Kiedy pisarz staje się celebrytą

Niedawno zrecenzowałam książkę Jakuba Żulczyka pt. Zrób mi jakąś krzywdę. Więcej styczności z jego literaturą nie miałam, ale zaplanowaną mam już lekturę innych jego książek (bo jestem urzeczona!). W przypadku utworów Michała Witkowskiego – wiem, że niebywale ważną książką jest Lubiewo, ale pomyślałam sobie niedawno, po przejrzeniu bloga modowego autora, że trochę wstyd mi czytać tekst osoby, która wygląda jak totalny pajac… A w dodatku ostatnio tak się zachowuje. Zobaczcie, co się dzieje, kiedy literat przestaje być literatem, a staje się celebrytą…

„Paperback Writer” autorstwa Duncana Robertsa, źródło: fineartamerica.com

Rola pisarza w życiu społecznym

W zależności od tego, czy autor definiuje się bardziej jako rzemieślnika, czy też artystę, można mu chyba mniej lub więcej wybaczyć. Tworzyć w końcu można po coś, np. ku pokrzepieniu serc, by ukazać swoje filozoficzne rozważania o złożoności świata, by przekazać swoją mądrość, dawać rozrywkę, itd. Utylitaryzm często ścierał się z hasłem L’art pour l’art, czyli sztuka dla sztuki. Niezależnie od tego, które stanowisko jest bliższe mojemu sercu (wiadomo, to pierwsze), uważam, że twórca, jak i każdy nieubezwłasnowolniony człowiek, powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny. A pisarz, ze względu na głęboką, antyczną tradycję zawodu, powinien o tym zawsze pamiętać, bo nie jest odpowiedzialny tylko za siebie, ale poniekąd za każdego, kto zetknie się z jego poglądami. Prawdziwy pisarz to osoba, która aspiruje do bycia prawdziwym autorytetem, i tak faktycznie przez wieki bywało. Niestety, czasy i obyczajność dramatycznie się zmieniają, i w zasadzie w dobie Pudelka zamiast wspomnianej obyczajności można śmiało mówić o upadku obyczajów. To bardzo smutne, że z postaci, która nigdyś zajmowała znaczące stanowisko z kulturze wyższej oraz wyznaczała nowe kierunki myślowe, tudzież po prostu przyczyniła się do przełamania kilku krzywdzących stereotypów, Michał Witkowski zwyczajnie się stoczył.

Michał Witkowski wczoraj i dziś. Źródło: najbardziej autorytatywne serwisy w polskim internecie, czyli Kozaczek i Pudelek

Wolność wyborów
O co tak naprawdę chodziło? O to, że niegdyś znany pisarz, później tzw. bloger modowy (nie, nie będę nazywała go blogerką, tak jak on nazywa siebie, bo jest mężczyzną; mniej więcej tak samo jak Conchita Wurst, ale jednak), a aktualnie po prostu skandalista, który za moment nie będzie kojarzony z niczym innym prócz odpierdalania dziwnych akcji, na jeden z pokazów mody przywdział kapelusz oraz naszyjnik z symbolem SS. 

Nie było moją intencją szerzenie symboliki SS. Kapelusz wraz z elementami stylizacji przygotowywał mi stylista, a otrzymałem go przed samym pokazem, tak też nie przyglądałem mu się zbyt wnikliwie. 

Tak tłumaczy się Witkowski na swoim blogu. Ale o wisiorku z tym samym nazistowskim symbolem, który eksponował do zdjęć, już nie wspomina. Na całe (nie)szczęście, Internet jest miejscem, w którym rzeczy się pojawiają, ale nie znikają. Witkowski usunął bodajże ze swojego instagrama nieszczęsną fotografię, ale dziesiątki użytkowników zdąrzyły ją powielić i udowodnić, że Witkowski wcale nie jest niewinnym idiotą. 

Każdy z nas ma prawo do bycia sobą. Tak samo, jak Witkowski ma prawo do zaprzepaszczenia swojej literackiej kariery na rzecz tak zwanej mody i sławy dla sławy, czyli najgorszego rodzaju popularności, tak ja mam prawo to skomentować z dezaprobatą, a Jakub Żulczyk nazwać Witkowskiego „tępą, skurwiałą pokraką”. Tylko że akurat do propagowania nazistowskich symboli prawa nie mamy, bo zabrania nam tego Konstytucja. Nawet, jeśli ma to być jakiś debilny performans. 

