Książka tradycyjna kontra e-book i pesymistyczna wizja przyszłości

Andrzej pożyczył mi swój czytnik, abym zdecydowała, co wolę. Książkę tradycyjną czy e-booki. Spór między czytelnikami o formę tekstu jest zagorzały chyba tak samo jak o to, czy Wojewódzki jest gejem, czy jednak nie. Ja zaś wreszcie mogę się konstruktywnie wypowiedzieć. 
Książka tradycyjna ma w sobie to coś. Zapach farby drukarskiej (lub też stęchlizny, jeśli ktoś trzyma książki w piwnicy) i po prostu: postać materialną. Kiedy trzymam w rękach lekturę, czuję potęgę ludzkiej cywilizacji (bez kitu, podchodzę do książek z wielką powagą i szacunkiem). To też w pewnym sensie symbol dobrobytu. Im więcej tomów a półce, tym widać, że gospodarz ma więcej pieniędzy. Biznesmeni zamawiają sobie nawet bogato zdobione imitacje książek, których lśniące złotem grzbiety pięknie prezentują się na półkach, bo to na ich klientach lub wspólnikach wywiera wielkie wrażenie; ma książki, więc pewnie czyta, a to znaczy, że jest i mądry, i pracowity. (Już dawno zauważyliśmy, że oglądanie filmów jest łatwiejsze niż czytanie). 
To, co mnie urzekło w czytniku e-booków, to jego lekkość. Kindle Andrzeja idealnie leżał mi w dłoni. Nie męczył mi się nadgarstek, kiedy leżałam w łóżku z łokciem na pościeli i czytnikiem podniesionym na wysokość oczu. Nie miałam problemów z rozczytaniem słów umieszczonych na skrajach stron, blisko miejsca, gdzie łączą się one z grzbietem. Grzbietu bowiem nie było, więc nie był narażony na żadne zagięcia. No i piękne ilustracje pojawiające się na ekranie po wyłączeniu czytnika robiły na mnie ogromne wrażenie. Nie podobało mi się w zasadzie tylko to, że długo zajmowało znalezienie jakiejś zakładki z zaznaczeniem, dajmy na to, złotej myśli. W książkach tradycyjnych widać zakładki od razu. W wersji elektronicznej – niestety nie ma takiej opcji. 
Stwierdzam zatem wszem i wobec, że czytnik e-booków to całkiem niezły gadżet. Wątpię jednak, by wyparł książkę tradycyjną w ciągu najbliższych stu lat. (Choć, kto wie, mogę się mylić). Kocham każdą formę czytania, nieważne, jak wygląda tekst, i czy składa się z materii, czy pikseli. Tylko wiecie, co mi się w tym momencie nasuwa?
Że nie damy sobie w pewnym momencie rady, gdy coś na świecie pierdyknie. Na przykład gdy Słońce uraczy nas potężnym wyładowaniem magnetycznym i zarówno telefony komórkowe, jak i komputery czy mikrofale i zautomatyzowane samochody, po prostu przestaną działać. Popatrzcie, kiedyś ludzie umawiali się przez listy. Zapisywali spotkania w kalendarzu. I odnajdywali, nawet jeśli wyznaczona data była odległa o dwa lata naprzód. Teraz, kiedy umawiamy się ze znajomymi do centrum handlowego, to jeśli nie mamy telefonu, już się nie znajdziemy. A jeśli dodatkowo nam padnie tablet z kalendarzem, to już w ogóle bieda. Bylibyśmy udupieni, gdyby nie fakt, że kalendarz jest na dysku google, a my mamy jeszcze laptopa i smartfona z dostępem do Internetu, więc jeszcze jakoś przetrwamy ten kryzys. 
Boję się też trochę o siebie, bo nie potrafię już wyjść z domu, nie mając słuchawek do telefonu, tak bardzo przyzwyczaiłam się do słuchania muzyki w podróży. Laptop to moje główne narzędzie pracy, tak jak i rozrywki. A jedzenie najczęściej przygrzewam w mikrofali. Co byśmy zrobili, gdyby pewnego razu zdarzyło się dokładnie jak w serialu Revolution? Nagle nie ma prądu. I co dalej? Wojna? 
Niby nie ma co martwić się na zapas, ale jakiś tam niepokój pozostaje. Zwłaszcza, gdy obserwuję jedno z dzieci moich sąsiadów. Nie umie jeszcze mówić, ale grać w Heroes owszem. Quo vadis gentes

