5 pomysłów na stworzenie dobrego opisu miejsca

Kiedy czytasz książkę, zazwyczaj jesteś w swoim przytulnym pokoju, bibliotecznym zaciszu lub wlokącym się tramwaju. Jesteś. Gdzieś. A postaci, o których właśnie czytasz, nie lawirują wcale pomiędzy kolejnymi wierszami czy czarno-białymi stronicami. Bohaterowie dzieła literackiego, które powołujesz do życia dzięki lekturze, również gdzieś się znajdują. Dlatego, jeśli aspirujesz nie tylko na czytelnika, ale również kogoś, kto para się pisaniem, przeczytaj ten post, a dowiesz się, jak stworzyć dobry opis miejsca

Mortensen jako Burroughs, ale cytat z Kerouaca. Źródło: Google Grafika

Tak, będę się dzisiaj mądrzyć, bo, obiektywnie rzecz ujmując, niejedno w życiu przeczytałam i niejedno w życiu napisałam. (Choć jedno akurat dopiero znajduje się w sprzedaży – tak, znowu ględzę o Piromanach). I choć uważam dokładnie tak, jak pisze Jack Kerouac W drodze, czyli że to doświadczenie jest najlepszym nauczycielem, a nie czyjś zniekształcony punkt widzenia, to nie znaczy, że przez lekturę tegoż właśnie posta nie jesteście się w stanie nic nauczyć. Wręcz przeciwnie. Przeczytajcie, sprawdźcie, podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat. I wspólnie popracujmy nad naszymi tekstami, o ile i wśród Was znajdą się twórcy. 

Po pierwsze, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: jak dobry opis ma wyglądać?
Ma wyzwalć emocje? Hm, a czy nie od tego jest akcja? Może zatem ma dostarczać intensywnych wrażeń estetycznych? W porządku, ale co jeśli akurat przyjdzie nam opisać kostnicę, w której doszło do rytualnego morderstwa, polegającego w pewnej części na brutalnej kastracji pracującego tam patologa? 
Łatwiej więc odpowiedzieć sobie na pytanie: czym nie jest dobry opis. A to już sukces. 
Pamiętacie Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej? Ja nie bardzo, bo czytałam tylko fragmentami, głównie z racji tych słynnych, przesadnie długich opisów. Może i wstyd, przepraszam, jeśli Was rozczarowałam. Mimo tego mamy pierwszą, fundamentalną zasadę. Opis nie może zbyt rozwlekły, ponieważ zaczyna nużyć czytelnika. Chyba, że celem autora jest ululanie odbiorcy do snu. Wówczas – proszę bardzo. Jeszcze jakieś wyjątki od reguły? Oczywiście, retardacja zdarzeń. Taki Homer na przykład, o ile rzeczywiście istniał, potrafił przez kilka stron marudzić o wspaniałej tarczy Achillesa. Tylko po to, by opóźnić moment kulminacyjny walki bohatera, a tym samym wywołać u czytelnika (tudzież słuchacza) większą ciekawość. Jeśli o takim zabiegu dotąd nie słyszeliście, to znaczy, że nie uważaliście na języku polskim w liceum albo nawet w gimnazjum. 
(Oświęcę Was, moi drodzy, że w tym momencie również stosuję retardację. Podejrzewam bowiem, że wpadliście na tego posta nie po to, aby odświeżyć sobie notatki sprzed pięciu lat – choć, co ja tam mogę wiedzieć! – czy poczytać o uproszczonej teorii literatury, lecz by poznać 5 pomysłów na stworzenie dobrego opisu miejsca. Akuku. Jeszcze trochę cierpliwości).

Opis nie powinien też być naszpikowany ogólnikami, to po drugie.

Ten wyjątkowy pokój, w którym się znaleźliśmy, był duży i jasny. 
Doprawdy? Wyjątkowy? A co w nim takiego wyjątkowego było? Czyżby brakowało w nim ściany i stąd ta niezwykłość? Dlaczego wobec tego nie ma o tym żadnej wzmianki? Jak bardzo był duży? Taki, że z łatwością zmieściłby się tam podłużny stół z trzydziestoma krzesłami czy był duży jak na akademik, a zatem prócz dwóch standardowych łóżek oraz lodówki dałoby radę upchnąć tam dodatkową szafę na ubrania? No i co z tą jasnością? Jasne były ściany? A może podłoga? Lub chodziło o światło, które wpadało do pomieszczenia przez duże okno od wschodu? 
Portret Romana Ingardena autorstwa Witkacego. Źródło: pl.wikipedia.org
W tekście zawsze znajdą się miejsca niedookreślenia, jako prawi wybitny polski filozof, Roman Ingarden. Możesz napisać, że z sufitu zwisały ogromne kryształowe żyrandole, ale jakiej wielkości one były i jakiego kształtu żarówki zostały w nich zamontowane? Nie sposób ujawnić wszystkie szczegóły, jakie zrodziła Twoja wyobraźnia. Postaraj się więc zaznaczyć najciekawsze rzeczy, by przekazać jak najwierniej swoją wizję. Czytelnik i tak zobaczy to w inny sposób, który odpowiadał będzie jego sposobowi postrzegania w związku z prywatnymi doświadczeniami, wspomnieniami oraz indywidualną estetyką. Pisząc, masz jednak wpływ na kierunek jego wizualizacji. Wykorzystaj tę władzę mądrze, by zainteresować odbiorcę. 
Poniżej prezentuję wreszcie moje 5 pomysłów na stworzenie dobrego opisu miejsca.

