Jak spełnić marzenia i wydać książkę?

Nie masz zielonego pojęcia, jak wiele razy ostatnio usłyszałam, że ktoś kiedyś chciał spełnić marzenia i wydać książkę, ale koniec końców tego nie zrobił. Marzenie utonęło gdzieś pomiędzy stertami rachunków do zapłacenia a stosami ciuchów do wrzucenia do pralki, czyli w toniach szarej codzienności. Kto inny mówił, że chciał spełnić marzenia i pojechać do Indii, ale teraz to już nie, bo przecież dom, żona, dziecko, pies… Żeby wydać książkę nie trzeba wcale ruszać tyłka z kraju, więc dlaczego rezygnujesz ze swoich marzeń? 

Odpowiedzi może być kilka.

1. Uważasz, że nie jesteś wystarczająco dobry w pisaniu. 
Jesteś oczytanym człowiekiem. W szkole poznałeś trzech wieszczów narodowych i Sienkiewicza. Teraz wpada Ci w ręce Twardoch albo Tokarczuk, więc płaczesz nad ich świetnym stylem, przerażającą wiedzą o świecie i błyskotliwie ujętymi myślami. Płaczesz, bo wydaje Ci się, że Ty tak nie potrafisz.
Przede wszystkim: czy w ogóle spróbowałeś? Czy podjąłeś ten trud, by wystukać kilka stron w edytorze tekstu i zanieść to komuś do w miarę rzetelnej oceny? (Najlepiej trzem osobom, żeby wypośrodkować to, co będą miały do powiedzenia). Konieczne są te dwa elementy. Napisz coś i poddaj się czyjejś opinii. W przeciwnym razie Twoje gdybania nie mają racji bytu. 
A jeśli faktycznie nie jesteś zbyt dobry?
Według mnie istnieją dwa rodzaje pisarzy. Artyści i rzemieślnicy. Artysta nie musi się uczyć, on po prostu wie, jak pisać, więc robi to i wychodzi mu bardzo dobrze. Rzemieślnik natomiast spędza mnóstwo czasu, by doskonalić się w swoim fachu. Czyta dużo innych książek, nawet poradników o pisaniu oraz blogów ze wskazówkami. To, co pisze, i tak sprzeda się na całym świecie. Serio, pisarstwa można się nauczyć. Choćby drogą prób i błędów. 
2. Napisałeś, wysłałeś do wydawnictwa i… nic.
Nie wiem, czy masz świadomość, jak wygląda selekcja nadesłanych tekstów w wydawnictwach. Sposób wyboru utworów do publikacji różni się w zależności, czy to duże wydawnictwo, czy małe. Oczywiście wszyscy utrzymują, że czytają całe maszynopisy, bo inaczej sumienie nie dałoby im spokoju, przecież to ich obowiązek… I nieprawda. 
Do dużego wydawnictwa spada kilkadziesiąt obszernych tekstów dziennie. Selekcją zajmuje się jedna, rzadko kiedy dwie osoby (o trzech nie słyszałam). Człowiek nie jest w stanie czytać trzydziestu książek dziennie, tym bardziej, że niektóre są naprawdę wątpliwej jakości. Dlatego niektóre e-maile pozostają kliknięte, lecz nieodczytane. Wtedy nie jest dziwnym, że autor nie otrzymał odpowiedzi. Dzieje się tak dosyć rzadko. Najczęściej redaktor w wydawnictwie czyta pierwszą stronę, dziewięćdziesiątą dziewiątą (chyba, że utwór nie ma tylu, wtedy jakąś przypadkową ze środka) i ostatnią. Jeśli przeczytane strony nie chwycą go za serce, nie ma mowy o publikacji książki. Swoim pisaniem musisz zmusić czytelnika, żeby sięgnął po jeszcze! 
Dlatego jeśli nie otrzymałeś odpowiedzi, spróbuj przeanalizować swój tekst, poprawić, co się da oraz spróbować na nowo. Poza tym jedno wydawnictwo to za mało. W Polsce działa dwa tysiące wydawnictw. Jest z czego wybierać i gdzie wysyłać swoje teksty.
3. Tekst jest naprawdę zły.
A i takie się zdarzają, przecież nie wszyscy rodzimy się wirtuozami pióra. Musisz się zdecydować, co chcesz robić w życiu. A jeśli pomyślisz, że możesz nie być pisarzem, a wówczas Twoja dusza drży, na czoło wstępuje perlisty pot i serce kołacze nad wyraz niebezpiecznie, musisz pracować. Ciężko. Bycie pisarzem to nie jest kaszka z mleczkiem. To harówa dzień i noc, nawet, jeśli kochasz pisać. A przede wszystkim to bardzo samotna ścieżka, i niekoniecznie dochodowa, więc najpierw się porządnie zastanów. A później działaj. 
4. Nie masz pieniędzy.
Jeśli jakieś wydawnictwo odpisze Ci, że chętnie wydadzą Twoją książkę, ale w opcji ze współfinansowaniem lub kiedy Ty pokrywasz całą pulę kosztów, nie odpuszczaj. Próbuj dalej, ale pamiętaj o tej ofercie i jeśli nie znajdziesz nikogo innego, skorzystaj z niej. Przecież chcesz wydać tę książkę, tak? Po pierwsze, targuj się z wydawnictwem. Delikatnie, ale walcz o swoje, na pewno uda Ci się coś ugrać. Po drugie, poznaj konkretne koszty i co one zawierają. Dowiedz się, ile egzemplarzy będziesz musiał sprzedać, żeby zwróciły Ci się wpakowane w publikację utworu pieniądze. Jeżeli nakład proponowany przez wydawnictwo będzie wynosił trzysta, a Ty będziesz musiał sprzedać trzysta dwie, już wiesz, że Ci się to zupełnie nie kalkuluje i coś jest nie tak.
Istotna jest też kwestia marketingu. Dokładnie zapoznaj się z umową. Jeśli wydawca w klarowny sposób nie zapewni nawiązania kontaktu z mediami, sprzedaż książki będzie utrudniona. No bo jak człowiek ma kupić książkę, skoro nie wie o jej istnieniu? To jednak kolejny argument, by poprosić o obniżenie kosztów lub wyższe tantiemy, a w zamian za to samemu zająć się sprzedażą. 
Według mnie najlepiej jest sfinansować całość wydania z własnej kieszeni. Wtedy sam decydujesz i o okładce, i o papierze, na jakim zostanie wydrukowany tekst, możesz zgłosić swoje wszelkie zastrzeżenia choćby co do korekty… No i w zasadzie cały nakład jest Twój i możesz później go rozprowadzać, jak chcesz, w zależności od tego, co uzgodnisz z wydawcą. 
Przede wszystkim potraktuj publikację książki jako inwestycję, nie wydatek. Rozejrzyj się. Ludzie nie tylko czytają, ale i kupują! Cała blogosfera chwali się swoim wysokim poziomem rozwoju intelektualnego, a wielka część trąbi o tym, jak gigantyczne mają w swoich domach biblioteczki. Jeżeli odpowiednio nagłośnisz sprawę, a książka nie będzie tragiczna, ludzie ją kupią. Nie tylko odzyskasz swoje pieniądze, ale i zarobisz.
Dobrze, wiem, wiem. Nie masz tych trzech tysięcy złotych. Albo i sześciu. 