O trzech śmieszkach-orzeszkach, którzy stoją na straży piękna polszczyzny

Jakiś czas temu wspominałam o świetnej książce, w trakcie czytania której wówczas byłam. Była to spisana przez Jerzego Sosnowskiego rozmowa profesorów Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i Jana Miodka o języku polskim. Po jej ukończeniu stwierdziłam, że mistrzowie swojej dziedziny są pozytywnymi wariatami i zaczęłam żałować, że nie mogę sobie postawić Wszystko zależy od przyimka na półce. Nie tylko dlatego, iż to książka pożyczona. Po prostu nie dość, że pożyczona, to w wersji MOBI. Korzystanie z czytnika ebooków potwierdziło moje niedawno zyskane przeświadczenie, że zmiany są zawsze korzystne (o ile podchodzimy do nich we właściwy sposób). O tym jednak w następnym poście.
Od długiego czasu media trąbiły o tym wyjątkowo rozbudowanym wywiadzie w postaci książkowej. Wielokrotnie mijałam bardzo estetyczne okładki Wszystko zależy od przyimka, rozłożonych na paletach w Empiku. Mimo wszystko nie byłam na tyle zaintrygowana tą pozycją, by rzucać się na nią z pazurami i ociekającym śliną językiem zaraz po jej opublikowaniu. Książka przyszła jednak do mnie sama, kiedy Andrzejek pożyczył mi swój czytnik, bym mogła konstruktywnie opowiedzieć się wreszcie albo za tradycyjnymi książkami, albo tymi elektronicznymi, o jakich nigdy nie miałam zbyt dobrego zdania (nie wiedzieć czemu, w końcu wcześniej z nimi nie obcowałam, jednak, jak wcześniej wspomniałam – o tym w kolejnej notce). 
Bralczyka, Markowskiego i Miodka chyba nie trzeba przedstawiać. To wybitni polscy językoznawcy, którzy pojawiają się dosyć często w mediach. No, ten drugi może trochę rzadziej, ale jeżeli macie altualny słownik ortograficzny w domu w wydaniu PWN-u (czyli jedynym słusznym!), sprawdźcie, kto go napisał. Jerzy Sosnowski to zaś nieco młodszy kolega tej kliki, laureat Nagrody im. Kościelskich, lecz na swoim koncie ma bezlik innych sukcesów. 
Panowie żartują, czasem nawet wyśmiewają tendencje Polaków do upraszczania mowy, wskazują językowe oraz społeczne absurdy, wyliczają głupie reklamy, uczą historii i dystansu do siebie. A przede wszystkim pokazują, jak mówić poprawnie, zwłaszcza gdy teraz w języku pojawia się tyle zapożyczeń oraz terminów specjalistycznych, związanych choćby z rozwojem informatyki. Skoro w książce można znaleźć aż tyle cennych informacji, to należy tę lekturę nabyć, a już z całą pewnością przeczytać. 
Język profesorów jest bez wątpienia błyskotliwy, a ich utarczki pełne ciętego dowcipu. Czyta się więc szybko oraz z wielką satysfakcją. Wszystko zależy od przyimka wzbogaca więc czytelnika nie tylko o nową wiedzę i oferuje rozwiązanie jego językowych dylematów, ale i gwarantuje świetną rozrywkę. W pamięć zapadło mi kilka szczególnych wniosków, jakie wysnułam wraz z profesorami.
 
