Lekko stronniczy. Jeszcze więcej – najlepsza recenzja

To wcale nie musi być najlepsza recenzja książki Karola Paciorka i Włodka Markowicza. To po prostu będzie najlepsza recenzja publikacji pt. Lekko stronniczy. Jeszcze więcej, na jakiej napisanie mnie stać. Głównie z takiej przyczyny, że nie będzie to tylko i wyłącznie moja opinia na temat wypocin chłopaków, tylko opowiedzenie o tym, co ich program wniósł w moje życie.

Ostatnie zdanie z powyższego akapitu brzmi nieco pompatycznie, jakby Karol i Włodek dali mi sto tysięcy złotych na rozwinięcie własnego biznesu albo swoją postawą nadali sens mojej egzystencji. Ani jedno, ani drugie, niestety. Za to umilili mi czas. Ich program darzyłam swego czasu ogromną sympatią. Śmiałam się jak głupia, jednocześnie nie dowierzając, że z takiej pierdoły, jaką jest podawanie własnej opinii na temat zaistniałych sytuacji w Internecie i społeczeństwie, można zrobić tak świetny program. Jak widać, można było, dysponując charyzmą oraz pewną dozą elokwencji, które to cechy przebijają się również w tekście książki Lekko stronniczy. Jeszcze więcej.
Publikacja, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak i w okresie bożonarodzeniowym zaśmiecała Instagram (a propos, oto link do mojego profilu, można śmiało obserwowa), jest zbiorem felietonów Karola i Włodka, przeplatanych ich zapisaną konwersacją, utrzymaną w dobrze znanym charakterze, jakby wyjętym żywcem z odcinka. A zatem jest śmiesznie, ale i mądrze, życiowo, ale można do woli popuszczać wodze fantazji razem z autorami. Bardzo pozytywne odczucie, dzięki któremu przez książkę po prostu się frunie.
O czym w ogóle traktują teksty? O Internecie, o czasach studenckich, o trudnym polskim społeczeństwie, amerykańskiej telewizji, o Internecie, pracy. płynięciu pod prąd, Internecie, popularności, blogach, bezpieczeństwie w sieci, a przede wszystkim, co mile mnie zaskoczyło, o Int… Tu już się zapędziłam. Wiele fragmentów ma wydźwięk motywacyjny i inspirujący. Są to wypowiedzi niezbyt oryginalne, ale zawsze aktualne, szczere i jak najbardziej słuszne, które powinny być wygłaszane do obrzydzenia, bo dla niektórych czasami raz to za mało. W zasadzie dla większości socjety. No i znalazło się uznanie dla Jareda Leto, co nastraja mnie bardzo sentymentalnie.


Sfotografowałam Wam też kilka kawałków, które szczególnie do mnie przemówiły.


Powyżej cenne uwagi a propos rozpoczynania projektów i ich prowadzenia. A także życia, jak mniemam. 

 Czysty hejt na Polskę? Dokładnie odwrotna sytuacja. Konstruktywna krytyka, branie się za siebie i działanie. To mi się podoba, chłopaki.

Zgadzam się. Sława może wiele rzeczy umożliwić i przyspieszyć. Dopóki nie staje się kawałkiem żelastwa, który ściąga Cię w dół. 

Ostatnio obserwuję wiele przykładów, że ci z małej mieściny, którzy przyjeżdżają do dużego miasta, żeby w nim rozkwitnąć, wnoszą do społeczeństwa o wiele więcej niż ci, którym od samego początku było łatwo. Potwierdzone info. Poza tym, hej, wszyscy mieszkamy teraz w globalnej wiosce.

Tak jest. Kolejne potwierdzone info – dzięki studiom się rozwiniesz, ale doświadczenia nie zyskasz. To, co potrzebne w życiu, nie jest wykładane na zajęciach. Choć nie oznacza to, że podczas swojego etapu studiów niczego się nie nauczysz. Wręcz przeciwnie. Poznasz wszystkie blaski i cienie bycia młodym oraz po prostu bycia człowiekiem. To do młodszych czytelników, którzy jeszcze tego nie wiedzą. 
Dlatego nieważne, jak wiele osób Ci mówi, że na swoje hobby będziesz miał czas później, gdy zrobisz to czy tamto, a może środki na realizację swojej pasji… Nie. Rezygnuj. Z tego co kochasz, nigdy, przenigdy, a nawet nie odkładaj tego na później. Bo możesz umrzeć w międzyczasie.
Zawsze powtarzam to, co Włodek powyżej. 
A na koniec taki fragment. Do Waszej interpretacji. Mnie te dwa zdania natchnęły ogromną dozą determinacji i wiary we własne siły.
Słowem: warto jak cholera przeczytać tę książkę. Nie uśmiałam się tak, jak podczas oglądania show Lekko stronniczy, ale uśmiechnęłam się parę razy i pokiwałam głową. Zgadzam się z Karolem i Włodkiem. I czuję podobnie. I chyba sięz tego cieszę.

