Postanowienia noworoczne 2015

Żeby zrealizować swoje postanowienia noworoczne, musiałbyś należeć do grupy wybranych, stanowiącej jedyne 8% populacji, jak wyliczyli mądrze naukowcy z Uniwersytetu Scranton. Bardziej budujące jest to, że 50% ludzi utrzymuje swoją determinację przez blisko pół roku, zanim stwierdzi, że za sześć miesięcy znowu będą musieli sobie coś postanowić, więc przyda się chwila przerwy.1
Jak łatwo można sprawdzić w TYM MIEJSCU, moje pierwsze noworoczne postanowienia na tym blogu były kompletną porażką, bo od tamtego czasu przytyłam blisko 10 kilogramów, które miałam zrzucić. Mogę tylko pomachać i uśmiechnąć się z politowaniem do Emilki z przeszłości. 
Założyłam jeszcze, że będę więcej czytać, ale to z choroby filologicznej, na którą się leczę, choć z tego pragnienia akurat nie zrezygnuję. W roku 2014 nie przeczytałam zbyt wiele książek, prawie o dziesięć mniej niż w roku poprzednim. Zaczęłam jednak pochłaniać liczne artykuły w czasopismach. Obok niosącej kaganek kultury Chimery doceniłam również moc Coachingu i siłę Charakterów. Serdecznie polecam wszystkie trzy magazyny. Dodatkowo rozczytałam się i na nowo zakochałam w blogach. I w ten sposób poznałam dwie niezwykle wartościowe strony. 
Pierwszą z nich jest Volantification, tworzona przez Volanta, czyli Michała Szatiło, błyskotliwego ironisty, człowieka sukcesu i autora dwóch książek. Napisany przez niego debiutancki Piąty poziom naprawdę sporo zmienił w moim myśleniu. Skopał solidnie tyłek i bardzo silnie zmotywował. Książka w pewnym sensie mnie uratowała i jeśli stwierdzenie, że zapoczątkowała nowy rozdział w moim życiu, wydaje się niektórym z Was nieco na wyrost, to… możecie sobie tak myśleć. Bez Piątego poziomu nie miałabym siły do zmian. Nie miałabym siły do życia. 
Drugą zaś jest blog charyzmatycznej, energetycznej i przesympatycznej Pepsi Eliot, której wpisy zarażają optymizmem. Prócz tego, autorka mówi, co robić, by żyć mądrze i zdrowo. Kobieta chorowała na nerwicę, ale wyszła z tego dzięki bieganiu. I pisaniu. Jak się okazuje, sport, twórcza praca oraz witaminy mogą zdziałać o wiele więcej niż milion sesji u terapeuty, kosztujące majątek psychotropy czy bezproduktywne wczasy na Hawajach. Sposób zaś, w jaki Pepsi troszczy się o swoich czytelników, jest naprawdę cudowny i przekochany. 
Co jednak najważniejsze, zaczęłam bardziej dbać o Fabrykę Dygresji. Posty ukazują się częściej i mam nadzieję, że są dużo ciekawsze niż początkowo. Wreszcie odkryłam, w jakim kierunku chcę podążać z blogiem. Pragnę pokazać Wam trudną drogę, po której kroczę, by stawać się lepszym człowiekiem. Przy okazji wesprzeć Was i zainspirować do wspólnego podążania po tej ścieżce. Razem zawsze raźniej, prawda? A przy okazji uraczyć Was dawką kultury, do której każdy ma dostęp, czyli książek i filmów. Publikować więc będę prócz felietonów oraz esejów także recenzje, ale mówiące raczej o tym, co można zyskać dzięki zapoznaniu się z danym dziełem, zamiast wyliczania błędów logicznych w fabule czy rozwodzenia się nad grą aktorską. Napiszę za to, co konkretnie mi się spodobało lub totalnie nie przypadło do gustu. Będzie mi miło z Wami o tym porozmawiać, więc zachęcam do udzielania się w komentarzach i opisywania swoich wrażeń czy przemyśleń.
Powstała też strona Fabryki Dygresji na Facebooku, tam z boku, po prawej oraz TUTAJ. Można polubić, niestety nie można nie lubić, można za to pozostać obojętnym i względnie anonimowym, choć, po naukach jednego z moich szefów, nauczyłam się korzystać z programu śledzącego Google’a, więc bójcie się! (Nie, nie bójcie się, to zwykłe AdWords, wcale nie jestem takim web masterem, jakim bym chciała). Z konieczności powstało też logo strony. Takie, o. 
Co sądzicie? Bardzo boję się Waszej krytyki, ale przyjmę wszystko na klatę. (To z kolei nie brzmi zbyt poprawnie politycznie, ale raczej nie jestem chodzącą pruderią, kto mnie zna lub czyta od dłuższego czasu, ten wie). 
Wracając do postanowień na rok 2013: nie jestem pewna, czy udało mi się żyć oszczędniej, ale zarabiam, więc chyba nie jest źle. No i stałam się o wiele bardziej aktywną osobą, o czym szczerze marzyłam. Czasem dopada mnie leniuch, zwłaszcza, kiedy jestem w domu z rodzicami. To chyba taki nawyk. W Poznaniu jednak staram się stawać energetyczną trąbą powietrzną, by działo się mnóstwo dobrego zamieszania tam, gdzie się pojawię. 
Wychodzi na to, że potrzebowałam dwóch lat na spełnienie noworocznych postanowień. Taka retardacja byłaby nawet zabawna, gdyby nie TEN WPIS, z pierwszego stycznia jeszcze bieżącego roku. Jak sama wówczas napisałam, niewypełnienie noworocznych postanowień bardzo mnie zdemotywowało. Po części i wpędziło w depresję. Pamiętajcie: stagnacja jest absolutnie najgorsza, bo tylko pozorna. Tak naprawdę stagnacja oznacza cofanie się. Lepiej po prostu iść do przodu, a już najlepiej iść żwawo, gdyż, jak dowiedziałam się z jakiegoś programu emitowanego na Discovery Science, każde ciało znajdujące się w ruchu starzeje się wolniej od ciała nieruchomego. Czyli, jak ostatnio tłumaczyłam Matiemu, jeśli byłby pan A i jego bliźniak, B, i obaj dostaliby od bardzo bogatego ojca zegarki atomowe na rękę, i A byłby też bogaty, więc mógłby poruszać się czerwonym cadillakiem, a B byłby biedakiem w depresji i tylko siedział na ławce, to czas na zegarku atomowym bliźniaka A upływałby wolniej niż czas na zegarku bliźniaka B, bo to jakieś skomplikowane prawo grawitacji czy tam zasada prędkości, nieważne, ale tak po prostu jest. Fizyka, ot co.
Przepraszam za dygresję. Chodziło mi po prostu o to, że jeśli nic nie robimy z naszym życiem, to cofamy się w rozwoju i posuwamy w latach. W jak bardzo złym stanie byłam, można zobaczyć nawet po częstotliwości postów publikowanych w tym roku. Naprawdę dobrze zrobiło mi się w okolicach września, choć duża poprawa nastąpiła już w czerwcu. Chyba. Wcześniej panował bardzo mroczny czas. Pamiętam czarny Nowy Rok 2014, kiedy wpatrzona byłam w fajerwerki prześwitujące między drzewami rosnącymi przed kochanym akademikiem i myślałam sobie, że gorzej i tak być nie może, po czym padłam, omdlała rozpylonym proszkiem z gaśnicy.
Nie płaczę. Śmieję się. Z własnej głupoty i z radości, że to już minęło. Ale na zawsze będę pamiętać to kołatanie serca, poplątane myśli i ciemność w środku mnie, by nigdy do tamtego momentu już nie wrócić, a wręcz przeciwnie, jak najbardziej się od niego oddalić. 
Wówczas nawet nie zrobiłam noworocznych postanowień, bo po co? Przecież byłam słaba, nic mi się nie udawało. 
A jednak, był przełom, i choć najpierw musiało się jeszcze sporo pogorszyć, to wreszcie wydarzyło się też mnóstwo cudownych rzeczy.
Wydarzyli się ludzie.
Kiedy miałam doła, głównie chowałam się w pokoju po kołdrą, tak było najlepiej. Nie rozmawiałam z ludźmi (może z trzema wyjątkami), separowałam się od nich dzielnie, a jeżeli już musiałam spędzić z kimś czas, to marnotrawiłam go z nieodpowiednimi osobami. Oto przepis na kompletną katastrofę. 
Na szczęście w moim życiu pojawili się ludzie, dzięki którym mogłam poznać innych ludzi i jeszcze kolejnych. A wszystkich niesamowicie sympatycznych, pracowitych i ambitnych, którzy zarazili mnie entuzjazmem. Na nowo powróciłam do przaśnej socjety i uświadomiłam sobie, jak wiele przyjemności sprawia mi poznawanie nowych osób. 