Tak przykro

Przykro mi za Witkowskiego, naprawdę. Może jednak to nie do końca jego wina? 
W Polsce tak trudno przecież sprzedać książki, jeśli nie ma się wyrobionego nazwiska. (Witkowski miał, nawet nie tylko w Polsce, bo jego utwory przetłumaczono na około 30 języków). 

Może nasze społeczeństwo jest zbyt wrażliwe na tematy związane z Holocaustem? (Przecież naziści byli kochającymi pokój, nieszkodliwymi misiami-pysiami, którzy nikomu nic złego nie zrobili).

Szukałam usprawiedliwienia dla autora, bo komu nie zdarzy się zrobić czegoś lekkomyślnie? Brak zastanowienia często jest katastrofalny w skutkach, a tak łatwo popełnić błąd. Empatia długi czas nie dawała mi spokoju. Jakbym się poczuła, gdyby tak ogromna dawka publicznego potępienia wylała się na moją głowę przez przypadek? Niestety, obawiam się, że to nie przypadek, tylko wielka błazenada, urządzona z najgorszą premedytacją. Przekonują mnie do tego jedne z ostatnich słów Witkowskiego. Postanawia wyprzeć się ubierania po kobiecemu oraz kontrowersji nie dlatego, że mu głupio czy wstyd z powodu ostatnich zdarzeń, ale dlatego, że reklamodawcy nie są przekonani do takiej pozy. Wszystko więc jak zwykle rozbija się o pieniądze. Literat już dawno chyba zapomniał o ideałach. I po tym, po co w ogóle się pisze, bo sam ma zamiar odwoływać się do tego, że jest pisarzem, ale tylko dlatego, by udowodnić innym blogerkom modowym jego wyższość nad nimi. (Źródło).

To jest dopiero przykre.

Źródło: wierszezodzysku.tumblr.com

Nauka

Dla mnie zawsze musi być jakiś morał. Nie napisałam tego artykułu dla czystego hejtu. Takie sytuacje po prostu uświadamiają mi, jak blisko katastrofy znajduje się nasze społeczeństwo, jeśli dalej będzie zapatrzone tylko i wyłącznie we własne potrzeby. Po drodze na szczyt łatwo się zgubić i zapomnieć o tym, co jest naprawdę ważne. A ważny jest przede wszystkim szacunek do tradycji, z jakiej wyrastamy. Zapewne brzmię w tym momencie bardzo prawicowo, ale nasza tożsamość jest taka, a nie inna. Jesteśmy narodem, który doznał ogromnych ran i do tej pory nie może się przez to pozbierać. Ludzie uważają się za skrzywdzonych już na starcie, właśnie z powodu historii. Trudno w trzy sekundy zmienić tę wizję na obraz: jestem zwycięzcą. Zaś wbijanie wtykanie kija we własne mrowisko, tak, jak zrobił to Witkowski, zdecydowanie nie pomaga. 
Życzę zatem innym oraz samej sobie mądrości oraz odwagi, by swoim charakterem, a nie błazeńskimi kapelusikami, dowodzić swojej wyjątkowości w pełnym poszanowaniu dla kultury i przeszłości, by przyszłość mogła malować się w lepszych barwach. 

Psychole z Zielonej Wyspy Igora Ostachowicza

Igor Ostachowicz mnie rozczarował i nie będę tego ukrywać. Po prostu tak czuję, może ze względu na hormony? Może burze hormonalne głównej bohaterki Zielonej Wyspy, które niewątpliwie hulały po jej organizmie, a czego nie potrafił opisać autor, wpłynęły na to, że trzecia książka Ostachowicza nie stała się moją ulubioną? A może Noc żywych Żydów po prostu była za dobra, i mając ją w pamięci, nie mogę docenić Zielonej Wyspy?

Zdradzona przez męża Magda trafia na bezludną wyspę, na której stoi luksusowo wyposażony dom. Ma w nim spędzić kilka tygodni w totalnym osamotnieniu, by uporać się ze swoimi problemami. Okazuje się jednak, że na wyspie, prócz mnóstwa wina oraz psychotropów, jest także tajemniczy mężczyzna. 