1. Uciesz wszystkie zmysły 

Jeśli jesteś pełnosprawnym człowiekiem, to choć często nie zdajesz sobie z tego sprawę, nie tylko widzisz. Idąc, słyszysz ryk silnika przemykających obok samochodów. W Twoje nozdrza wdziera się smród spalin, który kojarzy ci się ze zjedzonymi wczoraj na obiad przypalonymi naleśnikami. I mimo że masz na sobie ładne i całkiem wygodne adidasy, czujesz, że chodnik jest wyjątkowo twardy, bo wbija Cię w niego ciężar problemów, jakie nosisz właśnie na swoich barkach. Przy opisie wykorzystaj wszystkie zmysły, nie tylko te, dzięki którym jesteś w stanie odbierać bodźce zewnętrzne, czyli wzrok, słuch, węch, smak oraz dotyk. Popisz się empatią! Odwołaj do uczuć. W ten sposób Twój opis zyska na wiarygodności i sprawisz, że czytelnikowi łatwiej będzie odnaleźć się w świecie stworzonej przez Ciebie fikcji. Być może nawet tak bardzo, że zapomni o rzeczywistości, zatapiając się w tę wykreowaną przez Ciebie na kartach papieru.
Jeśli czujesz się pewnie w pisaniu (i masz ku temu powody), możesz zacząć się bawić w literacką synestezję. 
… zaś na ścianach wisiały ciepłe fotografie. 

Od tych fotografii, rzecz jasna, nie wzrastała temperatura ciała. Mogły być po prostu tak urokliwe, że człowiekowi się robiło cieplej na sercu, gdy na nie patrzył. Ewentualnie wywołane w sepii, nadającej widokom ciepłego tonu.

Tegoroczna wiosna smakowała chlebem wypiekanym o poranku.

Całkiem niezły zabieg, by opisać wiosnę na wsi, czyż nie?

Najbardziej smakowały mi jazzowe kawałki, wydobywające się z wnętrza tamtego lokalu.
Można tak w nieskończoność, i to z o wiele większą finezją. Polecam. 
Stary Rynek w Poznaniu – wdzięczne miejsce do opisywania. Autor: Eramis. Źródło: picmonkey.com

2. Wyeksponuj bohatera poprzez jego postrzeganie świata

Kiedy jesteś zakochany, nie zwracasz uwagi na brudne garnki piętrzące się w zlewozmywaku. Nie zwracasz uwagi na takie błahostki. Przecież i tak reszta świata jest wspaniała. Kwiaty pachną intensywniej, a cały świat mieni się radosnymi barwami. Zaś gdy masz depresyjny nastrój, pleśń, która zalęgła się w kubku po kawie, mikroskopijnych rozmiarów plamka, wydaje się być obrzydliwym potworem, który zaraz wyjdzie z naczynia i zdusi Cię kosmatymi mackami. Twój bohater też ma uczucia, więc jego postrzeganie świata zmienia się w zależności od nastroju. Nie wolno Ci o tym zapominać! Ten sam budynek, w którym pracuje jedna ze stworzonych przez Ciebie postaci, raz może wydawać się bezpieczną przystanią, a kiedy indziej prawdziwym piekłem. Nie bój się popadania w skrajności i popuść wodze fantazji!

Pamiętaj również, że miejsca oraz ich elementy budzą wspomnienia. Opisując park, możesz wspomnieć, że na jednej z ławek Twój bohater po raz pierwszy całował się z dziewczyną. Zapach popcornu podczas festiwalu nasuwał skojarzenia z wizytą w wesołym miasteczku, kiedy ojciec bohatera umarł na zawał w tunelu strachu, więc impreza, mająca się okazać bardzo fajną, w istocie wcale taka nie jest, a wówczas nie tylko bohater czuje się niepewnie – nastrój udziela się też czytelnikowi. I o to chodzi! Z kolei po przeprowadzce bohaterki do nowego miasta, kościół, który widzi, sprawia wrażenie idealnego, by wziąć w nim ślub. Przypadek? A może zapowiedź dalszego rozwoju wydarzeń i zawiązanie fabuły? 

3. Unikaj banalnych sformułowań

Trawa była zielona. 
O ile nie jest to fanfiction Avataru, myślę, że takie trywialne opisy możemy sobie podarować. 

Źródło: Studio Muti

4. Zamiast płytkich epitetów zastosuj ciekawe porównania

Tamten wieczór był naprawdę gorący i duszny. Ołowiane chmury przykryły niebo i zaraz miała zacząć się straszna burza. 
Bardzo powściągliwie, trochę nudno i ma się wrażenie, że podobny opis czytało się już ze sto razy, prawda?

Tamtego wieczoru było tak gorąco i parno, że gdyby nie obecność Adama, natychmiast ściągnęłabym z siebie całe ubranie. Zaczynałam mieć trudności z oddychaniem. Nie do końca wiedziałam, czy to wina bezlitosnej pogody, czy tego, że mężczyzna – ten mężczyzna! – znajdował się wreszcie tak blisko. Niech już wreszcie zacznie się ta burza, choćby najpotworniejsza! I, ledwie tak pomyślałam, a w oddali rozległ się pierwszy huk gromu.
Można? Można, jeśli nie boi się emocji oraz hiperboli. Oszczędność też jest jednak w cenie – kolejna rzecz do zapamiętania. Będąc pisarzem, nie możesz się bać rozbudowanych zdań. Bądź świadom przy tym tego, że czasem, im konkretniejszy opis, tym cenniejszy. Wszystko zależy od perspektywy. Gustu. I warsztatu. Bardzo trudno znaleźć złoty środek, który zadowoli najwybredniejszych smakoszy stałych bywalców literackich uczt.
Przy ulicy Barteckiego domy przypominały pudełka po zjedzonych serkach homogenizowanych.
Jest oszczędnie, ale jednocześnie – jak bogato! Nie stricte w tekście, lecz poza nim, w jaźni czytelnika. Co to znaczy? Że były stare? Tak, ale chyba nie za bardzo, w końcu serki homogenizowane nie mają zbyt długiej daty ważności… Swoim opisem zmuś odbiorcę do zastanowienia się i uruchom jego wyobraźnię. Nie podawaj mu wszystkiego na tacy. Niech rozrywka, którą mu serwujesz, będzie wyższych lotów. 

