Marta Płusa – Seks i inne choroby cywilizacyjne

Od kiedy tylko dowiedziałam się w zeszłym roku, że Marta Płusa wydaje swoją książkę, nie mogłam się doczekać momentu publikacji! Czułam, że to będzie poważna sprawa. I miałam rację. Już sam tytuł powieści, Seks i inne choroby cywilizacyjne, może budzić kontrowersje. W połączeniu zaś z pogrążoną w mocnym światłocieniu nagą kobietą na okładce, soczystymi wulgaryzmami z wnętrza książki, faktem, iż Marta Płusa ma dopiero dwadzieścia parę lat oraz że w kategoryczny sposób podważa utarte w naszym społczeństwie role płciowe, stanowi prawdziwy koktajl Mołotowa. 

We współczesnej Warszawie żyją sobie trzy młode kobiety. Olga, która ma obsesję na punkcie swojej wagi oraz kariery w telewizji, bezrobotna Ewka, mająca pomysł na siebie, ale przybita smutnym ciężarem szarej codzienności oraz Nataria, charakteryzująca się tym, że, jak mówią jej koleżanki, „ogarnia”. Bohaterki Seksu i innych chorób cywilizacyjnych lawirują w maleńkim smutnym świecie, w którym można załatwić coś przeważnie tylko dzięki koneksjom, a włodarzami na włościach wciąż mogą być tylko mężczyźni. To, co dla innych młodych ludzi okazuje się być spełnieniem marzeń, jak choćby praca w porannym programie śniadaniowym dla telewizji, zostaje przez Płusę zanegowane. Autorka pokazuje, że można więcej, można inaczej, można mądrzej. Ale do tego stanowiska jej bohaterki muszą dopiero dojrzeć. Bardzo chciałabym, by książkę przeczytało jak najwięcej młodych kobiet i na przykładzie Olgi, Ewki oraz Natarii nauczyły się, co robić, a czego nie, a jednocześnie pamiętały o tym, że wybór i tak należy do nich. Według mnie Seks i inne choroby cywilizacyjne to lektura, która zsyła na czytelnika uświadomienie à propos najróżniejszych spraw.

Każda z nas ma gorsze momenty. I każda z nas próbuje poradzić sobie z nimi na swój własny sposób. Ja np. zazwyczaj uciekam, co jest jednym z najgorszych rodzajów radzenia sobie z problemami, bo tak naprawdę wcale nim nie jest. Bohaterki Płusy są chyba o wiele mocniejsze niż ja. Mają potężniejszą psychikę, ale i swoje uzależnienia. To stawia je w bardzo wyjątkowym świetle. Pisarka pokazuje bardzo jasno: kobieta może być bohaterką, ale ma i zawsze będzie miała swoje słabości, co wcale nie czyni ją gorszą od mężczyzny, tylko, wręcz przeciwnie, upodabnia ją do niego. (Choć, w tym konkretnym przypadku, nie wiem, czy którykolwiek mężczyzna udźwignąłby psychiczny ciężar, z którym musiały żyć bohaterki Seksu).