Jako mała tłuściutka gąsienica marketingowa (na razie marzę o zawinięciu się w kokon, ale potem liczę na to, że stanę się pięknym motylem, który pozna wszystkie dźwignie tego biznesu i będzie mógł nimi poruszać w każdej chwili do osięgnięcia rozlicznych korzyści), wiem, jak można zdobyć te pieniądze.
Crowdfunding – cóż, mi nie wyszło. Dlaczego, o tym w zbliżającym się poście. Jeśli chcesz, żeby Tobie się udało, musisz mieć agresywną kampanię medialną, sztab pomocników oraz świetny, przemyślany projekt. Wielu osobom się udało zebrać pieniądze dzięki życzliwemu społeczeństwu. Ty też możesz osiągnąć sukces. To oczywiście jest związane z wielką harówą, ale i satysfakcją, radością, robieniem nowych rzeczy, poznawaniem nowych ludzi. Cudowne doświadczenie, gorąco polecam.
Praca – polecam równie gorąco. Nie narzekaj bez przerwy, że nie masz pieniędzy. Wykorzystaj wakacje i idź do pracy. Jeśli mieszkasz z rodzicami, odłóż trochę grosza na publikację swojej książki zamiast wydawać wszystko na imprezy. To bardzo rozsądne. A jeśli rodzice zobaczą, że jesteś taki dojrzały, mogą się dorzucić. Zresztą, niedługo być może są Twoje urodziny. Powiedz w rodzinie, że chcesz wydać książkę, ale na to potrzebne są pieniądze. Zrezygnuj z tortu, biby na dwadzieścia osób w restauracji, względnie ze wszystkiego, co możesz, w imię wyższego celu. 
Sponsorzy – nie, nie masz się puszczać. Masz w jak najbardziej przekonujący sposób przedstawić swoją książkę różnym firmom i wyliczyć, co zyskają, kiedy zgodzą się pomóc ją opublikować. Logotyp na tylnej okładce to świetny sposób promocji. Lokowanie produktu w tekście? Znajdź kilka firm i sprawdź, czy pomagały już w jakichś kulturalnych inicjatywach. Jeśli tak – startuj. Pisz, dzwoń, dobijaj się. Nie ma lekko, ale to również sprawdzony sposób na pozyskiwanie pieniędzy. Pamiętaj tylko – nic za darmo. Być może w trakcie współpracy z firmą będziesz musiał pójść na pewne ustępstwa. 
Dalsze próby wydania w wielkim wydawnictwie bez własnego wkładu finansowego – okej, jak najbardziej, tylko według mnie powinieneś sobie wyznaczyć jakiś czas na poszukiwanie wydawcy. Jeśli przez np. trzy lata żadne z dużych wydawnictw nie będzie zainteresowane, zrób to po swojemu. I nie trać motywacji. Pisarz musi być zdeterminowany. 
E-book – istnieją miejsca w sieci, w których możesz praktycznie za darmo opublikować swój utwór w formie elektronicznej. I dodatkowo na tym zarobić. A jeśli popracujesz nad promocją dziełka, ludzie zaczną go ściągać i wytworzy się szum medialny, wydawnictwo może samo do Ciebie się zgłosić z propozycją wydania papierowego. Rzadko bo rzadko, ale to też jest alternatywa. Nawet jeśli wydawnictwo do Ciebie nie przyjdzie, pieniądze z e-booka możesz włożyć w publikację tradycyjną. Kto Ci zabroni? 
5. Boisz się.
Przeraża Cię ogrom roboty, to, że będziesz musiał poświęcić kilkadziesiąt godzin na dopieszczenie tekstu, a później taka katorga ze znalezieniem wydawcy. Przepraszam, taki mamy klimat. W dobie druku cyfrowego każdy może wydać książkę, dlatego tak bardzo rozrosła się konkurencja na rynku. Ale to dobrze, przynajmniej mamy po co się starać. 
Może Cię również oblecieć strach przed konsekwencjami wygranej. Brzmi dziwnie? A może wręcz przeciwnie, całkiem znajomo?
Lubisz tenisa? Kiedy Jerzy Janowicz staje na korcie i daje z siebie wszystko, a wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na jego wygraną, w jego psychice pojawia się mały pstryczek i przeskakuje z opcji pewne zwycięstwo na chyba jednak nie chcę. Tak, zbyt dużo myślenia potrafi naprawdę popsuć szyki. Lepiej więc nie zastanawiaj się, co się stanie, gdy książka odniesie sukces, stanie się bestsellerem, zaczną się codzienne wywiady, a psychofani zaczną nie odstępować Cię na krok. To daleka przyszłość, a w zasadzie jedna z bardzo niepewnych ewentualności. Skup się na tym, co jest teraz. Przeszłości też za bardzo nie rozpamiętuj. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Wyciągnij tylko odpowiednie wnioski i pamiętaj, czego nie robić, by nie zawalić sprawy. To taka wskazówka, którą możesz zastosować nie tylko do tego, jak spełnić marzenia i wydać książkę, ale do każdej dziedziny Twojego życia. 
6. Wstydzisz się.
Napisałeś książkę spływającą kaskadami spermy albo w której główny bohater morduje ciężarne kobiety, wyjmuje ich płody, nadziewa ryżem z kurczakiem i konsumuje, by uzupełnić swoją dietę białkową i osiągać lepsze wyniki w maratonach? Hej. Jesteś tylko pisarzem. Nie jesteś swoimi bohaterami. Pisarz nie może się wstydzić. Nie i chuj. 
Dobra, tak naprawdę nie do końca potrafię się wczuć w osobę, która rezygnuje ze swoich marzeń, bo coś tam… Zawsze chciałam być pisarką i nigdy nie odpuściłam, aż wreszcie doszłam do momentu, w którym aktualnie trwają prace nad opublikowaniem Piromanów. Szczegóły wkrótce. Mimo tego przechodziłam przez wiele opisanych powyżej problemów. Kiedy wielkie wydawnictwa mnie nie chciały, przeżywałam kryzys i traciłam wiarę w siebie. Później prawie dałam się nabrać jednemu wydawnictwu na opcję ze współfinansowaniem – a okazało się, że po prostu firma chce mnie oskubać. I boję się zawieruchy medialnej. Nie leży mi to, mogę się przejść do radia od czasu do czasu, ale nie znoszę słuchać swojej czczej paplaniny ani oglądać na ekranie. Jakiś taki wstręt wewnętrzny. 
(Ale Wy możecie, jutro w audycji kulturalnej Maćka Kucharskiego w Radiu Merkury, od 9.00 do 13.00, gdzieś tam pojawi się wywiad ze mną przeprowadzony przez Maćka Kluczkę. Potem mi opowiecie, jakich głupstw naopowiadałam. Żeby słuchać przez internet, wystarczy kliknąć „Słuchaj radia” na TEJ stronie).
Jak już jednak raczyłam wielokrotnie wspominać, jeśli jest trudno, to znaczy, że warto. Z jakiej racji mamy się poddawać i przestawać walczyć o swoje? Kto nam tak każe? Jesteśmy wolnymi ludźmi, wystarczy uzbroić się w cierpliwość, uodpornić na masę pracy i dawaj, tej! 