Przede wszystkim to nie do końca prawda, że społeczeństwo XXI wieku nazywa się społeczeństwem obrazkowym. Z pewnością mamy tendencje do upraszczania pewnych sygnałów i jest to wskazane, bo po co na siłę komplikować sobie życie? Z drugiej strony jednak rozpowszechnienie Internetu na nowo nauczyło nas czytać i pisać. Teraz cześciej wysyłamy sobie SMS-y i komunikujemy się przez Facebooka. Rozmowy telefoniczne przechodzą do historii (aczkolwiek staram się dbać o tradycję rozmowy bezpośredniej, dlatego wszystkie ważne sprawy załatwiam osobiście lub przez telefon, nie wiadomości elektroniczne, choć – nie ukrywam – czasem e-mail jest jedyną opcją na skontaktowanie się z kimś). Powraca też sztuka pisania listów. Właśnie dzięki mejlom (tak, można tak pisać, choć na razie to spolszczenie taktowane jest jak potocyzm, jesli ktoś mi nie wierzy, zapraszam do internetowej wersji Słownika Języka Polskiego) przypominamy sobie, jak pisać ładnie i powabnie, choć to oczywiście nieco inny schemat niż list tradycyjny. Na ten temat również można poczytać ciekawostki w Wszystko zależy od przyimka. Zdziwilibyście się, jak Miodek (lub Bralczyk, nie pamiętam) podchodzi do tej kwestii. W zasadzie troszkę dziwacznie. Albo trochę dziwacznie, nie wiem, dlaczego zdrobniłam zaimek (liczebny nieokreślony, przepraszam, choroba zawodowa). Albo wiem: to pewnie przez eufemizm. Próbowałam zmniejszyć stopień szaleństwa jednego z profesorów, byście nie myśleli, że na serio są szurnięci. Ale są. Zboczenie na punkcie języka polskiego to chyba jednak najmilsze zboczenie, na jakie można cierpieć. Tak, o tym też traktuje treść książki. Co za dużo zdrobnień, to niezdrowo. 
Ponadto nasz język jest żywy. JĘZYK ŻYJE i to należy wciąż podkreślać. Sami go kształtujemy. I to w każdej chwili. To od nas zależy, czy za sto lat mężczyźni będą mówili „ja poszłem” i nasza piękna polszczyzna zejdzie na psy, czy rozkwitnie jak najpiękniejszy kwiat dzięki powstawaniu neologizmów artystycznych. To oczywiście dwa skrajne przykłady, ale prawda jest jedna: normy się zmieniają. Nie możemy na później odłożyć dbałości o język. To tak samo jak z wychowywaniem dziecka. Odpuścisz raz, to odpuścisz zawsze. Dlatego poprawiajmy się i nie obrażajmy się, gdy poprawiają nas znajomi. 
Dbajmy o prawa, które służą estetyce języka i nie zaniedbujmy ich. A zacząć walczyć o język polski można dzięki przeczytaniu Wszystko zależy od przyimka. Polecam!

Sto dni szczęścia

Sto dni szczęścia, #100happydays, takie wyzwania padły po lub już w trakcie Ice Bucket Challange.
Projekt podoba mi się o wiele bardziej niż wszystkie inne łańcuszki, z jakimi miałam styczność do tej pory. Okazuje się, że Ziemia to całkiem szczęśliwe i urokliwe miejsce, a nie padół łez, w którym się tylko jęczy i marudzi. Długo nie miałam odwagi, by rozpocząć taki długotrwały projekt. Ciągnęły się za mną niedokończone sprawy z przeszłości, jak taki zielony dymek odoru za bohaterem kreskówki. W przeciągu ostatnich trzech dni na szczęście uświadomiłam sobie kilka rzeczy. 

Prawda

Inicjatywa 100happydays została podjęta i wypromowana przez fundację o takiej właśnie nazwie. Okazuje się, że to idea crowdfundingu. I to rewelacyjna.
Każdego dnia zdarza nam się coś pozytywnego. Czasem mamy jednak klapki na oczach i zupełnie tego nie zauważamy. To może być wieczorny wypad do kina z przyjaciółką lub zdobycie kolejnego lajka pod zdjęciem. Nieważne, jak wielkie jest to wydarzenie – każdy z nas i tak ma inną skalę. Liczy się fakt, że sprawiło nam to radość. 
Fundacja zachęca, by dzielić się swoimi szczęśliwymi momentami codziennie z innymi, na przykład za pośrednictwem Facebooka. Pierwszy taki łańcuszek zobaczyłam u Mateusza Grzesiaka, najszczęśliwszego człowieka na ziemi, najlepszego coachera i po prostu sympatycznego chłopaka, na którego wykładzie miałam wielki zaszczyt być w niedzielę 12 października. 
Do momentu spotkania z tym mężczyzną uważałam, że taka idea jest bez sensu – po co inni ludzie mają wiedzieć o tym, że mam dobry humor albo mi się powodzi? Będą zazdrościli albo podłożą mi świnię, albo kogo to w ogóle będzie obchodzić? W końcu żyjemy w Polsce, kraju postrzeganym za ojczyznę małych ludzi. (No bo sami się tak postrzegamy. Nikt nie wierzył w zwycięstwo Polaków w meczu piłki nożnej z Niemcami. Recytujemy od dzieciaka – Kto ty jesteś? – Polak mały!, a prezydent Kaczyński też za wysoki nie był, tak swoją drogą). Grzesiak jednak uświadomił mi, że te wszystkie obiekcje są bez znaczenia, ponieważ są tylko obiekcjami. 