Tak jak wielu mi podobnych, po przeczytaniu książki sięgnęłam do pierwszych podcastów chłopaków, między innymi obejrzałam 35mm. W tym programie Karol (jakżesz on wyglądał…!) opowiadał o technikach fotografowania i najnowszych nowinkach ze świata Canona i innych (teraz już starych gratów). I oglądam sobie jeden odcinek, i mam łezkę w oku.

Szlochałam nie dlatego, że Karol miał koszulkę adidasa i sięgające za kolano bojówki (taka była wtedy moda, naprawdę, pamiętam). Powodem jest wiszący za Karolem billboard. Coke Live Music Festival. Muse, 30 Seconds to Mars, The Chemical Brothers… Mój pierwszy festiwal. I ja, taka mała, taka nieświadoma, uczestnicząca w tym evencie, marząca o… zgoła innych rzeczach, niż teraz. I Karol miał wówczas dwadzieścia trzy lata i robił coś ze swoim życiem, a ja wtedy nawet nie wiedziałam, co chcę w życiu osiągnąć. Dwadzieścia trzy lata mam za to teraz. I wiem. I życzę sobie, żeby dać radę, tak jak Paciorek. Myślę, że on i Włodek stanowią świetny przykład mogący inspirować młodych ludzi nie tylko do nagrywania się na YT, ale po prostu do działania, jakiegokolwiek przejawu aktywności. 
Wspólna foteczka ze Starego Rynku w Poznaniu. Mam nadzieję, że Julita się nie pogniewa, wszyscy wyszliśmy trochę niefortunnie. Ale to był dobry dzień. Tęsknię do takich. Zastanawiam się w ogóle, po co wrzucam tutaj to zdjęcie. Ale z drugiej strony, po co ono w ogóle było robione? Żeby leżało zapomniane gdzieś na dysku czy pokazywało socjecie, że wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi i wyłącznie od nas zależy, czy zostaniemy osobami, które będą sobie robiły zdjęcia z innymi, czy też tymi „innymi”, którzy będą do nich pozować na czyjąś prośbę? Chyba to drugie. Że jeśli chcesz, możesz, ale nie musisz. Naprawdę możesz, choć lekko nie będzie i, nawiązując do wcześniejszych cytatów, nieraz dostaniesz od życia pięścią w mordę.
A zatem przeczytajcie książkę Lekko stronniczy. Jeszcze więcej, i weźcie od życia to, co tylko chcecie. 
9/10

Odlotowy „Grand Budapest Hotel” – reż. Wes Anderson

Na arcydzieło, jakim jest według mnie Grand Budapest Hotel w reżyserii Wesa Andersona, trafiłam całkiem przypadkiem. Nie pamiętam jak. Grunt, że dałam się kompletnie oczarować bajkowej scenerii, niesamowitej historii, czarnemu humorowi oraz fikuśnym losom przerysowanych bohaterów. Jeśli obejrzycie, nie pożałujecie, a może nawet będziecie tak zachwyceni, jak ja, choć zaznaczam: nie jest to kino dla każdego. Tu nie poleje się krew i nie będzie ostrego seksu. To zupełnie inna bajka.
Pierwszy raz stykam się z Wesem Andersonem. Tak, jestem najwyraźniej zacofana, bo przecież słyszałam o podobno cudownych Kochankach z Księżyca, ale miałam ich głęboko gdzieś. Pewnie dlatego, że Edward Norton biega po planie przebrany za harcerza. Czy gdyby YouTube podpowiedział Wam coś tak cudownego, potrafilibyście odmówić takiej propozycji?