Czy ktoś ma coś jeszcze w tej kwestii do powiedzenia? Marzycie o wydaniu swojej książki? Macie może jakieś pomysły na zebranie pieniędzy, by opublikować dzieło? Czy są jakiekolwiek inne powody, żeby zaniechać spełniania marzeń? Co sądzicie? 

Eddie Redmayne jako Stephen Hawking

Teoria wszystkiego w reżyserii Jamesa Marsha to jeden z największych niewypałów, jakie na nieszczęście trafiłam do kina. Film jest, jakby to określiła moja mama, ładny. I to tyle, więc nie musicie czytać notki z recenzją tego dzieła wątpliwej jakości, mówię Wam jasno: obejrzeć można, ale niekoniecznie w kinie. Teoria wszystkiego zatem nie zachwyca. Moje serce podbiła jednak fenomenalna rola Eddiego Redmayne’a. I tematyka, bo Stephen Hawking wielkim człowiekiem jest. I o tych dwóch panach poniżej w poście.
O Jamesie Marshu wcześniej nie słyszałam. Nie uważam, by film był wybitnie wyreżyserowany, dlatego pominiemy dziś tego pana – najwyraźniej się nie spisał. Ze świetnego materiału na wstrząsający dramat rodzinny lub czarną komedię zrobił… w zasadzie nie wiadomo, co takiego. Przeciętną obyczajówkę? Słabe romansidło? Niepotrzebne skreślić. 
Teoria wszystkiego opowiada nam głównie o miłości Hawkinga do pierwszej żony i tego, co się działo w ich związku, kiedy choroba naukowca potwornie zaczęła dawać o sobie znać. Praktycznie zero aspektów naukowych, niewiele związanych z karierą i popularnością Hawkinga, nieciekawa, wręcz bezpłciowa rola Felicity Jones. A mogła tyle zagrać! Przecież to, co spotkało w życiu Jane Hawking, musiało czynić z nią niezwykle silną psychicznie kobietę, odważną, potrafiącą zawalczyć o to, czego potrzebowała jej rodzina. A przede wszystkim musiała naprawdę z całej siły kochać Stephena Hawkinga. Co zaś w filmie pokasuje Jones? Słabiutki głosik, którym wypowiada w ogóle nieprzekonującą kwestię „Jestem silną kobietą” i naiwne początki związku jej oraz młodego kosmologa. I ta naiwność utrzymuje się, o zgrozo, przez cały czas, do samego końca filmu. Ugh, grrr, bleh. I że ona niby też jest nominowana do tegorocznych Oscarów? Za co, ja pytam? 
Z góry założyłam, że wszyscy wiecie, kim jest Stephen Hawking. Ponieważ mamy siedem miliardów ludzi na Ziemi, trzy i pół miliarda, które chcą być sławne i z pół miliarda, które faktycznie jakąś tą sławą się cieszą*, więc czasem trudno się połapać, kto, co i jak, a Fabrykę dygresji czytają również osoby poniżej 18 roku życia** i może nie do końca zaznajomione z ponad siedemdziesięcioletnimi gwiazdami brytyjskiej astrofizyki, wyjaśnię. Stephen Hawking to urodzony w 1943 roku naukowiec, zajmujący się teorią fizyki i kosmologią. Z powodu jego wybitnych osiągnięć i tak byłby słynny, ale ponieważ od wielu lat walczy z nieuleczalną chorobą, która powinna go zabić w przeciągu dwóch lat od zdiagnozowania (werdykt lekarzy padł, kiedy Hawking miał 21 lat), jest jeszcze bardziej popularny. I słusznie. Chęć do życia tego człowieka jest niebywała. Od bardzo długiego czasu jest kompletnie sparaliżowany i nie może mówić. Ze światem komunikuje się ze światem tylko za pomocą komputera, który odczytuje prawie niezauważalne ruchy jednego z mięśni jego policzka. Taki stan fizyczny nie przeszkodził mu jednak w dokonywaniu kolejnych fenomenalnych odkryć, pisania popularnonaukowych publikacji (m. in. Krótkiej historii czasu, która sprzedała się do końca 2002 roku w 9 milionach egzemplarzy) czy występowaniu w mediach. Hawkinga charakteryzuje również nieprzeciętne poczucie humoru i wielki dystans do samego siebie. 
Ogromnie podziwiam tego człowieka. I jego pierwszą żonę, Jane, która stanowiła jego oparcie przez prawie trzydzieści lat. Poniżej ich zdjęcie ze ślubu zestawione z kadrem z filmu Teoria wszystkiego.
Żeby odzwierciedlić charakter tak niezwykłej osoby, a także ukazać targające nią uczucia w trakcie niewyobrażalnie ciężkiej choroby, Eddie Redmayne musiał się bardzo postarać. A ja jego starania doceniam, i to jak najbardziej! Postać, którą wykreował, jest na samym początku… niezręcznie pociągająca. Redmayne wcielił się najpierw w czarującego, genialnego badacza o błyskotliwym poczuciu humoru i wyszło mu to cudownie. Prawdziwy fenomen aktorski objawia się jednak przy graniu zwiastunów choroby, czyli trzęsących się rąk, upadków, a wreszcie powykręcanych gestów rąk, kuriozalnego chodu, przeraźliwych trudności z mową… 
Cóż, proste. Gra aktorska Eddiego Redmayne’a jest na najwyższym poziomie. Szkoda tylko, że gra w raczej przeciętnych filmach. (Wcześniej dałam mu się oczarować w filmie pt. Mój tydzień z Marilyn, skąd inąd również identycznie przeze mnie ocenionym). Bez wątpienia to bardzo charyzmatyczny, przystojny rudzielec. Został już unohorowany kilkoma nagrodami, m. in. Złotym Globem właśnie za rolę Hawkinga, ale wydaje mi się, że Oscara też powinien zgarnąć. Swoją drogą, do nagrody w tym roku nominowany jest także Benedict Cumberbath, który też kiedyś wcielił się w rolę Stephena Hawkinga i również świetnie mu poszło. A czy Wy macie może jakieś sugestie co do tegorocznych nominacji? Kto powinien wygrać i w jakiej kategorii? Macie swojego faworyta, jeśli chodzi o najlepszy film?

Na koniec zwiastun Teorii wszystkiego i podsumowująca ocena.

Ostatecznie oceniam film, nie grę aktorską. Niestety, nie zostałam oczarowana. Uważam, że film jest po prostu średni, dlatego przyznaję mu 
5/10.
_______________________
* Dane kompletnie z dupy.
** Dane z Google Analytics.

Kupa zła vol. 2

Próbując przeskoczyć nad fragmentem zasranego przez skrzydlate szczury chodnika, najpierw trafia mnie ptasi pocisk z góry, a zaraz potem szlag. Syf rozbryzgał mi się na płaszczu, który wciąż muszę nosić, bo kwitnące na parapetach żonkile, rosnące w ogrodach stokrotki i żołcąca się forsycja to nie znastuny wiosny, tylko wredoty natury, która z powodu swej przewrotności po prostu musi być kobietą i nie ma innego wyjścia, bo wszędzie, jasna cholera, leży teraz śnieg. 
Pewnie zawsze tak jest. Chcesz zrobić coś wzniosłego, a życie natychmiast sprowadza cię do parteru. Trochę to jak walka z przeznaczeniem. Próbujesz uniknąć katastrofy, ale przed losem nie uciekniesz, więc jeżeli nawet udało Ci się wspiąć na Czomolungmę i nie odmrozić sobie przy okazji nosa, to możesz poślizgnąć się na skórce od banana, idąc po prostym chodniku, wypaść na ulicę i zostać przejechanym walcem-wyrównalcem. 

