Jak zyskać popularność na blogu?

Jak zyskać popularność na blogu?

Jak to zwykle bywa, jeśli chodzi o Fabrykę dygresji, nie podam Wam złotego przepisu na to, jak zyskać popularność na blogu. Może zrobić to Jason Hunt (alias Kominek) albo Pepsi Elliot, których serwery zapewne pękają w szwach. Chcę Wam opowiedzieć o tym, jak to się stało, że od kiedy zaczęłam zwyczajnie chcieć i starać się zyskać popularność na blogu, tak też się stało. A przede wszystkim zachęcić do rozmowy, żebyśmy mogli sobie pomóc w naszej ciężkiej, a jednocześnie fascynującej pracy (tudzież po prostu hobby). Uwaga, poniżej pojawią się wulgaryzmy, ponieważ mam bojowy nastrój.
Najważniejsza jest motywacja. Pragnienia działania, które nie bierze się z otoczenia. Jeśli nie dysponujesz motywacją wewnętrzną, jaką czerpać będziesz z samej chęci pisania bloga, wątpię, byś przetrwał choć rok. Zatem, po pierwsze, odpowiedz sobie na pytanie. Dlaczego prowadzisz blog? 
Jeśli prowadzisz blog dla sławy, to bardzo Cię proszę, jebnij się w łeb. Sława jest najchujowszym środkiem ubocznym bycia nieprzeciętnym i nigdy nie powinna być celem samym w sobie, tak samo jak pieniądze.
Jeśli prowadzisz blog dla pieniędzy, to również masz złą motywację. Możesz prowadzić blog, by zarobić na nim, a koniec końców nawet się z niego utrzymywać, ale jeśli tworzysz cokolwiek tylko i wyłącznie dla pieniędzy, to znaczy, że nie masz „tego czegoś”, więc ani za długo swojego projektu nie uciągniesz, ani za dużej popularności nie zdobędziesz. Smuteczek, wiem.
Jeśli prowadzisz blog dlatego, że lubisz, to ok. Jestem usatysfakcjonowania. I Ty pewnie też. Możemy się wobec tego całkiem nieźle porozumieć. To właśnie z pasji wychodzą dobre rzeczy. Tylko, jeśli zajmujemy się czymś, co nas interesuje, tylko wówczas będziemy się mogli temu bez reszty poświęcić i osiągnąć coś istotnego. A prowadzenie bloga nie jest do końca proste i przyjemne. Może dlatego, że to nie tylko pisanie, ale i szereg działań, które trzeba wykonywać, jeśli faktycznie chce się zyskać popularność na blogu.
Zaczęłam prowadzić blog, bo od zawsze lubiłam pisać. Pamiętam, jak w jednym z pamiętników z gimbazy (Pamiętniki z gimbazy, mam pomysł na hit dla pospólstwa, jeśli macie pieniądze i chcecie wyprodukować chałę dla Polsatu czy TVN-u, dajcie znać, prześlę materiały), chyba trzydziestego pierwszego grudnia albo nawet pierwszego stycznia, zanotowałam, że chcę wreszcie zacząć prowadzić bloga. A jako, iż wtedy niemal wszystkie moje nastoletnie koleżanki skupiały się bardziej na chodzeniu do kafejek internetowych w celu poklikania na czacie ze starszymi napalonymi samcami, nie miałam od kogo nauczyć się blogować. Dziesięć lat temu nie wiedziałam nawet, że, by stworzyć swój blog na Onet.pl, muszę wcześniej założyć tam skrzynkę mejlową i bez tego ani rusz. Dlatego przez bardzo długi czas się męczyłam, aż w końcu jakoś sama załapałam i zabrałam się do mniej lub bardziej aktywnego blogowania.
Przechodziłam przez fazę pisania bloga osobistego. W kolejnych wpisach umieszczałam słodkie misie. Później zaczęłam pisać blog z opowiadaniem o Lily Evans i Huncwotach. Nie skończyłam, założyłam nowego, już w liceum, z fanfiction anime Bleach pt. This Could Be Heaven. Też nie skończyłam. W międzyczasie podjęłam się oceniania innych opowiadań, dzięki temu poznałam wspaniałe kobity, które nauczyły mnie tak naprawdę pisać, pozdrawiam najpierw Szamana, a potem Chiyo. Zaczęłam też wówczas korespondować z dziewczyną, która stała mi się bardzo bliska i mimo, że mieszkamy na dwóch krańcach Polski, zdarza nam się spotkać przy okazji jakiegoś festiwalu, na jakim akurat gra Jared Leto, czy innych wakacji. (Pozdro, Seś).
W pewnym momencie, dzięki takim wydarzeniom, uświadomiłam sobie, że prowadzenie bloga to naprawdę nie tylko pisanie. Równoważne są stosunki z ludźmi. Dlatego nieważne, ile będziesz publikował wpisów dziennie, jak wiele pieniędzy zapłacisz agencji za pozycjonowanie swojej strony, to wszytko na nic, jeśli nie dbasz o swoich czytelników, nie odwiedzasz ich miejsc w sieci i nie wchodzisz z nimi w rozmaite interakcje. Hej, mamy XXI wiek. W ten sposób naprawdę można nie tylko zyskać popularność na blogu, ale i poznać fantastycznych ludzi, a z czasem nawet poszerzyć grono przyjaciół.
Wreszcie zaczęłam tworzyć blog, który właśnie czytacie. Początkowo miał niewydarzoną nazwę, czyli Mylo Ekri, a wpisy były bardzo nieprzemyślane. Tak naprawdę nawet trudno mi powiedzieć, czego dotyczyły. Coś tam wspomniałam o tym, że chcę być pisarką, gdzieś tam umieściłam link do piosenki, której ciągle słuchałam. Zdarzyło mi się napisać krótki felieton o tematyce zbliżonej do socjologii, a później opisałam, co mi się przydarzyło w sylwestra. W skrócie: totalny niewypał. Jak mogłam osiągnąć cokolwiek, skoro nie wiedziałam, na czym konkretnie mi zależy? 