5. Zamiast improwizowania – dowiedz się, o czym chcesz napisać

Kiedy dałam Piromanów do przeczytania jednemu z moich kumpli, Bambolowi, na długo, zanim ktokolwiek serio pomyślał, że powieść może zostać opublikowana, zostałam skrzyczana za bardzo niewierny opis jeżyckiej kamienicy. „Czy ty kiedykolwiek byłaś na Jeżycach?!” – usłyszałam. „Przecież tamte hawiry w ogóle tak nie wyglądają!” Cóż, spacerowałam wcześniej po tej jednej z najsłynniejszych poznańskich dzielnic, ale nie przyglądałam się specjalnie budynkom, w jakich potencjalnie miała toczyć się akcja. Bo i po co, czy wyobraźnia nie wystarcza?
Czasem okazuje się, że jednak nie. Z pewnością nie wszyscy się ze mną teraz zgodzą, bo istnieje dominująca grupa czytelników i literatów, którzy są zwolennikami pisania właśnie z wyobraźni. Wydaje im się, że to bardziej czcigodne i trudniejsze niż odwzorowywanie choćby miejsc, w jakich się było. Bo co to za problem, wybrać się do jakiejś knajpki i potem ją opisać? Jakże może się to równać z wymyślaniem całego wystroju, klimatu oraz stałych bywalców? 
Moi drodzy. Czasami nic bardziej mylnego.
Sięgnijcie po jakąś książkę podróżniczą. Niekoniecznie , może być ta. Czy myślicie, że ludziom, którzy byli w takich miejscach, jak amazońska dżungla czy podnóża majestatycznych gór Uralu lub mając niebo na wyciągnięcie ręki w trakcie wędrówki po Karpatach, łatwo było opisać swoje doznania? Przekazać innym choć część odczuć, jakie wówczas nimi targały? Kiedyś wychodziłam z założenia, że dobry pisarz potrafi władać słowem tak sprawnie, iż opisze wszystko bez większego problemu. A jednak nie. Zdarzają się momenty, które uniemożliwiają jakąkolwiek werbalizację. 
Na wyobraźni nie trzeba zatem wcale zawsze polegać. Jeśli możemy sobie w jakiś sposób pomóc przy pisaniu, dlaczego mamy tego nie robić? Idźmy w miejsce podobne do tego, w jakim znajdzie się niebawem jeden z naszych bohaterów. Spróbujmy poczuć to, co on, widząc to, co on może zobaczyć, słysząc to, co on może usłyszeć, i tak dalej. Bądźmy przez chwilę naszymi bohaterami, co niektórym przychodzi z zaskakującą łatwością, zaś nad czym inni muszą nieco bardziej popracować. 
Dobra fikcja ma naprawdę dużo wspólnego z rzeczywistością. 
Dlatego wyprawiłam się ponownie na Jeżyce, obejrzałam kilka budynków i stwierdziłam, że nie będę zbyt poważnie zmieniać opisu, jaki zawarłam w książce. Przecież bójka nie zawsze musi się toczyć w obskórnej kamienicy, po której klatkach schodowych pomykają szczury, zostawiając za sobą smugi krwi, ponieważ poraniły się szkłem z rozbitych butelek po denaturacie. Może to bpomysłóyć totalnie przeciętny, jednorodzinny dom o starannie otynkowanych ścianach, przy wysprzątanej ulicy. (A tak naprawdę nie pamiętam już do końca, gdzie toczy się ta bójka na Jeżycach, jak znajdziecie ten moment w Piromanach, to możecie mi przypomnieć). W końcu pod latarnią bywa najciemniej. 
Przaśna kamienica z solidnym muralem. Poznań taki piękny! Autor: Taktowyglada. Źródło: miss-mary-quite-contrary.tumblr.com/
Powyższe 5 pomysłów na stworzenie dobrego opisu miejsca niestety nie wystarczy, by zachwycić czytelników. Niektórzy mają głęboko gdzieś jakiekolwiek opisy, nawet te najbardziej poetyckie, bo liczą  się dla nich wartka akcja lub wyraziste kreacje bohaterów. Warto to sobie uświadomić. Co jeszcze warto?
By szlifować swój warsztat. Ćwiczenie czyni mistrza. Poza tym, jak radzi Stephen King, czytaj cztery godziny dziennie i pisz cztery godziny dziennie. A jeśli nie, to chociaż co najmniej tyle, ile piszesz. To naprawdę działa. Nie po to, by podłapywać zgrabniejsze sformułowania od sławnych pisarzy, ani, co gorsza, powielać! Po to, by zobaczyć, jak to robią inni i wybrać ścieżkę, jaka najbardziej będzie Ci odpowiadać. Oraz zyskać inspirację. Ponadto, jeśli więcej piszesz niż czytasz, to jesteś zakałą w świecie literatury i mam nadzieję, że gdy kiedykolwiek ktoś opublikuje Twoje wątpliwej wartości dzieło, nikt go nie przeczyta. 

Ludzie, c’mon, pisanie książki zacznijcie od przeczytania kilku!

Nie sztuka być autorem

Dzisiaj zabawię się w filozofa, języko(nie)znawcę oraz namolnego pytacza. W wersji feministycznej: filozofkę i języko(nie)znawczynię. Od pewnego czasu łażę za ludźmi i zadaję im pytanie, brzmiące: co różni pisarza od autora? Bo to, że się różnią, jest faktem, w końcu każdy pisarz jest autorem, ale nie każdy autor może być pisarzem. A skoro tak, to dlaczego? 

Leonid Pasternak, Pasja tworzenia, źródło: en.wikipedia.org
Pierwszym, najbanalniejszym powodem, będzie pewnie zakres twórczości. Autor obryzganego farbą płotna to malarz. Autor płynących z niebios melodii wykonywanych przez orkiestrę symfoniczną ze szczecińskiej filharmonii to kompozytor.** Z kolei haftów w muszli klozetowej to pijak. Ewentualnie student. Etc… Pisarz zaś musi posługiwać się słowem pisanym. Semantyka i logika się kłania. 

Drugim, nieco głębszym uzasadnieniem takiej teorii, będzie… zarozumiałość. Tudzież skromność właśnie. Autor brzmi tak zdawkowo, lekceważąco, a pisarz? To brzmi dumnie! Lecz prawdopodobnie tylko w opinii autora. Bo kiedy zapyta się o to pisarza, okazuje się, że albo 
a) ma wyjebane,

b) udaje, że ma wyjebane. 