Grzesiak

Pracuję nad tym, by być odważną osobą, lecz czy zacznę publikować codziennie posty z tym, co cudownego mi się dzisiaj przydarzyło? Nie mam jeszcze zielonego pojęcia. Mimo tego zachęcam do takiego działania Was. Zdjęcie książki, którą czytacie z przyjemnością, uchwycone dzięki fotografii piękno spadających jesiennych liści? To wszystko ma znaczenie, a wiem, że każdy z nas może się czymś pochwalić, tylko czasem nie ma w sobie tyle siły. Albo jest zbyt leniwy. Chwalenie się jest złe, zaraz ktoś rzuci, to zarozumialstwo! (Brak ci pokory – już słyszę Bossego). Nie. Nie zamierzam chodzić z opuszczoną głową, nawet jeśli kiedyś tam coś nabroiłam, bo to było dawno, bo staram się być lepszą, bo naprawdę mam osiągnięcia. Jesteśmy młodymi Polakami, którzy mają wpływ nie tylko na siebie, ale i na to, co dzieje się w kraju. Bez większego problemu możemy zmienić mentalność swojego otoczenia. Trzeba tylko włożyć w to energię i chęci.
 
Wracam jednak teraz do samego wyzwania. Fundacja nie tylko chce uszczęśliwiać ludzi poprzez uświadomienie im, że jest się z czego cieszyć. Wspiera również ludzi niepełnosprawnych, dlatego każdy może przelać 35$ na podane konto, a w zamian otrzymać przepiękny, ręcznie wykonany album z wybranymi przez siebie szczęśliwymi momentami udokumentowanymi na przykład w trakcie wyzwania. Coś za coś. 
To właśnie crowdfunding, czyli finansowanie przez społeczeństwo jakiegoś projektu. I ja z niego skorzystam w najbliższym czasie, czekam tylko na decyzję wydawnictwa. O tym jednak nieco później, bo będę potrzebowała Waszego wsparcia. Teraz chcę się z Wami podzielić moimi ostatnimi przemyśleniami.
1. Nawet, jeśli droga jest męcząca, to warto wciąż iść i zobaczyć, co jest na końcu. To uczyni Cię wyjątkowym, ponieważ większość ludzi poddaje się na przedostatnim zakręcie lub też o wiele wcześniej. Nasze człowieczeństwo jest jednak istotną rzeczą. Wszystkie problemy, jakie pojawiają się w trakcie tej drogi, to przeszkody rzucane przez innych ludzi (na przykład z zazdrości) lub takie, które kładziemy sobie sami. I dlatego jesteśmy w stanie wszystkie te przeszkody usunąć. Jako ludzie jesteśmy sobie równi, ale im bardziej świadomi, tym szybciej rośniemy ponad resztę. I nie trzeba być wybitnym psychologiem, by to zaobserwować. Dlatego ze wszystkim damy sobie radę, nieważne, jak będzie ciężko. 
2. W związku z powyższym, jeszcze niedawno przeżycie każdego kolejnego dnia było dla mnie wielkim wyczynem. Teraz nie chcę przetrwać nocy i doczekać świtu, by zastanawiać się, czy wstać z łóżka, czy może w nim zostać do końca świata. Przypomniałam sobie, kim jestem i że powołano mnie do czegoś większego niż pusta egzystencja. Wykorzystuję swoje wszystkie talenty i realizuję wuchtę celów, tej. Trzymajcie kciuki! Mam nadzieję, że mi pomożecie, gdy zajdzie taka potrzeba.
3. Problem sam się nie rozwiąże. Ni chuja. Ciężko jest się zebrać do kupy i pozałatwiać pewne sprawy. Pewnie ze strachu. Ale czego tu się bać? 90% naszych lęków, jak twierdzą amerykańscy naukowcy (:D), to tylko myśli w naszej głowie. Negatywne myślenie przyciąga smutne wydarzenia, dlatego głowa do góry i na kozaku do przodu! Jeżeli idziesz gdzieś z myślą, że będzie dobrze, że pójdzie szybko i z korzyścią dla Ciebie, tak się stanie.
4. Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej, ale poniosło mnie to, co słyszałam w Kielcach, na konferencji motywującej.
5. I pisałabym tak dalej i dalej, ale muszę lecieć do pracy, bo tym razem mi się chce. : )
Dzielę się jeszcze z Wami na zakończenie kilkoma dobrymi filmami, które może Wam coś uświadomią, a może tylko przypomną o tym, co dawno już wiecie. 
 