W pewnym momencie zaczęłam szukać charakterystycznej nazwy, która pasowałaby do mnie i nie ograniczała bloga tematycznie. Książki Emilki skazywałyby mnie na pisanie tylko i wyłącznie o książkach. Zresztą, taki adres pewnie był zajęty. Fabryka dygresji przyszła do mnie sama z siebie. W każdej rozmowie z ludźmi oddalam się bardzo od wątku głównego, a moje dygresje praktycznie nie mają końca. No i proszę bardzo. Prosto, ale całkiem ładnie. I, przede wszystkim, z otwartą furtką co do tematyki.
Kiedy wreszcie się zdecydowałam, co chcę robić i jak, statystyka ociupinkę podskoczyła. Prawie w ogóle. Ale nie zniechęciłam się, bo przecież blogowanie to moja pasja, więc wcale mi nie zależało na tym, żeby nie wiadomo ilu ludzi zachwycało się tym, co napiszę. Cieszyłam się z każdego komentarza, nawet, jeśli był kąśliwy. O to tu chodzi. O wolność słowa. O poznawanie samego siebie, o ćwiczenie warsztatu pisarskiego, o rozmowę w różnymi ludźmi, dzielenie się swoim życiem… Zalet prowadzenia bloga jest nieskończona ilość.
Częściowa odpowiedź na pytanie jak zyskać popularność na blogu, przyszła do mnie sama, kiedy rozpoczęłam pracę w firmie zajmującej się bardzo specyficznymi szkoleniami. Kursy przeznaczone były dla ludzi, którzy prowadzą w internecie swoją stronę i za jej pośrednictwem sprzedają różne rzeczy. Na przykład pieluchy do pływania albo formy do pieczenia orzechów. Rozstrzał w asortymencie przeogromny, ale wszystkich tych przedsiębiorców łączyło jedno: internet. Pierwsze, czego mimochodem się tam nauczyłam, to pozycjonowanie.
W ciągu dwóch miesięcy, w trakcie których stosowałam się w ramach eksperymentu do wskazówek ze skoleń, na licznik wskoczyło mi sześć tysięcy wejść. Wcześniej, przez prawie trzy lata istnienia bloga, zyskałam łącznie dziesięć tysięcy. Zrozumiałam, że to działa i uradowana podzieliłam się moimi przemyśleniami z kilkoma osobami, które w jakiś sposób, mniej lub bardziej, wiedziały, o co chodzi z blogowaniem. Osoby te od razu zadawały mi jedno pytanie: skąd bierzesz pieniądze na pozycjonowanie? Kiedy odpowiedziałam, że robię to sama, nie chcieli mi wierzyć. Cóż, sama nigdy się nie miałam za technologiczną brunetkę, a jednak. Przecież to banalne! Uwaga, tłumaczę, co masz robić, jeśli jeszcze nie wiesz.
Wybierasz tytuł dla swojego wpisu na blogu. Jeśli chcesz być na topie, napisz o tym, o czym w tym momencie mówi się w sieci. Tytuł notki powtórz ze dwa, trzy razy w tekście i zaznacz go pogrubieniem. Nie pogrubiaj wówczas żadnej innej treści, bo Google sfiksuje. Ważne fragmenty możesz podkreślić, skursywić, powiększyć, a nawet pokolorować. (XXI wiek, serio, kocham). Wówczas taki wpis zostanie uznany przez przeglądarkowego bota za jednolity tematycznie. W dodatku zacznie na niego wchodzić coraz więcej robotów, czyli wygeneruje się tak zwany ruch organiczny, a co za tym idzie, wzrośnie statystyka. To nie wszystko. W związku z powyższym, wzrośnie też pozycja Twojego bloga w wyszukiwarce Google, a zatem coraz więcej „żywych” użytkowników odnajdzie drogę do Twojej strony.
Dwa miesiące, sześć tysięcy wejść, w zasadzie tylko dzięki temu trickowi. Nie lekceważ potęgi Google.
Ważny jest plan i systematyczność. Im częściej umieszczasz wpis na blogu, tym wyższa jest statystyka, dzięki wyżej wspomnianemu ruchowi organicznemu. Raz dziennie dla nowych blogów jest w sam raz. To potwornie dużo roboty, ja wiem, ale większość początkujących blogerów nie zdaje sobie sprawy z tego, że można napisać kilka notek do przodu i po prostu wyznaczyć datę publikacji na konkretny dzień i godzinę. Polecam. Tak naprawdę jednak, jeśli notki nie będą ciekawie napisane, „żywi czytelnicy” nie będą nas za często odwiedzać. Po co, skoro piszemy o dupie Maryni, która w ogóle ich nie interesuje?
Dlatego nie tylko Twój styl musi przyciągnąć odbiorcę, ale i to, o czym piszesz. Wybierz konkretną tematykę. Dwie albo pięć, nieważne. Po prostu się ich trzymaj.
Temat jak zyskać popularność na blogu jest bardzo absorbujący i trudno go wyczerpać. Czuję się, jakbym powiedziała Wam ledwo o jednym procencie rzeczy, które wiem, a zważcie na to, że sama tak naprawdę jestem początkującym blogerem. W istocie Fabryką dygresji interesuję się od niewiele więcej niż trzech miesięcy. Dlatego pewnie pojawi się coś na kształt cyklu z kolejnymi poradami, jakie mogą posłużyć do zyskania popularności na blogu. Moim wielkim życzeniem jest, byśmy mogli wspólnie dzielić się doświadczeniem oraz wskazówkami. Dlaczego mamy się ignorować lub utrudniać sobie życie, skoro można sobie pomóc? W sieci starczy miejsca dla każdego. Jest jej zdecydowanie więcej niż na świecie. 
Dlatego apeluję do Was, byście w komentarzach opowiedzieli, jakie Wy macie podejście do swoich blogów. Po co w ogóle je tworzycie? Czy spotkaliście się już twarzą w twarz z ludźmi poznanymi dzięki blogowaniu? Jak mają się Wasze statystyki i co robicie, by je zwiększyć? Czy w ogóle chce się Wam to robić? Widzicie jakiś sens? Napiszcie, jestem bardzo ciekawa!