Z tego powodu musiałam ograniczyć kontakty ze starym środowiskiem. Studenckie umilanie sobie czasu piciem piwa na schodach zastąpiłam wypadami na kręgle, siatkówkę, bieganie, czy ostatnio granie w świetną, mądrą planszówkę Eurocash, która buduje inteligencję finansową. 
Tyle można wygrać, kiedy poświęcisz pięć minut na pogawędkę z mieszkającym naprzeciwko sąsiadem, z którym przez całe dwa wcześniejsze lata byłeś tylko na „cześć”. Niesamowita historia. I o wiele dłuższa, niż ta, ale to przecież blog, a nie opowiadanie. 
A propos, napisałam książkę pt. Piromani
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mój dół psychiczny był wyjściem do zrzucenia balastu na kartki elektronicznego papieru, a zarazem rozpoczęcia powieści. Można o niej poczytać i TU, i TAM, ale to wszystko nieważne, bo wreszcie skończyłam to, co zaczęłam, a wcześniej miałam z tym niemały problem. Teraz już jestem świadoma tego, że każde podejmowane przez nas działanie powinniśmy doprowadzać do końca, albo w ogóle się za to nie zabierać, bo po prostu szkoda czasu. Wizja skończenia jakiejś czynności jest nieodzowna, gdy decydujemy się na jakąkolwiek aktywność. Bez tego – ani rusz, a przynajmniej nie na dłuższą metę. 
Początkowo wydawało mi się, że co to takiego – napisać książkę. Ale jeden z moich szefów, również twórca książki, a przy okazji redaktor kolejnych kilku, uświadomił mi, że to jedno z tych wydarzeń, które można z czystym sumieniem sklasyfikować jako niezwykłe. Dobrze, w księgarniach, bibliotekach i naszych domach jest pełno książek. Lecz ile znacie osób, które napisały od początku do końca powieść? (Ja sporo, ale pracuję w wydawnictwie, więc dla mnie to od pewnego czasu faktycznie codzienność). Dla moich kumpli z akademika to też początkowo była rewelacja. Później wszystko to stopiło się z codziennymi wydarzeniami. 
Choć, muszę przyznać, mój wypad do Warszawki do rutyny nie należał.
Tak, dwudziestodwuletni babsztyl po raz pierwszy odwiedził stolicę swojego kraju. I to nie w celach poznawczych, tylko bardziej biznesowych. Miałam bowiem wywiad w radio Bemowo FM, właśnie na temat „Piromanów”. Dlaczego? Bo zbieram pieniądze, na ich wydanie. Jeśli się nie uda, to bardzo szkoda. Na szczęście w trakcie procesu promującego zbiórkę odbywającą się za pośrednictwem portalu Polakpotrafi.pl, poznałam kolejną grupę świetnych ludzi, więc tak czy siak tylko zyskałam.
Do tego zdobyłam wspaniałą pracę, a lekko nie było. Ludzie pytają mi się, jak schwyciłam taką fuchę. Opowieść jest długa i ciekawa, więc zostawię ją sobie do przerobienia na jakieś opowiadanie. Tymczasem polecę Wam tylko wydawnictwo DM Sorus, mieszczące się w Poznaniu. Książki mają fajne, można zamawiać przez księgarnię internetową, a i wydać można niedrogo, a prestiżowo. 
Może dlatego, że zyskałam jako taką stabilność finansową, przestałam się bać. Nie, to nie przez pieniądze. I nie przez ludzi, którzy mnie otaczają. To dzięki zmianie myślenia. Zrozumiałam kilka rzeczy, z których najważniejsze to:
– Nikt za mnie nie przeżyje życia, bo jest ono moje. 
– Każdy mój czyn ma konsekwencje, tak jak i wszystko, czego nie zrobię. 
– Dopiero kiedy wezmę odpowiedzialność za własne postępowanie, będę mogła wziąć odpowiedzialność za czyjeś inne. (Innymi słowami: jeśli jesteś niestabilny emocjonalnie, to wielkie NIET dla związków).
Owszem, wciąż martwi mnie przyszłość. Wiem, że nie będzie ciężko i… kolorowo. I tym razem nie robię postanowień noworocznych. Dla mnie to niestety za mało. Postanowienia to za słaby środek na mój ciężki tyłek. Potrzebuję broni masowego rażenia, a stanowią ją CELE. 
CEL 1: Żyć zdrowiej. 
Oznacza to podjęcie regularnej aktywności fizycznej i zdrowszego odżywiania, czyli Makowi i KFC mówię papa, oczywiście z łezką w oku. Z lekką obawą witam zaś pięć posiłków dziennie. Wiem, że nie będzie mi się chciałoooo, że rettyyyy, ile to roboootyyy, co ja, nie mam innych zajęć? A jednak, dwa razy w tygodniu będzie trzeba się będzie po pracy wybrać na solidniejsze zakupy i zaplanować konkretne posiłki. W ten sposób nie zmarnuję ani czasu, ani pieniędzy w trakcie pracy, bo zdarza mi się często robić irytujące przerwy na niepotrzebne spacery po drożdżówkę, pączusia i kolałkę, co wybija mnie z rytmu. 
Trzeba będzie też zacząć się ruszać. To chyba dzwonek alarmowy, bo coraz częściej dostaję zadyszki. Na razie zamierzam ćwiczyć regularnie wraz z Youtubem, a kiedy zrobi się cieplej, ruszę w plener. Nie wykluczam również zapisania się na aerobik czy inne takie w ciągu zbliżającego się roku.
Oczywiście, mam zamiar schudnąć, ale to nie jest celem samym w sobie. Chcę być po prostu zdrowsza, bo częste przeziębienia to zabójstwo dla kieszeni, pracy i projektów. Nie mogę sobie pozwolić na odpuszczenie. 
CEL 2: Mieć wakacje. 
Lubię tyrać jak wół. Odkryłam, że to o wiele fajniejsze niż leżenie rosnącym brzuchem do góry i wizualizowanie Bitwy pod Grunwaldem Matejki na suficie. Przynosi mnóstwo satysfakcji, a zwykłe lenistwo bardziej mnie wypłukuje z energii niż bieganie po Cytadeli. Ale by znów się zainspirować i przez chwilę nie myśleć o zbliżających się ostatecznych terminach, potrzeba przerw. 
Nie pamiętam, kiedy miałam wakacje, że gdzieś sobie pojechałam. Te ostatnie spędziłam na robieniu biznesu i owszem, było cudownie, bo przecież wcześniej sobie cały czas bimbałam, ale teraz trzeba zaplanować coś konkretnego. Może znów jakiś wypad na festiwal? Albo coś, czego w życiu nie robiłam? Byle z pomysłem i aktywnie spędzić urlop. Do tego czasu trzeba zebrać hajs i ludzi. Do tego czasu jeszcze ponad pół roku, ale pierwszy raz tak się cieszę na wakacje. 
CEL 3: Poszerzać wiedzę, zwiększać możliwości, przesuwać granice.
Nie chodzi o to, że zostanę hetmanem Rzeczypospolitej Obojga Narodów (to jedyna fajna funkcja w państwie, które niestety już nie istnieje) i odbiorę Rosji to, co nam zabrała. Mam na myśli poznawanie siebie i stawanie się lepszym człowiekiem poprzez samorozwój. Książki i filmy, aktywne uczestnictwo w kulturze – to jedno. Rozmowy z wartościowymi ludźmi na ciekawe tematy – to drugie. Podróże – to trzecie. I czwarte, najtrudniejsze – praca nad swoim charakterem. Jestem świadoma swoich zalet i wad. Łatwo mi wykorzystać te pierwsze, ale trudniej wyeliminować te drugie. Być może nigdy nie będę w stanie, ale muszę się starać, by się przełamywać. Do tej pory idzie mi naprawdę nieźle, z tego co widzę. Mam nadzieję, że relacjonowanie tego wszystkiego we wpisach pomoże mi przebrnąć przez ten proces. 
To już koniec. Jeśli dotrwałeś w lekturze do tego momentu, gratuluję! Zasługujesz na noworoczne życzenia. A zatem życzę Ci CUDU, tylko on Ci pomoże.
A teraz tak czytam to wszystko, co do tej pory napisałam i zastanawiam się, czy by mnie to przekonało. Cóż, albo wyśmiałabym ten post, albo kupiła go i zmieniła swoje życie. Lata mijają coraz szybciej, ale rok, jak widać, by całkowicie zmienić swój sposób postrzegania i sporo w życiu przy okazji osiągnąć, to naprawdę sporo czasu. Skorzystajcie z niego jak najlepiej. Do zobaczenia w roku 2015! Wszystkiego najlepszego!
_____________________________________________________
Dzięki za info, Mateusz Grzesiak. Polecam, tak przy okazji.

