Jak to zwykle bywa, jeśli chodzi o Fabrykę dygresji, nie podam Wam złotego przepisu na to, jak zyskać popularność na blogu. Może zrobić to Jason Hunt (alias Kominek) albo Pepsi Elliot, których serwery zapewne pękają w szwach. Chcę Wam opowiedzieć o tym, jak to się stało, że od kiedy zaczęłam zwyczajnie chcieć i starać się zyskać popularność na blogu, tak też się stało. A przede wszystkim zachęcić do rozmowy, żebyśmy mogli sobie pomóc w naszej ciężkiej, a jednocześnie fascynującej pracy (tudzież po prostu hobby). Uwaga, poniżej pojawią się wulgaryzmy, ponieważ mam bojowy nastrój.
Najważniejsza jest motywacja. Pragnienia działania, które nie bierze się z otoczenia. Jeśli nie dysponujesz motywacją wewnętrzną, jaką czerpać będziesz z samej chęci pisania bloga, wątpię, byś przetrwał choć rok. Zatem, po pierwsze, odpowiedz sobie na pytanie. Dlaczego prowadzisz blog? 
Jeśli prowadzisz blog dla sławy, to bardzo Cię proszę, jebnij się w łeb. Sława jest najchujowszym środkiem ubocznym bycia nieprzeciętnym i nigdy nie powinna być celem samym w sobie, tak samo jak pieniądze.
Jeśli prowadzisz blog dla pieniędzy, to również masz złą motywację. Możesz prowadzić blog, by zarobić na nim, a koniec końców nawet się z niego utrzymywać, ale jeśli tworzysz cokolwiek tylko i wyłącznie dla pieniędzy, to znaczy, że nie masz „tego czegoś”, więc ani za długo swojego projektu nie uciągniesz, ani za dużej popularności nie zdobędziesz. Smuteczek, wiem.
Jeśli prowadzisz blog dlatego, że lubisz, to ok. Jestem usatysfakcjonowania. I Ty pewnie też. Możemy się wobec tego całkiem nieźle porozumieć. To właśnie z pasji wychodzą dobre rzeczy. Tylko, jeśli zajmujemy się czymś, co nas interesuje, tylko wówczas będziemy się mogli temu bez reszty poświęcić i osiągnąć coś istotnego. A prowadzenie bloga nie jest do końca proste i przyjemne. Może dlatego, że to nie tylko pisanie, ale i szereg działań, które trzeba wykonywać, jeśli faktycznie chce się zyskać popularność na blogu.
Zaczęłam prowadzić blog, bo od zawsze lubiłam pisać. Pamiętam, jak w jednym z pamiętników z gimbazy (Pamiętniki z gimbazy, mam pomysł na hit dla pospólstwa, jeśli macie pieniądze i chcecie wyprodukować chałę dla Polsatu czy TVN-u, dajcie znać, prześlę materiały), chyba trzydziestego pierwszego grudnia albo nawet pierwszego stycznia, zanotowałam, że chcę wreszcie zacząć prowadzić bloga. A jako, iż wtedy niemal wszystkie moje nastoletnie koleżanki skupiały się bardziej na chodzeniu do kafejek internetowych w celu poklikania na czacie ze starszymi napalonymi samcami, nie miałam od kogo nauczyć się blogować. Dziesięć lat temu nie wiedziałam nawet, że, by stworzyć swój blog na Onet.pl, muszę wcześniej założyć tam skrzynkę mejlową i bez tego ani rusz. Dlatego przez bardzo długi czas się męczyłam, aż w końcu jakoś sama załapałam i zabrałam się do mniej lub bardziej aktywnego blogowania.