Przykład? Jakub Żulczyk. Cytuję: 

„Literat”, „pisarz„, „autor” to moim zdaniem synonimy, to pierwsze ma swoje zabarwienie bo jest przede wszystkim nieco archaiczne, w PRL-u mówiło się „literaci”, ale moim zdaniem szukanie różnic semantycznych między tymi określeniami to dorabianie niepotrzebnej filozofii. Niektórzy ludzie podchodzą do słowa pisarz bardzo czcigodnie ze względu na bardzo długą tradycję zawodu i trudno im przypiąć to samo określenie zarówno do Marcela Prousta i Jasia Kapeli. Technicznie natomiast obaj pisarzami są, z tym że Jasia Kapelę osądzi ludzka pamięć, bo Prousta dawno już osądziła. Powtórzę się, to są synonimy i niepotrzebnie Pani się tą kwestią, moim zdaniem, zajmuje. Dejmek powiedział kiedyś o aktorach, że są do grania jak dupa do srania. Ja dodam od siebie, że czasami zjawiają się aktorzy wybitni, i z pisarzami jest podobnie. Pozdrawiam.

Oczywiście to, czy Żulczyk jest pisarzem, można zakwestionować, jak zresztą wszystko, co istnieje we Wrzechświecie, włącznie ze Wszechświatem oraz samym istnieniem. Niemniej, o ile nie jestem cieniem w platońskiej jaskini, a nawet jeśli, to wydaje mi się, że Żulczyk jest pisarzem, i to całkiem dobrym. Tak samo zresztą, jak Nikodem Pałasz, choć ten jest nieco inną postacią. Bardziej brodatą, to raz. A dwa, że nie tylko związaną z pisaniem, ale i ze sportem, i z przestępstwami… W końcu tworzy kryminały. Zaś na dany temat wypowiada się następująco:

To zależy od tego, jak jestem przedstawiany. Jeśli jestem przedstawiany jako pisarz – to super! Ale jeśli jako autor, to też fajnie, nie mam kompleksów ani ambicji z tym związanych. Nie wiem też do końca, czy to ma aż takie znaczenie. W końcu nawet wielcy pisarze twierdzili, że są autorami. Najważniejsze, że moja córka mówi o mnie, że jestem pisarzem. Fajne jest to, że mogę pisać i mam wydawcę, który chce to publikować, i nawet motywuje mnie, żebym tworzył kolejne rzeczy. A czy ktoś nazwie mnie pisarzem, autorem, twórcą, gryzipórkiem czy skrybą nie ma dla mnie większego znaczenia.
Kadr z filmu Świat według Garpa. Tytułowy bohater, pisarz, byłby nikim bez wsparcia swojej szalonej rodziny. Źródło: http://radziwill.us/clglrowijoli.html
Może autor Brudnej gry oraz Sam na sam ze śmiercią, tudzież po prostu pisarz kryminałów, odkrył największy z sekretów? Ważne, jakimi jesteśmy w oczach naszych najbliższych? Czy to nie oni definiują cały świat wokół, włącznie z nami samymi?

Po trzecie, autora od pisarza różnią pieniądze. Autor tworzy, ale niekoniecznie na swoich dziełach zarabia, zaś pisarz… Lek-arz, dek-arz, mur-arz, pis-arz… Widzicie pewną koneksję? To zawody są przecież. Albo fachy, zależy. Pół żartem, półserio, gawędziliśmy sobie podczas Warszawskich Targów Książki na ten temat z Michałem Olejnikiem. Opowiadałam mu, że znajomy zdziwił się a propos mojej niezbyt obszernej wiedzy dotyczącej nagród literackich, no bo przecież jestem pisarką i powinnam z tego tytułu lepiej orientować się w temacie. 
M: Przecież jesteś autorką, nie pisarką. Ile książek wydałaś? Jedną.
Emilka: No to od kilu zaczyna się być pisarzem?

M: Od dwóch! <Śmiech>. Pisarzem chyba jesteś wtedy, kiedy żyjesz z pisania. Tak samo jest jak z byciem fotografem. Teraz każdy robi zdjęcia, ale nie każdy na tym zarabia. 

Pisarz listów w Indiach przyjmuje wytyczne od klientki. Praca jak każda inna. Autor zdjęcia: Rita Benjeri. Źródło: en.wikipedia.org  
Trudno się nie zgodzić, prawda? Tym bardziej, że nawet definicja w PWN-owskim Słowniku języka polskiego nakierowuje na podobne wnioski. Według niej, pisarz to 
1. «ten, kto pisze, zwłaszcza prozą, utwory literackie»
2. «w dawnych urzędach miejskich, kancelariach królewskich itp.: urzędnik pełniący funkcję sekretarza»
Jasne? Jasne. 
Ale… 
(Zawsze musi być jakieś ale, w końcu kobietą jestem)!***
…wciąż pozostawia troszkę wątpliwości. Dlatego postanowiłam udać się z moją rozkminką do największego piechura, jakiego znam. Ludzie, którzy dużo chodzą po świecie, powinni dużo wiedzieć o świecie. 
E: Łukasz? Czym się różni pisarz od autora?
Łukasz Supergan: <Długa chwila ciszy&gt;. Najkrócej mówiąc, autor to rzemiosło, a pisarz to sztuka. Każdy, kto coś napisze, jest autorem tego tekstu. Jestem autorem jednej książki i kilkudziesięciu artykułów. Jestem też autorem mojego bloga. Pytanie, czy każdy, kto napisze chociaż jedną książkę, jest pisarzem.
E: No to kim jest ten pisarz?
Ł: <Baaaaaardzo długa chwila ciszy&gt;. Dobre pytanie. Ja na przykład mógłbym napisać jeszcze parę książek, ale nadal się będę uważał za autora tych książek. Pisarzem byłbym, gdyby pisanie stało się moją podstawową działalnością. Mam nadzieję, że tak nigdy nie będzie. Dla Messnera**** himalaizm i wyprawy stanowią jego podstawową działalność, a książki – dodatkową. Ja tak samo, mógłbym zrezygnować z pisania, ale nie z podróży. A dla pisarza? Pisanie jest sprawą pierwszorzędną. Z drugiej strony przychodzi mi taka łatwa kategoria, że są ludzie, których nazywamy pisarzami, niekoniecznie dlatego, że poświęcali się dla pisania, ale dlatego, że stali się klasykami, np. Nicolas Bouvier od Oswajania świata. Pisarzem jest ten, kto staje się klasykiem, nawet za życia. Na bycie pisarzem trzeba sobie zasłużyć. To by była definicja.
Ogólnie rzecz biorąc, zapewne straciłam mnóstwo swojego czasu, zastanawiając się nad kwestią bycia-niebycia pisarzem oraz autorem. Co więcej: zabrałam go innym osobom, być może pisarzom (autorom)? Stwierdzam jednak, że czasem dobrze jest na chwilę zatrzymać się i pogdybać, nawet, jeśli chodzi o oczywistości, które podskórnie rozumiemy. A kiedy dziś po raz kolejny weszłam na stronę Słownika języka polskiego, zobaczyłam, że taka zagwozdka pojawiła się nie tylko w mojej głowie. Ktoś w tej samej sprawie napisał do poradni językowej i zyskał odpowiedź samego profesora Mirosława Bańko:

