Piotr Strzeżysz – Powidoki

Już dłuższy czas szukałam książki, która wciągnie mnie w swój świat tak, że ja zapomnę na kilka godzin o moim własnym. Większość lektur, po jakie sięgałam ostatnio, nie potrafiły zaabsorbować mnie tak, bym zatraciła się w nich bez reszty. Aż wreszcie kupiłam Powidoki Piotra Strzeżysza i… zdziwiłam się. Podwójnie. 
www.bezdroza.pl
Nie dość, że nie mogłam powstrzymać się od czytania  (zdania emanowały jakąś narkotyczną, uzależniającą mocą, nakazującą pochłaniać następne fragmenty), to w trakcie lektury zrozumiałam, że opisany w książce świat, choć tak daleki od tego, w którym żyję, to również mój świat. Ludzie, jakich każdy może spotkać i drogi. Drogi, przecinające się w rozmaitych punktach, w najróżniejszym czasie, po których poruszamy się, nawet, jeśli zdaje nam się, że z premedytacją tkwimy w jednym miejscu…
Zaczęłam czytać na przystanku, w oczekiwaniu na kolegów, podczas gdy z nieba lały się strugi deszczu. Czytałam w autobusie, gdy znajomi już do mnie dołączyli, na głos, by móc podzielić się z nimi wartościowymi myślami, o które co chwila się potykałam. Kiedy zaś znaleźliśmy się w punkcie finalnym naszej podróży przez miasto, i nie mogłam czytać, bo nie byłam do końca w stanie, cały czas myślałam o tym, by powrócić do lektury. Z samego rana wstałam i nie włączyłam komputera, nie umyłam zębów, nie zrobiłam sobie kawy, tylko czytałam, i póki nie skończyłam Powidoków, nic nie zjadłam.

W swojej trzeciej już książce (wcześniejsze to Campa w sakwach i Makaron w sakwach), nagrodzonej całkiem niedawno Bursztynowym Motylem oraz uhonorowanej w konkursie Magellana, Piotr Strzeżysz przedstawia widoki ze swoich rowerowych podróży. Laureat Kolosów 2014 łączy w Powidokach świat zewnętrzny z wewnętrznym. Maluje pięknym językiem nie tylko krajobrazy, które go otaczały, ale i ludzi, jacy nie raz wyciągali do niego pomocną dłoń w trakcie wojaży, a tym samym pozostawili w nim ślad na całe życie. Porusza wątki z Polski, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, gdzie opiekował się niepełnosprawnymi pensjonariuszami. Opowiada przepiękne islandzkie legendy i wspomina poszukiwanie elfów w kraju gejzerów. Wspomina niebezpieczne sytuacje z Indii, a później gubi się w czasie w Kanadzie oraz Stanach. Wreszcie wraca. Ale tylko na chwilę.

www.onthebike.pl/kanada2013

Jakkolwiek opisywane przygody nie byłyby ciekawe (chociaż są, i to bardzo!), tak książkę wciąż warto przeczytać, bo to przede wszystkim refleksje o życiu i przemijaniu, poszukiwaniu celu oraz istocie człowieczeństwa. Dawno nie trafiła mi się tak poruszająca lektura, którą nie tylko się czytało, ale i czuło. Mam coś podobnego z książkami Kerouaca, ale intencje bitnika często są gdzieś schowane pod oparami alkoholu i ciężkiego ćpania. Strzeżysz zaś chowa się w całym świecie. Daje się otulać przyrodzie i ludziom, i jego droga przez to wydaje się być o wiele jaśniejsza. 
Odpowiada to chyba świetnej okładce Powidoków. Jej minimalizm jest w książce odzwierciedlony. Choć autor mistrzowsko posługuje się przebogatym słownictwem, swoje myśli formułuje prosto i przystępnie. Książka nie jest gruba, można ją spokojnie pochłonąć w jeden wieczór, ale już wiem, że wrócę do niej jeszcze wiele razy. W amoku uciekło mi wiele cennych refleksji, więc wkrótce pozaznaczam je sobie i gdzieś wypiszę. 
Wam polecam bezwarunkowo. Przeczytajcie koniecznie, bo naprawdę warto. 
9/10
A jeśli komuś będzie mało, to polecam również blog autora, www.onthebike.pl/pl
Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika

Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika Stephena Kinga traktuje o nawracających bólach uszu, kolejnych odmowach wydawców czasopism literackich, pierdzącej niani, staczaniu się przez chlanie i ćpanie oraz niezrównoważonym fanie batoników Mars. To niezwykła książka nie tylko dlatego, że dzięki niej można poznać bliżej życiorys jednego z najbardziej poczytnych na świecie powieściopisarzy. Jej wyjątkowość polega na tym, że można się z niej naprawdę dużo nauczyć, zarówno, jeśli chodzi o pisanie, jak i o samo życie. 
 
https://instagram.com/n_eifile/

 

Kinga chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, choć sama poznaję go bliżej od niedawna. Pamiętam, że będąc w szkole podstawowej, koleżanka ze szkolnej ławki wykradła siostrze z domowej biblioteczki Lśnienie, specjalnie po to, by mi pożyczyć. (Koleżanka ta raczej nie była fanką czytania, więc jestem ciekawa, jak w ogóle do takiej sytuacji doszło – niestety, mam słabą pamięć; być może chciała się odwdzięczyć za przepisane z moich zeszytów zadania). Mogłam być wówczas najwyżej w trzeciej klasie. Kiedy po całym dniu zajęć lekcyjnych oraz artystycznych wreszcie znalazłam się w łóżku, otworzyłam lekturę i zamknęłam ją po kilkunastu minutach, trzęsąc się jak galareta. Podejrzewałam u siebie opętanie.