Wulgaryzm wulgaryzmowi nierówny

Ostatnio napisałam na blogu, że zachowanie Ignacego Karpowicza było pizdowate. 
Nieco wcześniej nazwałam mojego przyjaciela słodkim pizdusiem-gwizdusiem. 
Nie wiem, co gorsze, być może to drugie, bo wypowiedziane z autentyzmem i miłością, nie zaś, jak w przypadku pierwszym, pobłażaniem i lekkim rozczarowaniem.
Miodek, Bralczyk i Markowski pewnie skarciliby mnie za to przepełnionym niesmakiem spojrzeniem. Panowie profesorowie, (których rozmowa, spisana przez Jerzego Sosnowskiego, została opublikowana w książce Wszystko zależy od przyimka, jaką pożyczył mi mój kolega Andrzej w wersji elektronicznej razem z czytnikiem – postęp, postęp technologiczny się szerzy!), nie przepadają, mówiąc eufemistycznie, za użyciem wulgaryzmów. Są oczywiście bardzo wyrozumiali, lecz to strażnicy językowego piękna, a przekleństwa, choćby i te najbardziej kwieciste, uderzają w grację lingua Polonica

Sama nawet często zwracam moim kolegom uwagę, gdy zamiast przecinka czy nawet spacji wcina im się w zdanie stado roztańczonych kurewek. I momentami, gdy dociera do mnie absurdalność rzeczywistości, w jakiej przyszło mi lawirować, sama puszczam wodze fantazji i klnę jak szewc. Co jednak zauważają profesorowie? To, że najbardziej obelżywe sformułowania w języku polskim pochodzą od nazewnictwa części intymnych. Czy zatem Polacy nie szanują siebie samych czy po prostu sprowadzają stosunek seksualny do parteru albo i jeszcze niżej?
Ciekawą rzecz też widziałam na jakiejś stronie z memami. A może był to cytat? Gdyby ktoś znalazł źródło tego, co zaraz rzeknę, niech da znać. Mianowicie: słabi psychicznie nie powinni być nazywami pizdami. W końcu to część kobiecych narządów rozrodczych, która wytrzyma chyba wszystko (nawet czołganie się małego człowieka). Takie osoby mogłyby się nazywać jakoś inaczej, co nasuwałoby skojarzenie z męskimi narządami. Powszechnie wiadomo, że są bardzo delikatne, łatwo je uszkodzić i, według niektórych kobiet, nader śmiesznie wyglądają. 
Dlaczego chłopcy (mężczyźni?) się obrażają, gdy nazwie się ich pizdą? To kwintesencja pizdowatości. Dlaczego się nie odgryzą, nie pokażą, na co ich stać i nie zmienią swojego obrazu w oczach innych?
A co myślicie o przeklinaniu w ujęciu szeroko kulturowym? Po co ludzie klną? Jak to się ma do literatury?
Kiedy piszę opowiadanie, raczej nie przeklinam przy tworzeniu wypowiedzi narratora. Co innego dialogi. Zawsze zdarzy mi się wykreowanie jakiegoś bezczelnego bohatera, który bez żonglerki świństewkami mówionymi i czynionymi, nie mógłby być naprawdę sobą. Na blogu lub w pamiętniku zaś staram się utrzymać styl podobny do tego, jakim posługuję się w mowie. Wydaje mi się, że nie jestem wysublimowaną panną, która mdleje, kiedy usłyszy, że ktoś chce kogoś ostro wypieprzyć. Nie uchodzę też za zwolenniczkę mowy rynsztokowej, choć kiedyś słowa na k i ch bardziej kaleczyły mi uszy. Tak jak na powyższym kadrze, zgadzam się z postacią nauczyciela z serialu Skins. Kurwa czasami po prostu może sporo nauczyć. 
Wspomnieni panowie profesorowie zauważyli też, że wyklucie się takiego ogromu przekleństw nastąpiło po roku 89. Czyżby stres związany z sytuacją społeczeństwa w PRL-u w ten sposób znalazł ujście? Właśnie taki wniosek wysnuwa trójka przedstawicieli polskiego językoznawstwa, ale ja pójdę w nieco pesymistycznym kierunku, który nadał mi po lekturze Uciekiniera Stephen King. Im dalej w las, tym więcej drzew. Im większy postęp czasu, tym większy upadek obyczajów. Im bardziej rozwija się cywilizacja, tym mocniejszych rozrywek potrzebują społeczeństwa. Może na wulgaryzmach się zaczyna, a skończy na zabijaniu ludzi dla zabawy?  
Pewnie i Wam zdarza się szpetnie zakląć. Gdzie częściej? W mowie czy piśmie? A może posługujecie się erudycją i cierpicie na zawroty głowy, gdy przyjdzie Wam spacerować między blokami? Czy sądzicie, że literatura powinna być wolna od wulgaryzmów? A może wręcz przeciwnie? Zapraszam do dyskusji. 

