Kupa zła vol. 2

Próbując przeskoczyć nad fragmentem zasranego przez skrzydlate szczury chodnika, najpierw trafia mnie ptasi pocisk z góry, a zaraz potem szlag. Syf rozbryzgał mi się na płaszczu, który wciąż muszę nosić, bo kwitnące na parapetach żonkile, rosnące w ogrodach stokrotki i żołcąca się forsycja to nie znastuny wiosny, tylko wredoty natury, która z powodu swej przewrotności po prostu musi być kobietą i nie ma innego wyjścia, bo wszędzie, jasna cholera, leży teraz śnieg. 
Pewnie zawsze tak jest. Chcesz zrobić coś wzniosłego, a życie natychmiast sprowadza cię do parteru. Trochę to jak walka z przeznaczeniem. Próbujesz uniknąć katastrofy, ale przed losem nie uciekniesz, więc jeżeli nawet udało Ci się wspiąć na Czomolungmę i nie odmrozić sobie przy okazji nosa, to możesz poślizgnąć się na skórce od banana, idąc po prostym chodniku, wypaść na ulicę i zostać przejechanym walcem-wyrównalcem. 

Na szczęście to tylko gówno. Pękamy z Jagodą ze śmiechu, kiedy wbiegamy do tramwaju. 
Jako mała dziewczynka, kiedy mieszkałam jeszcze z rodzicami w grubo ponad stuletnim budynku, który służył niegdyś jako zajazd i karczma, bardzo się bałam. Pod moim oknem późno wieczorem często przechodzili pijaczkowie. Szli do baru albo z baru, ale zachowywali się głośno i potem śniło mi się, że ktoś chce mnie uprowadzić, i ciągnie za nogi w stronę tego okna, a ja nie chciałam im dać satysfakcji, bo, kurwa mać, miałam cztery lata. Byłam świadoma mojego wieku i wiedziałam, że to za wcześnie, by być uprowadzoną, tudzież totalnie zamordowaną. Znałam literki alfabetu, ale nie umiałam jeszcze czytać. Nie skorzystaliśmy jeszcze z rodzicami z zaproszenia do Niemiec od cioci Gerti i wujka Ralpha. Kiedy umrę, wszyscy będą pamiętali tylko, że byłam córką Mirki i Marka, no i że miałam ładne włosy. Ale to nie moja zasługa, że miałam fajnych rodziców i niezłe loki. Sama jeszcze nic nie osiągnęłam, więc nie mogłam jeszcze umierać.
Takie oto myśli miałam jako czteroletnie dziecko. Podobne myśli mam teraz. Jeszcze nic w życiu nie osiągnęłam, nie mogę umrzeć. To o wiele lepsze od myślenia: już nic w życiu nie osiągnę, więc pora umrzeć – ale i tak dosyć paranoiczne, gdy powtarzasz to po dziesięć, po sto razy przed zaśnięciem. 

Dobrze, że nie oberwałam gównem w twarz. 
Te i inne przemyślenia zabieram z Jagodą do akademikowej kuchni, gdzie robię słynną w tych rejonach carbonarę. Pojawia się Janeczek i zwierzam mu się z przygód, które zaserwowały mi niesforne gołębie śmieszki-orzeszki. Janeczek mówi, że statystycznie chyba jestem całkiem wyjątkowa, bo przecież zawsze przelatuje nad nami tyle gołębi, i do tej pory jego nigdy nie trafiły, a mnie chyba też pierwszy, najdalej drugi raz w życiu. 

Jestem bardzo wyjątkowa, nie tylko statystycznie, bo następnego dnia w księgarni Jagoda mówi do mnie kategorycznie, jakby musztrowała pięć oddziałów esesmanów:
 Zdejmij. Plecak. 
Zdejmuję więc posłusznie jej plecak (jestem bardzo podatna na sugestie), który naturalnie jest cały uwalony ptasim gównem. Coś mi chyba nawet skapnęło na rękaw.