To prawda, że na pierwszy rzut oka, najbardziej kontrowersyjne mogą wydawać się opisy seksu. Bywają mechaniczne, wulgarne, proste, brudne, a czasem nawet bolesne – zupełnie jak seks. I jak seks potrafią sprawiać przyjemność, satysfakcję oraz dostarczać rozrywki. Podejście bohaterek może wzbudzać niesmak, ale tylko dlatego, że w Polsce nadal uważa się za fajnego faceta, który zaliczył mnóstwo dziewczyn, a za dziwkę kobietę, która sypiała z więcej niż pięcioma mężczyznami. Ale dlaczego to takie dziwe, że kobieta pragnie seksu tak samo, jak mężczyzna? 
Dla mnie ciekawsze jednak były opisy warszawskiego świata młodych karierowiczów. Poszukiwania pracy, rozmowy kwalifikacyjne, pustota ludzi na tzw. stołkach oraz potwierdzenie, że niestety pieniądze i znajomości liczą się bardziej od prawdziwego talentu. Warszawa, do której ciągną sznurami młodzi ludzie z całego kraju, bo taka wspaniała, zostaje sprowadzona do parteru. W Warszawie jest jak wszędzie indziej. Możesz mieszkać w mieście powiatowym gdzieś na Mazurach, i możesz mieszkać w stolicy, ale i tak każdy zna się z każdym, a jak nikt nie zna Ciebie, to nic nie wskórasz. 
Czyta się naprawdę super, bo historia wciąga już od pierwszych stron. Co prawda bohaterki potrafią nieźle zirytować czytelnika, ale w łatwy sposób można się również z nimi zaprzyjaźnić. Najważniejsze jednak jest to, że Seks i inne choroby cywilizacyjne to książka, którą przeczyta się i odkłada na półkę. Seks to lektura ważna, o jakiej będzie się myśleć jeszcze długo, bo zwiastuje z sobą zmiany. Potężne zmiany. I skłania do myślenia. 

To kobiety tak naprawdę są tematem tego stulecia, powiedział niedawno wielbiony przeze mnie Igor Ostachowicz w 113. odcinku Xięgarni, zapytany przez prowadzących o to, dlaczego jego najnowsza powieść, Zielona Wyspa, została napisana z kobiecej perspektywy. 

Autorka Seksu i innych chorób cywilizacyjnych, Marta Płusa, źródło: www.mediaelite.pl
Trudno się nie zgodzić, tym bardziej, że w ręce wpada mi nagle Seks i inne choroby cywilizacyjne, stanowiący świeży powiew na rynku wydawniczym, ale wpasowujący się świetnie w słowa Ostachowicza. 
Spotkałam się jeszcze z takimi opiniami, że książka może być jakimiś 50 twarzami Greya dla nastolatek lub czymś podobnym. Nie, moi mili, nie o to w tej książce w ogóle chodzi. Wręcz przeciwnie, dlatego z czystym sumieniem przyznaję