Są różne kryteria bycia pisarzem, jednym z nich jest np. legitymacja Związku Literatów Polskich, choć oczywiście trudno uważać, aby był to warunek konieczny. Podobne pytania można zadawać niemal o wszystko, np. kiedy obrus jest brudny: czy już wtedy, gdy ma jedną plamkę wielkości łebka od szpilki, czy dopiero kiedy ma dwie takie plamki itd. (a jest to praktyczne zagadnienie, bo od decyzji może zależeć, czy w danej restauracji obrus zostanie wymieniony, czy nie). Eubulides (uczeń Euklidesa) w bardzo podobny sposób pytał, od jakiego momentu ktoś zaczyna być łysy (i od kiedy przestaje, jeśli włosy szczęśliwie zaczną mu odrastać). Jak widać, pytanie, które Pan postawił, ma długą tradycję.

Prawda objawiona. Źródło: demotywatory.pl

Podczas jednego z moich ostatnich spotkań autorskich (których łącznie było trzy, z czego na jedno przyszli sami znajomi, na drugie nie tylko znajomi, a na trzecie nikt), pewien pan powiedział mi, że jestem bardzo dojrzała, jak na swój wiek. Od razu zanegowałam jego wypowiedź. Im starsza jestem, tym częściej czuję się jak dziecko we mgle. Zwłaszcza w kwestii pojęć. Mimo wszystko, cieszę się, że nie straciłam zdolności do stawiania pytań, bo zyskiwanie odpowiedzi – nawet tak różnych, czasami sprzecznych ze sobą – mimo wszystko wzbogaca. Budujące jest też to, że zawsze znajdzie się obok człowiek, który wspólnie będzie chciał się pozstanawiać i pospieszy z podzieleniem się swoimi własnymi refleksjami. Zatem nie słuchajcie matek, które często przywołują Was do porządku, używając sformułowania nie filozofuj zamiennie z nie pyskuj. Róbcie to, do woli! Pamiętajcie jednak, by jednocześnie działać. Dobra rozkmina przy winie nie jest zła – byle nie trwała za długo. 

Dlatego stwierdzam, że czas kończyć. Jutro ostatni dzień Warszawskich Targów Książki i powrót do poznańskiej, lecz równie fascynującej rzeczywistości. I rodzi się właśnie w mojej głowie kolejne pytanie, może nawet bardziej istotne w swej prozaiczności niż rozważania o różnicach między pisarzem a autorem… Gdzie ja spakuję te wszystkie kupione książki?!*****
________________________________________________________
*Sami oceńcie, która opcja Wam bardziej pasuje. Mnie – ta pierwsza, być może dlatego, że mam mentalne jaja.
**I geniusz, a konkretnie Jimek, którego polecam całym sercem. 
***Znowu się utwierdzam, że utrwalam chore stereotypy dotyczące mojej płci, ale nie mogę z siebie tego wyplenić – może w takim razie jestem mizoginistką zamiast feministki? Tak łatwo się teraz pomylić…
****Nie wiem, kto zliczy te gwiazdki w przypisach. W każdym razie: Reinhold Messner, himalaista, alpinista, ogólnie podróżnik, ponoć bardzo sławny.
*****Tak oto po raz kolejny proza życia pobiła na głowę filozoficzne wzniosłości. Po raz kolejny, bo na spotkaniu autorskim w Nowym Tomyślu jeden pan, ten sam, który powiedział, że jestem dojrzała, stwierdził, że Piromani są, z tego co słyszy, bardzo dobrą książką, ale jej nie kupi. Mając do wyboru lekturę za trzydzieści złotych i kilogram szynki w tej samej cenie, jednak wybierze kilogram szynki. Przyznaję mu rację. Papierem nie da się najeść.

Kuba Wojtaszczyk – Portret trumienny

Czy nie zdarzyło się Wam, że kiedy wciągnęło Was życie studenckie w dużym mieście, powroty do domu stały się smutną koniecznością? Czy nie zaczęły razić Was małomiasteczkowe zachowania własnej rodziny, od której chcielibyście uciec jak najdalej, bo tak naprawdę… Jak to możliwe, że to są w ogóle Wasi krewni?! Jeśli nawet przez moment tak nie poczuliście, to i tak przeczytajcie książkę Kuby Wojtaszczyka pt. Portret trumienny. Zobaczycie, jak to jest. 

Źródło: zbiory prywatne.

Kim jest w ogóle Kuba Wojtaszczyk?
Mieszka w Poznaniu, więc ma pięćset punktów do bycia odjazdowym. (Lokalny patriotyzm, a co).* Urodził się w ’86, jest kulturoznawcą i absolwentem Gender Studies na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Publikował w bardzo dobrych czasopismach, m. in. „Lampie” oraz „Czasie kultury”. W zeszłym roku zaś wydał książkę w młodym wydawnictwie, Simple Publishing. Droga wydawnicza raczej nie była prosta i pozbawiona wybojów, jak to zresztą zwykle bywa, trzeba było wyłożyć troszkę pieniędzy, ale wreszcie się udało.
Z ciekawostek młody pisarz lubi Woody’ego Allena i ma bardzo miłą twarz. Zresztą, sami zobaczcie.