Jak mądrze robić zakupy książkowe?

Zauważyliśmy jakiś czas temu ze znajomymi, że ludzie uwielbiają kupować, ale nienawidzą, gdy się im coś sprzedaje. A przecież sprzedawca w sklepie jest po to, żeby nie tylko zarobić, ale i zadowolić klienta. Wtedy wszyscy są szczęśliwi. Samemu trudno podjąć decyzję, od kiedy pożegnaliśmy rok ’89 i wszystkie przed nim, mamy do czynienia z ogromnym urodzajem. Zwłaszcza, jeśli chodzi o literaturę. Jak zatem mądrze robić zakupy książkowe? Już spieszę z odpowiedzią na to pytanie, czerpiąc z własnego doświadczenia. 

W kwestii mądrych zakupów książkowych raczej nie jestem laikiem. Owszem, kiedy wchodzę do salonu Empiku, często tracę głowę, ale udaję się tam głównie, by spędzić czas, gdy mam jeszcze kilka minut do jakiegoś spotkania. Wyprawiam się tam również ze znajomymi, bo miejsce to zachęca do refleksji i rozmowy na temat sztuczek marketingowych, literatury oraz współczesności. Nigdy jednak nie wychodzę stamtąd z gigantycznymi zakupami. W zasadzie w ogóle rzadko kupuję w Empiku. Dlaczego? 

Po pierwsze, jest to niedobre dla mojego portfela. W Empiku jest drogo i koniec. Dla przykładu Nawałnica mieczy. Krew i złoto George’a R. R. Martina. Nie pamiętam ceny detalicznej (okładkowej), gdyż nie mam tomu przy sobie, ale aktualnie na stronie empik.com (prawie rok od premiery nowego wydania, bo o nim piszę), ta konkretna pozycja w miękkiej oprawie kosztuje 43,99 zł. Podobno jest to obniżka z 49,00 – podejrzewam, że tyle wydanie kosztowało początkowo. Ile zaś zapłaciła za nie moi
34 ziko, moi drodzy, bo rok temu zrobiłam sobie konkretne rozpoznanie rynku i zamiast zapierniczać do salonu Empik, udałam się do księgarni patronackiej działającej przy wydawnictwie Zysk i S-ka. Siedziba mieści się przy Starym Rynku i jeżeli jesteście z Poznania lub okolic, to bardzo polecam, bo to całkiem przaśne miejsce, trochę jakby z zamierzchłej epoki. Można obejrzeć sobie wnętrze TUTAJ

Śmiało zatem polecam wszelkie księgarnie patronackie, o ile macie do nich dostęp. Jeśli nie, z pewnością wydawnictwa będą dysponowały swoimi księgarniami wirtualnymi. Zakupy przez internet to jest bardzo dobra, przyszłościowa opcja, nie tylko, jeśli chodzi o książki. Tutaj można łatwo zauważyć, że i strona internetowa empiku trochę zyskuje, bo ceny są znacznie niższe niż w salonach stacjonarnych, a można umówić się na odbiór właśnie w pobliskim domu handlowym. Zrobiłam tak w przypadku A hipopotamy żywcem się ugotowały Jacka Kerouaca i Williama S. Burroughsa, niestety nie zadowolił mnie czas transportu. Na książkę czekałam grubo ponad tydzień. Może było to związane ze zbliżającymi się świętami? Kto wie.
Dlaczego jestem zwolenniczką robienia zakupów przez internet tak w ogóle?
Bo hajs rozkłada się bardziej sprawiedliwie. Jak to będzie na przykładzie książki? Czego w ogóle wynikiem jest cena na okładce? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? A inne produkty? Dlaczego dżinsy na bazarku kosztują trzy dychy, a te w galerii handlowej dwie stówy? Bo w markowym sklepie lepiej uszyte, na dłużej starczają? Przeważnie takie gadanie to zwykły bullshit, czyli efekt dobrze zrobionego marketingu.
Weźmy pierwsze z brzegu ładne imię kobiece, czyli, skoro jesteśmy w tematyce sagi Pieśni lodu i ognia, Aryę. Arya jest wojowniczką, więc będzie mogła zawojować świat biznesu, tylko że nie potrafi szyć. Szyć umie jej siostra, Sansa, bo gdy Arya chodziła po drzewach i biła się z chłopakami, Sansa siedziała pokornie z septą i nabywała stosownych dla młodej damy umiejętności. Arya zatrudnia więc Sansę, a Sansa szyje, ale nie za darmo. Chciałaby mieć ładną sukienkę, by spodobać się lordowi Baelishowi, mimo że przeważnie i tak patrzy na nią w niecny sposób, mniej więcej taki

.
Tkanina na dżinsy, które uszyła Sansa, kosztowała dwa sykle. Tyle samo Arya musi zapłacić Sansie. Ponieważ Arya mieszka w Westeros i nie ma dostępu do Internetu, a poza tym rzadko kiedy wypuszczają ją z Winterfell, młoda przedsiębiorczyni bierze dżinsy i idzie do swojego przyrodniego brata, Jona Snow, który niebawem wybiera się na Mur i prosi go, żeby sprzedał spodnie swoim przyszłym braciom. Jon Snow mówi, że okej, ale bierze ze sobą całkiem sporo bagaży i nie zmieści tych dżinsów na jednym koniu, będzie musiał wziąć drugiego. Arya próbuje się licytować, mówi, że dżinsy nie są ciężkie i Jon na pewno da radę upchać je nawet pod swoim futrem, ale koniec końców i tak musi zapłacić Jonowi dwa sykle. Jednego za przewóz dżinsów na Mur, a drugiego za pozyskanie klienta. Koniec końców Jon sprzedaje dżinsy staremu Mormontowi za siedem sykli, a do Aryi trafia pół sykla, bo jeszcze trzeba przecież odprowadzić podatek VAT no i zapłacić państwu składkę zdrowotną na Sansę. 
Tak to wygląda w wielkim uproszczeniu. Gdy zaś Arya sprzedawała dżinsy przez Internet, spodnie kosztowałyby albo sześć sykli (niknie koszt tansportu – z regułu kupujący płaci za przesyłkę o wiele mniej), albo też siedem, ale Arya więcej by zarobiła za zajebisty pomysł założenia biznesu i wszystkie swoje wysiłki, takie jak pilnowanie Sansy, żeby zamiast flirtowania z Littlefingerem, siedziała przy maszynie.

W rzeczywistości trzeba opłacić jeszcze wynajem magazynów, rachunki i marketing. Dlatego e-commerce jest łatwiejsza, przyjemniejsza i tańsza.

Z książkami ma się to wszystko jeszcze zawilej. Autor napisze i chce za to pieniądze. Myśli, że zarobi kokosy, ale skąd wydawca ma wiedzieć, że to będzie hit? Bo wyłoży mnóstwo hajsu na marketing i hit murowany. Mam nadzieję, że zdążyliście już zauważyć, iż to, co popularne, wcale nie musi być dobre, a zazwyczaj jest wręcz odwrotnie. Ewentualnie wydawca może kierować się intuicją nabytą w trakcie trzydziestu lat pracy w branży, ale nigdy pewnym być nie można. A tu jeszcze trzeba opłacić redaktorów, grafików, łamaczy i składaczy, druk…! Na szczęście marżę można ustalić wedle własnego widzi mi się (czyli tak naprawdę wyczucia, żeby pokryć wszystko, co wymieniłam powyżej, i wiele, wiele więcej niezbędnych kosztów, których nie da się ominąć w trakcie publikowania książki). Jak będzie cena za duża, nikt nie kupi książki. Jak za niska, będzie trzeba ogłosić bankructwo. Biedny wydawca myśli więc i myśli, samotnie myśli, jeśli nie ma zatrudnionego sztabu wielkich myślicieli. A wtedy dzwoni do niego hurtownia i życzy sobie ćwiarteczki nakładu z pięćdziesięcioprocentowym rabatem. 