A hipopotamy żywcem się ugotowały

Will Dennison ma już szczerze dosyć Ramseya Allena, który wciąż zadręcza go rozmowami o miłości, jaką darzy Phillipa Touriana. Al nie potrafi żyć bez Phila. Pewnie dlatego śmierć z jego ręki nie była wcale taka zła, jaką byłaby, gdyby został zamordowany przez kogoś innego. Mike Ryko zaś stara się być lojalny wobec każdego z nowych przyjaciół, a nade wszystko chce ruszyć znów w drogę dzięki zaciągnięciu się na statek. 

Grubą przesadą byłoby nazwanie książki napisanej wspólnie przez Williama S. Burroughsa i Jacka Kerouaca, kolejno: prekursora oraz króla bitników, dziełem lub majstersztykiem. To raczej proste opowiadanie, którego powstanie zainspirowały traumatyczne wydarzenia z życia. Traumatyczne dla czytelnika naszych czasów, zaś dla przedstawicieli beat generation: niebywale inspirujące.

Historyjka opisana w A hipopotamy żywcem się ugotowały jest banalna. Młode studenciaki szlajają się od domu do domu w pierwszej połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku i wyłudzają od znajomych pieniądze, alkohol, jedzenie. Są bohemą, lecz o tworzeniu na razie bardziej mówią, niż działają w istocie. Chłopaki mają jednak dobre usprawiedliwienie. Jak powiada pewnego razu jeden z głównych bohaterów, nonszanalancki cynik Will Dennison, w istocie alter ego Burroughsa:

Trafna uwaga, Dennison!

W książce pojawia się sporo rozważań przyszłych twórców na temat roli artysty i sztuki. Trudnych relacji męsko-damskich, skomplikowanych jeszcze bardziej niż zwykle, bo zaangażowani w nie mężczyźni często byli nie tylko biseksualni, ale również desperacko spragnieni wolności. Najbardziej zastanawiający jest dla mnie jednak obraz społeczeństwa amerykańskiego w latach akcji utworu. Niekończąca się zabawa w barach z jednej strony, a z drugiej ogromna niesprawiedliwość
skorumpowanej policji, nie tylko przymykającej oczy na krzywdy innych, ale samej przysparzającej cierpienia obywatelom. Dosyć sporym absurdem jest, że Dennison, pośredniczący w przekazywaniu zleceń małym przestępcom, zaczyna pracować jako detektyw. Wszystko razem stanowi zatrważającą wizję, ale jej świadectwo, wraz z kipiącymi życiem opisami Nowego Jorku w roku ’44, jest bezcenne.

