11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy

Poniżej przedstawiam Wam 11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy. Ich wartość musicie ocenić sami. Choć mają w sobie sporo prawdy, osobiście użyteczność tych porad szacuję na minus miliard, ale coś muszę pisać, skoro nie potrafię się zmobilizować do pisania powieści, prawda? Blog jest w takim przypadku najlepszym dystraktorem.

źródło: www.flickr.com autor: Azzari

1. Książka się sama nie napisze. To, myśl, która codziennie, kiedy tylko otworzysz oczy, sprawia, że chcesz je z powrotem zamknąć. Nawet na zawsze. Ewentualnie sprzyja występowaniu skurczów pośladków lub przyprawia o trudności z oddychaniem, zwłaszcza, jeśli terminy gonią.
2. To, co Ty uważasz za doskonały owoc swojej ciężkiej pracy, świetlistą perłę, będącą cudownym przeistoczeniem Twojego artyzmu w formę fizyczną, a co inni widzą jako książkę, Twój wydawca widzi jako towar, który musi sprzedać. Totalna bezczelność, prawda? 

3. W związku z powyższym, irytowanie się z powodu niezałatwienia Ci przez wydawcę (lub jego asystentkę) lektyki z Ryczypip do Krakowa, byś mógł stanąć na czerwonym dywanie podczas targów książki, jest totalnym bezsensem. Zaprzestań. Po prostu popłacz trochę i poużalaj się nad swoim nędznym losem. W dzisiejszych czasach nikt nie szanuje artystów.
4. Mówienie o tym, że masz pomysł na książkę, nie sprawi, że prace nad książką posuną się do przodu, ale…
5. …umożliwi to ciekawa dysputa w gronie literatów. Upewnij się wszak przedtem, czy aby na pewno w domu czekają na Ciebie proszki na kaca i kilka litrów wody mineralnej. 
6. Ciągłe porównywanie się ze światłowej sławy twórcami, wprowadza w wymarzony do pisania poezji nastrój beznadziei i zachęca do rozmyślania o stu jeden sposobach na popełnienie samobójstwa. To niezły materiał na serię opowiadań. 
7. Ciągłe porównywanie się z tymi żałosnymi amatorami, blogerami, debiutantami, których niby przypadkiem spotykasz, utwierdza Cię w przekonaniu, że masz tak rewelacyjnie opanowany warsztat i jesteś tak swietnym pisarzem, że tylko jakieś fatum sprawia, iż nikt nie chce kupić Twojej książki. Hm, a może to dlatego, że też jesteś amatorem i jeszcze niczego nie opublikowałeś. Albo też prowadzisz bloga i zamiast pisać książki, piszesz o książkach. Damn it!
8. Wpieprzanie frytek i popijanie ich hektolitrami coli nie sprawi, że książka się napisze. Sprawi, że będziesz gruby, ale potem będziesz mógł opisać swoje zmagania się z nadwagą. Widzisz? Nawet brak weny się na coś przydaje. A może by tak po prostu napisać książkę kucharską?
9. Im bardziej próbujesz się zmobilizować do pisania, tym mniej Ci to wychodzi. Cokolwiek się dzieje, jest to wina wydawcy, nie Twoja. Nagle psuje Ci się laptop? Wina wydawcy. Wypisał Ci się długopis albo zgubiłeś zeszyt z pomysłami? Wina wydawcy. Huragan w Kalifornii? Wina wydawcy. Głód na świecie? Chyba wszyscy wiemy, czyja to wina.
10. Prędzej zyskasz zdolność pirokinezy niż napiszesz coś dobrego, jeśli nie czytasz książek innych autorów. Ach, podpalanie jest takie przyjemne, prawda?
11. To, że dobre teksty rodzą się tylko i wyłącznie z cierpienia, smutku, depresji czy tragicznych przeżyć autora, wcale nie jest absolutną prawdą. Zawsze znajdzie się wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego zawsze dbaj o swoje beznadziejne samopoczucie!
Do powyższych 11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy można jak najbardziej podchodzić z przymrużeniem oka. Wasze podejście jednak, nieważne, jakie by nie było, nie zmieni faktu, że cholernie trudno mi spiąć poślady i powrócić do pisania. Możecie poklepać mnie po główce i troszkę pożałować. Poniewać nic, prócz samego artysty*, nie zmobilizuje go do podjęcia dalszego  trudu aktu tworzenia.

_________________________________
*Czyli znowu jestem w dupie, bo nie jestem artystą, tylko rzemieślnikiem. Ech, zawsze pod górkę.

Jakub Żulczyk – Ślepnąc od świateł

Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka to książka, która najpierw rozłożyła mnie na łopatki, a później zaczęła ciskać mną po ścianach. Lektura zassała mnie doszczętnie, przez ponad trzy dni byłam opętana myślą o tym, że książka leży gdzie indziej, niż w moich rękach, a to przecież w moich rękach miała prawo tylko spoczywać, przynajmniej póki nie pochłoniemy się doszczętnie. A teraz to już się stało i nawet nie wiem, jak o tym mrocznym i zaskakująco wspaniałym doświadczeniu napisać w kilku prostych słowach. 
Projekt oklejki na oprawę twardą o wiele lepszy niż na obwolutę, chociaż dziewczyna wcale nie taka zła.