Źródło: profil facebookowy pisarza

Portret trumienny zaczyna się zaś w stosunkowo dużym mieście (z pewnością dla niektórych postrzeganego jako metropolię; dla innych zaś jako prowincję). Aleks, niespełna trzydziestoletni pracownik galerii sztuki, opuszcza mieszkanie, pozostawiając w nim swojego chłopaka, Blondyna. Z walizką i nieodłącznymi camelami rusza na dworzec, by stamtąd pociągiem odwiedzić swoją rodzinę; podchodzącego pod pięćdziesiątkę brata Wieśka, jego żonę, katechetkę Krysię z czwórką dzieci oraz rodziców, mającego kłopoty z pamięcią ojca oraz matkę, Jadwigę, która obchodzi urodziny, skąd zresztą całe zamieszanie. Na przyjęciu urodzinowym pojawia się jeszcze siostra Aleksa, Sabina, z dzieckiem oraz nowym partnerem, Jurkiem, który roztacza wokół siebie niebywały czar…
Aleksowi nie podobają się rodzinne strony. Nie podoba mu się również jego rodzina. Zacofani katole, można by w skrócie podsumować, nie siląc się na eufemizmy. Bez wykształcenia, wiedzy o kulturze, trwający zatwardziale przy konserwatywnych poglądach, które Aleksa wręcz parzą. Są tak samo bezkompromisowi, jak i główny bohater, nieskory do budowania mostu nad przepaścią pokoleniową, choćby zwykłym uśmiechem czy próbą spuszczenia z tonu. Rodzinna groteskowa kolacja kończy się masakrycznie zaskakująco. Jak dokładnie? Przekonajcie się sami. 
Jednym z wielu aspektów, które tak ujęły mnie w Portrecie trumiennym, jest język. Lekki, często dowcipny, a momentami dosadny i zupełnie niewysublimowany. A zatem idealny w odbiorze, jeśli o mnie chodzi. Wydarzenia opisane są tak zgrabnie, że już od pierwszych chwil mam wrażenie, jakby opowieść snuła się nie tylko na kartach papieru, ale i w równoległej rzeczywistości. Cóż, może nawet tej samej rzeczywistości, bo nie byłabym sobą, gdybym w treść recenzji nie wplotła kilku osobistych wniosków z lektury.
Niestety, utożsamiam się chwilami z postacią Aleksa, butnego, niedowartościowanego przez rodziców, ale usatysfakcjonowanego z własnej kariery, człowieka o wielkich aspiracjach. I to już od pierwszych zdań, kiedy będąc z jednym mężczyzną, myśli o drugim, kiedy pakuje walizkę i zdąża na dworzec, kiedy po drodze pali papierosa oraz wsiada do pociągu (i to z peronu 4a). A później, kiedy uwiera go małość rodzinnego domu. I tu nie chodzi o jego rozmiary, rzecz jasna, dom pewnie jest spory, ale ludzie w nim niscy wykształceniem i otwartością na zmiany. Kompletnie przeciętni, no a przecież Aleks jest artystą i zupełnie nie interesuje go to, co dzieje się w programach rozrywkowych emitowanych w tv czy u plebana… 

Robert Delaunay, Portret rodzinny
Strasznie mnie to kiedyś denerwowało, że gdywracam do domu, nie mogę porozmawiać z najbliższymi o moich studiach. Literatura polska ich nie interesowała. Po części poddałam się więc, zupełnie jak Aleks, ale z drugiej strony zrozumiałam, że nie mogę być taką egoistką i patrzeć na świat w tak błahych kategoriach jak wykształcony/niewykształcony. Był to błąd pierwszorocznego, tak to chyba można zdefiniować. Teraz wychodzę z założenia, że z każdego człowieka można wyciągnąć coś inspirującego, zachwycić się jakąś jego cechą choć przez sekundę. I bez względu na nasze wykształcenie, poglądy czy sklepy, w jakich się ubieramy, warto dbać o porozumienie. A w rodzinie liczy się tylko miłość, szacunek oraz wzajemna troska. Trudne to wartości do wypielęgnowania, ale niezbędne dla zdrowego funkcjonowania. A ponieważ Aleks tego nie chce zrozumieć, uważam go za głupiego. Tytuł magistra niewiele więc mu w życiu przyniósł, tak naprawdę. 
Za każdym razem, kiedy będę chciała powiedzieć coś kąśliwego przy rodzinnym obiadku, pomyślę o Portrecie trumiennym. Przypomnę sobie, jak takie zachowanie wygląda z boku i ugryzę się w język. No, chyba że akurat hormony mi się rzucą na mózg.**
W książce zostaje na szczęście nie tylko skrytykowane nastawienie młodych względem starszego pokolenia. Przedstawiciele tych drugich naprawdę nie potrafią zmienić swojego punktu widzenia i są również bezwzględnie przekonani o własnej racji. Pytanie, czy to, iż nie mogą stać się bardziej elastyczni, leży po stronie PRL-owskiego systemu, wychowania żelazną ręką czy po prostu… lenistwa? Łatwiej się pośmiać z głupich młodych niż choć przez chwilę zastanowić nad ich problemami. Łatwiej rzucić, że to „za naszych czasów było źle, wy to macie aż za dobrze i w głowach i dupach wam się od tego dobrobytu przewraca”. Łatwiej po prostu wzruszyć obojętnie ramionami, ignorując słowa o tym, że każde pokolenie ma właściwe swojej generacji problemy.
A poza tym, to Portret trumienny jest przezabawny i czyta się go z przyjemnością. Polecam zatem każdemu młodemu człowiekowi, również temu, kto docenia właściwości estetyczne książki. Wydawnictwo spisało się na medal. Twarda oprawa, przepiękna minimalistyczna okładka w intensywnym, turkusowym kolorze, jak najbardziej adekwatna do treści, niewielki format. W skrócie: niezłe cacko. 
Podsumowując: dla mnie Portret trumienny stanowi, po pierwsze, wyrzyg emocjonalny na temat rodzinnej dychotomii i ambiwalencji bycia innym. Po drugie, zachętę do nauki oraz otwarcia się na życiową rozmaitość. A po trzecie, krytykę młodych, którzy nie nauczyli się jeszcze empatii i są mylnie przekonani o poczuciu własnej wyższości. 