Książka miała w sobie tajemniczą, magnetyzującą moc. Nie mogłam jej odłożyć. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej, choć z każdą następną stroną napięcie wzrastało i bałam się coraz bardziej, mimo że rodzina głównych bohaterów dopiero przyjechała do hotelu, w którym miała rozegrać się właściwa akcja powieści. Czułam, że zaraz stanie się coś bardzo złego i nie mam pojęcia, jak do tego doszło, lecz ostatecznie udało mi się wyrwać z tej połowicznej hipnozy i skończyć z lekturą. Przez kolejne trzy, może cztery noce zasypiałam przy włączonej lampce. Koleżance oddałam książkę, mówiąc, że nie przeczytałam, bo za bardzo się bałam. Ona skwitowała to tylko wzruszeniem ramionami, a ja przez długie lata bałam się sięgnąć po cokolwiek napisanego przez Stephena Kinga.
Moja awersja do pisarza wzmogła się z czasem. Pewnego razu mój ojciec oglądał późnym wieczorem Zieloną milę. To była już końcówka filmu. Bardzo smutna, niesprawiedliwa i budząca we mnie złość. Kiedy okazało się, że obraz został nakręcony na motywach powieści Stephena Kinga, pomyślałam, iż ten człowiek musi być kompletnym zwyrodnialcem. Jak można tak krzywdzić własnych bohaterów?! (George R. R. Martin nie był mi wówczas znany).
W liceum poznałam jednak Jagodę. To bardzo dużo zmieniło w moim życiu. Również, jeśli chodziło o literaturę. Dałam się jej nakłonić do lektury Blaze’a, napisanego przez Kinga pod pseudonimem Richard Bachman. Spotkałam się z kolejną wielką niesprawiedliwością wyrządzoną głównej postaci, ale przynajmniej przeczytałam książkę do końca i uświadomiłam sobie, że Stephen King faktycznie może być przerażający dla dziewięciolatki. Osiemnastolatkę może zaś zirytować i poruszyć. Później wiele słyszałam z ust Jagody o twórczości prozaika. Niektóre jego historie zdawały się być naprawdę ciekawe, lecz nie potrafiłam się zapalić do ich przeczytania. Trzeba było kolejnego punktu zwrotnego w moim życiu. Podczas jednej z naszych pieszych wędrówek od jednej biblioteki do drugiej, Bambol nakazał mi wypożyczenie oraz przeczytanie Wielkiego marszu. Przeczytałam bardzo szybko i uznałam za bardzo wartościowy utwór. Jednocześnie zaczęłam chłonąć serial Pod kopułą na motywach powieści pod tym samym tytułem. Każdy odcinek był naprawdę ekscytujący. Później łyknęłam Uciekiniera, bardzo chcę przeczytać Carrie, a na półce czeka już Przebudzenie, które otrzymałam od kochanej Jagódki na ostatnie urodziny. Jeżeli moglibyście mi coś polecić, jeśli chodzi o Kinga, to proszę, napiszcie mi w komentarzu, co powinnam przeczytać, jednak zaznaczcie od razu, jak wiele niesprawiedliwości czai się w powieści, dobrze? Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do krzywdy głównych bohaterów, z którymi tak łatwo się zżywam…
W przypadku książki Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika urzekł mnie już sam tytuł. Pisarz-rzemieślnik. To określenie pasuje też do mojego idola, Johna Irvinga. I chyba do mnie. Tak przynajmniej myślałam przed lekturą wskazówek Stephena Kinga. Prawdę mówiąc, to nie tylko wskazówki.
Pierwsza część książki to wspomnienia pisarza z dzieciństwa oraz młodości, kiedy był chorowitym dzieckiem i bystrym chłopakiem. King wskazuje tutaj na pozornie nieistotne wydarzenia z własnego życia, które przyczyniły się do tego, że został pisarzem. We wspaniały sposób przedstawia, jak inspiracja przychodzi do twórcy: pod pozorem zwykłych, banalnych sytuacji, przez niektórych mogących być postrzegane jako nijakie. Opowiada również o swojej rodzinie oraz ciężkiej pracy. Musiał przez długi czas harować jak wół w pralni, by zarobić na studia. Zbudziło to we mnie ogromny podziw i zapałałam do pisarza naprawdę ciepłymi uczuciami. Chyba nawet całkiem udało mi się go polubić, bo narrację w Jak pisać. Pamiętniku rzemieślnika cechuje sympatyczny humor oraz precyzyjność. King mówi jasno i krótko, co zrobić, by dobrze pisać. 
Do gustu bardzo przypadły mi opowieści o młodzieńczej determinacji, by opowiadania zwykłego chłopaka mogły ukazać się w co większych literackich czasopismach. Listy z odmowami od redakcji King wieszał na haku w swoim pokoju, a każdą wskazówkę stamtąd otrzymaną przyjmował z wielką satysfakcją. Po kilkunastu miesiącach nieprzerwanej pracy nad swoją prozą oraz korespondowaniem z czasopismami, udało mu się opublikować pierwsze opowiadanie. A później następne i jeszcze kolejne… Bardzo dużo w Kingu Martina Edena.
Nie zgadzam się ze wszystkimi zaleceniami Jak pisać. Mimo tego uważam, że każde z nich jest wartościowe i wynika tylko z różnic w podejściu do pisania. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę wcale nie jestem pisarzem-rzemieślnikiem, bo za mało czasu spędziłam przy pracy nad Piromanami. Zdałam się na ideę bitników. Uznałam, że dzieło jest skończone, kiedy postawiłam kropkę przy ostatnim zdaniu, a do redakcji przystąpiłam dopiero, kiedy okazało się, że powieść zostanie wydana i wypadałoby już niedługo oddać ją do druku. Akurat to traktuję jako błąd. Już nigdy więcej. A dlaczego? To wyjaśni Wam Stpehen King, gdy przeczytacie tę konkretną jego książkę. Poza tym nie chcę chyba tylko bawić i skłaniać czytelnika do refleksji. Chcę go też zachwycić. To pewnie mi jeszcze nie wychodzi, ale co dalej i czy w ogóle coś, czas pokaże…
Wracając do meritum: pisarz omawia zagadnienia teoretyczne. Radzi, jak stworzyć choćby dobry opis, ale na tym jego wskazówki się nie kończą. Pokazuje dobre i złe przykłady, mając odwagę często samemu przyznać się do błędu. Mówi, że ta jego książka była dobra, a ta już niekoniecznie mu się tak bardzo podoba. Przedstawia fantastyczne pomysły na to, jak zainteresować czytelnika. Jest naprawdę bardzo dobrym nauczycielem. Prawie na każdej stronie podkreśliłam jakieś ważne i wspaniale sformułowane zdanie. Poniżej przedstawiam Wam garstkę.
[…] mieliśmy szansę zmienić świat, a wybraliśmy telezakupy […].
Gdy buduje się schody do nieba, nie wypada stać na ziemi z młotkiem w ręku.
Nałogowiec za wszelką cenę próbuje uzasadnić swoje prawo do picia bądź zażywania narkotyków. Hemingway i Fitzgerald nie pili dlatego, że byli utalentowani, wyobcowani czy moralnie słabi. Pili, bo to właśnie robią alkoholicy. Możliwe, że twórcy są bardziej podatni na wpadnięcie w nałóg, ale co z tego? Kiedy rzygamy do rynsztoka, wszyscy wyglądamy tak samo.
http://www.tgdaily.com
Najbardziej spodobał mi się portret Stephena Kinga, który wyziera spośród wierszy Pamiętnika rzemieślnika. To człowiek mądry nie tylko w teorii, ale przede wszystkim doświadczony. Jest inteligentny, ale wie, że piękno jest prostolinijne. Najbardziej w świecie ceni szczęście swojej rodziny, a pisze z jedynego słusznego powodu. Ponieważ to kocha.
Dlatego książce przyznaję
8,5/10
i polecam ją najserdeczniej fanom Stephena Kinga (choć ci pewnie ją już dawno przeczytali), jak i pasjonatom pisania. To naprawdę wartościowa rzecz, która przyniesie Wam ogromną pomoc.