(Zastanawiam się, jak powyższy akapit ma się do rzeczywistości. Czytam go po raz wtóry i wydaje mi się, że ma się bardzo). 
Dlatego każdy, kto się bierze za pisarstwo, niech będzie świadomy, że to ciężki kawałek chleba. W dodatku, gdy zacznie się kontakt z mediami, często odbija się czkawką. Może doprowadzić również do niestrawności. Jeśli już otwarłam Ci oczy, a Ty wciąż chcesz to robić, to możemy sobie przybić high five

Zaraz, zaraz!, zawoła ktoś bardziej kumaty. To co, ceny z tyłu okładek są w ogóle nieregulowane prawnie? Wolnoć Tomku w swoim domku? Hurra, to o to walczyliśmy przez 121 lat niewoli pod zaborami?
Nie. Marża po prostu nie jest w żaden sposób opodatkowana przez nasze państwo (chwała Bogu, chociaż ciekawe, ile jeszcze poczekamy, aż w czyjejś poselskiej łepetynie nie zrodzi się taki pomysł, o ile to się już nie stało). A ceny detaliczne książek… To długa historia, związana z… Harrym Potterem
Ciekawe, prawda? Mały czarodziej nie tylko ocalił swój świat przed zagładą z ręki Voldemorta, nie tylko uczynił magicznymi życia wielu milionów dzieciaków na świecie, ale i poruszył polskie prawo. Ach, ten Harry…!

Dawno, dawno temu, gdzieś w okolicach świąt Bożego Narodzenia (najprawdopodobniej był to rok 2002), jeden z moich wykładowców otrzymał telefon. Dowiedział się, że jego książki sprzedają w supermarkecie z gigantycznym rabatem, jeśli dokupią do niej rybę. Świetny zestaw, prawda? Więzień Azkabanu i filet z morszczuka. To wręcz pomysł na jakąś dobrą groteskę. Cóż mógł zrobić mój wykładowca? Nic, oprócz tego, że się wkurzył, a później poszedł do pracy (nie tej uniwersyteckiej, tylko tej drugiej, a w zasadzie pierwszej, czyli do wydawnictwa Media Rodzina) i zrobił tam ambaras. 
Dlatego niecały rok później, kiedy część piątą przygód Harry’ego wprowadzano na polski rynek, podpisano z największymi w Polsce hurtownikami umowę. O tym, że od teraz cena sprzedażowa może się różnić od tej nadrukowanej na okładce tylko o 10%. W przeciwnym razie przedsiębiorcy korzystający z dostaw przez te kilka hurtowni zrobią dumping* i pójdą siedzieć. Porozumieniem zainteresował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który stwierdził, że to podejrzane i mamy do czynienia z ograniczeniem wolności kształtowania cen. (Jako Polacy wolność mamy w dupie i w ogóle jej nie doceniamy, póki jej nam ktoś nie zacznie odbierać, prawda)? A jak tak, to trzeba wlepić karę. Najlepiej srogą. 

I tak, Media Rodzina dostało bardzo srogą karę, ale zwróciło im się na sprzedaży kolejnych serii autorstwa J. K. Rowling. Szczerze powiedziawszy, Media Rodzina zarobiło łącznie tyle pieniędzy, że ta kara w żaden sposób nie wpłynęła na życie firmy. Wręcz przeciwnie. Później było dużo ciekawych perypetii. Księcia Półkrwi sprzedawano nawet za dziewiętnaście złotych, a mój wykładowca ma na to dowód w postaci paragonu, przysłanego przez jednego z klientów. O tych wszystkich śmiesznych sytuacjach można poczytać TUTAJ, gdzie dowiecie się także, co oficjalnie uważa na ten temat mój były wykładowca.**
Jak w 2015 roku ma się sprzedaż książek do przepisów? Pewnie podobnie, przesadzać z rożnicami cen nie wolno, ale jest wielu kombinatorów, bo z tego, co wiem, polskie prawo koniec końców nie dopięło sprawy na ostatni guzik…
To taka dygresja. Natomiast jak można zaoszczędzić na kupnie książek, nie raniąc niczyich uczuć ani swojego portfela?
Kupcie od samego autora. Znajdźcie jego kontakt, napiszcie mejla, sprawdźcie na jego blogu albo allegro. Przy zakupie większej liczby egzemplarzy jest bardzo duża szansa, że otrzymacie rabat (a co, zróbcie tzw. grupówkę ze znajomymi, którzy mają podobny gust literacki, a może pomyślcie o prezencie na zbliżającą się rocznicę). To tak, jakbyście przyszli do Aryi i poprosili o parę dżinsów. Najkrótsza droga dystrybucji, polecam. I wilk syty, i owca cała. 
Ale czy wiecie, co mnie osobiście kręci najbardziej?
Antykwariaty. Kocham! I od razu polecam Wam dwa poznańskie. Jeden bardzo tani, w którym każda wizyca wiąże się z nieprzeciętnym odkryciem. Mieści się przy Parku Wilsona. Drugi jest bliżej serca miasta, czyli Starego Rynku, po drodze do księgarni patronackiej Zysku. Ceny nieco droższe, ale wystrój ładniejszy i też bardzo lubię to miejsce. W takich miejscach obłowiłam się w bezcenne cegiełki Biblioteki Narodowej, kilka dzieł Irvinga oraz parę utworów wydanych jeszcze w XIX wieku. W dodatku można sobie beztrosko porozmawiać z prowadzącymi taki sklep i powiększyć swoje zbiory o wiele tomów za dosłownie kilka złotych. O wyjątkowym klimacie nie wspomnę. A przy okazji można odkryć dużo innych intrygujących przedmiotów.
Książki używane w ogóle są o wiele ciekawsze niż takie nowiutkie, choć może zapach farby drukarskiej już dawno z nich uleciał, a i kolor nie taki śnieżnobiały jak kiedyś… I co z tego, kiedy świadomość, że ktoś tę samą książkę czytał przed nami, a czasem i zostawił ślad na marginesie w postaci jakichś zapisków, zachęca do refleksji nad historią innego człowieka? Polecam też różne wymiany książkowe w grupach zakładanych na facebooku czy od innych blogerów, zajmujących się recenzowaniem utworów. Zawsze można dzięki temu poznać nowego człowieka.
Pamiętajmy bowiem, że literatura powstaje przez ludzi dla ludzi. Samo czytanie to mało. Jeśli nie rozmawia się o książkach, nie zachęca do czytania innych, to kultura czytania zanika. Ostatnio zaś obserwuję zjawisko, że więcej osób chce pisać niż czytać. A to nie tak, moi drodzy, nie tak… Nie będziesz umiał pisać, jeśli nie spędzisz mnóstwa czasu na czytaniu. I koniec. Nie ma innej rady. Talent to jedno, ale nie na nim opiera się tworzenie prozy. To tytułem kolejnej dygresji.
Kończąc dzisiejszy, dość długi wpis, gratuluję tym, którzy dotrwali do tego zdania. Chciałabym też zaznaczyć, iż wiem, że w Westeros częściej posługuje się złotymi smokami albo monetami z napisem Valar morghulis, sykle zaś, zarówno jak galeony i knuty, należą do uniwersum Harry’ego Pottera. Najważniejsze zaś przesłanie, które płynie z tej notki, brzmi, co następuje: nie rozpierdalajcie się z hajsem na lewo i prawo. Wokół jest dużo biedujących sierotek, które chcą zjeść pomarańczkę. Przelejcie hajs Owsiakowi, zamiast tworzyć nie wiadomo jakie biblioteczki w domach. Wesprzyjcie czyjąś podróż na platformie crowdfundingowej. Papier to jest wartość vanitatywna, i tak liczy się wrażenie, w jakie wprawił Was dany tekst, mądrość, jakiej dzięki niemu zyskaliście oraz rozrywka, jakiej doświadczyliście w trakcie lektury. Tak czy nie? Biblioteki też istnieją, prawda?
____________________________________________________________
*Zbyt niska cena, która prowadzi producenta do ruiny i ogólnie działa na szkodę wszystkich wokół. Takie handlowe oszustwo.
**Bo po prawdzie nie pamiętam w stu procentach, jak ta sprawa końcowo wyglądała, zdarzało mi się wówczas przysypiać na zajęciach, było to zresztą kilka lat temu, więc zajrzyjcie do pewnego źródła, jeśli macie taką wolę.