  8/10
__________________________________

*Jeśli mieszkasz poza Poznaniem, masz 499 punktów do bycia odjazdowym, chyba, że jest to jakaś mieścina w New Hampshire, wtedy 501. Uwaga: to, że mieszkasz w Poznaniu, i że daję Ci punkty, wcale nie znaczy, że jesteś odjazdowy.
**Ostatnio stoję w kropce, bo… jestem kobietą. Z jednej strony nie chcę mojej wrodzonej głupoty zrzucać na karb płci, ponieważ to uwłaczajce, ale z drugiej strony – z hormonami szalejącymi po organizmie i naturą naprawdę rzadko się wygrywa.

Nikodem Pałasz – Sam na sam ze śmiercią

Kryminały? To nie dla mnie, tak stwierdziłam dawno temu, choć nie pamiętam już, dlaczego, i czy była to do końca prawda. Ograniczałam się do tej pory jedynie do bycia fanką przygód Sherlocka w wykonaniu Benedicta Cumberbatha tudzież Roberta Downey Juniora. Na szczęście, w związku z przygodą z portalem aleczywarto.pl mogłam mieć okazję do zapoznania się z twórczością Nikodema Pałasza. Przedstawiam Wam recenzję jego najnowszej książki pt. Sam na sam ze śmiercią!
Źródło: zbiory prywatne
Sam na sam ze śmiercią to druga część przygód komisarza Wiktora Wolskiego, kontynuacja Brudnej gry. Fabuła skupia się na zabójstwie piłkarza Molokiego Mooketsiego. Właściciel klubu, do którego należał czarnoskóry sportowiec, Jan Grabek, postanawia rozwikłać zagadkę przed policją. Do poprowadzenia prywatnego dochodzenia angażuje Wolskiego. Wszystko wskazuje na mord rytualny, ale śledztwo odkrywa mnóstwo brudów, które wyłaniają się zza każdego rogu ligi polskiej piłki nożnej. Korupcja, zazdrość, nepotyzm, stronniczość… Jakby tego mało, za Wolskim ciągną się liczne niedokończone sprawy, które sprawiają, że komisarz staje co rusz sam na sam ze śmiercią.

 

Jestem naprawdę mile zaskoczona, bo książka ma około 550 stron, a styl, w jakim została napisana, jest tak energiczny, że ma się raczej wrażenie, jakby oglądało się pierwszoligowy film akcji. Fabuła błyskawicznie się rozwija, błyskotliwe dialogi i riposty głównego bohatera sprawiały, że nie mogłam opanować śmiechu, i choć chciałabym znaleźć jakieś słabe strony książki, to jest mi bardzo trudno. Coś jednak wymyśliłam. Przesłuchania z kolegami nieżyjącego piłkarza wniosły do akcji nieco monotonii, ale byłabym niesprawiedliwa, gdyby umknął mi fakt, że wszystkie były niewątpliwie dopracowane.
Nikodem Pałasz i Kamilla Placko-Wozińska podczas spotkania autorskiego w maltańskim Matrasie. Źródło: zbiory prywatne
Kreacje wszystkich postaci są wiarygodne, bardzo realne oraz takie, których nie da się nie lubić. Oczywiście tyczy się to tych pozytywnych. W książce bardzo podoba mi się powrót do starej formy oraz podziału na dobrych – złych. Tylko w jednym przypadku mamy do czynienia z ambiwalencją. To główny bohater. Jak możecie przeczytać tutaj, w wywiadzie, który przeprowadziłam z Nikodemem Pałaszem, nową gwiazdą polskiego kryminału, Wolski jest postacią bardzo sztampową. Jest trochę jak Columbo, trochę jak Patrick Jane z Mentalisty, a przede wszystkim jak Harry Callahan i Bryan Mills, mówi o swojej postaci sam pisarz. Komisarza cechuje niewątpliwa arogancja oraz przesadne mniemanie o swojej nieomylności, co często wpędza go w kłopoty. Choć wydaje się twardy i szorstki, ma serce, tylko że fatalnie zranione, i to wiele razy. Można to zaobserwować choćby w jego relacjach z kobietami, a także z… miastem. Wolski pochodzi z Warszawy i czuje ze stolicą nierozerwalną więź, która cudownie została oddana na kartach Sam na sam ze śmiercią.
Opisy nie tylko Warszawy, ale i Petersburga oraz Paryża, jak i wszelkie inne, wychodzą autorowi bardzo zręcznie. Są konkretne i nieprzesadzone, co razem z szczerymi, niewysublimowanymi wypowiedziami bohaterów, wpływa na swego rodzaju swojskość lektury. Dlatego zapewne jest tak przyjemna w odbiorze. Najważniejszą jej cechą jest jednak opisanie zjawisk trujących nasz polski sport. To książka, która nie tylko ma bawić, ale i zmusić do refleksji nad stanem współczesnej piłki nożnej w kraju.

 

Źródło: aleczywarto.pl
Jest dużo krwi, są łzy i pot, chwile wzruszeń, wspaniały wątek romantyczny, przyjaźń, lojalność, a także zdrada i nieoczekiwane rozwiązanie zagadki. (Naprawdę, to było zupełnie nieprzewidywalne. A może było? Nigdy nie przodowałam w dedukcji). Czego tu jeszcze brakuje? Następnej części, bo kilka ostatnich stron narobiło mi takiego apetytu na jeszcze, że gdyby nie fakt, iż książki jeszcze nie ma w księgarniach, na pewno pobiegłabym ją kupić mimo zapalenia dróg oddechowych. A wiedzcie, że to najlepsza rekomendacja.
9/10,
bo jestem wstrętnym grubaskiem i nie lubię piłki nożnej.