6 sposobów, jak radzić sobie z krytyką

Powszechnie wiadomo, że nie radzę sobie z krytyką, zwłaszcza konstruktywną. Poniżej przedstawiam Wam 6 sposobów, dzięki którym próbowałam poradzić sobie z różnymi opiniami ludzi: na temat mojej osobowości, twórczości czy dupy.

1. Jedz. (Pij! Żuj).
Objadanie się Kinder Bueno, kanapkami z Nutellą, pierogami ruskimi, chałwą, brownie, naleśnikami z serem… Czymkolwiek (najlepiej wszystkim!), by wypełnić najpierw pustkę w sercu, a później muszlę klozetową.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Ludzie dalej wygłaszali niezbyt przyjemne komentarze pod moim adresem, a do tego pojawiła się nadwaga, przyczyna kolejnej fali krytyki. W ten sposób wymyśliłam toksyczne perpetuum mobile. Mimo tego uważam, że strzelenie czegoś słodkiego, najlepiej gorzkiej czekolady, zawierającej 70% miazgi kakaowej, może pomóc. Wcale tak bardzo nie tuczy, jeśli nie wkłada się jej kilogramami do żołądka, a dostarcza energii do radzenia sobie z problemami. Poprawia też humor, ponieważ po jej zjedzeniu w mózgu wzrasta poziom serotoniny i endorfin.
2. Uciekaj!
Jeśli jestem w czymś mistrzem, to bez wątpienia w uciekaniu od problemów. Kiedy dowiedziałam się, że jeden z kolegów za moimi plecami powiedział, że mam obrzydliwie wielką dupę, jedynym słusznym rozwiązaniem wydało mi się ukrycie w pokoju i owinięcie depresyjnym kocykiem.
Wszyscy chcą, by im mówiono, co mają robić, żeby przeskoczyć problemy. Ich się nie da przeskoczyć, droga pani. Z nimi trzeba stanąć w szranki, je trzeba pokonać, żeby nie wróciły i nie odezwały się za kilka miesięcy czy lat czkawką.
~Doktor Freud, Piromani
(Nie ma to jak stosować autocytaty, beka, beka, hue, hue).
Upływ czasu nie rozwiąże problemów, tylko je spotęguje. Ale, znowu, w odpowiednich proporcjach spędzenie samotnie czasu może być całkiem niezłym lekarstwem, o ile przemyślimy swoje zachowanie, słowa, jakie padły pod naszym adresem i zastanowimy się, co zrobić, by więcej nie zostały już wypowiedziane. Najczęściej oznacza to pożegnanie się z depresyjnym kocykiem, stanięcie w pozie superbohatera, niczym Amelia Shepherd w Chirurgach przed wykonaniem najważniejszej operacji w swoim życiu i uwierzenie w swoje siły, a dokładniej: w siłę do przeprowadzenia zmian.
3. Wyprzyj się!
Można nie widzieć swoich wad. I można celowo przymykać na nie oczy. Tego zdecydowanie nie polecam, w żadnej mierze.
4. Ustosunkuj się do krytyki.
Przyjmij ją do siebie i na przyszłość zrób lepiej.

