Lena Dunham, „Nie taka dziewczyna”

Bardzo czekałam na książkę Leny Dunham. Przyznam, że spodziewałam się tekstu zupełnie innego, niż tego, który trafił w moje ręce. Niestety, choć uwielbiam Lenę za bycie Postacią (tak, przez duże „P”!), jej literacki debiut nie do końca mnie satysfakcjonuje. Moje uczucia względem Nie takiej dziewczyny są dosyć skomplikowane. 

Może dlatego, że za chwilę i ja zadebiutuję ze swoją książką na rynku (tym bezlitosnym, wysysającym z pisarzy radość, piekielnym kanionie), a kilkumilionowa zaliczka w moim przypadku brzmi wcale nie bajkowo, lecz absurdalnie? (I słusznie, w końcu jestem pyłem marnym, a nie światowej sławy reżyserką). Jak bym się poczuła, gdyby ktoś wystosował na mój temat recenzję taką, jaką ja zamierzam zgotować Lenie Dunham?

Nie taka dziewczyna opowiada o doświadczeniach związanych z wchodzeniem w dorosłość: o zakochiwaniu się, nieudanych randkach, samotności, kilku dodatkowych kilogramach, udowadnianiu swojej wartości, szukaniu własnej drogi i prawdziwego uczucia, a przede wszystkim o tym, że trzeba mieć odwagę i wierzyć, iż właśnie twoja historia jest warta opowiedzenia.

Tako rzecze nieznany okładkowy publicysta z Czarnego, które podjęło się polskiego wydania Nie takiej dziewczyny. I dobrze rzecze, tylko ja, zamawiając książkę, chyba nie zrozumiałam jej tytułu. Bo to jest po prostu zbiór felietonów (notabene przypominających krótkie, zgrabne opowiadania utalentowanej licealistki), Co mam w torebce?, lecz głównie obrazki porozrzucane po książce autorstwa Joany Avillez, której prace podobno publikowano w „The New York Times”. Można? Można.
skierowany, zwyczajnie, do dziewczyn. A nie młodych kobiet, jak naiwnie mi się wydawało. Kilka lat temu podobne książeczki dołączało się do miesięcznika „Trzynastka”. Takie skojarzenie budują we mnie nie tylko rozdziały zatytułowane jak choćby

Przyznam więc szczerze: momentami nudziłam się w trakcie lektury i pragnęłam mieć już ją za sobą. Jakoś tak mi się smutno zrobiło, że felietony Leny nie porwały mnie od samego początku. Szczerze powiedziawszy, w ogóle mnie nie porwały, choć momentami były intrygujące. To nie język i nie temat poszczególnych tekstów sprawił, iż cieszę się, że przeczytałam Nie taką dziewczynę. Tylko uczucia, jakich doznawałam w trakcie lektury. Tak, jakby ktoś wreszcie mnie rozumiał. Nawet, jeśli nie całkowicie, a częściowo. Nawet, jeśli ta osoba żyje za oceanem i może nie być do końca pewna, czy Polska to ten maleńki kraj, który znajduje się między Niemcami a Francją, czy też może gdzieś pomiędzy Uralem a Kazachstanem. Nawet, jeśli jej rodzicami są wybitni nowojorscy artyści. Lena Dunham w trakcie lektury wydawała mi się osobą, która siedzi sobie obok mnie, ma takie same przetłuszczone włosy, krzywo wyskubane brwi oraz apetyt na czipsy z nutellą, i też często kłóci się z matką. I myśli w ten sam sposób, jak ja, i miewa takie problemy, jak ja kiedyś.

Opowiadałam sobie tę historię w różnych wersjach, bo w mojej pamięci tłucze się kilka je wariacji, choć przecież ogólnie wiadomo, że życie może się rozegrać raz i tylko w jeden sposób. Dzień później wszystkie szczegóły były wyraźne (na tyle, na ile mogły być po ciepłym piwie, prochach uspokajających i źle odmierzonej kokainie).