Książka została w programie „Xięgarnia” sklasyfikowana jako komedia sensacyjna. Serio? A co w tej książce było śmiesznego? Niestety, tym razem Ostachowicz nie popisał się błyskotliwym poczuciem humoru, które tak oczarowało mnie w Nocy żywych Żydów. W dodatku sceneria, w jakiej toczy się akcja, też nie jest ciekawa. Zielona wyspa i domek pośrodku. Tu klify i ostre skały w dole, tam kilka bogato urządzonych pokojów oraz łazienka ze sporych rozmiarów wanną. Za oknem zmienia się tylko pogoda. W mieszkaniu zaś dzieją się rzeczy przerażające, ale opisany w tak lekki sposób, jakby należały do zwykłej codzienności, a przynajmniej dla bohaterki.

Nie lubię, gdy akcja toczy się w jednym miejscu. Wolę ruch i zwiedzanie świata razem z postaciami. A chociaż małej jego części. Innymi słowy, jednostajność i monotonia Zielonej wyspy zanudziła mnie. I zmęczyła. 

Uważam, że pisanie z kobiecej perspektywy również Ostachowiczowi nie do końca wyszło. Zresztą sam powiedział, że to był głupi pomysł, a już na samym początku książki rozgrzesza się za własną nieudolność (bycie mężczyzną? hihi, żarcik) w słowach: Będę pisać w trzeciej osobie. Dlaczego? Bo w pierwszej się jakoś nie widzę. A właśnie te dwa króciutkie fragmenty na początku i na końcu książki, napisane w pierwszej osobie, były najlepsze. Tak, poczułam kobietę między wersami. 
Pan Igor. Źródło: tvn24.pl
To jednak nie oznacza, że w książce nie ma nic ciekawego. 
Sam fakt, że wyjściem do napisania książki było studium kryzysu psychicznego, jest całkiem interesujący. Lubię popierdolone sytuacje, a po lekturze drugiej z trzech książek Ostachowicza, mogę wiedzieć, że w każdej jakaś się znajdzie, najprawdopodobniej nawet mnóstwo. Chyba fakt, że pisarz był sanitariuszem w Instytucie Psychiatrii i Neurologii mocno zapadł mu w pamięć i rzuciło się ostro na twórczość. Cóż, nie ma się czemu dziwić.

Świetną zabawą w trakcie lektury może być odkrywanie różnych licznych parafraz w dialogach. Książka mocno jest zakotwiczona w popkulturze, co ogólnie uważam za plus, ale mam kłopot z ocenieniem rozmów bohaterów. Podoba mi się na pewno, że język, jakiego użył autor, jest swobodny i naturalny, ale w wielu stwierdzałam, że dużo tekstu jest jakby totalnie niepotrzebne, bezwartościowe, myślałam sobie wtedy: Boże, po co on to napisał, przecież to nie ma sensu…

O bohaterach wolę się nie wypowiadać, bo są dla mnie psycholami. Że nie mogę się z nimi utożsamić, to mniejsza (i lepsza, uff), ale nawet nie mogę ich polubić ani w żadnym stopniu zrozumieć. Pewnie jestem za młoda, pewnie jeszcze nic w życiu nie doświadczyłam, to dlatego. Nie polubiłam ani Magdy, ani Jarka, za to intymność, która znalazła się pomiędzy nimi, była wspaniale wyrażona między zdaniami. (Póki nie zaczęła ewoluować w dewiację).
Źródlo: Empik.com
Najlepsza jest zdecydowanie końcówka, epicka po prostu, a może właśnie nie, może bardzo filmowa, a na pewno malownicza i efektowna. 

Nie wiem, czy bardziej zachęciłam Was do sięgnięcia po tę książkę, czy zraziłam. Zdecydujcie sami. Na pewno warto się z nią zapoznać, żeby zobaczyć inne oblicze Igora Ostachowicza.

6/10

Polecam na pewno odcinek 113. „Xięgarni”, w której wystąpił Igor Ostachowicz. Mówił naprawdę mądrze.

Piromani w Meskalinie

Pierwszy wieczorek poetycki odhaczony. Może nie poetycki, bo z prozą, i może nie wieczorek, a w zasadzie cała noc, ale na co komu szczegóły? Zaczęło się chwilę po 19.00 w Meskalinie. Fragmenty Piromanów zostały przeczytane przez Mikołaja Troszczyńskiego z poznańskiego Teatru u Przyjaciół, a później nastąpiła rozmowa z autorką (czyli mną), poprowadzona w brawurowy sposób przez Mikołaja Basińskiego, autora projektów takich jak m. in. Soul Up. 