To, co widzicie, to tylko kilka wycinków z tego majstersztyku, przybliżenie fabuły. Jest sobie hotel, a w nim goście, którymi zajmuje się konsjerż (zawsze jest miło poznawać nowe słowa) wspierany przez boya hotelowego. Konsjerż nazywa się Pan Gustave, a jego zdecydowanie tyleż samo wspaniałą co przebarwioną postać, gra Ralph Fiennes. Pomaga mu zaś cichy, skromny, lecz niebywale pracowity Zero Moustafa, w którego rolę wcielił się niejaki Tony Revolori. W filmie pojawia się ogrom gwiazd, które bardzo cenię, między innymi F. Murray Abraham, uwielbiany przeze mnie od czasów Amadeusza, fenomenalny Adrien Brody, napawający mnie często lękiem i wstrętem, ale świetny Willem Dafoe, słodki Jude Law, również lekko mnie przerażająca Tilda Swinton, a także, co typowe dla produkcji Wesa Andersona, Bill Murray, Edward Norton (ach, och!) i przyjaciel reżysera, Owen Wilson. Ponadto, jak wyczytałam na Filmwebie, to właśnie Wilson zaraził Andersona miłością do filmu. Ciekawe, prawda? A najciekawsze jest to, że to dzieło, które obroniłoby się nawet, gdyby w obsadzie nie znalazło się ani jedno z wyżej wymienionych nazwisk. Co więcej, śmiem twierdzić, że nie potrzebowałoby żadnego wybitnego aktora, by dalej być tak zabawnym i pięknym, jednak kunszt artystów, którzy wzięli udział w produkcji, jest wisienką na torcie. Innymi słowy: role nie są skomplikowane do zagrania i każdy mógłby się wcielić w takiego Pana Gustave. Moim zdaniem, im postać bardziej przerysowana, tym łatwiejsza do zagrania (wyjąwszy Jacka Sparrowa). Tyle że fenomenalna praca aktorów zatrudnionych w tym dziele jest akurat wisienką na torcie wielowarstwowym, monstrualnym, nabitym kremem i przyozdobionym mnóstwem marcepanowych ozdób. Oraz oblanym lukrem i czekoladą. A może nawet tęczową polewą. Jeżeli nie lubicie słodkości, nie przejmujcie się. Tort nie jest przesłodzony. Jest po prostu bardzo sycący. I zamiast rozwlekłych, kiepskich momentów romantycznych uniesień, mamy mnóstwo czarnego humoru oraz pokręconych sytuacji.
Pan Gustave ma nietypowe gusta. Kręcą go kobiety bogate, a przy okazji dobijające dziewięćdziesiątki. Wszystkie one są jego przyjaciółkami, z którymi utrzymuje kontakty seksualne. Ponieważ pasjonują go kosmetyki, włącznie z lakierami do paznokci, pada podejrzenie, jasno wypowiedziane w filmie, że najsłynniejszy konsjerż w tej części Europy jest biseksualny. A przy okazji niezastąpiony. Załatwi wszystko, zawsze, z każdym. A pod swoje skrzydła bierze Zero, młodego uchodźca. I lada chwila zaczyna się wielka przygoda, bo jedna z przyjaciółek Pana Gustave nagle umiera i zapisuje mu bezcenne dzieło sztuki. Rodzina zmarłej oskarża konsjerża o zamordowanie kobiety. Co robi Pan Gustave? Wykrada to, co mu się należy zgodnie z ostatnią wolą kobiety, a później dalej jest cudownie bezczelny i nieobliczalny, mimo że po drodze ląduje w więzieniu.
Dlaczego ten film jest majstersztykiem, mimo że fabuła nie jest jakaś odkrywcza?
Bo wszystkie sztampowe motywy zostały wykorzystane w filmie właśnie na sposób sztampowy. Anderson nie silił się na kombinatorstwo. Okazuje się, że to, co spodobało się dziewięćdziesiąt dziewięć razy, podoba też się po raz setny.
Ponadto film ogląda się tak, jakby nie oglądało się filmu, tylko czytało książkę. Mamy wyjątkowego narratora historii. Widz poznaje zakończenie historii na wstępie, a później cofa się razem z opowieścią i otrzymuje pełny obraz sytuacji oraz stopniowo rozwiązanie każdej zagadki.

Poza tym mocną stroną Grand Budapest Hotel jest też jego realizacja. Co łączy wszystkie te kadry, hm?
Bingo. Chodzi o symetrię. Oczywiście sama na to nie wpadłam, po prostu kadry wydały mi się bardzo ładne, a dopiero później, gdy poczytałam trochę o kinie Wesa Andersona, zostałam uświadomiona o dbałości reżysera.

A język? Och, język! Wypowiedzi bohaterów są tak kwieciste, że zawstydzą niejednego współczesnego erudytę. Ubolewam, że w naszych czasach szacunek do mowy został zepchnięty na daleki margines.
Dobrze. Wisienką na torcie była gra aktorska. W takim razie płonącą flarą pośrodku ciasta niech stanie się kompozycja szkatułkowa. Nie pamiętam, bym w najbliższej przeszłości miała do czynienia z filmem tak pięknie spiętym przez klamry kompozycyjne.

I mogłabym jeszcze dłużej zachwycać się tym arcydziełem, gdyby nie to, że chcę zostawić kilka kąsków dla Was. Odkryjcie Grand Budapest Hotel po swojemu. Bez przewodnika. I napiszcie, co myślicie na jego temat.
9/10

Kupa zła

Prezentuję Wam opowiadanie, nad którego tytułem długo się zastanawiałam, aż w końcu natchnienie przyszło do mnie za sprawą Baudaleire’a, a tak naprawdę to po prostu kolejny przebłysk geniuszu Jagody. Jej właśnie dedykuję ten tekst oraz sporą część mojego życia (tą lepszą). 

Dzwoni Jagoda, więc nie odbieram.