Joanna Grzymkowska-Podolak — „Zakochani w świecie Maroko”

Kiedyś raczej nie sięgnęłabym po książkę podróżniczą. Co mnie obchodzą ceny mąki kukurydzianej w Afryce czy ile razy w ciągu jednej nocy jakaś nieznajoma mi osoba została ukąszona przez wielkie robale? Im dłużej trwa moja ekstraordynaryjna wędrówka po wszystkich gatunkach książek, zdaję sobie sprawę z mojej ignorancji. Na szczęście walczę z nią, a moje wysiłki przynoszą coraz lepsze skutki. W ten sposób mogłam z radością sięgnąć po książkę Joanny Grzymkowskiej-Podolak, traktującej o tym, jak ze swoim mężem porzuciła dawne życie, by stać się prawdziwą globtroterką podczas off-roadowej wyprawy po Maroku

Nieważne, czy jesteś chrześcijaninem, hindusem czy muzułmaninem, i czy Twoja skóra lśni niczym śnieg, tudzież błyszczy apetycznie jak gorzka czekolada. Bez różnicy, czy mieszkasz na Mazurach, w jakiejś wsi pod Warszawką, w Poznaniu, a może w Berlinie. To wszystko nie ma znaczenia, bo cała ludzkość dzieli się tak naprawdę na trzy rodzaje. Tych, których nieszczęście pokona i w starciu z przeciwnościami losu polegną, pogodzą się z porażką i nie zrobią nic, by się ratować. Tych, których życiowe przykre doświadczenie w okropny sposób zrani, ale będą potrafili później podnieść się z klęczków i działać. Oraz trzeci rodzaj, do którego należą ludzie mądrzy oraz odważni. Jeśli spotka ich porażka, przekują ją w zwycięstwo. Jeżeli dopadnie ich kryzys, wyciągną z niego wnioski i zrobią wszystko, by to już nigdy się nie powtórzyło. Po lekturze Zakochanych w świecie Maroko mam silne przeczucie, że Joanna Grzymkowska-Podolak i jej mąż należą właśnie do tej kasty. 