Opowiadałam o mojej drodze wydawniczej, o procesie twórczym, o inspiracjach i motywacjach niezbędnych, by książkę skończyć. Nie byłam zdenerwowana, byłam nakręcona. Przez tabletki przeciwbólowe, niesamowicie przyjemną atmosferę Meskaliny oraz ludzi, którzy tam dla mnie przyszli. Za to Wam naprawdę wszystkim bardzo dziękuję. 

Zaczyna w mojej głowie krystalizować się obraz tego, co chcę robić w przyszłości. Zwracać uwagę ludzi na problemy, by wspólnymi siłami móc je rozwiązać. Pokazywać, że nieważne, jak ciężko będzie, człowiek jest tak świetnie skonstruowaną istotą, iż da radę się podnieść. Dawać oparcie i rozrywkę. Pomagać. A że mogę to wszystko zrobić, realizując największą pasję, czyli pisanie… Chyba wszystko w porządku, prawda? 
Poniżej zarzucam Was kilkoma fotografiami autorstwa Dominika Szmajdy.

Najmilsze spotkanie było w ludźmi, których Piromani skłonili do zastanowienia się nad kilkoma sprawami. Kwiaty też były całkiem miłe. Ale najważniejsze był dzień po, kiedy przyszedł do mnie przyjaciel i kazał spojrzeć wstecz. Na to, jacy oboje byliśmy rok, dwa temu. I to był drugi, a zarazem najsolidniejszy moment, gdy poczułam, że warto było opublikować tę książkę.
Jeśli do tej pory jeszcze nie poznaliście losów przerażonej dorosłym życiem Lidki, postrzelonej Szoszany, magika-Piernika, fantastycznego Kiryła i wielu innych, nie czekajcie, wbijajcie, zamawiajcie: TUTAJ
Dodatkowo spotkać się ze mną będzie można w Warszawie podczas Targów Książki. Sobota, 16 maja, godzina 12.00, stoisko wydawnictwa Sorus. Zapraszam!
Co robić w Poznaniu?

Co robić w Poznaniu?

Jadę rozklekotanym pociągiem z Nowego Tomyśla do Poznania. Rozważam w myślach zmianę podejścia do mojego rodzinnego miasta. Może nie ma zbyt wielu pubów, o ile w ogóle, ale jest nieźle prosperujący ośrodek kultury i duża biblioteka. Co chwilę jakiś koncert w szkole muzycznej, ścieżki rowerowe, no i zawsze można wybrać się do parku. Nie jest tak źle, ale do Poznania pod względem wydarzeń kulturalnych to daleko, o wiele więcej niż rzeczywiste 57 km, jakie dzieli te dwa miasta. Aż tu nagle słyszę od siedzącej obok kobiety: „Poznań jest nudny”. Myślę sobie z ogromną dezaprobatą: o żesz w mordę.* 
Erik Witsoe przedstawia niebo nad pięknymi dachami Starego Rynku
Kobieta była grubo przed trzydziestką, może jeszcze studiowała (w końcu rasowych debili można znaleźć również, a może zwłaszcza, na uniwersytetach). Tłuste włosy z odrostami splecione w anorektyczny warkoczyk, prostokątne okulary na nosie przypominającym świński ryj, gruba (może nawet bardziej niż ja). Znacie ten styl. Do tego zdające się zaraz pęknąć w szwach dżinsy zdobione kolorowymi cyrkoniami, turkusowe kolczyki w kształcie róż, turkusowa kurtka z imitacji skóry, turkusowe buty. Zgadnijcie, jak ma na imię. Oczywiście, Kasia, pięć punktów dla Zuzy.**

Przed nią – facet. Z kontekstu wnioskuję, że dawny znajomy ze szkoły. Chyba chcą umówić się na spotkanie po latach, najlepiej w czasie trwania Pyrkonu. To znaczy: ona się chce z nim umówić, on coś kręci.
On: Bo wiesz, moi znajomi przyjeżdżają, więc może tak razem, w grupie? Chciałbym im w weekend trochę Poznań pokazać…

 

Ona: Po Poznaniu? . Co ty tam chcesz pokazywać w ogóle?
On: No jak to? Na Stary Rynek byśmy poszli.
Ona: Stary Rynek? . Na mnie nie licz, ja tam nigdy nie bywam.
On: Dlaczego?
Ona: Bo Poznań jest nudny, a Stary Rynek to już w ogóle totalne dno. Tam się nigdy nic nie dzieje.