Na dworze wciąż czarno, a w łóżku bezpiecznie i przyjemnie. Nie chcę stąd iść. Na zewnątrz muszę pachnieć, błyszczeć elokwencją, mieć piękne włosy i sprawiać pozory, że wcale nie jestem taka gruba, wszystko wiedzieć i potrafić, być konsekwentna i zdeterminowana, silna. A najgorsze, że dzisiaj jeszcze muszę się uśmiechać.
Dzwoni Jagoda, więc odbieram, mówię, że nie śpię, po czym rozłączam się i faktycznie nie śpię, chociaż też jeszcze się nie obudziłam.
Trochę marzę, że mnie nie ma. Potem zaczynam rozmyślać, jakby to było, gdybym była, mocno i dobitnie była, bardzo głośno. Dobrze by było, nie musiałabym wstawać, kiedy na dworze wciąż czarno. Myślałabym o tym, jaka jestem, a nie jaka nie jestem, lecz powinnam być. I wiem, że jeśli dzisiaj nie wstanę, to jutro też nie wstanę, i pojutrze nie wstanę, bo dni zleją się w szaro-burą kulę miazgi, dokładnie taką, jak się ma w żołądku, gdy zje się dużą paczkę czipsów, garść psychotropów i zapije to litrem coca-coli, więc nigdy nie wstanę, jeśli zacznie się to, co kiedyś na szczęście się skończyło.
Wstaję, jest zimno. Trzeba się spieszyć.
Spieszę się tak bardzo, że na podkoszulek, w którym spałam, narzucam bluzkę od Dorothy Perkins, a w sumie to od Jagody, którą przed chwilą z takim wyrachowaniem oszukałam, włosy zlepione lakierem zagarniam w kok i spryskuję dobrymi perfumami, wciskam się cudem w dżinsy i jestem gotowa. Chcę wrzucić do torebki mój fitness style na zdrowie bogaty w błonnik bez konserwantów na naturalnym zakwasie pełnoziarnisty chleb ze śliwką i lekki serek, ale przypominam sobie, że nie wypakowałam wczoraj zakupów, więc mogę zyskać te pół minuty.
O pół minuty za mało, tramwaj tradycyjnie odjeżdża mi sprzed nosa.
Od kiedy poznałam Bambola, raczej nie sprawdzam rozkładu jazdy komunikacji miejskiej. Ale i tak zawsze wiem, że nieważne, o której godzinie wyjdę z domu, czy spalę po drodze fajkę, czy wejdę po fajki do sklepu, tramwaj za każdym razem odjedzie mi sprzed nosa.
Opadam na ławkę, nie jestem zawiedziona, już się przyzwyczaiłam. Robi się jasno i, co najważniejsze, ciepło. Jestem pobudzona. Myślę o tym, że jestem przyklejona przez grawitację do skorupy ziemskiej. Wspominam monolog Matiego o wspomnieniach, że pamiętał dokładnie nasze pierwsze spotkanie, pierwsze spotkanie ludzi, których już nie znamy, no i kiedy przypaliłam tosty. Czuję, że w pośpiechu zapomniałam zrobić kupę.
No cóż, kupa pojedzie ze mną do telewizji, i kilka dni później Jagoda, oglądając nagranie z telewizji, będzie myślała tylko i wyłącznie o tym, że kupa była tam ze mną.
W pobliżu katedry panikuję. Zazwyczaj tak mam w pobliżu kościołów, ale kiedy znajduję się wewnątrz, uspokajam się zupełnie. Nie mam jak wejść do katedry, siedzę w rozklekotanej czwórce i już wiem, że się spóźnię. Dzwonię do Jagody. Przyznaję się do kłamstwa i proszę, żeby mnie nawigowała. Nawiguje mnie pod wskazany adres, ale ja nie wiem, czy to dobry adres, więc wysyłam mejla do dziennikarki, żeby do mnie zadzwoniła, a ona dzwoni i mówi, że to dobry adres i nic się nie stanie, jeśli się spóźnię, więc stoję na Rondzie Rataje, kupuję bilet, którego nie wykorzystam, a także palę jagodowego papierosa. Mimo rozluźnienia się na duszy i ciele, kupa wciąż jest ze mną.
Autobusik jest malutki, ale dowozi mnie na miejsce. Autobus mnie dowiózł, a ja zostałam przez niego dowieziona na miejsce, więc wszystko się zgadza i wszechświat dzisiaj może być spokojny tak, jak ja. Wchodzę. Mylę budynki. Wychodzę. Wchodzę do właściwego budynku. Zgarnia mnie ładna kobieta, sadza przed lustrem, nakłada mi na twarz kilogram tapety i nagle jestem piękna, i nagle uśmiecham się kąśliwie, i nagle widzę błysk pod plastikiem soczewek w moim oku, i moje włosy stają się bardziej rude niż były wcześniej, bo moja twarz wygląda chudziej.
Ładna kobieta sadza mnie w poczekalni. Ściany ze szkła, a za nimi program. Ładna kobieta przypina mi mikrofon do żakietu. A potem dziennikarka zaprasza mnie do studia. Znowu jestem witana, sadzana, zaraz się stanę wizyjna i odpytywana.
Dobra, wchodzimy, dzień dobry, tak, to ja napisałam książkę, książka jest o tym i o tamtym, tak, również o Ukrainie, dlaczego, a dlatego. Książka się nie ukazała, bo nie mam pieniędzy, ale od czego jest crowdfunding?
Kiedy o tym mówię, nie wierzę w sukces akcji. Zostało dziesięć dni, a ja zebrałam sześć procent. Takie są fakty, kupa też to wie.
Ale się uśmiecham, tak jak ludzie z wielkiego billboardu wiszącego u wejścia do telewizji. Kochają Poznań. Ja też kocham Poznań. Dlatego jestem szczęśliwa.
Przed powrotem do pracy bezczelnie idę do Starego Browaru, wchodzę do promodu, mierzę trzy bluzki, wszystkie na przecenie, wszystkie piękne, nie kupuję więc żadnej. Tapeta złazi mi już z twarzy, biegnę po chusteczki, zmywam z siebie do paskudztwo, telefon do Jagody, wspólna fajka, praca.
Szef wita mnie okrzykiem: „Ooo, i co tam, gwiazda?”, a ja drę się na całe gardło: „Nieeeeee”. Pyta jak było, mówię, że normalnie, a jak miało być? Więc pyta, jak się czułam przed kamerą, więc mówię, że normalnie, a on znowu, że prawdziwa ze mnie gwiazda. Więc jest mi miło, za miło, i wtedy przypominam sobie o kupie.
Nie czuję jej ze sobą.
Siadam bardzo ostrożnie przed komputerem. Zaczynam analizować fakty. Gdzie mogłam ją zgubić?
Zaczynam się stresować bardzo, bardzo, tak bardzo, jest źle, naprawdę, chyba pierwszy raz tak źle od przeszło tygodnia.
Wiem! Uspokajam się. Stary Browar. Zostawiłam ją tam z premedytacją.
A później jestem świetna, błyszczę, wszystko załatwiam z prędkością dźwięku, super jestem, jestem, wszyscy mi dziękują, wszystko kipi życiem, ptaki śpiewają, słońce świeci, kawa w kubku ubywa.
A potem robi się ciemno. A przede mną jeszcze tyle do zrobienia, tylu ludzi do spotkania…!
Więc idę.