5.Nie przyjmuj do siebie krytyki…
… i nie postępuj zgodnie z życzeniami innych. Twoja wizja jest najlepsza!

Z dwoma ostatnimi punktami jest taki problem, że bardzo trudno jest powiedzieć, kto ma rację: my sami czy inni, ci, którzy
a) są na tyle bezczelni, że śmią nas oceniać,
b) znajdują się w naszym najbliższym otoczeniu, więc łatwo im wytknąć nasze niedoskonałości.

Na szczęście jest Mateusz Grzesiak, który otwarcie mówi, którą krytyką się przejmować, a którą najlepiej olać. Proszę bardzo.

W skrócie: problemem nie jest to, że przejmujemy się czyjąś opinią, tylko to, czyje zdanie jest dla nas ważne. Ludzie zawsze będą rozmawiać o innych ludziach, zwłaszcza, gdy sami nie są zbyt ciekawymi postaciami. Im ciekawszy jesteś, tym więcej opinii pojawi się na Twój temat. A Ty zawsze będziesz się przejmować, o ile nie jesteś psychopatą. Albo kompletnym dupkiem, który nie widzi niczego prócz czubka własnego nosa (albo kutasa, też się zdarza).

Dlatego, jeśli piszesz, bierz do siebie krytykę tych, którzy bardzo dużo czytają. I to tekstów podobnych gatunkowo do Twojej twórczości. Ewentualnie innych pisarzy ze środowiska, jeśli są Twoimi bliskimi przyjaciółmi i wiesz, że Cię nie okłamią. Niestety, paradoksalnie dosyć traumatycznym odkryciem jest fakt, iż zawsze znajdą się ludzie, którzy będą Cię lizać po tyłku, a Ty nigdy nie będziesz tak dobry, by na to zasłużyć, nieważne, czy nazywasz się John Irving, czy Stephen King. Nigdy nie będziesz tak dobry, by nie móc stać się lepszym! Zawsze znajdą się też ludzie zazdrośni oraz bezwzględni hejterzy, często ukryci pod pozorami całkiem bliskiego kolegi. Dlatego teraz powiem Ci coś, co trudno przechodzi mi przez gardło, a tylko nieco łatwiej przez klawiaturę, lecz jest to święta prawda: słuchaj opinii rodziców na Twój temat, zwłaszcza, jeśli jest wysoce krytyczna. W 99% przypadków będzie prawdziwa. Mojej mamy nie posłucham w kwestii literatury, bo kobieta zwyczajnie się nie zna na współczesnej literaturze polskiej, ale ma dobre wyczucie, jeśli chodzi o moją fizjonomię, więc jeśli mi mówi, że moja dupa jest za duża – ma rację. I jej zdanie wezmę pod uwagę o wiele bardziej niż zdanie kolegi. Przede wszystkim dlatego, że zostało mi to powiedziane prosto w twarz i przez osobę, dla której jestem najważniejsza. Oczywiście, większość rodziców ma tendencję do głaskania swoich dzieci po główkach i niezauważania ich wad, więc jeśli już mówią, że coś jest nie tak – wiedz, że naprawdę tak się dzieje!