8/10,

a jeśli nie jesteście przekonani do lektury, którą można nabyć choćby na stronie wydawnictwa Videograf, to zajrzyjcie chociaż na bloga pisarki, do czego gorąco zachęcam, bo zawiera mnóstwo inspirujących oraz budujących treści. http://zadna-kolejna-milostka.pl/

Czy jestem feministką?

Kiedyś typowa feministka jawiła się w mojej wyobraźni niczym cyklopica z włosami na nogach, który, z racji możliwości posługiwania się tylko jednym okiem, nie potrafi dostrzec niczego poza własnym nosem. Ewentualnie transseksualista, zmierzający nie wiadomo w stronę jakiej płci, z długimi rozczochranymi włosami oraz mocno zarysowaną, kwadratową szczęką. Albo bizneswoman w krótko ostrzyżonej fryzurze, która okłada teczką każdego, kto spróbuje otworzyć jej drzwi lub odsunąć krzesło, by mogła usiąść. Na szczęście – takie dziecięce, ignoranckie fantazje to już zdecydowanie przeszłość. Porozmawiajmy o feminizmie w Dzień Kobiet!

J. Howard Miller, We can do it!
Dlaczego w ogóle miałam w mózgu zakodowane powyższe postrzeganie na feminizm? 
Wydaje mi się, że to wina niedoedukowanego społeczeństwa, jak zwykle zresztą. Do mnie, małej dziewczynki, w latach dziewięćdziesiątych, docierały do mnie z telewizji jakieś dalekie, niezrozumiałe odgłosy walki o równość praw kobiet. Nie pamiętam konkretnego przesłania, tylko ogólne wrażenie. Słowa na temat feminizmu były agresywne, nasycone nienawiścią do mężczyzn, z reguły padające z ust brzydkiej pani. I ta pani nie przypadła mi do gustu. 
W szkole nie nauczono mnie feminizmu. W szkole nie uczą wielu rzeczy, nie tyle ważnych, co wręcz fundamentalnych. Nikt, podczas trwania mojej dwunastoletniej edukacji w państwowych placówkach oświaty, nie nauczył mnie, że indywidualizm jest dobry, a płynięcie pod prąd – trudne, ale przynoszące więcej pożytku niż robienie tego, co wszyscy. Wszyscy za to przekonywali, że hierarchia jest niezwykle istotna i niezbywalna, że jeśli ktoś jest na wyższym stanowisku, jego zdanie jest zawsze bezwzględnie słuszne i nieważne, czy sprawiedliwe – ważne, że trzeba się podporządkować. I koniec dyskusji. Z wyjątkiem krótkiej wzmianki o paradzie sufrażystek w 1912 gdzieś na marginesie podręcznika do historii, o feminizmie nie było ni hu-hu. 