Fred Bodsworth – „Odmieniec”

Takiej książki już dawno nie czytałam. Odmieniec to przykład literatury z górnej półki, w starym, dobrym stylu, zahaczającym w pewnym stopniu o ten Dickensa czy Hemingwaya. Szkoda, że Fred Bodsworth, autor tej wspaniałej lektury, pozostaje raczej nieznany szerszemu gronu czytelniczemu. 

Fred Bodsworth, a tak naprawdę Charles Fredrick Bodsworth, jest pisarzem, o którym prawdopodobnie pierwszy raz słyszycie, dlatego pozwolę sobie przybliżyć Wam jego sylwetkę.
Urodził się w 1918 roku jako obywatel Kanady w porcie rybackim nad jeziorem Erie. Przez wiele lat był dziennikarzem w znanych kanadyjskich czasopismach. Z umiłowaniem obserwował ptactwo, którego zwyczaje fascynowały go od lat dziecinnych. Kiedy wydał swoją debiutancką powieść pt. Last of the Curlews, a ta stała się bestsellerem, zrezygnował ze stałej pracy i skupił się na pisarstwie. Opublikował poza tym cztery inne powieści, w tym The Strange One w roku 1959, czyli Odmieńca, który ukazał się w Polsce najpierw nakładem wydawnictwa Czytelnik w roku 1973, a później przez poznański Zysk i Spółkę pod koniec lat dziewięćdziesiątych. To jedyna książka Bodswortha przetłumaczona na język polski. Za swoją twórczość literacką autor otrzymał Nagrodę Matta Cohena, jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień dla kanadyjskich pisarzy. Umarł w 2012 roku. 
Sposób, w jaki Odmieniec trafił w moje ręce, jest dosyć zwichrowany. Historia ta zawiera w sobie przestępstwo popełnione na jakieś dwadzieścia lat przed moim urodzeniem, Jagodę oraz mój opór, kiedy dowiedziałam się, że przyjaciółka poleca mi książkę o… gęsiach. Bo tak, Odmieniec opowiada o losach gąsiora. Innego, niż reszta jego stada, pochodzącego z Hebryd Zewnętrznych, archipelagu położonego na północnym zachodzie Szkocji. Kiedy stado migruje, gąsior zostaje na wyspie. Później jednak zaczyna tęsknić za swoimi bliskimi i uczucie to jest tak dotkliwe, że mimo sztormów oraz mnóstwa innych przeciwności, wyjątkowy ptak dąży do ponownego spotkania z resztą ptaków. Do tego jednak nie dochodzi. Po drodze gąsior spotyka miłość. 
Niecodzienne poczynania ptaka, jego zawiłą wędrówkę i wybory, jakich dokonuje, obserwują przyrodnik Rory Macdonald, jego matka, Mary, postrzelony naukowiec P. L. oraz młoda dziewczyna o skomplikowanej osobowości, Indianka Kanina, której życie ostro zdążyło dać już w kość. Bodsworth z wielką łatwością naszkicował charaktery tej czwórki, tak, by sprawiali wrażenie realnych ludzi. I mimo, że Odmieniec to opowieść w głównej mierze o miłości, to zdecydowanie nie jest ckliwym romansidłem, tylko lekcją o sztuce dokonywania poważnych wyborów oraz ich konsekwencjach.