Mówią daj pan spokój, Pezet spaprał rap w tym roku
Jego album zbił mnie z tropu, coś tam, gdzieś tam w rytmie popu
Powiem Ci coś mordo tak, by ci utkwiło w głowie
Jeśli ktoś coś spieprzył, to na bank był tamten drugi człowiek
A założę się, że i tak masz mój nowy track w iPodzie
~Pezet i Jimek, Nie muszę wracać
Im większy sukces odnosisz, tym większa krytyka, zwłaszcza ta bezpodstawna. Nawet Pezet się z nią spotyka. Nie wierzę, że dla poparcia swojego argumentu wyciągam rap… Cóż, tekst rewelacyjny i bit też bardzo przyjemny, więc nawet taka antyfanka hip-hopu, jak ja, musi docenić tę zgrabną kompozycję – zresztą, sami zobaczcie.
Jesteś człowiekiem, więc popełniasz błędy. Urodziłeś się niedoskonały i niedoskonały umrzesz. Mimo tego miej poczucie własnej wartości. Pomyśl, ile już osiągnąłeś, a ile jeszcze dopiero możesz! Pamiętaj przede wszystkim, by iść naprzód i nie tracić zbyt dużo czasu na roztrząsanie swoich pomyłek. Zdarzają się każdemu, nawet największym mistrzom. Jeśli nie przewrócimy się na swojej drodze, nie będziemy potrafili się podnieść.
Bywasz piekącym jadem trollów
Na internetowym forum
Vivat Polonia frustrata! Vivat Dąs Psychopata!
Jam nieudacznik grafoman i śmieć
Tylko tu możesz być bogiem – na wszystkich podnosisz nogę
Załatwiasz te sprawę jak pies
Kto z tego napięcia
pierdolnie ze szczęścia?
Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja
~Strachy na lachy, Żyję w kraju

To też trochę kwestia narodowości, jak śpiewa Grabaż. Niestety, gnojono nas przez tyle lat, że teraz, gdy Niemiec nie pluje nam w twarz, sami czujemy nieprzepartą pokusę do obrzucania się błotem. Nie chodzi o to, by tworzyć kółeczko wzajemnej adoracji i przybijać piąteczki za każdym razem, gdy dokonało się jakiejś błahostki, takiej jak wstanie rano z łóżka. (Choć, jeśli się ma depresję, jest to wielki wyczyn i nie należy się tylko piąteczka, ale i buziak w czółko), tylko o większe docenienie się nawzajem. Może jednak nie wszyscy chcą nas zrobić w chuja?
Najlepszą radą wydaje mi się…
6. robienie.
Kilku rzeczy, żeby sprawdzić, co nam najlepiej wychodzi. A nawet, gdy już odkryjemy, co to takiego, nie poprzestawajmy na tym. Skupmy się na dyscyplinie, w której faktycznie nam najlepiej, ale zawsze twórzmy coś nowego. Nigdy nie jest za późno na odkrycie w sobie ogromnego talentu, a życie jest tylko jedno (no, może nie, ale póki co cierpię niedobór informacji w tej kwestii). 
Nigdy też nie rezygnujmy z tego, co sprawia nam przyjemność, nawet, jeśli inni nie mają o tym zbyt pozytywnej opinii. I nawet jeśli mają rację. W końcu jeśli lubisz śpiewać, śpiewaj. Fałszujesz? Drzyj się pod prysznicem. Lubisz pisać opowiadania pornograficzne o wampirach? Pisz dalej, ale nie wysyłaj tego znajomym, albo, co gorsza, wydawnictwom. Warto od czasu do czasu zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie, nie oczekując reakcji innych. 
A jeśli chodzi o pozostałe rzeczy? Zawsze próbujmy być jak najdoskonalsi, z pożytkiem dla siebie i innych. 
Nie bądźmy egoistami – dajmy światu to, co w nas najlepsze.
Mam nadzieję, że moje 6 sposobów, jak radzić sobie z krytyką, odkryce dzięki coachingowi, życiowej prawdzie niesionej przez hip-hop i potwierdzonych latami doświadczenia, na coś się Wam przyda. Jeśli macie swoje – dajcie znać w komentarzach. Opowiedzcie, jak reagujecie na krytykę, może wspólnie wpadniemy na jeszcze kilka niezłych pomysłów.