Im dalej brnęłam w kolejne rozdziały, tym bardziej mi się podobało. Niektóre fragmenty sprawiały, że chichotałam jak wiewiórka na haju, inne sprawiały, iż podczas jazdy pociągiem, musiałam odwrócić wzrok od tekstu i z zamyśleniem zerkałam w przewijające się za oknem krajobrazy. Na przykład pozornie infantylny kawałek o chomiku ze zrośniętymi tylnymi łapkami. I drugie dno, jakiego doszukałam się w tej historii. Polecam całą książkę Leny choćby i dla tego jednego fragmentu. Albo dla następnego.
Nie kocham już żadnego z moich byłych chłopaków. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek ich kochałam ani czy w tamtym czasie miałam tę pewność. Mama mówi, że to normalne, bo faceci są dumni z każdego ze swych podbojów, a kobiety wolałyby je wszystkie zapomnieć. Twierdzi, że to zasadnicza różnica między płciami, i nie mogę się z nią nie zgodzić. Przed całkowitą odrazą, przed pragnieniem seksualnego ekwiwalentu unieważnienia małżeństwa powstrzymuje mnie tylko myśl o tym, co dostałam od każdego z nich, czego wciąż się trzymam.
Nie da się Lenie odmówić mądrości życiowej stosownej do jej wieku, nawet, jeśli zaczerpnięta w dużej mierze została od matki. (W końcu korzystanie z doświadczeń swojej rodzicielki to naprawdę bardzo wyjątkowe, rezolutne postępowanie, choć zdecydowanie niedoceniane). Czytając takie fragmenty, nawet, jeśli wydawały się w pewnej mierze infantylne, nie mogłam się z Leną nie zgodzić i nie poczuć więzi. Nie tylko między autorką a czytelniczką, nie tylko między dwójką pisarek z dwóch różnych światów. Ale po prostu więzi dziewczyn, które troszeńkę już w życiu przeszły. Takie teksty skłoniły mnie do refleksji. Niezbyt głębokich, ale jednak istotnych. Wyjęłam szwy z rany, która pozostała mi po ostatnim chłopaku. Myślałam, że wszystko się już zagoiło, ale jednak nie. Zaczęłam grzebać w śmierdzącej kupie nieukierunkowanego żalu oraz obrzydzenia do samej siebie. I w całym tym szambie jednak znalazłam kilka lśniących fragmentów złota. Wreszcie nauczyłam się szacunku do siebie, to jedna z błyskotek. A jest ich o wiele więcej. Także w Nie takiej dziewczynie tkwi sporo pereł, ale trzeba je samemu sobie wydłubać. Hołd dla feminizmu to ta z pereł, którą najłatwiej wychwycić.
Uważam jednak bycie kobietą za wyjątkowy dar, uświęconą wręcz radość, pod wieloma względami sięgającą tak głęboko, że nie potrafię jej wyartykułować. To specjalny przywilej urodzić się w ciele, którego pragniesz, stanowić istotę swojej płci, nawet wiedząc, przeciwko czemu musisz stanąć. Nawet jeśli próbujesz ową płeć zdefiniować na nowo.
Większość z nas, widząc transseksualistę w czasie intensywnej kuracji hormonalnej (nie wiem, jak często Wam się to zdarza, mnie prawie codziennie), pomyśli sobie: ten to ma przejebane. Ale któż z nas pomyśli sobie: jasna cholera, jak to dobrze, że urodziłem się jako facet i nie muszę przyszywać sobie penisa? Która z nas zawoła w myślach: Boże, dziękuję Ci za to, że jestem kobietą, nawet z moimi huśtawkami nastrojów oraz wysoką częstotliwością zmieniania zdania w zależności od mocy bólów menstruacyjnych, bo w ten sposób jestem prawdziwą sobą? Książka Leny nauczyła mnie częściej dziękować za to, co otrzymałam przy urodzeniu lub nawet przed, a także za to, co sama osiągnęłam. To, że mam za co dziękować samej sobie, jest jedną z największych przyjemności, jakich kiedykolwiek uświadczyłam. Polecam.
Dobrze czyta się coś, co jest od początku do końca spójne. Wydaje mi się, że w tej książce młoda reżyserka pozostaje sobą i to jest naprawdę piękne. Wtedy, kiedy publikuje nigdy niewysłane e-maile, które są świetnym oczyszczeniem (chyba spróbuję pisać e-maile do ludzi, których nigdy nie wyślę, żeby nie było im przykro, lecz by mnie poprawił się humor), i wtedy, kiedy w tak wspaniały sposób zdaje relacje z obserwowania zachowań swoich bliskich. (A obserwatorką jest świetną, tak jak i chyba pisarką, bo opisy postaci wyszły jej tak zgrabnie i lekko, że chyba muszę się od niej sporo nauczyć). 
Trochę tylko zirytowało mnie to jej czysto amerykańskie podejście do strachu. Obie ze strachem walczymy, ale ja chyba w taki pierwotny, słowiańsko-twardzielski sposób. O swoich największych problemach nie mówię nikomu. Staram się zawsze samotnie odnaleźć rozwiązanie w kryzysie. I zawsze mi się udaje, nawet, gdy pozornie jestem spanikowana i nie wiem zupełnie, co robić. Lena zaś chyba nie umie żyć bez terapeuty. Czy Amerykanie naprawdę nie potrafią do końca samodzielnie myśleć? A może moje stanowisko jest surowe, bo Polacy nie są przygotowani na tak częste obcowanie z pomocą psychologiczną? Możliwe, że mówienie zaufanej osobie jest zdrowsze, niż tłamszenie w sobie wszelkich emocji. A terapeuta, któremu zapłacisz, na pewno jest o wiele bardziej zaufany niż osoba, z którą przyjaźnisz się od dwudziestu lat. Trudno w to uwierzyć, ale coś mi się wydaje, że mam rację, a przynajmniej sporą jej część. 
Teraz chciałabym nawiązać do opinii znawczyń z youtube’owego kanału Trochę Kurtury. Dlatego wskazane obejrzenie zamieszczonego poniżej materiału. A odbicie piłeczki za moment. 

