie bliżej a bycie dalej. W naszym towarzystwie obserwuje się ostatnio dziwną zależność do dobierania w, nazwijmy to w uproszczony sposób, pary. To naturalny tok życia, kwestia doboru naturalnego. Na pewnym etapie samowystarczalność staje się nudna, powiedzmy, że o to chodzi. Są pewne indywiduua, subtelne wyjątki, które nie godzą się z taką potrzebą i twardo optują przy trwaniu w stanie singielstwa. Bo tak. Bo nie inaczej. Bo strach, bo niechcemisięizm, bo za trudno, bo nie trzeba, bo cokolwiek, bo tak się złożyło. Albo jeszcze inaczej. Powinno się jednak dla tych być wyrozumiałym. Dla tych, którzy idą do przodu, i dla tych, którzy pozostają z tyłu, nieważne, czy z kimś, czy bez kogoś. 
Na koniec przepraszam Bossego, zgodnie z umową. Jest mi niewypowiedzianie przykro.