Pewnego dnia po prostu Jarosław dostał zawału. Nagle. Choroba przyszła znikąd. Dla małżeństwa przyszłych zapalonych podróżników nie był to powód do załamywania rąk i ronienia łez po kątach, tylko bodziec do podjęcia poważnych życiowych decyzji. Inspiracja do spełnienia swoich marzeń. Na co czekać, skoro tyle świata do obejrzenia? 
Państwo Podolakowie zaczęli przygotowywać się do podróży. Nie było lekko, ale dali radę. Nie tylko w podróż wyruszyli, ale zrealizowali najważniejsze jej punkty. I wrócili do Polski. Później z tej wyprawy została napisana debiutancka książka Joanny Grzymkowskiej-Podolak, a jeszcze później kolejna seria przygód. 
Małżeństwo polskich podróżników w trakcie opowiadania o swoich podróżach w MOK Olsztyn
Różnice kulturowe między Europą oraz Afryką są kolosalne, nawet, jeśli te dwa kontynenty są ze sobą z jednej strony złączone, tudzież oddzielone Morzem Śródziemnym z Cisniną Gibraltarską. Na Czarnym Lądzie spotkacie nie tylko uczynne wielbłądy, gigantyczne wydmy, czarodziejskie ruiny, wspaniałe meczety i pejzaże, tak różniące się od tych znanych nam na codzień. To przede wszystkim nowi ludzie oraz ich historie, których można posłuchać, zagłębić się w nie, a później opisać je lub przeczytać. Oprócz opisów ciekawych miejsc, dziennikarskiej relacji z wyprawy praktycznie dzień po dniu oraz porad dla osób wybierających się w swoją pierwszą podróż, Grzymkowska-Podolak opisuje też swoje spotkania z najróżniejszymi osobami i skomplikowaną kulturę, w jakiej funkcjonują. Dla mnie szczególnie wartościowy był fragment o tzw. cooperativie, czyli miejscu, w którym mieściła się „fabryka” oleju arganowego. Dwójka naszych polskich podróżników spotkała się z wielką serdecznością kobiet, ręcznie produkujących tę substancję, nieocenioną pod względem wartości zdrowotnej i pielęgnacyjnej. Jak to robią? Przekonajcie się sami, czytając tę książkę. Itrygujące były też wzmianki o kifie, czyli nagminnie palonej marihuanie, a także kulinarne ciekawostki, zwłaszcza z miejscowości zwanej Tetuan. Czego to człowiek nie wymyśli…
Piękny meczet w Casablance, który wywołuje jednak sporo kontrowersji – o tym też pisze Grzymkowska-Podolak…
Zakochanych w świecie Maroko czyta się bardzo szybko i z wielkim zaciekawieniem. Książka może być świetna dla osób, które wybierają się do tego kraju i chcą go poznać bliżej, ale nie tylko. Pasjonaci wszelakich podróży powinni zapoznać się z tą pozycją. A cała reszta nich się strzeże. W trakcie lektury, już od pierwszych stron, można w  łatwy sposób zarazić się podróżniczym bakcylem. A to niebezpieczna sprawa, bo gdy raz zaczniesz, nigdy nie skończysz.
Mnie osobiście książka Joanny Grzymkowskiej-Podolak utwierdziła w przeświadczeniu, że z realizowaniem marzeń nie ma co czekać. Nawet, jeśli nie ma pieniędzy. Pamiętacie o trzech typach ludzi, o których pisałam powyżej? Pierwszy typ będzie się załamywał, bo ich nie ma, i wiecznie smęcił, że nie może zrobić tego, czy pojechać tam, albo pozwolić sobie na to czy na tamto. Druga grupa ludzi będzie długi czas podłamana, ale wreszcie znajdzie sobie lepszą pracę i zacznie kombinować. Trzecia kasta da czadu. Nie spocznie, póki nie zrealizuje swojego celu, i w związku z tym zaangażuje się w znalezienie pieniędzy i zrobi to bardzo efektywnie. 
Ponadto zostałam zainspirowana przez lekturę do pisania. Opis przepięknych scenerii i fantastyczne zdjęcia, jakie znalazły się na końcu książki, kompletnie mnie oczarowały. Dzięki Zakochanym w świecie Maroko poznałam nową, cudowną krainę, którą – kto wie? – może przyjdzie mi kiedyś odwiedzić. Tak naprawdę jednak własnie to fascynuje mnie w książkach; żeby znacznie poszerzyć swoje horyzonty, nie musisz jechać na drugi koniec świata, wystarczy przeczytać relację człowieka, który to zrobił. (A później iść w jego ślady – opcja dla tej fascynującej grupy, zwanej podróżnikami. Swoją drogą, słowo to, właśnie podróżnik, coraz częściej zdarza mi się wypowiadać z ogromnym szacunkiem). 
7/10

Gabriela Azymut – „Miłość siłą przetrwania”

Chyba zgodzicie się ze mną, że tytuł Miłość siłą przetrwania nie jest pierwszoligowym tytułem. A czy książka jest pierwszoligowa? Kto zapoznał się już ze wspomnieniami pani, która pisze pod pseudonimem Gabriela Azymut? Jeżeli nikt, to bardzo Wam współczuję, bo to jedna z najbardziej wartościowych książek, które miałam ostatnio w rękach, a wiedzcie, że rzadko w ogóle sięgam po chłam. Miłość siłą przetrwania jest piękna od okładki po treść. 

Lubię dobrą akcję, fantastyczne przygody i amerykańskie klimaty z lat pięćdziesiątych, o czym pewnie już się przekonaliście, jeśli obserwujecie Fabrykę Dygresji ciut dłużej niż trzy minuty. Kocham jednak literaturę polską. Dobrą literaturę polską. I to nie tylko te tomy, o których trąbi się na blogach z recenzjami książek, portalach internetowych czy plakatach umieszczanych na drzwiach księgarń. Lubię perły. Takie, których czasem jeszcze nikt nie odkrył. Właśnie taką perła jest Miłość siłą przetrwania.
Ze wspomnieniami jest różnie. Właściwie nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytała utwory z tego gatunku, prędzej już biografie. Sceptycznie podeszłam do książki napisaniem przez Gabrielę Azymut i zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. 
Miłość siłą przetrwania podzielona jest na kilka mniejszych części. Po lekturze stwierdzam, że można przyjąć trzy główne. Pierwsza z nich opowiada o dzieciństwie bohaterki, które spędziła na jednej z podhalańskich wsi. Opisuje tam z wielką miłością swoją rodzinę i tętniący życiem dom, w którym (jak to bywało krótko po II wojnie światowej) brakowało często pieniędzy. Życie wśród zazdrosnych sąsiadów nie było usłane różami. Waśnie zdarzały się bardzo często. Trudno było też utrzymać się w czasach ostrego komunizmu, ale taka egzystencja, skupiona wokół przetrwania i wartości takich jak rodzina, szczerość oraz pracowitość, potrafiła przynieść szczęście i zapewnić szczęśliwy okres wczesnemu etapowi życia autorki oraz wychować ją na dobrą kobietę. 
Piękne opisy przyrody, z którą wówczas człowiek musiał współdziałać w ścisłej symbiozie, napawają mnie jakąś tęsknotą za czasami, w jakich nigdy nie przyszło mi żyć, a nawet nie wiem, czy bym potrafiła. Jestem również pełna podziwu dla lekkości pióra pani Gabrieli Azymut, bo nigdy nie miała okazji, by zdobyć warsztat literacki, a obrazy, które bardzo wprawnie roztacza przed czytelnikiem, mają czarodziejską moc. 
W tej części książki spory fragment traktuje o tradycjach oraz wierzeniach, które ściśle wiążą się z religią Słowian. Pojawiają się duchy, szeptaczki i guślarki, a niektóre fragmenty przyprawiają o ciarki na karku. Nie ukrywam, że była to jedna z części, które zainteresowała mnie w szczególny sposób. 
To, co zainteresowało mnie równie mocno, ale już pod innym kątem, to wielka dawka dobroci i ciepła, które otrzymywałam w trakcie lektury. Miłość siłą przetrwania zawiera wiele cennych spostrzeżeń i wskazówek, które motywują co działania, ale nie pod kątem tak piłowanego teraz przez media samorozwoju. Gabriela Azymut po prostu opowiada o tym, co przeszła. Jak bardzo trudno jej było, ale co też udało jej się osiągnąć. Swoimi losami może być inspiracją dla każdej kobiety. 

Moje marzenia spełniły się trochę w innym czasie, niż oczekiwałam, i inaczej, niż chciałam, ale się spełniły. Niektóre z nich dobra wróżka czarodziejka zatrzymuje na inny okres, ucząc mnie przez to cierpliwości.

Warto marzyć. Ja, pomimo pojawiających się już siwych włosów, marzę sobie nadal.