Kiedy zaś pod koniec gimnazjum lub na początku liceum usłyszałam od jakiegoś kolegi, że moja dalsza znajoma jest feministką, skrzywiłam się z niesmakiem. (Trudno mi się do tego przyznać, ale tak było, może nawet zaserwowałam jakiś niewybredny komentarz). I tak jej wcześniej nie lubiłam. A dodatkowo uważałam, że skoro jest się feministką, to pewnie nie przepada się za mężczyznami. A mężczyźni są przecież świetni! (Akurat ten pogląd na szczęście się u mnie nie zmienił). Mężczyźni są silni fizycznie, zostali obdarzeni umiejętnościami logicznymi i mogą poszczycić się tym, że raczej nie miewają często zmiennych humorów spowodowanych huraganami hormonów, przetaczających się przez ich organizm raz w miesiącu. Jak można ich nie cierpieć? 

I wyobraźcie sobie, że w liceum nie lubiłam kobiet. Nie dlatego, że nie lubiłam siebie. Och, w czasach liceum byłam świetną dziewczyną. (To nie jest egoizm i samouwielbienie, tylko stwierdzenie faktu. W podstawówce byłam raczej przemądrzałym bachorem, w gimnazjum to samo, tylko pryszczatym i z krzaczastymi brwiami, liceum… Liceum to było to!). Ale w klasie miałam trzynście innych osobniczek mojej płci i jednego samca. Te trzy lata stanowiły serię dosyć mrocznych wydarzeń i niefortunnych zbiegów okoliczności. Stopie zdarzało się wpadać w histerię na języku angielskim. Ilona cały czas gadała. Cały czas! Najwyższa w klasie dziewczyna lubiła sporadycznie rzucić się na nauczyciela z kąśliwą uwagą, a później zgrywać ofiarę. Wierzba i Ataga popadały regularnie w konflikty na temat ekologii, a zwłaszcza prawdziwych futer, zaś Aga karciła wszystkich wzrokiem, podczas gdy jej ręka bezwiednie dotykała zawieszonego na szyi srebrnego krzyżyka. My z Pauliną, zwaną Mistrzem, obśmiewałyśmy nasze koleżanki, a przed lekcjami wf-u, kiedy się rozbierałyśmy, mówiłyśmy, jak bardzo nienawidzimy naszych cycków, które przeszkadzają czasami w przyjęciu piłki podczas gry w siatkówkę. Jagódka za to siedziała cicho, nie odzywając się prawie do nikogo, z dala nie tylko od kłótni, ale i chyba całego rzeczywistego świata, obserwując reakcje Michała, który dawno się w tym wszystkim już pogubił, i kto wie, co się wówczas działo w jej głowie. 
Dziewczyny są kłótliwe, opryskliwe i przeważnie skupione tylko na ciuchach albo imprezkach. Ewentualnie chłopakach. Względnie pozbawione charakteru, bezbarwne, nudne. Takie miałam wrażenie. Teraz mój punkt widzenia zmienił się radykalnie. Nie znałam zbyt dobrze tych dziewczyn, mimo że spędzałyśmy ze sobą praktycznie dziesięć godzin dziennie. Tak naprawdę uwielbiałam ich charaktery, ale nie to, że są kobietami. Kiedy wracam jednak do tamtego czasu we wspomnieniach, fascynują mnie te migawki z naszego wspólnego życia. Oraz to, co obecnie dzieje się z tymi pięknymi, młodymi kobietami. Jak z nieogarniętej artystki Ataga stała się kochającą matką. Jak Wierzba, która na pierwszy rzut oka jest ładną, lecz typową blondynką, kończy prawo i realizuje swoje marzenia. Jak Dziupla walczy o swoje wykształcenie mimo wielu ogromnych przeszkód na jej drodze. 
Dziewczyny może nie są więc za fajne. Część z nich nigdy nie dorośnie i nie stanie się prawdziwą kobietą. Pełnokrwistą, pragnącą czegoś więcej niż znalezienia dobrego męża i kupowania sobie pięciu sukienek tygodniowo, o otwartym umyśle, mającą solidnie uargumentowane poglądy na świat oraz dużą o nim wiedzę. Ale świadomość, że spora garść jednak w takie postaci się zmieni, sprawia, że już nieco lepiej patrzę na nastolatki, zwłaszcza te, które mogę spotkać w trakcie przeglądania rozmaitych blogów. Dziewczyny coraz więcej czytają. I to napawa mnie optymistyczną wizją przyszłości.