Powtórzę: bezcenne.

I chyba to jest gwóźdź programu. Że taka książka w ogóle powstała, co więcej, że wreszcie ukazała się drukiem mimo skrupulatnego przechowywania rękopisu przez ponad sześć dekad. Że można zobaczyć, jak dwóch głównych kojarzonych ze zbrodnią pisarzy przeżywa zamordowanie jednego ich przyjaciela przez drugiego.

Mam mieszane uczucia, bo czytałam A hipopotamy żywcem się ugotowały chyba inaczej niż osoba, dla której bitnicy stanowią niezbyt charakterystyczne hasło lub nawet w ogóle o nim nie słyszeli. Czy tacy ludzie sięgnęliby jednak po tę konkretną lekturę? Byłam bardzo ciekawa recepcji Kerouaca oraz Burroughsa odnośnie zamordowania Davida Kammerera. Spostrzeżenia pisarzy otrzymałam, przyjęłam i tyle. Nie było więcej fajerwerków, nie licząc fragmentu, kiedy Phillip przychodzi do Dennisona, wyjmuje z kieszeni czerwoną od krwi paczkę papierosów marki Lucky Strike i ostatnim szlugiem częstuje przyjaciela. Tak, to była prawdziwa petarda. 
Bohaterowie? Cóż, jak żywi. Lub martwi, w przypadku Ala, czyli Davida Kammerera, który u mnie wzbudził również ogromne politowanie. Miłość jego życia, inspirację i obsesję, Philipa, a tak naprawdę Luciena Carra, pewnie zamordowałabym gołymi rękoma, gdyby przyszło mi obracać się w środowisku tamtych lat. Mike (Jack Kerouac) i Will (William S. Burroughs) – do ukochania. Jak i pierwowzory. 

Język utworu jest dwoisty. Kerouac pisze mniej wysumblimowanie niż Burroughs, ale obaj uraczą czytelnika wielością szczegółów w opisach i wartką akcją. Może jednak z powodu długości lektury, czyli niespełna stu pięćdziesięciu stron, czyta się tak dobrze?
 
W sobotnie noce bary zamykają około trzeciej, więc do domu dotarłem za kwadrans czwarta, po zjedzeniu śniadania u Rikera, na rogu Christopher Street i Siódmej Alei. Rzuciłem „News” i „Mirror” na kanapę, zdjąłem płócienną marynarkę i położyłem na gazetach. Miałem zamiar od razu iść do łóżka.
Powyżej fragment okładki oraz pierwszy, cudowny akapit utworu, który przyczynił się w wielkiej mierze do mojej ostatecznej oceny, czyli
6/10.

Mam nadzieję, że zarówno treść recenzji, jak i cytaty z książki czy sam intrygujący tytuł, skuszą Was do przeczytania reszty. Naprawdę warto, bo to ciekawa książka, a historia prawdziwa, na kanwie której powstała fabuła, zamieszczona została przez wydawcę z tyłu tomu. I bardzo szczegółowo zrelacjonowana. Ale jeśli wolicie zamiast książki sięgnąć po film oparty na tych samych motywach, polecam Kill Your Darlings, o którym pisałam już w TYM MIEJSCU. Głównym bohaterem jest Allen Ginsberg, którego w Hipopotamach jakoś mi zabrakło. Na szczęście pojawił się w obrazie wyreżyserowanym przez Johna Krokidasa. 

Nienawidzę Świąt

Nienawidzę Świąt, bo jestem zblazowaną nastolatką, która musi siedzieć przy stole wigilijnym z gromadą stetryczałego dziadostwa, w ogóle nie rozumiejących moich problemów. Nienawidzę Świąt, bo wszyscy się do siebie uśmiechają, podczas gdy w pozostałe dni w roku skaczą sobie do gardeł. Nienawidzę Świąt, bo trzeba posprzątać chałupę i rozwiesić światełka, a przecież to pochłania tyle energii, no po co to komu? Przyznam się, że jeśli nie w tym roku, to na pewno w latach poprzednich właśnie tak myślałam. W te święta Bożego Narodzenia coś jednak się zmieniło. 

Może się zestarzałam?
Tym razem siedzenie przy wigilijnym stole z rodzicami wcale nie było męką. Stęskniłam się za nimi, bo do domu wróciłam dopiero we wtorek. Nie widziałam ich prawie przez cały miesiąc. Zleciało bardzo szybko, w końcu od poniedziałku do piątku – absorbująca i dająca mnóstwo radości praca w wydawnictwie, zaś wieczorami kultura, znajomi, samorozwój, tysiąc innych zajęć albo padanie na twarz ze zmęczenia, zależy. 
Dzięki temu ominęłam tradycyjny spór o to, która bombka ma wisieć na której gałązce i grę o niemycie toalety. W pewnym sensie nawet ubolewam, bo choć gładko wymagałam się od pomagania mamie w kuchni, teraz tego żałuję. Lepienie pierogów i mielenie maku to praca ciężka, mozolna, ale jednak w klimacie. Sorry, w tym roku nie taki mamy klimat.
A jaki? Pracowniczy. W księgarni ludzie zamawiali książki na prezenty, więc trzeba było uszykować do wysyłki kilka setek książek. Nie było czasu na strojenie choinki, ale szefowie wynagrodzili mi to pięknymi podarkami. 