Są to marzenia o nowych podróżach po świecie, ale jest on przecież taki wielki i piękny, że zwiedzenie tego wszystkiego, co chciałabym zobaczyć, zajmie mi trochę czasu. Marzę również o tym, by móc nadal i jeszcze lepiej niż dotychczas dzielić się moim szczęściem z innymi.

Etap dzieciństwa autorki to nie tylko suchy przebieg zdarzeń, wraz z zabawnymi niekiedy sytuacjami. Z tej cześci można również wyciągnąć sporo mądrości, albo choć przed chwilę zastanowić się, czy faktycznie jest tak, jak opisuje to Gabriela Azymut
Nie potrafiliśmy okazać zwykłych uczuć koledze, który płakał. Nie potrafiliśmy podejść do niego i zwyczajnie go przytulić, pogłaskać, okazać współczucie. Przyglądaliśmy się tylko z boku. Dlaczego? Czy ludzie zawsze byli tacy zimni w uczuciach […]? 

Przecież znałam uczucie przytulenia od rodziców i dobrze mi to robiło. Z życia wiemy, że płaczący niemowlak w objęciach matki wycisza się, że staruszce czy staruszkowi po przytuleniu rozjaśnia się twarz. Ludzie, których spotyka jakieś nieszczęście i otrzymują od nas uścisk, czują się mniej samotni w swojej biedzie. Jest coś magicznego w uścisku, w tym zwyczajnym ludzkim geście. […]. 

Teraz czasy się zmieniły i każdy gest uznawany niegdyś za normalny może być odebrany jako co niestosownego. Trzeba być ostrożnym nawet w okazywaniu zwykłych uczuć. W czasach mojego dzieciństwa nie było tej uważności, baczenia na stosowność bądź jej brak. Środki masowego przekazu nie o wszystkim informowały i nie tak szczegółowo jak dzisiaj.
Kolejna część opowiada o tym, jakie życie wiedzie młoda kobieta, najpierw uwznioślona przez stan zakochania, a później zdruzgotana przez prozę codzienności. 

Pierwszego września, w rocznicę wybuchu II wojny światowej, rozpoczęła się moja wojna, w której osobiście brałam udział. Moim wrogiem był alkohol. 
Nie dałam się wziąć do niewoli. Rozpętałam kajdany i odzyskałam wolność. Moje zmagania wojenne trwały nie 6, ale 9 lat.

W książce autorka nie opisała całej gehenny, która ją dotknęła – któż zresztą byłby w stanie? Zawarła jednak w swoim utworze momenty bardzo wstrząsające. Mnie najbardziej chyba uderzyło to, jak łatwo wszystko może się posypać niczym domek z kart, jeśli nie będziemy słuchać samego siebie, swojego wnętrza, intuicji, która zawsze ma rację. Jako niespełna dwudziestotrzyletnia dziewczyna dopiero ją w sobie odkrywam, ale mam nadzieję, że w przyszłości będę potrafiła odpowiednio z niej korzystać. By nigdy nie spotkało mnie to, co przydarzyło się autorce, a jeśli już spotka, to bym mogła sobie poradzić tak dzielnie, jak i ona. 
Ja zaczęłam również uczęszczać na spotkania Al-Anon (grupy wsparcia dla rodzin alkoholików) i coraz więcej dowiadywałam się o tej chorobie. Na tych spotkaniach usłyszałam też, że żyliśmy w zqaczarowanym kole zaprzeczeń i cała rodzina jest chora. „Świetnie” – pomyślałam – „dziecko choruje, to wiem, ale żebym ja była uzależniona od pijaństwa męża?” – tego nie mogłam pojąć. Potem zrozumiałam. Przyznałam rację, że wszyscy byliśmy dotknięci tą chorobą. Byłoby mi łatwiej pogodzić się z faktem, że dotknęła nas inna choroba, na przykład rak, bo alkoholizm upodlił nas wszystkich.

Gabriela Azymut to chyba moja prywatna bohaterka. Jestem świeżo po skończeniu lektury i piszę tę opinię z wypiekami na twarzy. Ale która kobieta tyle by wytrzymała przy mężu alkoholiku bez chęci strzelenia sobie w łeb? I jeszcze tak świetnie zajmowała się dzieckiem? Poniższy wycinek chyba należy do moich ulubionych. 

Moja córka, oprócz tego, że była chorowita, to była tez niejadkiem. Musiałam się sporo nagimnastykować, aby ją zachęcić do jedzenia. Wymyślałam różne nagrody za zjedzenie posiłku. Raz powiedziałam, że jak będzie jadła, to z każdym kęsem dostanie porcję miłości. Mamusiu! Czy jak będę jeść, to stanę się miłością?” – pytała. „Tak, dziecko, będziesz pełna miłości, jesteś już miłością, ale kiedy zjesz posiłek, każda kosteczka i cząstka ciebie będzie się karmić i zdrowieć, i wypełniać miłością. Wyrośniesz szybko na człowieka pełnego miłości” […].

Trzecia część skupia się bardziej na refleksji pisarki a propos zmian, jakie udało jej się zaprowadzić w życiu oraz opis zwycięstwa, którego osiągnięcie było żmudne i trudne. To również przemyślenia na temat obecnego społeczeństwa i rozmaitych wartości, także wiary, rodzicielstwa, zajmowania się starszymi osobami, relacji międzyludzkich czy nawet ekologii. I to wszystko napisane takim prostym, ale jakże mądrym językiem, który zawsze trafia w sedno. Jestem zachwycona.
Uważam, że książkę powinna przeczytać nie tylko kobieta w wieku czterdziestu i więcej lat, bo w ten sposób może utożsamić się z poglądami Gabrieli Azymut. Nie! Książkę powinna przeczytać każda przedstawicielka płci pięknej (i silnej!), by zobaczyć, jakim darem jest bycie kobietą, choć raz po raz może nam się wydawać, że to prawdziwe przekleństwo. Młode dziewczyny z kolei niech czytają Miłość siłą przetrwania tak długo, aż najpiękniejsze fragmenty zostaną w ich głowach na zawsze, by wspierać i popychać do działania w trudnych momentach. To może być lektura, która połączy córki i ich rodzicielki, nawet, jeżeli mają skrajnie różne poglądy. Dlatego polecam z całego serca.