Lena jest egotyczna. […] Wszędzie jedzie tylko na tym, co sama przeżyła – pada w nagraniu wypowiedź Elżbiety Zdanowskiej, czyli Zakurzonej. No i właśnie, no. O to chodzi. Lena też pisze o tym w książce. Artysta często spotyka się w swoim życiu z momentem, kiedy nie wie, czy wyzbyć się swego dotychczasowego życia i w całości poświęcić je sztuce, czy też z własnego życia sztukę uczynić. Zwolenników zarówno pierwszej, jak i drugiej opcji jest całkiem sporo. Dlaczego jednak nie można połączyć jednego z drugim? Może nie wszystkich będzie interesowało podążanie za takim nurtem, ale odbiorcy na pewno się znajdą. A zresztą przede wszystkim liczy się bycie w zgodzie z samym sobą.
Kolejną niezbyt powabną uwagą co do Nie takiej dziewczyny jest to, że ważkie tematy zostają zdawkowo przedstawione, a autorka umieszcza je pomiędzy zbyt lekkimi treściami. 

Ale czy przypadkiem nie jest tak, że te właśnie ważkie tematy nie zawsze zdają nam się poważne? Nawet, gdy dochodzi do przemocy czy zagrożenia życia? Czasem nie wiemy, jak bardzo otarliśmy się o śmierć, serio, zdarza się, że tylko o tym rozmyślamy, wspominając jakąś sytuację, ale nie przejmujemy się tym zbytnio. Traumatyczne chwile to przecież też życie, a ono bywa właśnie takie groteskowe, tragicznie absurdalne. 
W zasadzie tylko tyle uwag, bo przeważnie się zgadzam, ale nie mogłam sobie darować dołożenia trzech groszy. Podsumowując, niestety, skończywszy czytanie Nie takiej dziewczyny, nie umiem patrzeć na Lenę jak na dorosłą kobietę. Może nie o to chodzi? A może sama mam zbyt wygórowane mniemanie o sobie (na pewno) i własnej świeżo nabytej dojrzałości (czyżby?). Albo to w ogóle nieistotne.
Tak czy siak, polecam książkę Leny Dunham właśnie dziewczynom. Takim, które jeszcze nie zaczęły studiów, liceum, albo są w trakcie. Bo takim, które dopiero kończą podstawówkę, raczej odradzam. Za dużo fruwających kondomów oraz ospermionych zasłonek. 

6/10

Psycho-dropsy

Dzisiaj recenzja nie książki, nie filmu, nie moich przygód w trakcie ucieczki przed stadem gołębi, ani nawet nie Twoich perypetii w toalecie. Dziś recenzja gry, moje misiaczki, i to nie byle jakiej, tylko Psychodropsów

Nie rozumiem ludzi, którzy nie lubią grać. To nie jest jednoznaczne z tym, że ich nie lubię czy odsuwam się od nich jak od trędowatych, po prostu upodobanie to (lub właśnie jego brak) jest dla mnie wręcz niewiarygodne. Zalet gier jest niesamowicie dużo. Rozrywka, edukacja, kontakt z ludźmi, nabywanie umiejętności pracy zespołowej, a także to, co lubię najbardziej. Wygrywanie. (Tudzież przyjęcie porażki na klatę). Pytanie więc do Was. Czy lubicie grać i jakie są Wasze ulubione gry? Nie chodzi mi o komputerowe, telefoniczne czy te na Facebooku, ale stricte towarzyskie. A jeśli nie lubicie, to dlaczego? 