Może się uspokoiłam, a może ociupinkę zmądrzałam?
Czerpię prawdziwą radość ze spędzenia tego czasu z bliskimi. Nie denerwują mnie studia, nie przejmuję się tysiącem zadań czekających na mnie w pracy, nie myślę o trudnym promowaniu projektu na Polakpotrafi.pl i tych wszystkich irytujących ludziach, którzy dręczą mnie, że tak mało czasu zostało, a tak dużo jeszcze pieniędzy do zebrania, więc dlaczego czegoś nie zrobię? Dziwi mnie takie podejście niezmiernie, bo gdyby każda z tych osób zamiast tracenia czasu na robienie mi głupich uwag usiadła przed komputerem i poświęciła trzy minuty na przelanie dwóch złotych, wcale nie pozostałoby tak wielkiej kwoty do uzbierania. A i ja miałabym więcej czasu na promocję. Dlatego patrzę na to już z pewnym politowaniem. I coraz częściej zdarza mi się zamykać drzwi przed osobami, które wnoszą do mojego życia tylko chaos pod pozorami dobrych chęci. Czasem trudno oddzielić jedno od drugiego i zobaczyć, czego człowiek chce od Ciebie naprawdę. Niestety, w dziewięćdziesięciu procent przypadków ludzie chcą, byśmy wspólnie trwonili z nimi czas, bo nie mają na siebie pomysłu. Ałć?
Może upadłam na głowę.
To chyba z powodu lektury Kochanej Maryś! Listów z Afryki, naszej najnowszej pozycji wydawniczej. Kazimierz Nowak tak pięknie pisał do swojej żony, opisując wydarzenia, których był świadkiem oraz swoje ciężkie codzienne życie, że zaczęłam się zastanawiać, jak wiele wokół mnie jest żywotów wartych upamiętnienia. Historie rodzinne mojej matki i mojego ojca jest bez wątpienia warta upamiętnienia. Osiągnięcia moich szefów. Sporadycznie wypowiadane przez pasażerów tramwaju złote myśli. Nie jestem w stanie tego wszystkiego opisać, więc może chociaż poświęcę się, by spędzić czas z bliskimi mi fantastycznymi ludźmi i choć w pewnej mierze pojąć to, co siedzi im w głowach? Bo co, gdy nagle ich zabraknie? 
Pomyślałam też o tym, że żałuję, iż święta spędzam tylko z rodzicami. Co z resztą rodziny? I przypomniałam sobie nagle o niej i wydałam mnóstwo pieniędzy w TK Maxx na przepiękny papier, i zrobiłam szalone kartki z życzeniami, i w ostatniej chwili wysłałam na poczcie, nawet do Agi, która mieszka w UK. I wiecie co? Poczułam wielką frajdę. Nie żałuję tego śleńczenia po pas w brokacie o dwunastej w nocy, z rękoma uwalonymi obrzydliwym klejem. Każda osoba, do której wysłałam kartkę, naprawdę wiele dla mnie znaczy, choć mogę się z nią widzieć raz na kilka lat. 
Moim zdaniem to bardziej wartościowe niż kopiuj-wklej na FB czy wysłanie wierszyka za pośrednictwem SMS, ale nie wiem, czy się ze mną zgodzicie. W końcu życzeniami na fejsiku można obdarować naprawdę wiele osób, niemal wszystkich znajomych… 
Ale, zaraz, czy naprawdę o to chodzi? Czy musimy rozsyłać kilkadziesiąt wiadomości, by ludzie uwierzyli w to, że zależy nam na ich szczęściu? Chyba lepiej być takim człowiekiem, by po jakimkolwiek spotkaniu z nami każda osoba od razu wiedziała, że chcemy dla niej jak najlepiej i gdy zajdzie potrzeba, pomożemy jej w pokonaniu trudności? 
Właśnie kimś takim pragnę być w przyszłości. I myślę, że te trochę śmieszne kartki, bo chyba trochę dziecinne, a wykonane przez dwudziestodwulatkę, pomogą mi w budowaniu lepszej wersji siebie, o ile wejdą do świątecznej tradycji, którą sama sobie mam zamiar stworzyć. 
Może w ogóle nie potrafię już mieć negatywnego podejścia.

Dobra, bez przesady, nie aż tak. Ale jaki sens ma mieć kwestionowanie świątecznej atmosfery, tym bardziej, że na każdym rogu można zobaczyć jakąś świąteczną dekorację w czerwonym kolorze, który jest najpiękniejszy na świecie? Tego, że ma się wolne i można odpocząć albo zobaczyć z przyjaciółmi? Skryć się pod kocykiem z kubkiem ciepłego kakao, kawałkiem tortu makowego i najnowszym Twardochem? No? Jaki? ŻADEN. Święta to dar i trzeba go umieć wykorzystać. Jeśli nie potrafimy cieszyć się ze Świąt, to już z niczego nie będziemy potrafili się ucieszyć.

W tym roku, szczególnie w okresie świątecznym, cieszę się chyba najbardziej z ludzi. Powyżej – jedni z wielu, na których mogę liczyć, ale tacy, na których chyba najmocniej, jeśli chodzi o tu i teraz (zobaczymy, jak długo, hue, hue). Fajnie było strzelić sobie z nimi wigilię, z gyrosem z dzika. Czy tam jelenia, nie pamiętam, bo były też sznapsy i inne delicje.
Może zauważam i doceniam to, co mam, zamiast jęczeć i psuć sobie humor tym, czego nie mam. Zamiast tupania nogami i obrażania się na cały świat, dzielnię kroczę do przodu, by po to sięgnąć. A jeśli nie uda mi się za pierwszym czy drugim razem, za trzecim już dam radę. 
I takie życzenia chciałabym Wam złożyć z okazji Świąt. Zdrowia i energii, żebyście mieli dobre samopoczucie i siłę do realizacji swoich marzeń. A także marzeń, a zatem również celów, byście nie kroczyli przez życie jak ćwoki z opaską na oczach. Życzę Wam odwagi oraz zdobywania mądrości. Doceniania drobnych radości, a także przeżywania radości ogromnych, na które sumiennie zapracujecie. I ogólnie, wszystkiego najlepszego. 

Interstellar

Wiem, możecie nie lubić Science Fiction. Mnie też średnio przekonują zieloni kosmici, teleportacja walki na lasery, chociaż miecze świetlne to akurat wręcz przeciwnie. W Interstellar dużo mniej bajki, a lewitujących zielonych mędrców raczej się nie uświadczy (choć zależy, co paliłeś przed lub w trakcie seansu). Najnowszy obraz Christophera Nolana ukazuje dramatyczny wyścig z czasem, piękno i potęgę miłości oraz walkę z własnymi ograniczeniami. Jeżeli lubicietakie filmy, Interstellar może Wam się spodobać. 
W nie tak odległej przyszłości, gleba niemal totalnie jałowieje, zanieczyszczenia uniemożliwiają wykonywanie podstawowych czynności, a ludzie głupieją. Na szczęście trafia się niegłupi chłop, Cooper, którego całkiem przystępnie zagrał Matthew McConaughey, mogący uratować ludzkość. Wcześniej jednak musi pokonać ogromne połacie czasoprzestrzeni, by odnaleźć dla swoich bliźnich nowy dom; planetę, która zastąpi Ziemię. W tym celu rusza w Kosmos i eksploruje go z pomocą między innymi młodej pani naukowiec Brand (Anne Hathaway, która nie miała raczej zbyt wielkiego pola do popisu) czy sarkastycznego robota wojskowego TARS. Walka głównego bohatera z mnóstwem przeciwności losu (oraz złośliwościami praw fizyki) jest tym dramatyczniejsza, że na Ziemi ratunku oczekuje jego córka, Murph (Jessica ChastainInterstellar to pierwszy utwór, w jakim miałam okazję oglądać jej rolę i po takiej uwerturze na pewno obejrzę jeszcze więcej). 

To tak w gigantycznym skrócie. Resztę roboty zrobi za mnie zwiastun. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji go obejrzeć, w co właściwie wątpię, to proszę bardzo, voilà!