9/10

10 zalet bycia grubasem

Nie piszę po to, by obrazić kogoś z nadwagą lub otyłością (wtedy to obrażałabym samą siebie, a uwierzcie, niezbyt dobrze reaguję na jakąkolwiek formę krytyki, nawet, gdy jest konstruktywna). Piszę dla żartu (choć jestem świadoma, że żarty mogą wyrządzić dużą szkodę). 10 zalet bycia grubasem ma być krytyką przede wszystkim lenistwa i egocentryzmu. Ewentualnie otworzyć oczy i zmotywować do treningu. Jestem ciekawa, czy notka wywoła kontrowersje. Jeśli tak, to znaczy, że napisałam 10 zalet bycia grubasem i mogę być z tego dumna, bo pobudziłam kogoś do myślenia (lub oburzania się, lub hejtu). 

1. W drodze do sklepu co chwila łapiesz zadyszkę, więc masz święte prawo zatrzymywać się co chwilę, siadać na każdej spotkanej ławce i obserwować przechodniów, krytykując ich w myślach za źle dobraną torebkę albo krzywe parkowanie. W ten sposób wypad do marketu, który innym ludziom zajmuje maksymalnie godzinę, dla ciebie zmienia się w niezwykle ciekawą eskapadę, mogącą zająć pół dnia. (Drugie pół musisz odchorować przed telewizorem, wcinając świeżo zakupione czipsy – w końcu po coś do tego sklepu się udałeś)! Szkoda, że to twoja jedyna rozrywka. Ale nie ukrywajmy, zawsze byłeś minimalistą, prawda?

2. Ponieważ twój brzuch jest tak wielki, że od tygodni nie widziałeś swoich stóp, a każde głębsze schylenie się powoduje kołatanie serca, możesz pozwolić sobie na wywalanie mnóstwa pieniędzy ma pedicure i czuć się w pełni usprawiedliwiony. Przecież robisz coś dobrego – wspierasz polskie rzemiosło kosmetyczne! Ewentualnie możesz wybrać drugą opcję, czyli dać sobie spokój również z higieną, nikogo nie wspierać i znaleźć się w centrum uwagi, gdy twoje stopy zaczną wydzielać kontrowersyjny zapach. Nieważne, którą drogą podążysz, masz prawo, przecież jesteś grubasem, to nie twoja wina.
3. Masz absolutne wolne od męczących randek, flirtowania z osobnikami płci przeciwnej (tudzież tej samej) oraz tym, co najbardziej irytujące: byciem podrywanym. Oczywiście twarzą w twarz, bo przecież to wszystko można robić za pośrednictwem Internetu, nie ruszając się z domu, lecz tylko dlatego, że na Facebooku i Sympatii wciąż tkwi twoje zdjęcie zrobione dwadzieścia pięć kilogramów temu.
4. Kiedy odwiedzasz przyjaciół (najprawdopodobniej również grubych, bo tylko tacy ci pozostali), nie musisz dzwonić do drzwi. Twoje przyjście już dawno zostało zakomunikowane drżeniem ziemi, które następowało wraz z każdym twoim stąpnięciem.
5. Możesz być ekspertem w dziedzinie antyperspirantów. Jesteś gruby, więc pocisz się jak świnia. Dlatego od długiego czasu poszukiwałeś najlepszego dezodorantu, który sprawi, że nie będziesz wyglądać, jakbyś wyszedł przed chwilą z rynsztoka. Teraz już wiesz: polski przemysł kosmetyczny jest do dupy. Wciąż śmierdzisz.
6. Od pani w McDonald’s dostajesz zawsze gratisowe ciasteczko. Nic dziwnego, skoro jedna twoja wizyta równa się połowie dziennego utargu.
7. Możesz bawić się ze swoimi dziećmi w chowanego, nie schodząc z kanapy. Wiesz, że schowają się w twoich fałdach, ale masz ich tyle, że przetrząśnięcie ich wszystkich i odnalezienie potomstwa i tak zajmuje dużo czasu.
8. Masz dużą dupę i duże cycki. Facetów to zawsz jarało. A to, że masz jeszcze większy brzuch, a także przestałaś posiadać szyję i kończyny, które zapadły się w Twoje tłuste cielsko, po prostu ignorujesz. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego jutro i tak ubierzesz leginsy.*
9. Na ulicy wytykają cię palcami, więc możesz się cieszyć, bo, jak to mówią, zła sława, ale sława, prawda?
10. Nie musisz przejmować się dietą. Wpierdalasz, co pod ręką. Masło orzechowe ze słoikiem, gdy jesteś u kumpelki. Kosz na śmieci, gdy czekasz na tramwaj. Hipopotama, gdy wywożą cię na wycieczkę do zoo. (To nie jest wycieczka. Tak bliscy chcą ci powiedzieć, że czas zmienić lokum, żebyś znalazł się w otoczeniu, do którego bardziej pasujesz). I tak nikt nie zauważy, że przytyłeś, bo zawsze nazywali cię grubasem.
Czy grubi ludzie w moim przekonaniu to źli ludzie?
Nie, to ludzie głęboko nieszczęśliwi. I bardzo chorzy, ale nie mówię tu o jakichś genach, będących predyspozycją do tycia, w których działanie szczerze wątpię. Chodzi mi o psychikę. 
Gruby nie stajesz się przypadkiem. To kwestia wyborów, m.in. takich jak siedzenie całe wakacje przed kompem zamiast wypadu w góry czy związek ze złym facetem, który traktuje cię jak śmiecia. Jesz, bo krówki nie powiedzą ci, że jesteś szmatą i nie zdradzą cię z najlepszą przyjaciółką (możecie ewentualnie zafundować sobie karmelowy trójkąt). Jesz, bo to jedyne, na co jeszcze względnie masz ochotę, choć i tak nie bardzo. Jeszcze jakoś żyjesz, więc jesz, bo może to nada sensu twojej płytkiej egzystencji. Jesz, żeby coś poczuć, nawet, jeśli jest to odrobina soli na języku.
W istocie nie jesteśmy takimi, na jakich wyglądamy, ale powinniśmy się starać, by tak było, o ile mamy dobre serce (nie chcę wiedzieć, jakby wyglądał Hitler, gdyby to całe zło wypełzło na zewnątrz, a i tak do przystojniaków nie należał). 
Tak to jest, a przynajmniej ja tak to widzę.
A co Wy sądzicie a propos tej dygresji?
I pozdrawiam Was, takim oto zdrowym obrazkiem, żeby nie było, że suka nie ma serca. (Nie ma, ściągnęłam z Pinterestu).

___________________________________
* Jestem największą wielbicielką leginsów, jaką znam, i tak, noszę je nawet teraz, kiedy jestem wciąż niezłym grubsonem, ale pamiętam, żeby przysłonić tyłek, więc nie sieję aż takiego spustoszenia na salonach. Jak wtedy, kiedy nie przysłaniałam. Wiem, jestem złą kobietą.