Na szczęście to tylko gówno. Pękamy z Jagodą ze śmiechu, kiedy wbiegamy do tramwaju. 
Jako mała dziewczynka, kiedy mieszkałam jeszcze z rodzicami w grubo ponad stuletnim budynku, który służył niegdyś jako zajazd i karczma, bardzo się bałam. Pod moim oknem późno wieczorem często przechodzili pijaczkowie. Szli do baru albo z baru, ale zachowywali się głośno i potem śniło mi się, że ktoś chce mnie uprowadzić, i ciągnie za nogi w stronę tego okna, a ja nie chciałam im dać satysfakcji, bo, kurwa mać, miałam cztery lata. Byłam świadoma mojego wieku i wiedziałam, że to za wcześnie, by być uprowadzoną, tudzież totalnie zamordowaną. Znałam literki alfabetu, ale nie umiałam jeszcze czytać. Nie skorzystaliśmy jeszcze z rodzicami z zaproszenia do Niemiec od cioci Gerti i wujka Ralpha. Kiedy umrę, wszyscy będą pamiętali tylko, że byłam córką Mirki i Marka, no i że miałam ładne włosy. Ale to nie moja zasługa, że miałam fajnych rodziców i niezłe loki. Sama jeszcze nic nie osiągnęłam, więc nie mogłam jeszcze umierać.
Takie oto myśli miałam jako czteroletnie dziecko. Podobne myśli mam teraz. Jeszcze nic w życiu nie osiągnęłam, nie mogę umrzeć. To o wiele lepsze od myślenia: już nic w życiu nie osiągnę, więc pora umrzeć – ale i tak dosyć paranoiczne, gdy powtarzasz to po dziesięć, po sto razy przed zaśnięciem. 

Dobrze, że nie oberwałam gównem w twarz. 
Te i inne przemyślenia zabieram z Jagodą do akademikowej kuchni, gdzie robię słynną w tych rejonach carbonarę. Pojawia się Janeczek i zwierzam mu się z przygód, które zaserwowały mi niesforne gołębie śmieszki-orzeszki. Janeczek mówi, że statystycznie chyba jestem całkiem wyjątkowa, bo przecież zawsze przelatuje nad nami tyle gołębi, i do tej pory jego nigdy nie trafiły, a mnie chyba też pierwszy, najdalej drugi raz w życiu. 

Jestem bardzo wyjątkowa, nie tylko statystycznie, bo następnego dnia w księgarni Jagoda mówi do mnie kategorycznie, jakby musztrowała pięć oddziałów esesmanów:
 Zdejmij. Plecak. 
Zdejmuję więc posłusznie jej plecak (jestem bardzo podatna na sugestie), który naturalnie jest cały uwalony ptasim gównem. Coś mi chyba nawet skapnęło na rękaw.

Bardzo chce mi się palić, kiedy stoję na przystanku. Obładowana jestem przesyłkami, które muszę dostarczyć do urzędu pocztowego. Tramwaj przyjedzie za cztery minuty, naprzeciwko mnie żabka. Dźwigam te wszystkie toboły przez ulicę i mówię ekspedientce, że chcę elemy mentolowe linki ciemne. I kobieta mi podaje, płacę, wychodzę ze sklepu, tramwaj odjeżdża mi sprzed nosa, zresztą jak zwykle. Myślę sobie, że chociaż zapalić się uda w oczekiwaniu na następny, ale nie mam zapalniczki. Jestem w ściekła, więc nie wchodzę do tego samego sklepu, tylko przemieszczam się w poszukiwniu następnego. Ręce zaraz mi odpadną. Wspominałam wcześniej, że niosę przesyłki, ale nie zaznaczyłam, że w tych przesyłkach są książki, i to większość w twardej oprawie. 
Okej, znalazłam małpkę, kolejka długa, ustawiam się pokornie, czekam. 
Jestem wyjątkowa, powtarzam sobie co chwila w myślach, i zastanawiam się, czy stojący przede mną wąsacz po pięćdziesiątce też jest wyjątkowy, i czy to właśnie z tego powodu tak bardzo bije od niego wódą. Kiedy bardziej wali od człowieka alkoholem? Kiedy jest wyjątkowy czy właśnie nie bardzo? 
To jak, wszyscy jesteśmy wyjątkowi, a tak naprawdę to nikt, zgadza się? 
Wilda, Wilda. Ezoteryczny Poznań, na Wildzie mieszka szatan, śpiewa w mojej głowie Grabaż, a eskedientka sprzedaje wąsaczowi ćwiartkę i hot-doga z sosem tysiąca wysp. Idealny zestaw na spacer wężykiem do domu, gdzie żona znowu płacze, tuląc do siebie rozłożonego na jej kolanach syna.
Zaraz, to nie scena z polskiego domu, to chyba Pieta watykańska Michała Anioła. 