Leore Dayan – Ludzie wolą tonąć w morzu

Prosisz swojego faceta, żeby kupił ci kolejną kieckę, a kiedy mówi, że masz jedenaście innych i nie potrzebujesz nowej, mówisz: ale mi żydzisz! Może jesteś fanką albo fanem żarcików o Żydach, co oznaczałoby, że dokładnie wiesz, czym są żydopłot oraz żydrandol… Ale co tak naprawdę wiesz o współczesnym życiu młodych Żydów? Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, jak Izraelczycy reagują na jakąkolwiek plotkę dotyczącą zagrożenia kraju lub jakie ptaki można zaobserwować za oknem w Tel Awiwie? Dzięki lekturze zbioru opowiadań Leore Dayana Ludzie wolą tonąć w morzu, możesz poznać odpowiedzi na te pytania oraz zyskać dużo, dużo więcej. Tak naprawdę młodzi ludzie, nieważne w jakiej części świata się znajdują, mogą mieć naprawdę zbliżone do siebie problemy i przemyślenia. 
Książka Ludzie wolą tonąć w morzu stanowiła dla mnie bardzo odświeżającą lekturę. Nieco surrealistyczne, choć silnie zakorzenione we współczesnej rzeczywistości opowiadania, opowiadają o przyjaźni, samotności, miłości i zmaganiach starego pokolenia z nowym. Nie ma tu wcale za dużo polityki, a wzmianki obyczajowe na temat izraelskiej codzienności z pewnością dodają sporo smaczku złaknionym odkrywania nowych kulturalnych przestrzeni. Swoisty absurd potrafił wywoływać co chwila uśmiech na mojej twarzy podczas czytania książki. Czułam wtedy, że znam skądś te dziwne, pogrążone w bólu istnienia rozmyślania, wirującą w powietrzu metafizykę i umiejętność śmiania się do rozpuku z powodu dogłębnego smutku. 
Leore Dayan, źródło:
penn.co.il/en/author/dayan/
Opowiadania Leore Dayana bardzo różnią się od siebie, ale z każdego krótkiego tekstu można naprawdę mnóstwo wyciągnąć. Rozważania o wyższości wind nad schodami ruchomymi prowadzi do rozmyślania o przepaści pokoleniowej oraz zastanawieniu się nad tym, czy postęp techniczny nie wpływa na zwiększoną śmiertelność wśród nastolatków. Opowiadanie zbudowane na kłamstwie jednego z bohaterów może być zaskakującą groteską na strach, który towarzyszy nieustannie Żydom, a zabawa w chowanego dwójki zakochanych ukazać prawdziwe oblicze miłości. Ostatni utwór, tytułowy, Ludzie wolą tonąć w morzu, rozgrywa się w zakładzie psychiatrycznym i wspaniale pokazuje kryzys tożsamościowy młodego człowieka, zbyt zdrowego na funkcjonowanie w otoczeniu chorych psychicznie, lecz nie mogącego poradzić sobie wśród osób, którym nikt nie przykleił łatki wariata. Czyż nie tak często się właśnie czujemy? 
Lekkie pióro Leore Dayana, niewysublimowana tematyka, lecz absolutnie oryginalne jej ujęcie, sprawiają, że książka może nie wszystkich zachwycić. Rozwiązania opowiadań, pozornie pozbawione sensu, przypominają mi nieco utwory Michela Fabera ze zbioru Bliźnięta Fahrenheit. Śmiem więc twierdzić, że jeśli lubisz Fabera, to i Dayan przypadnie Ci do gustu. Z wielką chęcią poznam jednak Twoją opinię na temat, więc, jeśli masz chętkę, napisz w komentarzu o swoich odczuciach. Dla mnie? 
8/10