 

Erik Witsoe, zachód słońca na ulicy Fredry

 

Ostatnio obserwuję, że coraz częściej przejawiam odwagę cywilną. W tamtym momencie jednak, pomiędzy Poznaniem Junikowo a Poznaniem Górczyn, ugryzłam się w język, bo i tak nie miałam nic do powiedzenia (tylko bym troszkę poszczekała). Przecież w Poznaniu się dzieje. Przecież wszędzie się dzieje, jeśli ma się na tyle otwarty umysł i chęci, by gdzieś pójść lub coś zaaranżować. A stolica Wielkopolski jest tak piękna, że wystarczy po prostu spacer, by dostarczyć sobie mnóstwa rozrywki.*** Nieważne, czy to wiosna, czy jakakolwiek inna pora roku. Jej urok zapiera dech w piersiach zarówno na żywo, jak i w obiektywie Erika Witsoe. Zresztą, macie okazję zobaczyć sami, gdyż Erik pozwolił mi na potrzeby tego wpisu udostępnić kilka ze swoich wspaniałych fotografii. Co więcej, miałam okazję podpytać artystę o to, dlaczego Poznań jest takim wspaniałym miejscem. Bo przecież nie tylko ja tak myślę.
Plajta, czyli Plac Wolności, fot., cóż za niespodzianka, Erik Witsoe! 🙂

Erik jest Amerykaninem. Mieszka w mieście od blisko czterech lat razem z narzeczoną, która realizuje program studiów doktoranckich na jednej z poznańskich uczelni. Erik zaś prowadzi klimatyczny sklepik z kawą, który mieści się w Pasażu Apollo. Oprócz tego jest fotografem, więc zna to oczywiste, że zna się na pięknie i jest jedną z najbardziej kompetentnych osób, jakie mogłabym przemaglować na temat uroku Poznania.

Emilka: Jakie według ciebie są najbardziej warte odwiedzenia miejsca w Poznaniu?

Erik: Poznań nie jest wcale takim dużym miastem, więc można ze spokojem przejść się od jednego punktu do drugiego i natrafić na mnóstwo ciekawych miejsc. Polecam Stary Rynek i okolice, Wartę i Ostrów Tumski, Park Sołacki. Kiedy weźmie się mapę i zaznaczy na niej te wszystkie punkty, okaże się, że w bardzo łatwy sposób można do nich dotrzeć na własnych nogach. Tak naprawdę jednak wszystkie dzielnice mają dużo zaoferowania, i to w różnych klimatach. To naprawdę świetne miejsce dla pieszych. Weź rower, złap tramwaj albo po prostu idź. Będziesz mógł zobaczyć naprawdę wiele!

Emilka: Gdzie się wybierasz, gdy masz nieco wolnego czasu? I gdzie mogą się wybrać przyjezdni, żeby miło spędzić czas?
Erik: Wydaje mi się, że mam nieco inne pojęcie wolnego czasu. Wszystko zależy od tego, gdzie zaprowadzi mnie pogoda oraz pora roku. Lubię sporo chodzić i nawet trochę wędrować. Park Sołacki jest dla mnie najlepszym miejscem do pozbierania myśli… zresztą tak samo, jak i do robienia zdjęć. Przyjezdnych za to kieruję do takich miejsc, którymi będą zainteresowani. Jeśli chcą zrobić zakupy, wysyłam ich do Starego Browaru. Szukają Parku? Cytadela, Sołacki i Wilsona. Historię odnajdą zaś w Zamku, na Starym Rynku, właściwie wszędzie… Zazwyczaj zabieram gości na Ostrów Tumski, gdzie mogą poczuć, jak miasto wyglądało kiedyś, i jak to było na początku.