Przed podejściem do lady myślę sobie, że może niepotrzebna mi ta zapalniczka? Papierosy mam, mogę zapalić w każdej chwili, ale może powinnam sobie dać spokój na razie? 
 Co podać?  pyta kobieta. Ma wytatuowane dwie kreski nad oczyma zamiast brwi, sztuczne rzęsy i krzywo umalowane usta. Zęby zresztą też. 
… na Wildzie mieszka szatan…
 Elemy mentolowe linki ciemne  mówię z automatu, ekspedientka obraca się, żeby znaleźć właściwe ćmiki, a ja ze strachu zasłaniam sobie dłonią usta.  I zapalniczkę…  dodaję drżącym głosem, kiedy już rozumiem, że jestem taka nieśmiała, iż nie wytłumaczę się z zaistniałej sytuacji, bo będzie to oznaczać o wiele słabszy utarg dla tej biednej, zmasakrowanej przez szminkę i los niewiasty… 
– Są tylko zapałeczki.
 To poproszę!  wołam z nadmiernym entuzjazmem. 
Kiedy jakimś cudem wreszcie dostaję się w okolice poczty i widzę stado ptaków przetaczające się wraz ze śnieżnymi chmurami po ciemniejącym niebie, chowam się pod najbliższy daszek. Nie chcę być wyjątkowa. I nawet, jeśli to kłamstwo, to po prostu nie chcę być znowu obesrana. 

Lena Dunham i „Girls”

Girls to jeden z moich ulubionych seriali, który zaczęłam oglądać, bo ktoś mi powiedział, że to Seks w wielkim mieście dla młodych kobiet. Była to chyba najgorsza reklama, bo niemal zupełnie nietrafiona, ale jednak skuteczna. Dzięki niej zagłębiłam się w Nowego Jorku, ale nie ten, po którym biega Carrie w szpilkach za kilka tysięcy baksów i torebką pełną kondomów. Poznałam świat Hanny – groteskowy, pełen abstrakcji, czarnego humoru, prawdziwego życia i szalonych postaci.
HBO GIRLS @Amy Lampe Instagram - Shorty Industry Awards
Jeśli jeszcze jakimś cudem nie kojarzycie dziewczyny, której zdjęcie możecie zobaczyć powyżej, przedstawiam Wam Lenę Dunham. Stworzyła serial Girls. Nie dość, że pisze scenariusze kolejnych odcinków, to gra w nich główną rolę, jest też i reżyserem. Zdolna, prawda? Nie tylko, również pracowita. Jej poświęcenie zostało nagrodzone m.in. ośmioma nominacjami do Nagrody Emmy oraz Złotym Globem. 

Przed Girls (aktualnie emitowany jest już czwarty sezon) stworzyła również całkiem głośny film pt. Mebelki, w którym zagrała nie tylko ona, ale również jej mama i siostra. Inspirację, tak jak i w przypadku serialu, zapewnie zaczerpnęła z życia. Fabuła opowiada bowiem o młodej kobiecie, Aurze, która po zakończeniu studiów wraca do rodzinnego domu i zastanawia się, co dalej robić z życiem… 
Lena urodziła się w 1986 roku i bardzo trudno mi uwierzyć, że za chwilę stuknie jej trzydziestka. Wychowywała się na Brooklynie z siostrą Grace, która aktualnie jest aktorką, modelką i poetką. Dziewczęta wzrastały w twórczej wielkomiejskiej atmosferze. Ich ojciec, Caroll Dunham, jest malarzem, a matka, Laurie Simmons, fotograficzką. W ich domu musiało być też pod względem religijnym, bo pan Dunham jest protestantem, a jego żona Żydówką. Lena również definiuje się jako wyznawczyni judaizmu. Na polskim rynku wydawniczym właśnie ukazała się jej pierwsza książka, Nie taka dziewczyna. Spokojnie, już zamówiłam. Na pewno napiszę w najbliższym czasie kilka słów na temat tego dziełka. 
Przekład z języka angielskiego Dobromiła JankowskaPrześmieszny, oryginalny i odkrywczy zbiór osobistych esejów jednej z najpopularniejszych obecnie nowojorskich artystek, Leny Dunham, która podbiła serca publiczności jako gwiazda serialu HBO Dziewczyny. W Nie taka dziewczyna opowiada o doświadczeniach wchodzenia w dorosłość: o zakochiwaniu się, nieudanych randkach, samotności, kilku dodatkowych kilogramach, udowadnianiu swojej wartości, szukaniu własnej drogi i prawdziwej ...American independent comedy film. Aura returns home from her Midwest liberal arts college to her artist family’s Tribeca loft with nothing to show but a film studies degree, a failed relationship, and a lack of direction. She takes a job as a hostess at a restaurant and falls into relationships with two self-centered men while struggling to define herself.Not That Kind of Girl - Cover.jpg