Zanim jednak odpowiecie na powyższe pytania, spróbujcie się przemęczyć i poczytać nieco o Psychodropsach. Być może wchodziliście na Fabrykę dygresji z poczuciem, że nienawidzicie grać i puścicie hejta na całą tę notkę od góry do dołu, lecz w miarę lektury zmienicie swoje nastawienie i sięgnięcie choćby po Psychodropsy?
Gra została stworzona przez abcportal, czyli dwóch panów, którzy pochodzą z Poznania i robią gruby hajs dzięki zabawie. (Zawsze uważałam, że jeśli Polak nie potrafi, to Poznaniak już na pewno, bo my, Wielkopolanie, naprawdę mamy łeb do biznesu). Mimo wszystko nie trzeba wydać 99 złotych, by zabawić się w tę szaloną grę, którą są Psychodropsy. Na stronie www.abcportal.eu/games/psycho-dropsy/ możesz odnaleźć wszystkie karty i po prostu je wydrukować na sztywnych kartkach. To tylko jedna z opcji. Jeśli mieszkasz w Poznaniu, zapraszam Cię do GOSU, czyli wypożyczalni gier, która mieści się przy ulicy Taczaka 14. Bardzo miła dziewczyna (czasem bardzo miły chłopak) doradzą Ci w wyborze przaśnej zabawy tak, by najbardziej odpowiadała Tobie i Twoim znajomym. Stawki za wypożyczenie są śmiesznie niskie, ale pamiętaj, by mieć około stówki na kaucję. 
Właśnie z tej trzeciej opcji skorzystałam w zeszły weekend. A kilka godzin później pękałam ze śmiechu, grając w Psychodropsy. Uwaga. To raczej nie jest gra dla osób poniżej 16 roku życia, ale… Któż Wam zabroni, młodzi przyjaciele? 

G

ra jest bardzo prosta. Losujemy czarną kartę z pytaniem. Potem każdy wybiera białą kartę z odpowiedzią, która pasuje do pytania. Wygrywa najzabawniejsza i najlepiej przeczytana odpowiedź.

Tak głosi strona internetowa i tak jest w rzeczywistości. Powiem Wam tyle: w trakcie gry można odnieść ciężkie obrażenia od śmiechu, a jeśli macie kłopoty z popuszczaniem – miejcie w pogotowiu pampersy. Jest zabawnie nawet bez alkoholu – choć z alkoholem, wiadomo, jeszcze zabawniej. Zabawne pytania na kartach oraz pokręcone odpowiedzi, które można ułożyć na przykład we frazę
„Co lepiej wygląda, niż pachnie? – Łechtaczka” to nie jedyny huncwocki akcent gry. Również komentarze uczestników potrafią w międzyczasie doprowadzać do skurczów brzucha. 
Emilka: Nie wiem, nie wiem na co się mam zdecydować, nekrofilia czy pedofilia… 

Boh: Tak, to zawsze są trudne wybory…

Nie wydaje mi się tylko, żeby to była gra dla wszystkich. Wiem, że mam dosyć specyficzny, czarny humor i raz na jakiś czas zdarza się, że kiedy pękam ze śmiechu, usłyszawszy żart, w którym pojawił się nie tylko Murzyn, ale i Żyd, moje zachowanie zostaje skwitowane uniesieniem brwi w kompletnej dezaprobacie. Śmieję się ze wszystkiego. Z głodu na świecie i z tego, że jestem gruba. Z głupoty innych i własnej, choć czasem to ostatnie przychodzi mi z wielkim trudem. Uważam, że śmiać się jest dobrze, a ze znajomymi – jeszcze lepiej, dlatego polecam Wam Psychodropsy, jeśli nie jesteście zbyt przykładnymi obywatelami o wysublimowanym poczuciu humoru. Najlepiej na początek imprezy albo pierwszą połowę jej trwania. 
Jedyną wadą Psychodropsów jest to, że kartek z różnymi wariantami odpowiedzi oraz samych pytań jest dosyć mało. Kiedy zasiedliśmy do gry nazajutrz, tak śmiesznie już nie było. Odpowiedzi się powtarzały, a salwy śmiechu nie wybuchały tak często. Na szczęście stwierdziliśmy, że w Psychodropsy można grać nawet bez kart. Wystarczy mieć wyobraźnię i kilka ciętych ripost na podorędziu. Ewentualnie być zacnym sowizdrzałem i gadać pierwsze, co ślina na język przyniesie. 

Pomysł gry tak czy siak jest świetny, więc przyznaję

 7,5/10. 

Piromani, cz. 2

Jakiś czas temu mogliście obserwować rozwój mojego projektu na platformie crowdfundingowej Polakpotrafi.pl, prawda? Pisałam o tym chociażby w TEJ notce. Ostatecznie nie udało mi się uzbierać pełnej kwoty, potrzebnej do wydania mojej debiutanckiej książki pt. Piromani. W trakcie kampanii jednak poznałam tylu wspaniałych ludzi i sporo się nauczyłam, dlatego nie żałuję. Tym bardziej, że Piromani i tak niebawem zostaną opublikowani. (Dalej pojawią się wulgaryzmy, bo mam flow, uprzedzam).
Wydawało mi się, że łatwo będzie uzbierać czternaście tysięcy złotych na portalu crowdfundingowym, bo przecież tak wiele osób zdeklarowało się do pomocy jeszcze przed wystartowaniem projektu. Niestety – jesteś mądry, licz na siebie. Nie mam jednak zamiaru wylewać z siebie żali, gdyż wcale ich do nikogo nie żywię. Byłam świadoma od samego początku, że jeśli zbiórka nie wypali, mam jeszcze kilka innych opcji, z których warto będzie skorzystać. Podczas kampanii te możliwości uległy rozmnożeniu. Wreszcie wybrałam jedną z nich. I teraz schody dopiero się zaczynają. O tym jednak może innym razem. Na razie trzeba podsumować crowdfunding, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość. Przy okazji może i Wy nauczycie się czegoś dzięki moim doświadczeniom.