Emilka: Uważasz, że Poznań potrzebuje jeszcze więcej wydarzeń i miejsc związanych z kulturą?
Oczywiście zapraszamy!
Erik: Tak. Zdecydowanie brakuje galerii sztuki, to na pewno. To znaczy galerie są, ale czy na pewno dla wszystkich? Widzę te drogie, z wyższej półki, albo takie z najniższej, wszystkie rodzaje, tylko nie takie, do których każdy może mieć dostęp. Wiele moich przyjaciół pyta mnie, gdzie mogą kupić pamiątki dla bliskich z rodzinnych stron, no i… cóż. Galerie, które wydają się być w pobliżu, okazują się być trudne do zlokalizowania oraz otwarte w dziwnych godzinach. Wydarzeń kulturalnych wydaje się być sporo, ale trudno znaleźć wszystkie informacje na ich temat zgromadzone w jednym miejscu. Nawet, jeśli mówisz i czytasz po polsku, wysiłek z tym związany może być przytłaczający. My, obcokrajowcy, przekazujemy sobie tego typu informacje po prostu z ust do ust. W moim sklepiku z kawą zawsze pytam, co się dzieje w tym tygodniu, itd… Jest nowy magazyn Puls Poznania, który w przyzwoity sposób zbiera takie wiadomości. A co do miejsc związanych z kulturą… Ludzie zawsze potrzebują nowych miejsc, żeby zbierać się razem i wspólnie poznawać życie. Więc tak. Więcej, więcej, więcej!
Emilka: Teraz możesz zaprosić wszystkich do swojego Coffee Shopu.
Erik: Oczywiście. Zapraszam wszystkich do mojego małego sklepiku z kawą Bigfoot Coffee Shop. Wpadnijcie i zobaczcie, jak wygląda mała Ameryka. To ma być miejsce, w którym wiele osób z różnego rodzaju środowisk może się spotkać i razem spędzić czas. Mamy wspaniałą kawę, pyszne ciasta i smaczne kanapki! Na zdrowie!
Co robić w Poznaniu, skoro na każdym rogu roi się od knajpek serwujących przepyszne jedzenie, pubów przesiąkniętych niepowtarzalną atmosferą, koncertów, zielonych skwerów oraz fantastycznych ludzi? Najlepiej zamknąć się w czterech ścianach, odciąć się od kultury, zacząć na nowo oglądać M jak miłość i wcinać kanapki z wątrobianką. A później narzekać, że jesteśmy samotni, w naszym życiu nic się nie dzieje, a wszystkiemu winien cały świat wokół, tylko nie my.

 

Jeżyce też takie piękne, ach, ta wiosna! Autor zdjęcia to, rzecz jasna, Erik Witsoe
Kiedy tylko zaczyna się zielenić i robi się nieco cieplej, ja nie mogę, po prostu nie mogę usiedzieć w akademiku! Wybiegam na rolki na Cytadelę, obserwuję wyścigi kajaków na Malcie, idę ze znajomymi pooddychać przesyconym kulturą powietrzem, które wiruje między Kontenerami. Nie muszę wydawać pieniędzy, żeby zaznać ogromnej masy przyjemności. A kiedy chcę czegoś nowego, szukam zbliżających się wydarzeń na trzech stronach, które mogę Wam z czystym sumieniem do tego celu polecić.

 

Centrum Kultury Zamek – stąd dowiecie się, na jaki film akurat można się załapać w Kinie Pałacowym, gdzie wybrać się z młodszym rodzeństwem, potomstwem albo uprowadzonym dzieckiem, za które nikt nie chce dać okupu, więc musicie się przemęczyć, zanim opchniecie na czarnym rynku. Każdy Poznaniak na pewno zna tę stronę, a jeśli nie, to fani literatury, tańca, nauki oraz wszystkiego, co nie wiąże się z marnotrawieniem czasu, na pewno znajdą tu coś dla siebie.
Kultura u podstaw – nowy serwis kulturalno-informacyjny, traktujący o wszystkich wydarzeniach związanych z Wielkopolską. Dużo o muzyce, książkach oraz spotkaniach autorskich, teatrze i ludziach związanych z regionem.
Ale czy warto? – strona internetowa serwująca relacje z najciekawszych wydarzeń. Dzięki sprytnemu kalendarzowi, stale aktualizowanemu, możecie sobie całkiem dobrze zaplanować czas, by nie zmarnować ani sekundy i dać się porwać kulturalnemu szaleństwu.