Dokładnie ten trailer widziałam na długo przed pojawieniem się filmu i natychmiast zapragnęłam go obejrzeć. Niestety musiałam trochę poczekać. Całe szczęście, że wówczas nie znalazłam cudownych plakatów inspirowanych tym dziełem (prezentuję je Wam tu i ówdzie po bokach), bo wtedy chyba zaczęłabym już chodzić po ścianach do momentu premiery. 

Największą zaletą najnowszego filmu Nolana jest chyba obraz. Przepiękne, dramatyczne pejzaże umierającej Ziemi oraz nowych planet autentycznie zachwycają. Wizualizacja zjawisk astrofizycznych, choćby takich, jak czarna dziura czy tunel czasoprzestrzenny, to według mnie prawdziwy majstersztyk, tym bardziej, że obrazy te zostały oparte na badaniach współczesnych naukowców. Świetnym uzupełnieniem wizji jest cudowna muzyka. Nic dziwnego, w końcu jej komponowaniem zajął się Hans Zimmer, a więc jesteśmy w domu. Czasem trudno było mi stwierdzić, co robiło na mnie większe wrażenie. Czy fragmenty tego magicznego utworu:


czy momenty tragicznej ciszy. Ostatecznie do tej pory nie mogę się zdecydować, więc uznaję, że

całość stanowi świetną kompozycję.

Podobał mi się również przebieg akcji. Interstellar to prawie trzy godziny jazdy bez trzymanki. Nie nudziłam się ani sekundy i bez przerwy targały mną skrajne emocje. Czułam prawdziwy stres poprzez utożsamianie się z sytuacją bohaterów. Może wczułam się zbyt mocno, bo w kilku momentach łkałam bez opamiętania. Jeszcze nigdy nie widziałam filmu, w którym tak pięknie przedstawiona zostałaby więź między ojcem a córką. Pod tym względem prym dla mnie wcześniej wiódł nieco podobny do Interstellar słynny Armageddon Michaela Bay’a, ale dzieło Nolana przebija ten wątek po tysiąckroć. Tu więcej jest subtelności, oddziaływania na psychikę widza i suchych, choć zatrważających faktów. 
Jeśli chodzi o postaci i aktorów, to bardzo spodobała mi się Merph. Uwielbiam babki z charakterem, a gdy są jeszcze rude, mądre i stanowcze, to już w ogóle super sprawa. Co się zaś tyczy głównego bohatera, to muszę przyznać, że zostałam bardzo zaskoczona. Matthew McConaughey kojarzy mi się wciąż z gwiazdą komedii romantycznych przez nieszczęsne Powiedz tak z Jennifer Lopez. Na mojej liście już dawno zakotwiczył się Wilk z Wallstreet oraz Witaj w klubie, za który to McConaughey otrzymał Oscara, ale nie miałam okazji jeszcze zapoznać się z tymi obrazami (wiem, wstyd), więc dojrzałość sceniczna gwiazdora napawdę mnie zdziwiła. Ale tak miło. Cieszę się, że się chłopak nie zmarnował. 

Wiem, że film budzi wiele kontrowersji. Na przykład typu: czy to najlepsze dzieło Nolana, czy najgorsze? To mądry film czy głupi? Jak to jest naprawdę? Dobrze go zrobili czy totalnie dali ciała? 
Cóż. Myślę, że to film dla przeciętnego odbiorcy. Tak jak powiedziała Julita, kiedy opuściłyśmy nie trzeba być geniuszem, żeby skumać, że facet kochał córkę i chciał do niej wrócić. Im dalej w las, tym więcej drzew. Moim zdaniem ostatnie sceny, chyba bardzo trudne do zrealizowania, były epickie. I stanowiły hołd dla kultury pisma. Kto widział, ten może sobie zaznaczyć i przeczytać, kto nie wie, niech nie psuje sobie wrażeń małym spoilerkiem: przecież wszystko zaczęło się w domowej bibliotece i w domowej bibliotece tak naprawdę skończyło. A pismo stanowiło klucz. 



Czytałam recenzję Kominka, którą możecie znaleźć TUTAJ, i powiem Wam, że raczej się nie zgadzam z jego opinią (śmieszną nawet, bo ciśnie i ciśnie, a końcowo daje 3 na 5, spoczi). To jest dobry film, jasne, zrealizowany za pieniądze i dla pieniędzy, ale historia oraz jej przedstawienie naprawdę porusza. Co zaś się tyczy gonitwy za dronem – moim zdaniem ta scena przedstawi świetnie relacje ojca z dwójką dzieci i w pewnym stopniu należy do klamry kompozycyjnej. (Ach, te pola kukurydzy, tak uwielbione przez literatów i filmowców…). A że kurz spadł nierówno i było wiadomo, że to jakieś przesłanie? Hej, na świecie nie ma przypadków, a Cooper należał do rodzaju bohaterów zdolnych, mądrych i cwaniackich, więc i na to znajdzie się wytłumaczenie. 
Co mi się najbardziej spodobało? To, że dzięki filmowi odkryłam niesamowity wiersz, autorstwa Dylana Thomasa (1914-1953), którego początek wypowiadany jest jak mantra przez profesora Branda. 

Do not go gentle into that good night,
Old age should burn and rave at close of day;
Rage, rage against the dying of the light.

Though wise men at their end know dark is right,
Because their words had forked no lightning they
Do not go gentle into that good night.

Good men, the last wave by, crying how bright
Their frail deeds might have danced in a green bay,
Rage, rage against the dying of the light.

Wild men who caught and sang the sun in flight,
And learn, too late, they grieved it on its way,
Do not go gentle into that good night.

Grave men, near death, who see with blinding sight
Blind eyes could blaze like meteors and be gay,
Rage, rage against the dying of the light.

And you, my father, there on the sad height,
Curse, bless, me now with your fierce tears, I pray.
Do not go gentle into that good night.
Rage, rage against the dying of the light.

Wiersz bardzo mnie zainspirował, tak jak i zresztą cały ten kinowy seans. Poczułam wielkie katharsis, gdy opuściłam salę. Pośmiałam się i popłakałam, jakie to szczęście. Jakie to szczęście, że nie muszę stawać przed tak ważkimi wyborami, jak bohaterowie Interstellar. Jakie to szczęście, że mogę wrócić do domu, wygooglować sobie wiersz, w spokoju zrobić herbatę, a potem jeszcze wyszukać przepiękne plakaty i podzielić się tymi znaleziskami na blogu, bez strachu, że jutro nie będę miała co jeść. Dlatego szczęśliwe 
10/10. 