Błędem było, że myślałam, iż sama ogarnę całą kampanię promocyjną. Oczywiście, miały mi pomagać pewne osoby, ale nie liczyłam na to, że naprawdę będą się mogły do czegoś przydać (milutko, wiem). Koniec końców, kiedy zrozumiałam, że bez nich nie dam sobie rady, nie było do kogo się zwrócić. (Może nawet mi się odechciało…). Brakło też wsparcia psychicznego, żywego zainteresowania jednej osoby, która trzymałaby rękę na pulsie w tej samej mierze, co i jak. Oczywiście tutaj bardzo dziękuję Jagódce za wszystkie nasze rozmowy i za to, że tak bardzo znosiła moje narzekania. Mimo wszystko albo zabrakło mi dobrej drużyny z kimś doświadczonym w tego typu akcjach, albo po prostu zaradnego faceta. (Jakiegokolwiek faceta? Nie, zdecydowanie to pierwsze).
Zabrakło także systematyki. W międzyczasie pracowałam w dwóch miejscach naraz. Zamiast sprawdzać skrzynkę mejlową codziennie, robiłam to co weekend i wtedy też udzielałam się w ramach zbiórki. Niestety, to było za rzadko. Jeżeli chce się coś wskórać, trzeba pracować nad tym codziennie. Lub prawie codziennie.
Nie potrafiłam też obchodzić się z mediami. Nie miałam praktycznie żadnego wejścia. Okazuje się, że wysłanie jednego mejla nie załatwi sprawy. Czasem musisz zmienić się w spamera, żeby coś wskórać. Na szczęście mój projekt był chyba całkiem niezły, bo nie musiałam ponawiać moich wiadomości. Media odezwały się na koniec akcji, z czego bardzo się cieszę.
Dzięki znajomościom naprawdę można wiele wskórać. Polacy bardzo często negatywnie wypowiadają się na temat rozmaitych koneksji. „On tam pracuje, bo jego stary tam pracuje” – takie stwierdzenia często trącą rozgoryczeniem. Ale jeżeli możemy coś ugrać dla naszych znajomych, a już na pewno bliskich, to dlaczego niby nie mamy tego zrobić? W Wielkiej Brytanii na przykład dawno już wiadomo, że podróż po rynku pracy albo realizację jakiegokolwiek przedsięwzięcia trzeba zaczynać od zbudowania siatki kontaktów. Nie ma innej opcji. My, zamiast negować czyjeś układy (zobaczcie, układy to normalne słowo, nienacechowane pejoratywnie, ale czy nie ma ono obecnie negatywnego wydźwięku…?), powinniśmy otworzyć się na innych ludzi i być gotowi nieść im pomoc, bo kiedyś i my tej pomocy będziemy potrzebować. Zaraz ktoś zawoła: to nie działa, ludzie są niewdzięczne świnie, i tak dalej, i tym podobne… Nie patrzę na świat przez różowe okulary. Dobrze wiem, że ludzie potrafią być tępymi szmatami tudzież pozbawionymi serca sukinsynami. Jestem jednak przekonana, że to mniejszość, bo jeśli my jesteśmy dobrzy dla innych, zła karma nam nie grozi.
I w ten sposób, podczas gotowania obiadu w akademickiej kuchni, przypadkowo spotkana znajoma poleciła mnie swojej starej przyjaciółce, a ja kilka tygodni później wstałam o piątej rano i gnałam na dworzec, by wsiąść do Polskiego Busa i ruszyć do Warszawy po raz pierwszy w życiu. Ania Łyszczek z radia Bemowo FM powitała mnie w studio i efekt naszej rozmowy możecie przesłuchać poniżej.

Byłam też gościem poznańskiej telewizji WTK, dzięki zaproszeniu Weroniki Szymańskiej do prowadzonego przez nią programu. To również było świetne doświadczenie, bo nigdy wcześniej nie znajdowałam się pod ostrzałem kamer. Muszę przyznać, że choć bardzo nie chciało mi się docierać prawie na sam skraj Poznania, ze studia wyszłam całkowicie kontent, a doświadczenie bardzo przypadło mi do gustu i nie będę miała nic przeciwko, żeby kiedyś je powtórzyć. KLIK!