źródło: kadr z serialu Gilmore Girls

Ale jak to się stało, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy jestem feministką
Moje błędne przekonanie na temat feminizmu naprawdę długo się nie zmieniało. Mimo podjęcia nauki na tak wzniosłym kierunku, jakim wydaje się być filologia polska, na którym liczba mężczyzn jest doprawdy znikoma. Tutaj dopiero zaczęłam dostawać szału przez dziewczyny. Kiedy słyszałam, że studiują filpol tylko dlatego, że nie dostały się na prawo, trafiał mnie szlag. Kiedy któraś udzieliła nie do końca przemyślanej odpowiedzi na pytanie zadane przez prowadzącego ćwiczenia, miałam ochotę rzucić podręcznikiem prosto w jej utapetowaną twarz (tapeta to pół biedy, gorzej, gdy była pryszczata, tłusta od łoju i przysypana łupieżem, sypiącym się z brwi prosto na nos). Wielbiłam za to wypowiedzi moich kolegów. Zawsze elokwentne. Zawsze adekwatne do tematu. Prawie zawsze błyskotliwe lub z ciętą ripostą. 
Pewnego razu przydarzyła mi się Magda.
Nie pamiętam jak, nie pamiętam kiedy, ale kompletnie mnie… wystraszyła. Nieustannie czesała sięgające do pasa lśniące włosy, smarowała usta jasnoróżowym błyszczykiem i wydymała je przekonywująco oraz bez skrępowania mówiła o swoim życiu seksualnym, dochodząc do rezolutnych wniosków podanych w dosyć absurdalnej, zabawnej formie. A na zajęcia była zawsze przygotowana. Poproszona o wypowiedź przez profesora podczas zajęć z romantyzmu, ze spokojem spełniała oczekiwania jego i grupy. I pięknie pachniała. (Zresztą czas przeszły jest troszkę nie na miejscu, bo Magda ma się dobrze, żyje zapewne ekscytująco i kwitnie). 
Pewnego razu usłyszałam od jednej z dziewczyn, że Magda nie prowadzi się zbyt dobrze. I, jako kobieta, powinna bardziej uważać na to, co mówi lub jak się zachowuje.
Kurwa mać, pomyślałam sobie, po czym zaczęłam spędzać więcej czasu z Magdą. 
Jakim prawem jedna kobieta mówi drugiej kobiecie, jak ma żyć, i to w dodatku za plecami? Jakim prawem wpycha ją, a przez to i siebie, w jakieś prehistoryczne ramy, powielając chamskie stereotypy?
She needed a hero. Never wait on anyone to make you happy....you have everything you need staring back at you in the mirror ~
Najzabawniejsze jest chyba to, że moje oburzenie zakrawa na totalną hipokryzję. Wczoraj, podczas rozmowy z Bohem, tłumaczyłam moje irracjonalne zachowania tym, że jestem kobietą. Zupełnie tak, jakby bycie kobietą pozwalało mi zachowywać się infantylnie lub wyłączać myślenie. A to nie tylko obłuda, ale czysta głupota, która w podobny sposób działa upokarzająco i niekorzystnie rzutuje na współczesny obraz kobiety, utrwalając jej zakłamany stereotyp. 
Z jednej strony podoba mi się, iż wreszcie (z pomocą) dochodzę do takich wniosków. Z drugiej żałuję, że tak późno. 
Wiadomo, zdarzają się kobiety głupie, bo i mężczyźni tacy są. Wszędzie są ludzie lekkomyślni. Dlaczego niektórzy nie przepadają za gejami? Bo jeden z nich, bez żadnego kontekstu, podczas parady równości, przed setkami kamer, rzucił się na policjanta albo wyciągnął z majtek swojego penisa i zaczął nim machać. A także dlatego, że nie mają większej styczności z osobami o odrębnych preferencjach seksualnych, a mieszkając choćby na jakichś peryferiach, trudno dotrzeć do rzetelnego obrazu takiej sprawy. To samo, jeśli chodzi o feminizm. 
W zeszłym roku, ni z gruszki, ni z pietruszki, Bambol powiedział, że jestem totalną feminą. Zaczęłam gwałtownie zaprzeczać, wydawało mi się to uwłaczające. A teraz? Chyba zaczęłam dojrzewać do prawdy o samej sobie, a wiedza o feminizmie dotarła nawet i do mnie. (Choć przyznam, że nie czytałam nigdy książek o feminizmie – myślę, że z okazji Dnia Kobiet wyborię się dziś do księgarni i kupię coś sympatycznego na ten temat). 
Zaczęłam myśleć.