Nie mam swojego miejsca

Nie mam swojego miejsca na Ziemi. Nie mam swojego miejsca w domu. Nie mam własnego pokoju albo źle się czuję, wracając do mojego starej sypialni u rodziców, bo wiem, że już za chwilę opuszczę to bezpieczne miejsce i będę musiał wracać użerać ze studiami gdzie indziej, po wielogodzinnej tułaczce pociągiem. W wynajmowanym pokoju nie mogę zawiesić plakatu na ścianie, bo przyjdzie właściciel, zroluje ulubioną reprodukcję Van Gogha i wsadzi mi ją w tyłek tak głęboko, że wyjdzie gardłem. 

Wiesz co? Jeśli nie będziesz miał swojego miejsca we własnej głowie, nigdzie nie będziesz czuł się dobrze. 

Dlaczego tak depseracko pragniemy własnej przestrzeni?
Ponieważ prywatność jest ważna. Mieszkając w akademiku, początkowo bliskość z sąsiadami traktowałam jako nowe, rewelacyjne doświadczenie. Po pewnym czasie jednak zatarła się jednak granica między „moje” a „czyjeś”. Wszystko było wspólne. Pokoje, papierosy, bułki na śniadanie oraz intymne szczegóły z życia osobistego. Stworzyliśmy coś na kształt hippisowskiej komuny, nie wiedzieliśmy, kto konkretnie powiedział co, istnieliśmy jako jeden, wielokończynowy i wieloorientacyjny organizm. I organizm ten niestety nie mógł przeżyć. Dlatego rodzą się bliźnięta syjamskie, a nie syjamskie czworaczki czy pięcioraczki. To byłaby skazana na zagładę sztucznie powstała ludzka stonoga. 
Była inspiracja, ale nie potrafiłam jej wykorzystać. Chłonęłam intensywnie nowe wrażenia, ale ich nie przetwarzałam na papierze. Swoje potrzeby odsunęłam na bok, by zadowolić innych. By otrzeć łzy potrzebującemu, zrobić kanapkę głodującemu i dzielić radość przyjaciółki, która – tak szybko, jak przestałam jej we wszystkim przytakiwać – położyła na mnie mentalnego chuja. A ja, mój mózg, moje czucie, gdzie to wszystko było?
Nie było.
Nie było mnie.
Zniknęłam. 
Najpierw każde wydarzenie z mojego osobistego życia było wywlekane na forum publiczne, omawiane, komentowane, przerabiane i przewałkowywane po tysiąckroć. Później nie miałam już osobistego życia, wciągnął mnie akademicki wir nie moich zdarzeń, którymi ja zaczęłam się żywić, komentować, przerabiać, przewałkowywać po milion razy, aż wreszcie utyłam jak świnia od tych wszystkich niepotrzebnych, całkowicie pustych nowinek, spasłam się jak orka i nabrzmiałam tak, że musiałam pęknąć.
Jestem jedynaczką. Moje ego potrzebuje sporo uwagi. Dlatego w końcu przemówiło.
I powstali Piromani. Ale to nie o tym.

Kiedy zamknęłam drzwi do swojego pokoju, zrozumiałam, że boję się żyć samotnie, bo w głowie mi jeszcze huczało od piwa, jakie naważyłam podczas tych wielu dni bez własnej świdomości. Ale powoli nauczyłam się. Przeprowadziłam selekcję. Nie muszę otaczać się wieloma ludźmi, by wiedzieć, że mam przyjaciół. Wystarczy jeden, ale wartościowy. Mogę się cieszyć. Mam trójkę. Bezcennych, choć nie zawsze potrafię o tym pamiętać. I nie muszę dzielić się z nimi zawartością mojej lodówki, i nie muszę wywlekać całej mrocznej zawartości mojego umysłu. Oni wiedzą, oni czują. Trwają przy mnie, każdy z osobna, cicho, bez napastliwości, a ja chcę odwdzięczać się im tym samym, choć czasem to bardzo trudne wyzwanie, w końcu tyle dla mnie robią.
Moją ostają jest moja głowa. Często panuje w niej bałagan, bo za dużo w niej spraw, ale pracuję nad zwiększeniem przestrzeni w jej środku, by wszystko miało swoje miejsce. Moją ostoją jest osoba, do której mogę się przytulić. Home is wherever I’m with you.


Na pierwszym roku studiów mieszkałam na poznańskim Oświeceniu z wyjątkowo trudną współlokatorką. Dzieliłyśmy pokój i k-pop obrzydł mi na całe życie. Najgorszym momentem były jednak niedzielne popołudnia. Byłam już w domu, w Nowym Tomyślu, nakarmiona przez mamę przepysznym obiadem i prawie ukojona przez pozornie stoickie nastawienie mojego ojca. Ale świadomość, że muszę zaraz ciągnąć bagaż poprzez śnieżną zawieję, tarabanić się pociągiem, tramwajem,  potem autobusem, a potem jeszcze i windą na pierdolone dziewiąte piętro, żeby wrócić do świrniętej współlokatorki, która non-stop wpieprza kilogramami pizzę, zgoła nie napełniała mnie optymizmem. 
Było mi źle, więc to zmieniłam, choć wówczas byłam jeszcze na tyle leniwa, że potrzebowałam silnego (ostrego byłoby bardziej adekwatnym epitetem w tym przypadku) bodźca. Spakowałam manatki, przez chwilę mieszkałam u dawnej przyjaciółki, potem próbowałam dojeżdżać, wreszcie akademik i upadek obyczajów. 
I stało się tak źle, że coś trzeba było zmienić. Ale dobrze, że się porobiło w ten, a nie inny sposób. Teraz przynajmniej wiem, co robić, by do tamtego stanu nie wrócić. Nic nie dzieje się przypadkowo. […] tylko ja wiem, że nie ma zbiegów okoliczności, jak u Twardocha w najnowszej powieści Drach.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni, kolejny banał, prawdziwy do bólu.

Ostatnio przyjaciółki opowiedziały mi o słowach Virginii Woolf. Kobieta, żeby zostać pisarką, potrzebuje własnego pokoju i 500 funtów rocznego dochodu. Tak byłoby o wiele łatwiej, ale doświadczenia uczyniły mnie mocniejszą i zaradniejszą o tyle, że nie potrzebuję już długich chwil ciszy z kubkiem gorącej czekolady, by wisieć nad laptopem i wystukać wreszcie kilka zdań. Wszystko, co jest warte upamiętnienia, spisuję w telefonie albo notesie. Na gorąco. Nigdy bowiem nie wiem, kiedy nadarzy się okazja, taka jak teraz, do rozbudowania zdań i ubrania ich w przystępną formę. Tak pracuję, bo ileż to odkrywczych (mniej lub bardziej, ale zawsze) myśli mogłoby mi uciec bezpowrotnie? Nie warto czekać. Warto działać.