Poza tym w rozpromowaniu akcji pomogło mi kilku blogerów książkowych:

(i mogłam zagościć na tablicy facebookowej Andrzeja Tucholskiego). Jeśli kogoś pominęłam, bardzo przepraszam, dajcie znać, bardzo trudno mi się przekopać przez wszystkie wiadomości w skrzynce mejlowej dotyczące promocji Piromanów). 

Fajnie bawiłam się również z Mefedronem. Co prawda żeby ziścić wspólne plany było troszkę czas mało czasu, ale koncert w Good Time Radio Cafe & Lunch wspominam bardzo miło i dziękuję zarówno Wam, jak i reszcie gości za zainteresowanie powieścią. 
W działania promocyjne były zaangażowane również inne osoby i firmy, na przykład AK Print, portal Sztukater.pl, Radio Merkury… Dziękuję Wam wszystkim za dobrą wolę oraz wsparcie. 
Jeszcze wtrakcie trwania projektu crowdfundingowego, stary przyjaciel poradził mi, żebym skasowała projekt, bo po prostu wstyd, że tak mało pieniędzy zostało zebranych. Hell no. miałam się wstydzić tego, że podjęłam staranie o wydanie mojej książki i wykonałam do tego pierwszy krok? No fuckin’ way, bro. Nie wstydzę się nawet tego, że nie zebrałam choćby połowy z puli pieniężnej, jaką wyznaczyłam, bo jeśli robisz coś tylko dla pieniędzy, to jest to czas stracony. Przygoda z Polakpotrafi.pl nauczyła mnie, że w kwestii organizacji oraz zarządzania zespołem jeszcze wiele przede mną, a poza tym potwierdziła, iż nie jestem niestety samowystarczalna. Nie wstydzę się tego w ogóle, tylko dziękuję za taką możliwość twórcom platformy i wszystkim pracownikom, a zwłaszcza Michałowi Połetkowi za cierpliwość. 😉 
Jeśli na naszej drodze rozwoju pojawia się doświadczenie, którego koniec nie spełnił naszych oczekiwań, a my w efekcie czujemy tylko i wyłącznie wstyd, to znaczy, że nie wyciągnęliśmy z tego wniosków i w przyszłości również czeka nas porażka. 
Tak więc nie zamierzam przeprosić się z depresyjnym kocykiem lub też wystrzelić się w kosmos i zniknąć gdzieś za Plutonem. Sześćdziesiąt dni akcji dało mi dużo ogłady i dzięki nim nabrałam rozpędu oraz większej chęci do podejmowania kolejnych działań promocyjnych. A będą one potrzebne, ponieważ Piromani ukażą się niebawem nakładem Wydawnictwa Sorus.
Niebawem, czyli w przeciągu roku, tak?
Cóż, bardziej miesiąca. Książka została już przepięknie złożona przez Marcina Dolatę. Teraz kolejne etapy prepress. Więcej informacji już niebawem. Tymczasem lajkujcie profil facebookowy Piromanów, by być na bieżąco! 

Shameless US

Chcę Wam przedstawić serial, którym można się zakrztusić z trzech powodów: czasem z obrzydzenia, często ze śmiechu, a także z szoku, w jaki można wpaść, podążając za pokręconymi losami bohaterów. Mowa o amerykańskiej wersji Shameless, czyli Niepokornych, jeśli mam być wierna polskiemu tłumaczeniu tytułu (ale nie będę).

Aktualnie mamy do czynienia z piątym już sezonem serialu stworzonego przez Paula Abotta. Odcinki opowiadają o losach patologicznej rodziny Gallagherów opuszczonej przez matkę. Najstarsza z szóstki rodzeństwa, Fiona (przepiękna Emmy Rossum), stara się ze wszystkich sił, by wychować czwórkę braci i siostrę. Sama jest jednak młodą dziewczyną, która dopiero wkracza w dorosłość. Nie ma szansy na wykształcenie. Chwyta się każdej pracy, jakiej może, by spłacić rachunki, a ogromny stres odgreagowuje na imprezach ze swoją sąsiadką i przyjaciółką, Vi, która żyje z kolei z bycia pielęgniarką oraz występowania w amatorskich filmach porno wraz ze swoim mężem, Kevem. Kiedy Fiona na jednej z imprez poznaje Steve’a, który sprawia pozory mężczyzny żyjacego w wyższej klasie społecznej, jej szalone kłopoty dopiero się zaczynają.