Bardzo chce mi się palić, kiedy stoję na przystanku. Obładowana jestem przesyłkami, które muszę dostarczyć do urzędu pocztowego. Tramwaj przyjedzie za cztery minuty, naprzeciwko mnie żabka. Dźwigam te wszystkie toboły przez ulicę i mówię ekspedientce, że chcę elemy mentolowe linki ciemne. I kobieta mi podaje, płacę, wychodzę ze sklepu, tramwaj odjeżdża mi sprzed nosa, zresztą jak zwykle. Myślę sobie, że chociaż zapalić się uda w oczekiwaniu na następny, ale nie mam zapalniczki. Jestem w ściekła, więc nie wchodzę do tego samego sklepu, tylko przemieszczam się w poszukiwniu następnego. Ręce zaraz mi odpadną. Wspominałam wcześniej, że niosę przesyłki, ale nie zaznaczyłam, że w tych przesyłkach są książki, i to większość w twardej oprawie. 
Okej, znalazłam małpkę, kolejka długa, ustawiam się pokornie, czekam. 
Jestem wyjątkowa, powtarzam sobie co chwila w myślach, i zastanawiam się, czy stojący przede mną wąsacz po pięćdziesiątce też jest wyjątkowy, i czy to właśnie z tego powodu tak bardzo bije od niego wódą. Kiedy bardziej wali od człowieka alkoholem? Kiedy jest wyjątkowy czy właśnie nie bardzo? 
To jak, wszyscy jesteśmy wyjątkowi, a tak naprawdę to nikt, zgadza się? 
Wilda, Wilda. Ezoteryczny Poznań, na Wildzie mieszka szatan, śpiewa w mojej głowie Grabaż, a eskedientka sprzedaje wąsaczowi ćwiartkę i hot-doga z sosem tysiąca wysp. Idealny zestaw na spacer wężykiem do domu, gdzie żona znowu płacze, tuląc do siebie rozłożonego na jej kolanach syna.
Zaraz, to nie scena z polskiego domu, to chyba Pieta watykańska Michała Anioła. 

Przed podejściem do lady myślę sobie, że może niepotrzebna mi ta zapalniczka? Papierosy mam, mogę zapalić w każdej chwili, ale może powinnam sobie dać spokój na razie? 
 Co podać?  pyta kobieta. Ma wytatuowane dwie kreski nad oczyma zamiast brwi, sztuczne rzęsy i krzywo umalowane usta. Zęby zresztą też. 
… na Wildzie mieszka szatan…
 Elemy mentolowe linki ciemne  mówię z automatu, ekspedientka obraca się, żeby znaleźć właściwe ćmiki, a ja ze strachu zasłaniam sobie dłonią usta.  I zapalniczkę…  dodaję drżącym głosem, kiedy już rozumiem, że jestem taka nieśmiała, iż nie wytłumaczę się z zaistniałej sytuacji, bo będzie to oznaczać o wiele słabszy utarg dla tej biednej, zmasakrowanej przez szminkę i los niewiasty… 
– Są tylko zapałeczki.
 To poproszę!  wołam z nadmiernym entuzjazmem. 
Kiedy jakimś cudem wreszcie dostaję się w okolice poczty i widzę stado ptaków przetaczające się wraz ze śnieżnymi chmurami po ciemniejącym niebie, chowam się pod najbliższy daszek. Nie chcę być wyjątkowa. I nawet, jeśli to kłamstwo, to po prostu nie chcę być znowu obesrana. 

5 myśli na temat “Kupa zła vol. 2

  1. Jak się pali to przed człowiekiem otwiera się całe morze nie znanych do tej pory problemów. Tak jak morze powinno się zamknąć z kolei nad wszystkimi dokarmiającymi owe latające szczury w Poznaniu, Krakowie i wszędzie indziej. Wyjątkowość potrafi być uciążliwa.

  2. O cholera, Emila, ten tekst jest przesmaczny. Uwielbiam tą taką, kurdę, jakby to nazwac… polifonię! (niech będzie, że polifonia, okej) jaką tu prowadzisz. Podtekst i dwuznaczność zdań… I przepiękne i dobitne zakończenie zamykające gówniany wątek. Naprawdę kawałek świetnego tekstu. Zabawny, inteligentny i sprytanie napisany. W sam raz na gówniany dzień, żeby poprawić sobie humor.

    Pozdrawiam gorąco!
    xx

  3. Już miałem napisać coś w stylu, że nowe możliwości też mogą być uciążliwe i że generalnie wyjątkowość to wysiłek. I tak sobie nagle pomyślałem, że "ludziom wyjątkowym" to chyba w miarę naturalnie przychodzi, a tylko ci, co się silą, pozują i zachowują nienaturalnie postrzegają wyjątkowość/oryginalność jako wysiłek? Nie wiem sam… ^^'

Dodaj komentarz