NIE CZEKAJ NA ODPOWIEDNI MOMENT DO ZMIANY. 
On nie ukrywa się w przyszłości. Jest zawsze 
TU I TERAZ.
Świat jest zły, bo sprawił, że mój ojciec ma słabą pracę, a mama jest chora i nie może pracować. Świat jest zły, bo jestem przeciętnej urody, a gdybym był piękny, to miałbym łatwiej. Świat jest zły, bo nie pozwala mi wykorzystać moich możliwości, a przecież gdybym miał okazję, to podkręciłbym lepiej niż Beckham i uszył ładniejsze mundury dla Gestapo niż Hugo Boss. Świat jest zły, bo nie urodziłem się wystarczająco bogaty. Świat jest zły, bo muszę się starać, a tak bardzo mi się nie chce.

Jeśli tak myślisz, to zrób temu złemu światu przysługę. Popraw się albo umrzyj. 

(W zasadzie te dwie opcje, i tylko te dwie opcje, mamy przez całe życie do wyboru).
Czasem trzeba zamknąć przed nosem drzwi przyjacielowi, jeśli staje się zbyt natarczywy. Jeśli ma dobrze w głowie i sercu – zrozumie. To znowu bolesna prawda, ale na pierwszym miejscu musimy stawiać siebie. Nasze zdrowie. Nasz spokój ducha. Nasze plany. Tylko wtedy będziemy bowiem całkowicie sobą, zdolnymi do prawdziwej pomocy innym. I na takich fundamentach zbudujemy to miejsce, które tak nam się marzy.

Potrzebujemy bowiem bezpieczeństwa. Czterech ścian, w których będziemy biegać na golasa, wyć do księżyca w pełni po przemianie w wilkołaka czy dłubać w nosie, aż wywiercimy sobie w mózgu dziurę (co zdarza się przy nerwicy natręctw). Jesteśmy zwierzętami stadnymi, ale przy tym zostaliśmy stworzeni jako indywidualiści. I nie ma w tym nic złego. Dlatego jeśli teraz nie możemy uzyskać spokoju, bo zamknięcie się na cztery spusty nic nie da, skoro nasza przestrzeń jest za mała, by realizować w niej swoje pasje, to ruszmy głową. Pomyślmy o znalezieniu takiego miejsca. Jest hajs? To i wynajęcie pracowni pomoże. Nie ma hajsu? To zróbmy coś, żeby był w przyszłości. Ale, jak już wcześniej wspomniałam: jeśli nie jesteś bezpieczny w swojej głowie, nigdzie indziej nie poczujesz bezpieczeństwa. Jeśli nie jesteś twórczy na ulicy, uczelni czy w pracy, to i artystyczna pracownia się na nic nie przyda. 


Ostatnio byłam tak zaangażowana w losy firmy, w której pracuję, Piromanów oraz marketing, że nie zastnawiałam się nad kwestią domu. Wizyty w domu rodzinnym – bez fajerwerków, w akademiku nie czułam się w ogóle, bo praktycznie mnie w nim nie było, w pracy było mi fajnie, ale to przecież praca, a nie życie, chociaż nie do końca jestem o tym przekonana. W każdym razie dopiero Weronika i Cypek skłonili mnie do rozmyślań na ten temat. Wcześniej naprawdę mnie to nie uwierało i teraz też nie, ciekawe, dlaczego, może się stałam jakaś tanio kosmopolityczna? Że nie mam swojego miejsca – to wiedziałam, ale nie bolało mnie tak bardzo. Wręcz cieszyło. To znaczyło, że dobrze czuję się z sobą i gdziekolwiek pójdę, również będę się czuć całkiem swojo.

Tak było do wczoraj.
Pierwszy raz odwiedziłam stolicę. Warszawka jest bardzo ładna. Pałac Kultury i Nauki też. Nie miałam czasu pozwiedzać, bo spieszyłam się na wywiad, ale nie miałam problemów z poruszaniem się po tym dużym mieście. Tak, stolica jest naprawdę duża i napełniło mnie to euforią. Duże budynki, w zasadzie drapacze chmur, ogromne galerie handlowe, szerokie chodniki i takie szybkie ulice. Przestrzeń zadziałała wręcz odurzająco, bo ja, jedna, taka mała, zwykła Emilka, ale czująca, że może to wszystko mieć na wyciągnięcie ręki, bo wie, że da sobie radę i w Warszawie, i wszędzie…

Trochę smutny ten Pałac

Potem jednak wsiadłam do autokaru i momentalnie rozładował mi się telefon. Nie wiedziałam, która jest godzina. Za oknem było ciemno. Co chwila popadałam w letarg i gdy się budziłam, tą samą czerń widziałam za szybą. Ogarnęła mnie niepewność, ale ja chyba lubię się bać, bo mogłam zapytać kogokolwiek o godzinę albo to, gdzie jesteśmy.
Tymczasem wolałam drżeć ze strachu. Strach to nieodłączny element oczekiwania. Często można go pomylić z podnieceniem.
Wpatrywałam się więc w czerń, czasem przełamywaną przez pomarańczowe punkciki odległych świateł na autostradzie i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jest to jakaś highway to hell. A kiedy ujrzałam znajomy rozświetlony na czerwono napis FACTORY, i zrozumiałam, że już blisko domu, znów ogarnęła mnie niepojęta radość.
Wracałam do domu i uświadomiłam to sobie po raz pierwszy z takim impetem; Poznań to mój dom. 
Mijając później znajome kamienice, zapłakane od deszczu już węższe niż w Warszawie ulice, pędząc swojskim żółto-zielonym tramwajem PST-ki, poczułam swoją przynależność.
Bardzo radosna Plajta

Posiadanie bardzo nas ogranicza. Traktowanie nas przez innych jaką swoją własność kompletnie zniewala i odbiera godność. Jeśli za bardzo przywiązujemy się do rzeczy, to one biorą nas w posiadanie. Podejrzewam jednak, że instynkt mnie nie zawiódł, bo nieważne, czy w przyszłości zamieszkam w kamienicy na Wildzie, gdzie tynk z sufitu będzie mi spadał na głowę, czy przy kolorowej ulicy Taczaka, a może, bo to i tak bez znaczenia, w indyjskiej eksperymentalnej wiosce ekologicznej Auroville lub mroźnym Vancouver, to nie jest związek oparty na posiadaniu. To głębsza relacja.
I tak będę sobie powracać do Poznania zawsze z takim samym tęsknym wyczekiwaniem oraz myślami: to dobre miasto, to mroczne miasto, to miasto inspiracji, to miasto życia, to miasto łez i krzyku, i ognia, i sztuki, i bójek na Jeżycach. 
To moje miasto.