Psychole z Zielonej Wyspy Igora Ostachowicza

Igor Ostachowicz mnie rozczarował i nie będę tego ukrywać. Po prostu tak czuję, może ze względu na hormony? Może burze hormonalne głównej bohaterki Zielonej Wyspy, które niewątpliwie hulały po jej organizmie, a czego nie potrafił opisać autor, wpłynęły na to, że trzecia książka Ostachowicza nie stała się moją ulubioną? A może Noc żywych Żydów po prostu była za dobra, i mając ją w pamięci, nie mogę docenić Zielonej Wyspy?

Zdradzona przez męża Magda trafia na bezludną wyspę, na której stoi luksusowo wyposażony dom. Ma w nim spędzić kilka tygodni w totalnym osamotnieniu, by uporać się ze swoimi problemami. Okazuje się jednak, że na wyspie, prócz mnóstwa wina oraz psychotropów, jest także tajemniczy mężczyzna. 

Książka została w programie „Xięgarnia” sklasyfikowana jako komedia sensacyjna. Serio? A co w tej książce było śmiesznego? Niestety, tym razem Ostachowicz nie popisał się błyskotliwym poczuciem humoru, które tak oczarowało mnie w Nocy żywych Żydów. W dodatku sceneria, w jakiej toczy się akcja, też nie jest ciekawa. Zielona wyspa i domek pośrodku. Tu klify i ostre skały w dole, tam kilka bogato urządzonych pokojów oraz łazienka ze sporych rozmiarów wanną. Za oknem zmienia się tylko pogoda. W mieszkaniu zaś dzieją się rzeczy przerażające, ale opisany w tak lekki sposób, jakby należały do zwykłej codzienności, a przynajmniej dla bohaterki.

Nie lubię, gdy akcja toczy się w jednym miejscu. Wolę ruch i zwiedzanie świata razem z postaciami. A chociaż małej jego części. Innymi słowy, jednostajność i monotonia Zielonej wyspy zanudziła mnie. I zmęczyła. 

Uważam, że pisanie z kobiecej perspektywy również Ostachowiczowi nie do końca wyszło. Zresztą sam powiedział, że to był głupi pomysł, a już na samym początku książki rozgrzesza się za własną nieudolność (bycie mężczyzną? hihi, żarcik) w słowach: Będę pisać w trzeciej osobie. Dlaczego? Bo w pierwszej się jakoś nie widzę. A właśnie te dwa króciutkie fragmenty na początku i na końcu książki, napisane w pierwszej osobie, były najlepsze. Tak, poczułam kobietę między wersami. 
Pan Igor. Źródło: tvn24.pl
To jednak nie oznacza, że w książce nie ma nic ciekawego. 
Sam fakt, że wyjściem do napisania książki było studium kryzysu psychicznego, jest całkiem interesujący. Lubię popierdolone sytuacje, a po lekturze drugiej z trzech książek Ostachowicza, mogę wiedzieć, że w każdej jakaś się znajdzie, najprawdopodobniej nawet mnóstwo. Chyba fakt, że pisarz był sanitariuszem w Instytucie Psychiatrii i Neurologii mocno zapadł mu w pamięć i rzuciło się ostro na twórczość. Cóż, nie ma się czemu dziwić.

Świetną zabawą w trakcie lektury może być odkrywanie różnych licznych parafraz w dialogach. Książka mocno jest zakotwiczona w popkulturze, co ogólnie uważam za plus, ale mam kłopot z ocenieniem rozmów bohaterów. Podoba mi się na pewno, że język, jakiego użył autor, jest swobodny i naturalny, ale w wielu stwierdzałam, że dużo tekstu jest jakby totalnie niepotrzebne, bezwartościowe, myślałam sobie wtedy: Boże, po co on to napisał, przecież to nie ma sensu…

O bohaterach wolę się nie wypowiadać, bo są dla mnie psycholami. Że nie mogę się z nimi utożsamić, to mniejsza (i lepsza, uff), ale nawet nie mogę ich polubić ani w żadnym stopniu zrozumieć. Pewnie jestem za młoda, pewnie jeszcze nic w życiu nie doświadczyłam, to dlatego. Nie polubiłam ani Magdy, ani Jarka, za to intymność, która znalazła się pomiędzy nimi, była wspaniale wyrażona między zdaniami. (Póki nie zaczęła ewoluować w dewiację).
Źródlo: Empik.com
Najlepsza jest zdecydowanie końcówka, epicka po prostu, a może właśnie nie, może bardzo filmowa, a na pewno malownicza i efektowna. 

Nie wiem, czy bardziej zachęciłam Was do sięgnięcia po tę książkę, czy zraziłam. Zdecydujcie sami. Na pewno warto się z nią zapoznać, żeby zobaczyć inne oblicze Igora Ostachowicza.

6/10

Polecam na pewno odcinek 113. „Xięgarni”, w której wystąpił Igor Ostachowicz. Mówił naprawdę mądrze.

Dodaj komentarz