Kolejnym z rodzeństwa jest Lip (Jeremy Allen White), niesamowicie uzdolniony pod kątem przedmiotów ścisłych uczeń szkoły średniej. W przerwie między siódmym a siedemnastym wypalonym papierosem dorabia, udzielając korepetycji. Pewnego dnia pomaga w nauce Karen, która okazuje się być nimfomanką, co w zasadzie odziedziczyła po matce, Sheili, cierpiącej również na chorobliwy strach przed brudem oraz wychodzeniem z domu. Kiedy Lip na korepetycje przyprowadza swojego nieco młodszego od siebie brata, a ten nie ulega ani urokowi, ani zabiegom Karen, Lip uświadamia sobie, że Ian (Cameron Monaghan) jest gejem. Wszystko to odbywa się w połączonej z kuchnią jadalni, a konkretnie pod stołem. Gdy Sehila krząta się przy garnkach, Karen majstruje przy spodniach Iana, a wtedy do akcji wkracza pan domu, zbierający klauny policjant, który nie znosi wszystkiego, co wiąże się z seksem. Następnie dochodzi do prześmiesznej sytuacji. Możecie sobie albo wyobrazić, albo obejrzeć. Próbka w zwiastunie poniżej.
Sporo młodsza od chłopaków jest Debbs. Dziesięciolatka jest istnym aniołkiem, który nigdy nie przeklina i żyje w zgodzie z naukami Kościoła. Opiekuje się też często najmłodszym z rodzeństwa, Liamem, budzącym wiele zdziwienia wśród obcych. (Liam jest czarnoskóry, podczas gdy reszta Gallagherów jest biała). Debbs jako jedyna wierzy jeszcze, że ich ojciec, skończony pijak i egocentryk, przejmuje się losami rodziny. Kiedy policja przywozi go nieprzytomnego do domu i rzuca na dywan w salonie, dziewczynka zawsze wsadza ojcu poduszkę pod głowę. Jest też Carl, który niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Jest młodym piromanem i wandalem, a przy okazji mimo bardzo młodego wieku (jest rok młodszy od Debbs) zaczyna już iść w wyżarte przez spirytus ślady Franka.
Sam ojciec zaś, Frank (William H. Macy), z powodu swojego nałogu i długów, nie tylko sam wpada w tarapaty, ale i wciąga w nie swoją rodzinę. Jednocześnie jest taką postacią, którą się nienawidzi, chce się wręcz zabić za to, co robi ze swoimi dziećmi, ale w jakiś sposób… trzeba go lubić. Za te jego kwieciste wypowiedzi, dar omamiania innych ludzi i niesamowicie rozwinięty instynkt samozachowawczy. Od Franka można się wbrew pozorom wiele nauczyć.
"She's a hood girl.  She says fuck you when she really means I love you."Shameless. Fantastic show.
Niesamowite imprezy Gallagherów przerywają takie momenty jak przekopywanie ogródka w poszukiwaniu zwłok właścicielki domu czy przypalanie kotów. Oprócz jednak scen, przy których można wyć ze śmiechu, są i chwile niesamowicie wzruszające, a nawet wypełnione piękną miłością (Fiona i Steve, och, Steve…), tudzież wulgarnym seksem. Nawet wątek gejowski został bardzo porządnie zrealizowany.
Tak więc do wyboru, do koloru, absurd, groteska, często kryminał. Myślę, że Shameless można znienawidzić, ale i pokochać, tak jak to się stało w moim przypadku. Nie można go jednak nie doceniać. Oprócz świetnie wykreowanych postaci wraz z doborową grą aktorską, na uwagę zasługują brawurowe dialogi (ze sporą porcją niecenzuralnego słownictwa) oraz świetne zdjęcia. Nic dziwnego, że Shameless otrzymało tyle wyróżnień i zresza na całym świecie miliony widzów. 
Dla Shameless US tłuste
10/10.
To co, oglądacie?

Jack London, „Martin Eden”

Od kiedy tylko sięgam pamięcią, Martin Eden stał sobie u nas spokojnie na jednej z półek. Za każdym razem, gdy na nią spoglądałam, mój tato mówił, że to najlepsza książka na świecie i powinnam przeczytać. Wreszcie dorosłam do lektury. Po przeczytaniu stwierdzam, że Martin Eden jest po prostu mistrzowski. 
Jeśli ktoś nie wie, kim jest Jack London, powinien się wstydzić i natychmiast zgooglować tego wybitnego amerykańskiego twórcę. W swoim dorobku literackim ma takie słynne tytuły jak np. Biały Kieł czy Zew krwi. London tworzył w pierwszej połowie ubiegłego wieku, więc język, w którym pisał, może nie przypaść wszystkim do gustu. Jest szlachetny, a jednocześnie pełnokrwisty. W piękny i chyba już dawno zapomniany sposób opiewa prawdziwą istotę rzeczy. Ale zdolności estetyczne Jacka Londona nie są jedyną zaletą jego twórczości, zwłaszcza, jeśli chodzi o Martina Edena.
Tytułowy bohater jest dwudziestoletnim marynarzem. Zarabia na życie w trakcie rejsów po całym świecie, zaś kiedy schodzi na ląd, mieszka w rodzinnym Oakland, wynajmując pokój u swojego szwagra. Pewnego razu podczas wizyty w mieście, Martin ratuje przed złodziejami chłopaka z bogatego domu. Ten zaprasza marynarza na obiad, gdzie główny bohater poznaje przepiękną Ruth Morse i od razu się w niej zakochuje. 