Przechodziłam przez fazę pisania bloga osobistego. W kolejnych wpisach umieszczałam słodkie misie. Później zaczęłam pisać blog z opowiadaniem o Lily Evans i Huncwotach. Nie skończyłam, założyłam nowego, już w liceum, z fanfiction anime Bleach pt. This Could Be Heaven. Też nie skończyłam. W międzyczasie podjęłam się oceniania innych opowiadań, dzięki temu poznałam wspaniałe kobity, które nauczyły mnie tak naprawdę pisać, pozdrawiam najpierw Szamana, a potem Chiyo. Zaczęłam też wówczas korespondować z dziewczyną, która stała mi się bardzo bliska i mimo, że mieszkamy na dwóch krańcach Polski, zdarza nam się spotkać przy okazji jakiegoś festiwalu, na jakim akurat gra Jared Leto, czy innych wakacji. (Pozdro, Seś).
W pewnym momencie, dzięki takim wydarzeniom, uświadomiłam sobie, że prowadzenie bloga to naprawdę nie tylko pisanie. Równoważne są stosunki z ludźmi. Dlatego nieważne, ile będziesz publikował wpisów dziennie, jak wiele pieniędzy zapłacisz agencji za pozycjonowanie swojej strony, to wszytko na nic, jeśli nie dbasz o swoich czytelników, nie odwiedzasz ich miejsc w sieci i nie wchodzisz z nimi w rozmaite interakcje. Hej, mamy XXI wiek. W ten sposób naprawdę można nie tylko zyskać popularność na blogu, ale i poznać fantastycznych ludzi, a z czasem nawet poszerzyć grono przyjaciół.
Wreszcie zaczęłam tworzyć blog, który właśnie czytacie. Początkowo miał niewydarzoną nazwę, czyli Mylo Ekri, a wpisy były bardzo nieprzemyślane. Tak naprawdę nawet trudno mi powiedzieć, czego dotyczyły. Coś tam wspomniałam o tym, że chcę być pisarką, gdzieś tam umieściłam link do piosenki, której ciągle słuchałam. Zdarzyło mi się napisać krótki felieton o tematyce zbliżonej do socjologii, a później opisałam, co mi się przydarzyło w sylwestra. W skrócie: totalny niewypał. Jak mogłam osiągnąć cokolwiek, skoro nie wiedziałam, na czym konkretnie mi zależy? 
W pewnym momencie zaczęłam szukać charakterystycznej nazwy, która pasowałaby do mnie i nie ograniczała bloga tematycznie. Książki Emilki skazywałyby mnie na pisanie tylko i wyłącznie o książkach. Zresztą, taki adres pewnie był zajęty. Fabryka dygresji przyszła do mnie sama z siebie. W każdej rozmowie z ludźmi oddalam się bardzo od wątku głównego, a moje dygresje praktycznie nie mają końca. No i proszę bardzo. Prosto, ale całkiem ładnie. I, przede wszystkim, z otwartą furtką co do tematyki.
Kiedy wreszcie się zdecydowałam, co chcę robić i jak, statystyka ociupinkę podskoczyła. Prawie w ogóle. Ale nie zniechęciłam się, bo przecież blogowanie to moja pasja, więc wcale mi nie zależało na tym, żeby nie wiadomo ilu ludzi zachwycało się tym, co napiszę. Cieszyłam się z każdego komentarza, nawet, jeśli był kąśliwy. O to tu chodzi. O wolność słowa. O poznawanie samego siebie, o ćwiczenie warsztatu pisarskiego, o rozmowę w różnymi ludźmi, dzielenie się swoim życiem… Zalet prowadzenia bloga jest nieskończona ilość.
Częściowa odpowiedź na pytanie jak zyskać popularność na blogu, przyszła do mnie sama, kiedy rozpoczęłam pracę w firmie zajmującej się bardzo specyficznymi szkoleniami. Kursy przeznaczone były dla ludzi, którzy prowadzą w internecie swoją stronę i za jej pośrednictwem sprzedają różne rzeczy. Na przykład pieluchy do pływania albo formy do pieczenia orzechów. Rozstrzał w asortymencie przeogromny, ale wszystkich tych przedsiębiorców łączyło jedno: internet. Pierwsze, czego mimochodem się tam nauczyłam, to pozycjonowanie.