Przecież jedną z moich ulubionych postaci w „Harrym Potterze” była Hermiona Granger. Mądra, uczynna i skłonna do pomocy przyjaciołom, rezolutna i odważna. Moje ukochane bajki Disneya opowiadały zaś o nie o szukających królewicza dziewczynach. Śpiąca Królewna Aurora czy gotująca obiadki krasnoludkom Śnieżka jakoś nie zaskarbiły mojego serca. To Mulan, która wyrusza na wojnę i walczy o niepodległość swojego kraju, by ratować życie ojca i honor rodziny, była moją inspiracją. To Pocahontas, pragnąca pokoju między światem białych i czerwonych, gotowa oddać w imię idei oraz miłości swoje życie, motywowała mnie do działania w imię wyższych celów niż wygranie z mamą sporu o pójście na imprezkę. 
Przecież dobrze czuję się, będąc kobietą. Okej, pewnego razu, znienacka, dokładnie tak, jak pisze Lena Dunham w Nie takiej dziewczynie, obudziłam się w nowym ciele. Zdałam sobie sprawę z tego, że oprócz piersi mam też całkiem wydatne biodra otulone kołdrą tłuszczu oraz masywne uda. Znienawidziłam wszystkie niedoskonałości, które wyhodowałam sobie przez lata, ale to nie oznacza, że nie lubię zakładać kobiecych sukienek z dekoltami i obcisłych spódnic (o ile zasłaniają to, co powinno być zasłonione). Wręcz przeciwnie! Lubię wyglądać jak lala. Dla większości z Was może być to dziwne lub nie do przyjęcia, ale lale są spoko. Może nie te z tynkiem odpadającym z twarzy, brzeżkiem bluzki utytłanym we fluidzie, spalonymi od prostownicy włosami czy tipsami w oczojebnym odcieniu różu. Ale te w żakiecie, ze starannie namalowanymi na powiekach kreskami, ustami podkreślonymi czerwoną szminką i w spódnicy z baskinką – taką lalą chciałabym być. I się staram. Chyba, że mam kaca albo anginę. 
Przecież bycie kobietą uważam za błogosławieństwo. Możemy się znacznie różnić od mężczyzn, co faktycznie oznacza, że w pewnych względach jesteśmy gorsze. To znaczy też jednak, że pod innymi względami jesteśmy lepsze. Potrafimy znieść więcej psychicznego bólu, a nawet i fizycznego (tak uważam), co nie wyklucza tego, iż jednocześnie pozostajemy delikatne. Do tego wszystkiego fajnie jest chyba urodzić dziecko oraz przybić sobie piątkę z lustrzanym odbiciem za dzielnie zniesienie wyjątkowo ohydnego okresu. A tak samo zaś, jak mężczyźni, potrafimy odnosić spektakularne sukcesy. 
źródło: Ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży
Jeśli ktoś stwierdzi, że feminizm jest niepotrzebny, bo już mamy to całe równouprawnienie, to chyba zapomniał o tym, co dzieje się w krajach arabskich, gdy zamężna kobieta zostanie zgwałcona. Albo nie jest świadomy, co Japończycy robią w komunikacji miejskiej z tyłkami obcych kobiet. Nie wie nic na temat przemysłu porno. 
A w Polsce? 
Przykład z dzisiejszego poranka. Wzmianka mojego kolegi na temat „zasady 200 kilometrów”. Kiedy mężczyzna ma dziewczynę, ale wyjeżdża i znajduje się od niej dalej niż 200 kilometrów, może pójść do łóżka z inną. Ale w drugą stronę to już nie działa. Bo nie. 
Ciekawe, co by na ten temat powiedziała Emma Watson. Ona, razem z Leną Dunham są przedstawicielkami nowego pokolenia feministek, w które chyba wierzę. Co prawda Emma i Lena różnią się od siebie jak woda i ogień, ale dobrze prawią. Myślę, że to świetne wzory dla młodych dziewczyn, bo pokazują, jak walczyć o siebie w czasach wciąż dominowanych przez mężczyzn, choć już nie tak, jak kiedyś.
Emma Watson is a true role model for young girls today. We love her fashion style and she  just glows with confidence.The star of Girls, whose memoir, "Not That Kind of Girl," is out this month, on squeezing in nap time and embracing her inner cheerleader.
A zatem: czy jestem feministką? I czy Ty nią jesteś? Odpowiedzmy sobie na to pytanie same przed sobą. I zastanówmy się, co to znaczy tak naprawdę być kobietą. Oto zadanie na najbliższe dni. 
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
Bądźcie mądre i piękne, subtelne i pełne odwagi!