 

Erik poleca również wcześniej wspomniany Puls Poznania, bezpłatny magazyn miejski, po który muszę jak najszybciej sięgnąć.

 

Erik Witsoe – Noc Kupały i Ostrów Tumski w tle
Jeśli mało Wam fotografii Erika, to wbijajcie na jego fan page na fejsie: TU!
Oraz na stronę internetową: TU!
Jeśli znacie kogoś, kto dalej nie wie, co robić w Poznaniu, albo sądzi, że Poznań nie jest ciekawy,  ani może nawet ładny – przyślijcie go do mnie. Naprostuję, na pewno.

 

Oczywiście nie jest tak, że nie dostrzegam w Poznaniu złych rzeczy, że gloryfikuję miejsce, do którego imigrowałam, bo prezydent płaci mi za promocję (och, jakże chciałabym, chciała!). Widzę pełen gruzu wąwóz na Kaponierze oraz to, że prawdziwych galerii sztuki naprawdę jest jak wody na pustyni, zaś galerie handlowe wyrastają jedna za drugą. Ale uczę się wciąż, i chcę nauczyć też troszkę Was, żeby przede wszystkim doceniać to, co się ma, dziękować za to (dopisałabym: dziękować za to każdego dnia, ale będzie się rymować, błeh). Po drugie, nie narzekać na to, czego nie ma, ale – po trzecie – działać, by dostać to, czego się potrzebuje lub o czym zwyczajnie się marzy.

 

Zostawiam Was z bojowym nastawieniem do szerzenia kultury, własnych ideałów oraz walki o swoje. I zachwycania się wiosną, która wreszcie do nas przyszła!
Żeby dodatkowo Was rozochocić, Natalia Przybysz:

_________________________________________________________

*Tak naprawdę myślę sobie dużo bardziej wulgarnie.
**Zuza wygrała, bo miała okazję usłyszeć o tym traumatycznym wydarzeniu już wcześniej i bezbłędnie trafiła za pierwszym razem. Po prostu mistrzostwo. A dlaczego to „oczywiście”? Poczytajcie „Piromanów”.
***Zwłaszcza w nocy na Wildzie, he, he.

Liebster Blog Award

Alicya Rivard z bloga http://alicyawkrainieslow.blogspot.com/ nominowała mnie w Liebster Blog Award. Bardzo ładnie dziękuję, to naprawdę miłe. Tym bardziej, że wcześniej nie miałam zielonego pojęcia o istnieniu czegoś takiego (to chyba podkreśla, jak bardzo zielona jestem w blogowaniu – aż się zdziwiłam). Na szczęście Ali na swoim blogu pisze bardzo ładnie, o co w całej akcji chodzi, więc pozwolę sobie zacytować:

LBA jest wirtualną nagrodą, rodzajem łańcuszka marketingowego oraz zabawy społecznościowej. Słowo „liebster” /niem./ oznacz tyle co najdroższy, ukochany, ceniony. Taka nominacja jest przyjmowana od innego blogera w ramach uznania za >dobrze wykonaną pracę< . Powinno się przyznawać ją takiemu blogowi, który ma mniejszą ilość obserwatorów. W pierwotnej wersji: blogom kilkuletnim z liczbą obserwatorów mniejszą niż 3 tys. (można nominować 5 blogów) oraz blogom nowym z liczbą obserwatorów mniejszą niż 200 (można nominować do 11 blogów). LBA ma więc za zdanie zaprezentować bloga w blogsferze.
Po otrzymaniu wyróżnienia należy podziękować osobie, która przyznała takie wyróżnienie oraz odpowiedzieć na pytania. Powinno się również umieści logo/nagrodę LBA w widocznym miejscu na blogu. Następnie należy stworzyć swoje 11 pytań i nominować kolejne blogi (informując o tym ich twórców). Oczywiście reguły te są umowne…