Tyle o samej Lenie. Teraz wreszcie na temat Girls. O co w ogóle chodzi w serialu?
O życie, odpowiedź sama aż ciśnie się na usta. O stawaniu się dorosłym człowiekiem i trudach związanych z braniem odpowiedzialności za swoje własne czyny. Poruszane są tu wszystkie wątki, z którymi może mieć do czynienia dziewczyna, która przeobraża się w kobietę, czyli np. kłopoty z samodzielnym utrzymywaniem się, niesprawiedliwością profesorów na studiach, początkami kariery, narkotykami, miłością, toksycznymi przyjaźniami, własnym egoizmem, seksem, nadwagą, depresją i nieskończenie wiele innych. Zobaczcie, jak zaczyna się ta historia. 
Główną bohaterką jest Hannah Horvath (Lena Dunham), która właśnie skończyła studia i została poinformowana przez rodziców, że nie będą jej dłużej utrzymywać. Dziewczyna jest w o tyle nieciekawej sytuacji, że marzy o byciu pisarką, a w tym zawodzie raczej trudno znaleźć pracę. Hannah ma też kilka kilogramów za dużo, napady depresyjnych humorów, ciągoty do eksperymentowania oraz niespotykanie cięty język, w który zawsze zapomina się ugryźć, toteż często dochodzi do konfliktów między nią, a jej trzema przyjaciółkami. 
Pierwszą z nich jest Marnie Michaels (Allison Williams), zawsze śliczna i potrafiąca się zachować. Pracuje w galerii sztuki, ma wspaniałego chłopaka, ale coś wiecznie jej nie pasuje. Jest niesamowicie zasadnicza, często nerwowa i nie potrafi docenić tego, co ma. Może dlatego, że marzy o czymś zupełnie innym. Chce rozwijać swoją karierę muzyczną, ale nie wie nawet jak się do tego zabrać, bo każda następna próba łączy się z totalną kompromitacją…
Do Nowego Jorku przyjeżda również Jessa Johansson (Jemina Kirke), cechująca się bardzo frywolnym stylem bycia. Często zakłada na siebie ekscentryczne kreacje, nie stroni od alkoholu, narkotyków, przygodnego seksu oraz pakowania wszystkich w problemy z prawem. Nonszalancji dodaje jej nie tylko styl władczyni świata, ale również brytyjski akcent.
Shoshanna Shapiro (Zosia Mamet) to kuzynka Jessy, fanka Seksu w wielkim mieście, różowych sukienek i bycia grzeczną dziewczynką. Po pewnym czasie jednak i ona zaczyna rozumieć, że wolności i spełnienia trzeba szukać gdzie indziej. Jej największym problemem jest to, iż w odróżnieniu od nieco starszych przyjaciółek, wciąż pozostaje dziewicą. Gdy jednak poznaje odpowiedniego chłopaka, prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają. 
Let The Cast of HBO's Girls Be Your Sukkot Spirit Guides – Tablet Magazine
Całkiem ważne są też role męskie. I równie intrygujące.
Adam Sackler (Adam Driver) jest dosyć dziwnym typem, który spotyka się z Hanną. Mieszka w obskórnej kawalerce i próbuje swoich sił na deskach sceny teatralnej, jednak nie ma z tego prawie żadnego dochodu, więc wciąż utrzymuje się dzięki pomocy swojej babci. Mimo młodego wieku, Adam należy do AA. Dosyć niepewnie czuje się wśród innych ludzi lub też w pełnym ubraniu, dlatego początkowo najczęściej możemy go obserwować w samych dżinsach na kanapie jego ciasnego mieszkania.
Bohaterowie sporadycznie zachodzą do kawiarenki prowadzonej przez Raya Ploshanksy’ego (Alex Karpovsky), niepoprawnego pesymistę, któremu nie wychodzi nic prócz pracy. Jego życie prywatne to kompletna klapa. Świat, w którym żyje, to środowisko bez żadnych perspektyw. Ray jest najbardziej odpowiedzialny spośród całej grupki przyjaciół, ale i jemu zdarza się popełnić głupoty, jak zresztą każdemu. 
Dość szybko spotykamy się także z Elijahem Krantzem (Andrew Rannels, o którym pisałam już TUTAJ przy okazji serialu New Normal), byłym chłopakiem Hanny. Elijah po pewnym czasie staje się najlepszym przyjacielem Hanny, mimo że kiedy spotykają się po raz pierwszy po długiej rozłące i dziewczyna dowiaduje się, że młody mężczyzna jest gejem, dochodzi do ostrej kłótni. 