Fabuła książki jest dosyć rozległa. Obejmuje losy rodziców Rory’ego, Mary i Sammiego, a także dzieciństwo chłopaka na wyspie Barra. Historia opowiada również o nietypowym dzieciństwie Kaniny, która co prawda urodziła się wśród Indian, lecz z powodu wieloletniej choroby wychowywała się w szpitalu dla białych. Jej inteligencja została dostrzeżona przez życzliwych jej ludzi, więc dziewczynie udało się rozpocząć i zakończyć edukację. Segregacja rasowa uniemożliwiła jej jednak podjęcie pracy, dlatego wykształcona młoda kobieta musiała wrócić do indiańskiej wioski, gdzie momentami czuła się jeszcze bardziej wyobcowana niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Dzieje Kaniny oraz Rory’ego splatają się nierozerwalnie z przygodami ptaka o nietypowej naturze. Wszystko to opisane prostym językiem, lecz w fascynujący sposób i bardzo wyczerpująco.

Odmieniec jest niesłychanie mądrą książką, mówiącą o różnicach między ludźmi, uprzedzeniach i próbach ich przełamywania. Pokazuje, jak fatalnie socjeta traktuje ludzi, którzy w jakikolwiek sposób odstają od ustalonych przez nią norm. Koniec książki można zaś interpretować na kilka sposobów. 

Jeśli zdarzyło Ci się wpaść na Odmieńca, daj znać, co myślisz o zakończeniu. Chciałabym poznać Twoje zdanie, bo w ten sposób również można się dużo nauczyć, chociażby o podejściu człowieka do problemów. 

9/10

Zmiany są dobre

Szczerze? Tytuł notki miał brzmieć zmiany są trudne, ale kiedy wpisałam sobie zmiany w Google, podpowiedź brzmiała zmiany są dobre, a zatem, żeby ohydnie się wypozycjonować, właśnie taka tytulatura. Prawda rozkłada się fifty-fifty. Zmiany są i dobre, i trudne, a nawet cholernie trudne. Ale nigdy złe. Przynajmniej nie całkowicie. Jeśli chcesz obalić moją tezę, zapraszam do bezwzględnego ataku w komentarzach. 

Moje liceum oszalało. Założyło profil na Facebooku i zaczęło się masowe wrzucanie zdjęć w serii „Z historii Kopernika”. W odcinku „Spotkanie integracyjne klas 1” z września 2008, zobaczyłam nasze stare wersje. Najpierw się śmiałam, potem płakałam. Zastanawiałam się, jak to się stało, że przeszliśmy takie metamorfozy i dlaczego tak szybko to nastąpiło?
Dużo osób było wtedy szczuplejszych. Teraz walczymy z nadwagą. Na zdjęciach wyglądamy na totalnie szczęśliwych, bo największym problemem było, czy uda nam się skompletować kostium hippisa i czy przypadkiem nie będziemy musieli w trakcie okienka wyskoczyć do szmateksu. Teraz chcielibyśmy spłacić długi, które zaciągnęliśmy na studia, wynajem mieszkania albo pieluchy. Nie mieliśmy żon, mężów, dzieci. Byliśmy wolni i myśleliśmy, że jeszcze długo tacy zostaniemy. I tragicznie się ubieraliśmy.
Opublikowanie fotografii z naszymi starymi wcieleniami przez starą szkołę stało się pretekstem do rozmowy o przeszłości ze znajomymi, których spotykamy w pociągu. Nadziałam się jakiś czas temu na mojego pierwszego kolegę od papierosa, który miał ogromny problem z dziewczynami, gdy chodziliśmy do ogólniaka. Po skończeniu szkoły był w długim związku, który niestety się skończył, a później przeskakiwał z kwiatka na kwiatek, aż wreszcie trafił na kolejną kobietę, z jaką udaje mu się utrzymywać pasjonującą relację. Co więc się stało, że życie osobiste zaczęło kwitnąć? Mój kumpel zmienił uczesanie i zaczął dbać o zarost. Czasem tak mało wystarczy, czym mój znajomy, którego zwykłam nazywać dawno temu Niedorobionym Muszkieterem, bardzo się ekscytował.