Ignacy Karpowicz i Kinga Dunin, czyli hajs się musi zgadzać

Kiedy moja Jagódka podesłała mi linka do artykułu, który zawierał opis błazeńskich ataków Kingi Dunin na Ignacego Karpowicza oraz jego pizdowatych prób podjęcia defensywy (tak, nawet Pudelek się o tym rozpisuje), zrobiło mi się bardzo przykro. Kto by pomyślał, że literaci potrafią zrobić w mediach taki dym w związku ze swoimi prywatnymi sprawami. Czy to przypadek, że cała ta akcja wydarzyła się na krótko przed przyznaniem Nagrody Nike?

Brzydka baba, o której słyszałam piąte przez dziesiąte, że jest jakąś tam wątpliwie sławną feminą, napada mojego mistrza literackiego, podobno mającego problem ze zwróceniem jej należnych trzynastu tysięcy złotych. 

Trzynaście patoli – niezła suma, niedobrze nie oddać. Z doświadczenia wiem jednak, że trudno się pożycza, lecz jeszcze trudniej oddaje. Może wszyscy pisarze mają z tym problem? Nie z dawaniem czy oddawaniem, ale po prostu: z pieniędzmi. Nie od dziś wiadomo, że by utrzymywać się z pisania, przedtem trzeba długi czas klepać biedę. Czy nie jest przypadkiem tak, iż bestsellerowi autorzy przyzwyczaili się do stanu ubóstwa i wpadają w kłopoty finansowe po prostu z sentymentu?

Po obejrzeniu „Czarownicy przypomniałam sobie, że dobrze mieć szerszą perspektywę i nie opowiadać się po czyjejś stronie, jeżeli nie zna się wersji każdego zamieszanego w spór. Nie znam stron, ich wersje poznałam, wszyscy mają gdzieś, czy się wypowiem na ten temat, czy nie, ale głos młodego pokolenia, które aspiruje do bycia uznanymi literatami, zawsze do czyichś uszu ma szansę trafić. Nie, żebym miała się za jakiegoś wodza (to by było…!), ale jako wolno dryfujący literacki proton nawet łatwiej mi coś na ten temat naskrobać. Dotknęł mnie on osobiście (temat, nie Karpowicz), a że milczeć nikt mi nie kazał, to będę na ten temat i pisać, i mówić. Wiadomo, wolę pisać, ale czasem i to drugie się niechcący przydarza.

Ludzką rzeczą dobierać się do światłego człowieka, więc rozumiem trochę Kingę Dunin, tak jak kobieta kobietę. (Choć coś tu jest edwidentnie nie tak, skoro i ona jest kobietą, i ja jestem kobietą, to czemu ona wygląda jak starszy pan)? A Ignacy Karpowicz dobrą dupą jest. Tylko że chyba najwyraźniej ideał sięgnął bruku. Po lekturze jego książek, reportaży i felietonów, ukształtował mi się w głowie obraz mężczyzny silnego charakterem i umysłem. A teraz co? Dupa, i to wcale już nie dobra, bo podwójna. Karpowicz ewidentnie dał dupy dosłownie i w przenośni. 