Ponieważ Ruth pochodzi z wyższych sfer i jest w trakcie studiów humanistycznych, a Martin ma podstawowe braki w wykształceniu, postanawia uzupełnić swoją wiedzę, by podbić serce ukochanej. Dzięki lekurze książek z biblioteki nabiera ogłady w sferze towarzyskiej. Uczy się, jak odzywać się do młodych dam, a także pochłania dzieła filozoficzne, biologiczne i w ogóle z wszelakich dziedzin naukowych. Od czasu do czasu ujawnia się jeszcze wybuchowy temperament chłopaka, lecz dla Ruth Martin jest w stanie nosić uwierające kołnierzyki, rzucić palenie oraz zyskać sławę. No właśnie. Podczas jednego z kolejnych rejsów Martin zaczyna rozumieć, co jest jego prawdziwym powołaniem. To jeden z najpiękniejszych fragmentów, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia, więc z radością podzielę się nim z Wami. 
Niewysłowione piękno świata upajało go aż do granic męki; żałował, że Ruth nie może dzielić z nim tych wrażeń. Postanowił, że odtworzy dla niej na piśmie wiele z uroku południowych mórz. Na tę myśl zapłonął w nim jasno duch twórczy, każąc mu widziane piękno przekazać nie tylko ukochanej, ale i szerszemu gronu czytelnbików. Wtedy to w blasku i chwale zrodziła się w nim wielka myśl: będzie pisał! Stanie się jedną ze źrenic, przez które świat widzi, jednym z uszu, przez które słyszy, jednym z serc, którymi czuje. 
Na początku XX wieku fach pisarski był równie ciężki, jak obecnie. Początkowo nie sposób było się z niego utrzymać, ale Martin Eden postanowił się nie poddawać. Czy udało mu się zostać wielkim pisarzem i zdobyć ukochaną kobietę? Przekonajcie się sami, sięgając po książkę Jacka Londona, w której autor zawarł wiele elementów autobiograficznych. Sam w końcu również zajmował się pływaniem na statkach i zwiedził wiele intrygujących zakątków świata. Później stał się farmerem, zdarzyło mu się również piractwo i kłusownictwo oraz podejmowanie różnych innych, czasem dziwnych zajęć. Nie dość, że był wobec tego bardzo zaradnym facetem, niewątpliwie inteligentnym, o ogromnej wiedzy, a także zdolnym, to jeszcze cieszył się ogromnym zainteresowaniem kobiet, bo wyglądał tak, jak powyżej. 
Jeśli nie chcecie poznać pewnych szczegółów z książki, które niektórzy określają mianem spoilerów, lecz tak naprawdę postaram się nie wyjawić za wiele z fabuły, nie czytajcie dalej. To czas zamknąć Fabrykę dygresji lub ewentualnie przenieść się do innego postu. Ale jeśli nie potraficie okiełznać swojej ciekawości, zapraszam dalej. 
London sporo pisze o miłości. Zauważa, jak łatwo zakochać się we własnym wyobrażeniu o jakiejś osobie, a nie w prawdziwym człowieku. Ujawnia prawdy na temat ciężkiego rzemiosła, jakim jest zawodowe pisarstwo. Składa hołd nie tylko wiedzy akademickiej, ale przede wszystkim życiowym doświadczeniom i dobroci serca. Pokazuje, że wykształcona burżuazja zdecydowanie nie jest solą ziemi oraz co można osiągnąć, kierując się niezachwianą wiarą we własne siły. Pisze nie tylko pięknie, ale i mądrze. Z lektury można nawet wyciągnąć wskazówki na pewny sukces. 
1. Rób to, co kochasz, i rób to całym sobą. 
2. Ucz się nieustannie.
3. Szlifuj swoje rzemiosło.
4. Bądź wierny swoim przekonaniom, lecz licz się z tym, że możesz tkwić w błędzie.
5. Okazane dobro przekazuj dalej. 
W Martinie Edenie sporo jest pięknych i wzruszających, lecz pozbawionych zbędnego patosu scen. Tą, która dosłownie wycisnęła mi łzy z oczu, był moment, kiedy przyjaciółka głównego bohatera otrzymaną od niego książkę kładzie w najważniejszym miejscu domu, tuż przy Biblii. A sama końcówka, choć była jedynym, co mi się w całej książce nie spodobało (wraz z okropną postacią Ruth tak naprawdę), i tak powala. 
W skrócie: wstyd nie znać.

9/10