W ciągu dwóch miesięcy, w trakcie których stosowałam się w ramach eksperymentu do wskazówek ze skoleń, na licznik wskoczyło mi sześć tysięcy wejść. Wcześniej, przez prawie trzy lata istnienia bloga, zyskałam łącznie dziesięć tysięcy. Zrozumiałam, że to działa i uradowana podzieliłam się moimi przemyśleniami z kilkoma osobami, które w jakiś sposób, mniej lub bardziej, wiedziały, o co chodzi z blogowaniem. Osoby te od razu zadawały mi jedno pytanie: skąd bierzesz pieniądze na pozycjonowanie? Kiedy odpowiedziałam, że robię to sama, nie chcieli mi wierzyć. Cóż, sama nigdy się nie miałam za technologiczną brunetkę, a jednak. Przecież to banalne! Uwaga, tłumaczę, co masz robić, jeśli jeszcze nie wiesz.
Wybierasz tytuł dla swojego wpisu na blogu. Jeśli chcesz być na topie, napisz o tym, o czym w tym momencie mówi się w sieci. Tytuł notki powtórz ze dwa, trzy razy w tekście i zaznacz go pogrubieniem. Nie pogrubiaj wówczas żadnej innej treści, bo Google sfiksuje. Ważne fragmenty możesz podkreślić, skursywić, powiększyć, a nawet pokolorować. (XXI wiek, serio, kocham). Wówczas taki wpis zostanie uznany przez przeglądarkowego bota za jednolity tematycznie. W dodatku zacznie na niego wchodzić coraz więcej robotów, czyli wygeneruje się tak zwany ruch organiczny, a co za tym idzie, wzrośnie statystyka. To nie wszystko. W związku z powyższym, wzrośnie też pozycja Twojego bloga w wyszukiwarce Google, a zatem coraz więcej „żywych” użytkowników odnajdzie drogę do Twojej strony.
Dwa miesiące, sześć tysięcy wejść, w zasadzie tylko dzięki temu trickowi. Nie lekceważ potęgi Google.
Ważny jest plan i systematyczność. Im częściej umieszczasz wpis na blogu, tym wyższa jest statystyka, dzięki wyżej wspomnianemu ruchowi organicznemu. Raz dziennie dla nowych blogów jest w sam raz. To potwornie dużo roboty, ja wiem, ale większość początkujących blogerów nie zdaje sobie sprawy z tego, że można napisać kilka notek do przodu i po prostu wyznaczyć datę publikacji na konkretny dzień i godzinę. Polecam. Tak naprawdę jednak, jeśli notki nie będą ciekawie napisane, „żywi czytelnicy” nie będą nas za często odwiedzać. Po co, skoro piszemy o dupie Maryni, która w ogóle ich nie interesuje?
Dlatego nie tylko Twój styl musi przyciągnąć odbiorcę, ale i to, o czym piszesz. Wybierz konkretną tematykę. Dwie albo pięć, nieważne. Po prostu się ich trzymaj.
Temat jak zyskać popularność na blogu jest bardzo absorbujący i trudno go wyczerpać. Czuję się, jakbym powiedziała Wam ledwo o jednym procencie rzeczy, które wiem, a zważcie na to, że sama tak naprawdę jestem początkującym blogerem. W istocie Fabryką dygresji interesuję się od niewiele więcej niż trzech miesięcy. Dlatego pewnie pojawi się coś na kształt cyklu z kolejnymi poradami, jakie mogą posłużyć do zyskania popularności na blogu. Moim wielkim życzeniem jest, byśmy mogli wspólnie dzielić się doświadczeniem oraz wskazówkami. Dlaczego mamy się ignorować lub utrudniać sobie życie, skoro można sobie pomóc? W sieci starczy miejsca dla każdego. Jest jej zdecydowanie więcej niż na świecie. 
Dlatego apeluję do Was, byście w komentarzach opowiedzieli, jakie Wy macie podejście do swoich blogów. Po co w ogóle je tworzycie? Czy spotkaliście się już twarzą w twarz z ludźmi poznanymi dzięki blogowaniu? Jak mają się Wasze statystyki i co robicie, by je zwiększyć? Czy w ogóle chce się Wam to robić? Widzicie jakiś sens? Napiszcie, jestem bardzo ciekawa!