Ja wiem jednak, że to nie tylko wygląd, ale również ogromna zmiana, jaka zaszła w jego psychice. Skończenie z desperackim poszukiwaniem lachy do przelecenia, skupienie się na własnych sprawach i dojrzałe podejście do kwestii wykształcenia oraz finansów. Dziewczyny mogą szukać chłopaka, z którym będą toczyły rozmowy utrzymane w dekadenckim klimacie, upijały się w piątek po lekcjach i chodziły za rękę po szkolnym korytarzu. Kobieta zaś szuka mężczyzny, by znaleźć w nim oparcie.
Kiedy z kolei patrzę na mojego wielkiego przyjaciela z LO oraz pierwszego czy nawet drugiego roku studiów i myśę o jego wielkich marzeniach – być właścicielem hotelu albo zwiedzać świat – czuję się rozczarowana. Z rodziną, którą ma już w momencie 23 lat, będzie ciężko spełnić te aspiracje, bo jego ograniczone finanse bardzo spowolnią ich spełnianie. Ale może jego marzenia się zmieniły od czasów LO? Może nie potrzebuje już podróżowania, bo znalazł szczęście tuż pod nosem?
Najgorzej z ludźmi, którzy wciąż mają te same marzenia, a nic z nimi nie zrobili. Dali się wciągnąć bagnu szarej codzienności. Praca, dom, w którym myśli się o pracy z nerwobólami w żołądku, a później znowu praca i może jakoś zwiążemy koniec z końcem. W tym czasie jednak roztyję się, bo tylko czipsy zapewniają mi iskierkę szczęśliwości. A kiedy wreszcie zrobię coś z moim talentem? Pewnie nigdy. Zły świat mi to uniemożliwia, przecież muszę z czegoś żyć, na tej kanapie, z tym pilotem w ręce. Jest mi całkiem dobrze, co, jeśli mi się nie uda? Nie, kanapa mnie kocha, a ja ją, przecież sobie ślubowaliśmy. Nic więcej się nie liczy.
Nie daj się kanapie! Ani temu, co ona symbolizuje.
By nie stać w miejscu, a zatem się nie cofać, potrzebujemy nieustannego rozwoju. Jeden z moich szefów ma napisane na tablicy wiszącej w biurze: WCIĄGAJ LUDZI W NAUKĘ BEZ KOŃCA. To bardzo mądry człowiek, swoją drogą. Uczymy się nie tylko z książek, ale i na własnych błędach. Jeżeli coś zrobiliśmy źle, czego skutkiem było np. stracenie ukochanej, to teraz robimy dobrze. Jak powiedział mój kolega z akademika, Michał G: Ten sam błąd, popełniony po raz drugi, nie jest już błędem, tylko świadomym wyborem. Popieram Michała w stu procentach. A zatem, by nie popełniać błędów, potrzebujemy zmian.
Boisz się zmian? Uważasz, że są niemożliwe do osiągnięcia, bo ludzie się nie zmieniają? Bullshit. Tylko idioci się nie zmieniają. Teraz nadszedł więc moment na podjęcie decyzji. Chcesz być idiotą czy nie chcesz? Pewnie nie chcesz, ale się boisz, że to i tak nie ma sensu, bo coś tam, cokolwiek, blabla, głupia wymówka, która czyni z ciebie niestety w dalszym ciągu idiotę. Spokojnie. Byłam idiotkąbardzo długi czas, a teraz wytłumaczę Ci, co zmieniło moje podejście i chęć wprowadzenia zmian do swojego życia. Przedtem jednak odpowiem na jedno fundamentalne pytanie.
Dlaczego tak bardzo boimy się zmian?
Ponieważ funkcjonuje w nas błędne przeświadczenie, że zmiany nie zawsze oznaczają lepsze. Jesteśmy ludźmi zniewolonymi przez przywiązanie do ustalonego porządku rzeczy i każda ingerencja w zaistniałą konstrukcję wydaje się nam zamachem na nasze życie. Zmienia się premier? Marudzimy, pewnie będzie gorzej. Umiera papież? Ożesz, następny na pewno nie będzie takim fajnym ziomkiem. Matka posprzątała w naszym pokoju? Kurwa, nic już nie znajdę. Znieśmy kilka przywilejów i wprowadźmy reformy? Veto, co mnie obchodzi dobro moich przyszłych prawnuków, wolę szybki hajs od Carycy.
Poza tym przyzwyczailiśmy się do tego, co mamy. I rzadko myślimy perspektywicznie. Dobrze jest nam na tej naszej kanapie, cisza i spokój. Kanapa nasza, pilot nasz i wielka dupa też nasza. Nie chcemy zrezygnować z tej strefy komfortu w imię biegania na mrozie o siódmej rano, bo na dziewiątą do pracy. Nie chcemy być seksowni, szczupli i zdrowi kiedyś tam, bo teraz jest teraz i jest ok bez żadnego wysiłku. Ale że za dziesięć lat, kiedy dostaniemy zawału serca, nie będą nas mogli wynieść na noszach przez drzwi, więc przyjedzie dźwig i wrecking ball bez siedzącej na niej Miley Cyrus, żeby nas ewakuować, rozwaliwszy ścianę budynku, o tym już nie pomyślimy.
Zmiany nie są złe!

Oczywiście, jeżeli nagle dostajemy SMS od komornika, że będzie nas odwiedzał przez najbliższe dziesięć lat, jeśli nie spłacimy długów, więc wybieramy rozsądne życie pod mostem, trudno stwierdzić, że to pozytywna zmiana. W zasadzie trzeba byłoby być wariatem, żeby tak uważać. Ale i z tej sytuacji można wyciągnąć wnioski, żeby się odkuć i wreszcie zmienić, zamiast taplać się w bagnie beznadziei i zbędnego użalania się nad sobą.

Dlaczego w końcu zaczęłam się zmieniać?