Piękna „Ida”

Ida pełna antysemickich stereotypów, Ida, która nie zasługuje na Oscara, nudna Ida… Każdy ma prawo do mówienia o swoich odczuciach wywołanych przez film. Każdy może interpetować film wedle własnej woli. Dlatego dziś, po dwukrotnym obejrzeniu Idy, powiem Wam o moich przemyśleniach względem obrazu Pawła Pawlikowskiego. Bardzo chyba zresztą prywatnych, bo nigdzie w sieci nie znalazłam podobnej interpretacji Idy. Dla mnie bowiem ten film opowiada o dojrzewaniu. 

Siostra Anna (Agata Trzebuchowska) na kilka dni przed złożeniem ślubów zakonnych, zostaje wysłana przez matkę przełożoną, by poznać swoją jedyną żyjącą krewną. W trakcie spotkania, ciotka, Wanda Gruz (Agata Kulesza), inspirowana postacią Heleny Wolińskiej-Brus*, wyjawia młodej dziewczynie, że naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest Żydówką. Następnie kobiety ruszają w podróż po szarej Polsce z lat 60. ubiegłego wieku, by odnaleźć miejsce pochówku najbliższych krewnych i dowiedzieć się, jak umarli. 
Do gustu przypadł mi kontrast między bohaterkami, mogący wydawać się oklepany, ale dla mnie bardzo wiarygodny i naturalny. Ida jest cichą, pokorną i oddaną Bogu młodą dziewczyną, zaś Wanda nie stroni od mężczyzn i alkoholu. Na swoich rękach ma krew innych ludzi. Większość jej wypowiedzi ma zaś sarkastyczny wydźwięk. I jako zdeklarowana komunistka, raczej nie oddaje się rozmyślaniom na temat wiary czy duchowości. Między dwoma kobietami szybko, choć nie bez zgrzytów, nawiązuje się nić porozumienia. To, że pomiędzy tak różnymi osobami może zrodzić się miłość, jest bardzo piękne. 
Pewnie w każdej recenzji, jaka się ukazała na temat Idy, został podkreślony artyzm każdego z kadru. Gdzieś przeczytałam, że Pawlikowski powtarzał niektóre sceny czterdzieści razy, by wszystko wyglądało idealnie tak, jak w jego głowie. Opłaciło się. Ogromne wrażenie na mnie zrobił nie tylko twórczy minimalizm zdjęć i to, że świat skąpany w czarno-białej tonacji wciąż jest zaskakująco piękny. Najbardziej przemówiła do mnie symetria scenografii oraz aktorów w kadrach, a także nieruchoma kamera. Faktycznie, każde ujęcie można oprawić w ramkę i zawiesić na ścianie. 
Muzyka też jest bardzo dobra. Hity takie jak Serduszko puka w rytmie cha-cha przeplatają się z muzyką poważną oraz jazzem. Przeważnie jednak widzowi towarzyszy cisza, która jest bardziej wymowna niż jakikolwiek podkład dźwiękowy. 

Ida nie szufladkuje narodów. Nie pokazuje, że Polacy są źli, a Żydzi dobrzy, albo odwrotnie. Historia ma do siebie to, że dzieje się nieustannie i rzutuje na życie każdego człowieka, raz mniej, raz bardziej. Tutaj konkretne wydarzenie, jakim był Holokaust, ma konsekwencje dla dwóch konkretnych żyć i Pawlikowski nie stara się kogokolwiek rozliczyć za piekło drugiej wojny światowej. Po prostu pokazuje, że każdy z ludzi niesie z sobą jakiś bagaż. Dla Idy takim bagażem była śmierć jej rodziców. Dlatego film jest dla mnie zmysłową opowieścią o dorastaniu. Tytułowa bohaterka dojrzewa, by poznać swoją tożsamość i dowiedzieć, co stało się z jej rodziną. Dojrzewa na tyle, by nie podejmować pochopnie decyzji o tym, czy spędzi resztę swojej egzystencji za murami zakonu. Dojrzewa tak, że prócz słuchania głosu rozsądku, odnaleźć miejsce na posłuchanie swojego instynktu. 

A jak się to wszystko kończy? Nie wiadomo do końca. Wiadomo, że dostaliśmy Oscara i powinniśmy się tym cieszyć. To naprawdę dobry powód do radości. Mnie osobiście cieszy także to, że zaczęłam wierzyć w polskie kino. Wyszukuję coraz to nowsze filmy realizowane przez Polaków i nie zawodzę się na nich. W tym przekonaniu utwierdził mnie sam Andrzej Wajda, który w wypowiedzi na antenie TVN24 przyznał, że naszas rodzima kinematografia wreszcie „staje na nogach”. Takiego autorytetu żal nie posłuchać. 
Bardzo pozytywnym akcentem była też fotka strzelona Anecie Kopacz, Urszuli Wantuch-Żal, Agacie Kuleszy i Agacie Trzebuchowskiej podczas gali przyznawania Oscarów. Pawlikowski rozgaduje się na scenie, a panie w tym czasie palą fajkę, plotkują i sączą wino. Dla mnie –  klasa sama w sobie. Oraz trafna charakterystyka polskich kobiet – naturalnych i stylowych jednocześnie. W internecie rozgorzała dyskusja, czy to ładnie, czy brzydko, że aktorki wraz z koleżankami opuściły główną salę, by uraczyć się używkami na korytarzu. Dyskusja chyba niepotrzebna, no bo zobaczcie sami, jakie one piękne!

A dla samej Idy

9/10. 

___________________
* Polska komunistka pochodzenia żydowskiego, biorąca udział w stalinowskich mordach sądowych.