Jak można, będąc mężczyzną, dać się zgwałcić? To znaczy, tak jak słusznie zauważył na fejsie Patryk, jak można po prostu zostać zgwałconym przez kobietę? Nawet, jeśli tę kobietę się podziwia? Mam kumpla, do którego żywię ogromny szacunek, ale za żadne pieniądze nie poszłabym z nim do łóżka (nawet za trzynaście tysięcy, chociaż, patrząc na moją sytuację finansową… ekhm). Jak sobie tak myślę, no to okej. Papierowa torba na łeb i jazda. A jakby jeszcze był do tego alkohol?
Z facetami jest inaczej, niż z kobietami, gdy piją. Badam to zjawisko praktycznie co wieczór. Odurzona alkoholem kobieta co najwyżej będzie próbowała zaciągnąć do łóżka faceta, który jej się podoba. Nawalony facet będzie próbował zrobić cokolwiek z jakąkolwiek. (To tak półżartem oczywiście, bo poprawność polityczna i równość płci, coś tam, blabla, sratatata). 
Ogólnie to mi się ta cała sprawa z praniem brudów w mediach nie podoba. Jeśli ja mam coś do kogoś, to mówię mu to na osobności. Albo w ogóle nie mówię, bo czasami nawet nie warto. Dlaczego robią to literaci? Przecież powinni być hej do przodu w savoir vivre, przynajmniej tak mi się zdawało. Chyba znowu nie powinnam się po kimś czegoś spodziewać, ostatnio zauważyłam, że to mój problem. Nie spodziewaj się niczego po nikim, a wszystkiego po sobie – to chyba całkiem cenna myśl, nie sądzicie?
Skoro już zaczęłam zadawać pytania: chodzi tutaj o pieniądze czy uczucia
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie o te pierwsze. Może nawet nie o głupie trzynaście patyków, ale i sto? Nagroda Nike zostanie przyznana jutro – ciekawe, kto wygra. Skontrowersowany Karpowicz, mający głęboko gdzieś plebiscyt Świetlicki czy jak do tej pory najcichszy z ekipy moich faworytów Pilch?
Z drugiej strony, czy pisarze naprawdę tak wojowaliby o najwanitatywniejsze spośród wszystkich dóbr, czyli pieniądze? Zaczęła Dunin. Odepchnięta kobieta zrobi wiele, by pogrążyć mężczyznę, który ją zlekcważył. Lub też po prostu odbija jej palma. Jak jednak zachowuje się kobieta, która dowiaduje się, że jej mężczyzna zostawił ją nie dla innej kobiety, tylko innego mężczyzny? Mogącego, w tym przypadku, wyglądać bardziej kobieco? Karpowicz podobno ma bowiem romans z sekretarzem Nagrody Nike. (Ale to tylko zdanie Dunin). A w najnowszym spocie promującym jego kandydaturę o najważniejszą w Polsce nagrodę literacką (albo chociaż najbardziej medialną ), orientacja seksualna pisarza określana jest jako dokładnie język polski. Zabawa językiem? Gierka słowna bez podtekstu? Przypadek? 
Nie wściekłabym, gdyby się okazało, że Karpowicz to homoseksualista. Nawet bym nie zapłakała, choć byłoby żal, oj, żal! Zresztą, co mnie to obchodzi. Bez względu na to, z kim sypia (choć to troszkę obrzydliwe, że z Kingą Dunin, ale mnie się na przykład wciąż podoba Alan Rickman, mimo że jest już całkiem siwy i obwisły mu policzki, a kto wie, co jeszcze), co lubi jeść na śniadanie i czy w ogóle je je (jeee, oł jeee, je, yeah), jest dla mnie obłędnie dobrym pisarzem. Mistrzem reportażu, geniuszem dygresji oraz wspaniałym twórcą nowoczesnej prozy polskiej. Kto jeszcze lubi dzieła Karpowicza? Ręka na klawiaturę i komentarz. 
Na zakończenie polecam fragment Balladyn i romansów”, czytany przez Mateusza Kościukiewicza, naszą nowotomyską perełkę, która o starych śmieciach już raczej nie pamięta, a jak pamięta, to raczej w sposób taki, jaki objaśnił kiedyś w Newsweeku”, czyli niezbyt przyjemny. Lektura jednak bardzo przyjemna i zachęcam do obejrzenia.