W serialu zawsze dzieje się bardzo dużo, mimo że odcinki trwają tylko dwadzieścia minut. Można w międzyczasie pękać ze śmiechu albo posępnie kiwać głową w trakcie utożsamiania się z bohaterami, kiedy akurat właśnie robią coś głupiego, ewentualnie znajdują się dokładnie w takiej sytuacji, w jakiej my obecnie. Miałam tak zatrważająco często, bo wydaje mi się, że coraz częściej przypominam Hannę. Łączy nas nadwaga, marzenie o byciu pisarką, niełatwe relacje z rodzicami, bycie jedynaczką i zapewne złudne pragnienie bycia kimś znaczącym, a także częste wpadanie w opały tylko i wyłącznie z własnej winy oraz mnóstwo innych. 
Na uwagę zasługują też świetnie rozpisane dialogi i wartościowe przemyślenia. Ewentualnie naturalnie i trafnie zostało sformułowane to, co większość cały czas wypowiada, ale w swoich głowach. Oto próbka. 
You’ve embarked on a journey of self-discovery. Quarter-life crisis, anyone? | 12 Reasons Hannah Horvath Is Just Like Us
I'm not an over-emotional woman. I'm not on my period.   "I'm an individual, and I feel how I feel when I feel it." | Girls - HBO
"You tend to overthink things, and that's an issue for you." -Jessa
LOL! I'm pretty sure I said something similar to this statement, sometime in my life.
Dlaczego tak bardzo lubię ten serial i czemu Wam go polecam? 
Jest ciekawy, to na pewno. Rozprawia się z tematami tabu, pokazuje prawdziwe życie młodych ludzi nie tylko w Nowym Jorku, ale i w wielu innych krajach. W końcu wszyscy spotykamy się z tymi samymi kłopotami, nieważne, czy żyjemy na Brooklynie, czy w Poznaniu (który, swoją drogą, podobno jest prowincjonalny, jak się ostatnio dowiedziałam, spoko). Oglądając kolejne odcinki, można się chyba poczuć mniej samotnym ze swoimi rozterkami. A przede wszystkim rozerwać. 
Ten serial jest naprawdę niezwykły. Brawa dla Leny Dunham i tego, co stworzyła. 