O co zapytała mnie Alicya? 
1. Jaka postać literacka mogłaby być twoim awatarem?
Może to będzie banalne, ale najbardziej chyba widzę się jako Anna Shirley. Jej miłość do literatury, pisania oraz życia chyba naprawdę nas jednoczy. Dodatkowo teraz też mam rude włosy, a kiedyś byłam bardzo upartą, nieznośną dziewczynką. 
2. Czy masz jakąś fobię? Jaką? 
Porcelanowe laleczki. Kiedyś często śniło mi się, że w każdej z nich tkwi szatan, a ja odprawiam nad nimi egzorcyzmy. 
3. Twoje ulubione miejsce pełne książek to?
Wydawnictwo, w którym pracuję. Crazy, huh
4. Opowiedz o najstraszniejszej książce.
Kiedy chodziłam do postawówki, koleżanka pożyczyła mi Lśnienie Kinga. Napięcie już po kilku stronach było tak intensywne, a tekst tak przerażający, że odłożyłam tę książkę podczas czytania bodajże trzeciego rozdziału. I znienawidziłam Kinga. Teraz na szczęście, kiedy jestem już troszkę starsza, mogę odkryć jego twórczość na nowo.
Ale było jeszcze coś, chyba z serii dla dzieci Alfreda Hitchcocka. Właśnie o porcelanowych laleczkach, horror, który bardzo zapadł mi w psychikę, na całe życie. Dlatego teraz, mówiąc delikatnie, za horrorami nie przepadam, choć jako dziecko byłam wielką fanką.
 5. Czy uważasz, że groza ma swoje ambitne oblicze?
Mam ambiwalentne odczucia, ponieważ odwołuje się do jednego z najpierwotniejszych instynktów – strachu, którym kierują się również zwierzęta. Co więc może być w tym ambitnego? 
Z drugiej strony, zgłębianie ludzkiej psychiki w obliczu strachu jest niesamowicie inspirujące. Ludzkie fobie do materiał na wiele wybitnych dzieł. Myślę więc, że groza może być ambitna, ale nie jestem aż tak w temacie, by konkretnie się do tego pytania ustosunkować.

6. Bez jakiego pisarza nie możesz żyć? 

Bez Johna Irvinga. Jego powieści ukształtowały to, jakim jestem człowiekiem, sposób, w jaki piszę oraz sprawy, o których chcę pisać. 

7. Jaki horror/powieść grozy polecasz do przeczytania?

Nie znam się na tym zupełnie, ale polecam Wielki Marsz Stephena Kinga, metaforyczną opowieść o życiu, która jest… przerażająca. 

8. Gdybyś musiał/-a zostać potworem, jakiego byś wybrał/-a?

Myślę, że najgorsze potwory to te, które drzemią w ludziach. Dlatego mogłabym zostać każdym, byle nie takim. I, jak już wielokrotnie podkreślałam powyżej, moje pojęcie o potworach z literatury czy filmu jest znikome, ale udało mi się jakiś czas temu wczytać w Bestiariusz Słowiański. Pewnie byłabym w związku z tym jakąś nocną zmorą. Czymś w tym stylu, bo mam bez przerwy kłopoty ze spaniem, więc z braku laku…

9.Czytasz powieści graficzne? Jeśli tak, to które z ostatnich wywarły na tobie największe wrażenie? 

Czytałam mangi. I największe wrażenie wyrwała na mnie Death Note
10. Najdziwniejsza lub najbardziej niepokojąca książka jak została przez ciebie przeczytana?
Drach Szczepana Twardocha. Jest dziwna i pokręcona, i mroczna, tak pierwotnie. A dodatkowo nie napawa optymistyczną wizją na dalsze lata trwania naszej cywilizacji. 
11. Gdyby istniała możliwość zmiany zakończenia jednej wybranej przez ciebie książki, to jaka by to była i co byś w nim zmodyfikował /-a?
Seria o Harrym Potterze. Harry byłby z Hermioną. 
A teraz przedstawiam 11 pytań, na które zobowiązani są odpowiedzieć:
Mateusz z www.ppoprawy.blogspot.com
Misako z www.big-jumps.blogspot.com
Julka He z www.pismazebrane.blogspot.com

1. Jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie?
2. Jak widzisz swoje życie za dziesięć lat? 
3. Jaka jest ostatnia książka, którą przeczytałaś/eś?
4. Dlaczego prowadzisz bloga?
5. Co robisz, by świat był lepszym miejscem?
6. Wolisz psy czy koty? 
7. Co sprawia Ci największą radość?
8. Jaki jest Twój ulubiony bohater literacki lub filmowy?
9. Czy kierujesz się w życiu autorytetami? 
10. Czy jesteś patriotą?
11. O czym marzysz?

BANG! Do roboty, pisać i linkować. Buziaczki!