Po pierwsze, z powodu własnej nieodpowiedzialności i powiązanej z nią serii niefortunnych zdarzeń, znalazłam się w bardzo ciemnym zakamarku mojego umysłu. Stałam w nim przez bardzo długi czas ledwo żywa. Jak wyglądało to na zewnątrz? Nie ruszałam się praktycznie z mojego łóżka, spędzając każdą chwilę pod depresyjnym kocykiem. Myślałam, że gdy przeczekam niekorzystny czas, wszystko się ułoży. Naturalnie, był to błąd. Po kolejnym takim samym miesiącu (przespany dzień, bezsenna noc, ściskający dupę żal), kiedy nic się nie poprawiło, a wręcz było tylko gorzej (pędzące z zawrotną prędkością tramwaje nagle stały się bardzo pociągające), zrozumiałam. Albo wezmę widły i pozbędę się obornika, który wyprodukowałam, albo w nim utonę. Żadna inna opcja mi nie pomoże. 
A zatem sięgnęłam po widły. I mam je przy sobie cały czas, pamiętając, by być zawsze jak najdalej od tamtego mrocznego punktu na osi mojego życia. W ten sposób z każdym dniem staram się dokonywać coraz większych rzeczy. 
Po drugie, zmiany są naturalne. Aktualizowane są aplikacje w smartfonach, codziennie jakiś naukowiec odkrywa pewien wynalazek, powstają arcydzieła malarstwa – i świat już nie jest taki sam. Każda próba wypowiedziana przeciwko naturze kończy się w masakryczny sposób. Dochodzi do katastrofy ekologicznej, pęka tama i umiera czternaście tysięcy osób w nagłej powodzi, takie tam. 
Po trzecie, kocham moich bliskich i kocham siebie. Chcę, żeby mogli być ze mnie dumni, więc muszę stawać się coraz lepsza, ale najważniejsze, że chcę być lepsza dla samej siebie, a to oznacza nieustanny wysiłek i ciągłe zmiany. Nawet, jeśli nienawidzę swojej opony na brzuchu, to wiem, że ta opona to efekt mojego zaniedbamia, czyli hodowania cholesterolu pod wspomnianym już depresyjnym kocykiem, a prawdziwa ja jest bez opony, więc to tylko kwestia czasu i włożonej energii, bym wyglądała właśnie tak, jak chcę. Szanuję siebie, bo mam za co. Muszę więc zatem szanować też czas, jakim dysponuję. Co mówią w tej kwestii Budda i Coco Chanel, czyli dwa potężne autorytety dla masy osób?  
Nie wiem, jak Wy, ale ja się zgadzam. Najgorzej chyba, jeśli chodzi właśnie o czas. Jeszcze przedwczoraj wpadłam na jednego kielonka do pokoju znajomego, który świętował urodziny. Dlaczego tylko na jednego? A, bo rano do pracy, wolałabym być wypoczęta. Co, do pracy? Przecież na pracę będziesz miała resztę życia! Praca nie zając, nie ucieknie…
Jasne, że nie, ale trudno ją znaleźć, więc wolałabym ją utrzymać, skoro udało mi się podjąć tak dobrą. Poza tym każda kolejna sekunda naszego życia stawia przed nami jakiś wybór. Wstać rano na kacu i nic nie zrobić w pracy z powodu bólu głowy czy wstać rano bez kaca, wykonać efektywnie wszystkie zazdania i dostać premię? Grać przez godzinę w jakąś farmę czy inne zoo na Facebooku czy iść pobiegać? Kupić warzywa czy słoik nutelli?
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
A zatem, po czwarte, zaczęłam patrzeć nieco dalej w przyszłość. I przestałam się bać własnego cienia. 
Jasne, kłopoty i tak mnie dopadną, jak każdego człowieka. Im więcej jednak ich pokonam, tym łatwiej będzie mi przebrnąć przez następne. Jak mówi mądry doktor Robert Anthony

Potrzeba dokonywania zmian jest właściwą odpowiedzą na problemy. Zamiast pytać „dlaczego mnie?”, „dlaczego teraz?”, czyteż „co dalej?”, możesz spytać „dlaczego nie?” […]. Nieszczęścia przytrafiają się nam z wielu powodów. Najważniejsze jest jednak co innego – ważne jest to, jak reagujemy na takie problemy. W chwili gdy przestałem traktować sytuacje niemożliwe osobiście i skupiłem się na możliwościach, zauważyłem zmiany: polepszyło mi się zdrowie, przestałem mieć problemy z pieniędzmi, pojawiła się w moim życiu miłość. A co ciekawsze – nie kosztowało mnie to wiele wysiłku.


Dla nielicznych, którzy dotrwali do końca tej krótkiej rozprawy o nadziei w beznadziei, krótka, ładna, prosta oraz bardzo mądra piosenka bardzo szanowanego przeze mnie muzyka. 

______________________________________________________________
1 Mam nadzieję, że wciąż jestem idiotką – patrząc z perspektywy mnie za dziesięć lat.2 Fragment z książki „Niemożliwe jest możliwe”.