9/10

Anna Gavalda, „Ostatni raz”

Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, która bije teraz rekordy popularności wśród blogerek książkowych. Nie kręci mnie taki gatunek prozy, ale zanim rozprawię się z nim na blogu, przebrnę przez jakąś Grocholę czy inną Michalak, choć nie wiem, czy z tego pojedynku wyjdę cało. Z Anną Gavaldą jest jednak inaczej. Może dlatego, że Francuzki po prostu potrafią pisać o życiu i miłości w sposób bardziej autentyczny niż współczesne Polki? Na razie nie mam danych, by odpowiedzieć na to pytanie, więc jak Wy sądzicie? 
Ostatni raz, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, jest z pewnością o wiele lepszy niż którykolwiek z pierwszych razów opisywanych w ckliwych powieściach dla kobiet naszych czasów. (Naprawdę, nie mam pojęcia, dlaczego dziś rzucam takie bezpodstawne sądy bez jakichkolwiek oględzin, Przypadek czy intuicja)? To druga książka Anny Gavaldy, po jaką sięgam. Wcześniej zauroczył mnie tytuł Po prostu razem, w którego ekranizacji występuje wielbiona przeze mnie Audrey Tautou oraz Guillaume Canet. Zanim jednak napiszę cokolwiek na temat jakiejkolwiek z książek Gavaldy, kilka słów o samej pisarce. 

Anna Gavalda chyba jest bardzo życzliwym człowiekiem, bo takie odnoszę wrażenie na podstawie lektury jej dwóch książek. Myślę też, że dobrze zdaje sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje niesie ze sobą prawdziwe życie. Mimo tego, nie znalazłam żadnych informacji w internecie, które potwierdziłyby moje odczucia, więc jak zwykle pozostaję gołosłowna. (Chyba, że też tak czujecie, wtedy raczej wiarygodności nam nie przybędzie, ale możemy być gołosłowni razem, bo jak wiadomo, w kupie* raźniej). 

Czego zaś się doszukałam? 
Tego, że kobieta urodziła się w Paryżu i uczyła języka francuskiego. Aktualnie jest rozwódką z dwójką dzieci, mieszkającą pięćdziesiąc kilometrów od stolicy Francji. Pisanie idzie jej bardzo dobrze. Zekranizowano już dwie powieści, a w sumie opublikowała sześć książek, bardzo poczytnych nie tylko u kochanych żabojadów, ale choćby w UK i Polsce, a także w jakichś czterdziestu innych krajach. To m. in. debiutancka Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał, Kochałem ją, Billie oraz Pocieszenie
Poza tym ma czterdzieści pięć lat i trzyma fason. Wygląda trochę jak księżna Diana, tylko odchudzona. I bardzo niemartwa. Ogólnie: ładna babeczka, w jej wieku mogę wyglądać podobnie, nie obrażę się.

Ostatni raz opowiada o spotkaniu czwórki rodzeństwa. Statecznego Simona, romantyczki Loli, najmłodszego Vincenta oraz niesfornej Garance, z której to perspektywy opowiedziana zostaje krótka historia ostatniego dnia ich dzieciństwa. Wspomnienia o życiu w domu rodzinnym przeplatają się z beztroskim dniem wolnym, kiedy cała czwórka bierze wolne od małżonków, dzieci, pracy i innych obowiązków. Wspólnie spędzone chwile toczą się leniwie, a słoneczna wieś gdzieś w środku Francji i cygański tabor stanowi dla nich przepiękne tło. 
Niepoukładana postać Garance jest mi bardzo bliska. Również mam problemy z wejściem w dorosłość. Staram się odkładać ją na później, ale coraz częściej stwierdzam, że to dojrzałość i odpowiedzialność bardziej mi pasuje niż szczeniackie wygłupy, co z kolei przybliża mnie niejako do postaci Simona. Pisarka w zwięzły, ale bardzo dobitny sposób opisuje każdą z postaci. Szczególnie do gustu przypadło mi porównanie sióstr, Garance i Loli. Zresztą, spójrzcie sami: 

Ona lubi być na lekkim rauszu, ja wolę pić naprawdę. Ona nie lubi wychodzić, ja nie lubię wracać. […] Ona nie może pójść z facetem do łóżka bez miłości, ja nie mogę iść z facetem do łóżka bez prezerwatywy. Ona… Ona mnie potrzebuje, a ja potrzebuję jej.
Niby takie proste, a do mnie przemawia. Widać nie liczy się tylko język. Poetycko wyrażane myśli, wysublimowane konstrukcje gramatyczne i katedry zdań wielokrotnie złożonych to najwyraźniej nie zawsze fundament dobrej prozy. Liczy się uczucie, z jakim pisze twórca oraz odczucia, jakie później gromadzi w sobie czytelnik. To właśnie moc Anny Gavaldy i Ostatniego razu
Nie do każdego do trafi, ale jeśli zgadzasz się ze mną, to możemy sobie przybić piąteczkę, do czego gorąco zachęcam. Czy ktoś z Was w ogóle czytał  Ostatni raz? Dajcie znać, proszę, a przy okazji powiedzcie, co sądzicie na temat okładki polskiego wydania. O co chodzi z połówką pomarańczy i jabłka? Do czego pije autorka? Do Simone’a i jego żony czy może Loli oraz Garance? Jakieś inne pomysły?
6/10

______________________________________

*Temat kupy powraca jak bumerang nie tylko na blogu, ale i w życiu. Szykuje się Kupa zła vol. 2. Polecam przedtem zapoznanie się z Kupą zła vol. 1.