 

Warszawskie Targi Książki

Od 14 do 17 maja będziemy mieć okazję spotkać się podczas Warszawskich Targów Książki na Stadionie Narodowym! Organizatorzy wraz z wydawnictwami przygotowali całkiem niezły program, który, wraz z możliwością spotkania z ulubionymi pisarzami, na pewno usatysfakcjonuje każdego odwiedzającego! To co, widzimy się?

Źródło: polskieradio.pl

W programie WTK jest mnóstwo atrakcji dla najmłodszych: lekcje kaligrafii, warsztaty w robieniu kukiełek teatralnych ze sprzętów kuchennych, konkursy plastyczne… Można więc śmiało wybrać się z dziećmi lub młodszym rodzeństwem i podczas majowego weekendu wzmocnić rodzinne więzi. Ciekawe zajęcia zostały przewidziane także dla licealistów, np. wykłady o życiu pisarzy, jak choćby Zygmunta Krasińskiego – przyda się do matury, prawda? Ja osobiście nastrajam się na spotkania autorskie. Zresztą – poniekąd nie mam wyjścia…

Czwartek to dzień branżowy, zaś od piątku do niedzieli będzie można zaszaleć.
W piątek może uda mi się zaaczyć o spotkanie z Sylwią Chutnik o 17.00 przy stoisku wydawnictwa Znak Literanova, ale najbardziej emocjonującym dniem będzie chyba sobota. Nie może mnie zabraknąć na trzech spotkaniach autorskich.
10.00, stanowisko wydawnictwa Muza, spotkanie z Nikodemem Pałaszem, pisarzem (póki co!) kryminałów, czyli Brudnej gry oraz Sam na sam ze śmiercią. Tak jak zawsze podkreślam, że kryminały raczej mnie do siebie nie przyciągają, tak lektura drugiej z wymienionych książek jest naprawdę świetna! A z Nikodemem miałam okazję się już spotkać przy okazji jego spotkania autorskiego w maltańskim Matrasie w Poznaniu. Efekt naszej rozmowy możecie przeczytać tu, na stronie AleCzyWarto.pl!
11.00, stanowisko Firmy Księgarskiej Olesiejuk, spotkanie z Jakubem Żulczykiem, który będzie podpisywać Ślepnąc od świateł oraz Radio Armageddon
12.00, stanowisko Wydawnictwa Sorus, spotkanie ze mną. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak zabrać się za napisanie książki tak, by skończyć ją i opublikować, zapraszam. Dodatkowo spróbuję Was zmotywować do walki o spełnienie marzeń, a zainteresowanym opowiem o Piromanach

Niedziela również zapowiada się ciekawie. Spośród mnóstwa autorów, których chciałabym spotkać, wybralam sobie dwóch (w końcu na WTK nie jadę w ramach wczasów, tylko służbowo).

12.00 – Spotkanie z Krzysztofem Vargą, jednym z moich mistrzów pióra. Przy stoisku Wielkiej Litery mam nadzieję podpytać go o kilka ważnych elementów rzemiosła.
13.00 – Oficyna Literacka Noir sur Blanc i Wydawnictwo Literackie zapraszają na spotkanie z Dorotą Masłowską
Źródło: metro.gazeta.pl
Nie wiem tylko, czy uda mi się być wszędzie tam, gdzie to sobie zaplanowałam, bo i Sorus proponuje mnóstwo fascynujących, niezwykle wartościowych spotkań z autorami. Z programem można zapoznać się tu, na stronie wydawnictwa, a ja ze wszystkich sił pragnę Was zaprosić chociaż na kilka z nich. Paweł Kowalczyk to bohater o wielkim sercu, który w trakcie wolontariatu w Indiach zmieniał świat i uczył się go na nowo. Kazimierz Ludwiński przez całe swoje życie żeglował na jachcie, który zbudował z pomocą dwójki braci i w ten sposób, razem z dwójką dzieci, opłynął cały świat. Profesor Tadeusz Morawski jest nieprzeciętnym zapaleńcem, który prócz wielkich dokonań naukowych w zakresie elektroniki, upodobał sobie kontynuowanie tradycji Tuwima i Barańczaka w tworzeniu palindromów. Jacek Krawczyk zaś opisał miłość, która próbowała oprzeć się złu, jakie wydarzyło się w kotle bałkańskim w latach 90. minionego stulecia. To wszystko w sobotę, a w niedzielę? Już w samo południe spotkanie z Kryspinem Krystkiem, autorem bestsellerowej Zakochanej koloratki, która opowiada nie tylko o gorącej, wieloletniej miłości dwojga ludzi, ale i bolączkach współczesnego kościoła katolickiego. O 13.00 Dominik Szmajda opowie o Kazimierzu Nowaku i blisko tysiącu trzystu listów, które podróżnik napisał w trakcie podróży po Afryce do swojej żony, Marii. Czy taka miłość ma jeszcze szansę bytu we współczesnym świecie? A na koniec, o godzinie 14.00, przy naszym stoisku zagości profesor Rafał Krawczyk, którego Egzekutora skończyłam czytać dosłownie wczoraj i jestem pod ogromnym wrażeniem lektury.

Żeby doświadczyć tych wszystkich atrakcji, a także wielu, wielu innych (napomknę tylko, że Francja będzie w tym roku gościem honorowym Warszawskich Targów Książki, obiecująco wyglądają eventy związane z programem Read Russia, harmonogram wydarzeń z przyznaniem Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, no i oczywiście ogłoszenie finalistów tegorocznej Nagrody Nike) wystarczy tylko kupić bilet. Tani jak barszcz, jeśli ma się ulgi. Pięć złotych lub 10, jeśli się ulg nie ma, można też wziąć opcję rodzinną za 18 zł lub karnet na wszystkie dni za 28. I przygotować sobie jeszcze gotówkę, bo nie wszystkie stanowiska zapewne będą miały terminale. (Jeśli chcecie kupić Piromanów w promocyjnej cenie, przydadzą się drobne).

Źródło: polskieradio.pl

Uwielbiam takie wydarzenia, bo to fantastyczna okazja do spotkania ze znajomymi oraz, co może być nawet cenniejszym doświadczeniem, nieznajomymi. Dajcie znać, jeśli wybieracie się na Warszawskie Targi Książki!