Ślepnąc od świateł to książka, którą kupiłam na poczekaniu. Wolałam nabyć Radio Armageddon, ale nie mogłam znaleźć. A czas gonił, to były Warszawskie Targi Książki, kilka szalonych dni. Chodziło o to, żeby podejść do Kuby Żulczyka, w sumie nie wiem nawet, w jakim celu. Sięgnęłam więc po Ślepnąc od świateł, ustawiłam się w kolejce, patrzyłam, jak Żulczyk gada z jakąś kobietą, pewnie też pisarką. Nie było zbyt wielu ludzi, nie tyle, co u Krzysztofa Vargi. Myślałam więc tylko o tym, że zaraz przyjdzie moja kolej, i że Żulczyk chyba faktycznie jest dosyć wysoki, bo wciśnięty w niewielki fotel wyglądał troszkę komicznie. A potem nie pamiętam, co się stało, po prostu dałam pociągnąć się niefortunnemu łańcuchowi przyczynowemu, skutkuącego zapewne głupotą i amnezją, serio. Jedyne, co pamiętam, choć też nie do końca, to podpis Żulczyka na czwartej stronie podetkniętej mu przeze mnie książki. Pamiętam to, bo mam na to dowody rzeczowe. W ogóle, zastanawiam się, na cholerę to zrobiłam, zarówno w jego przypadku i przypadku mistrza Vargi, i doszłam do wniosku, że może po prostu chciałam być miła. Wydawało mi się przez moment, że istnieje taka możliwość, że wielcy pisarze lubią podpisywać swoje książki, ale potem uświadomiłam sobie, że skoro ja nie lubię, to oni pewnie tym bardziej. Może zamist tego bardziej lubią rozmawiać o tym, co napisali? Ale ja przecież nie lubię. Po co jednak się porównuję, tym bardziej, że żadne zasady nie istnieją? Środowisko zróżnicowane jak każde inne. I wśród pisarzy znajdą się ludzie, którzy lubią mówić mniej lub więcej. 
Do czego jednak dążę? Że Ślepnąc od świateł kupiłam przypadkowo, tak jak w ogóle przypadkowo natknęłam się na wiadomość o istnieniu Kuby Żulczyka, która wyszło podczas jednego z tłustych obiadów pochłanianych w uczelnianym bistro. Nazwisko pisarza padło ze sprawiających wrażenie udoskonalonych chirurgicznie ust Madziki. Z tamtej rozmowy też już niewiele pamiętam, ale wyobrażam sobie, że wyglądało to mniej więcej w ten sposób:
– Kuba Żulczyk? – pyta Madzika, odrzucając najpierw swe idealnie proste, długie włosy, a później wyginając do tyłu plecy i wypinając pokaźną pierś. – Uwielbiam. 
Po prostu chciałabym Wam powiedzieć, że książki i ich twórcy, którzy pojawiają się w naszym życiu nagle, potrafią być największymi niespodziankami. Nie czytajcie więc zawsze tego, co podsuwają Wam inne blogi, reklamy w czasopismach, takie tam. Czasem zdajcie się na przypadek. 
Chociaż wierzę, że spotkanie się z twórczością Kuby Żulczyka nie jest przypadkiem. Chciałabym też wierzyć, że nie wyjątkowo przekonującym marketingiem, tylko zrządzeniem losu, który swoim niewidzialnym palcem wskazał mojej podświadomości okładkę Ślepnąc od świateł i powiedział: to jest zajebiste, Emilka. 
Nie chcę być pierwszą z brzegu blogereczką książkową (jeśli jest taka możliwość, proszę, w ogóle mnie tak nie szufladkujcie), która dokona powierzchownej analizy książki, spuści się na nią (jeśli na ten przykład jest blogerem bądź transblogerem, a może nawet transblogerką) i zrobi sobie z nią foteczkę. Nie stworzę konkretnej trójdzielnej recenzji. Powiem Wam krótko, o czym jest, potem, że, o ile zaczytujecie się w Sparksie, Grocholi, Michalakowej, Ślepnąc od świateł Wam się nie spodoba, mówiąc delikatnie, a potem przyznam tłuste 9/10. Jak zgoda, to wreszcie zacznę, a jak niezgoda, to nara. 
Jacek jest dilerem kokainy. Sprzedaje ją w największym i najbrudnijszym polskim mieście – Warszawce. Dostarcza narkotyki zarówno w miarę szarym ludziom, jak i tym z pierwszych stron gazet. Kupuje od niego dziewczyna, której pies wabi się Putin, i ktoś, kto przypomina do złudzenia jednego z najczęściej występujących w TVN-ie showmanów. Ale, jak to w biznesie, a przede wszystkim w życiu, po jakimś czasie wszystko się komplikuje, o ile nie było skomlikowanym od samego początku. 
Poprzez pierwszoosobową narrację czytelnik wchodzi do głowy Jacka. Zżywa się z nim. Myśli jak on, czuje jak on, widzi i działa. Na chwilę (jakieś pięćset stron) sam staje się dilerem. I lubi siebie, czyli głównego bohatera. Przynajmniej na początku, kiedy wszystko jest piękne i oczywiste. (Znowu, jak w życiu). A potem? To pewnie zależy od rodzaju czytelnika. Ja lubiłam Jacka do samego końca. A zwłaszcza pod koniec, choć dzięki tej książce wreszcie zapałałam żywą nienawiścią do narotyków. Lepiej późno niż wcale. 
Mimo tej sympatii do głównego bohatera, i tego, że w zasadzie wszyscy, nawet najmniej istotni, są bardzo dobre nakreśleni w paru wyrazistych ruchach, najbardziej zżyłam się z Paziną, przyjaciółką Jacka. To ta, która zawsze miała pod górkę, w której białe nieustannie miesza się z czarnym i tego czarnego zapewne jest więcej. Ta lojalna i zawsze będąca na każde zawołanie, i tak samo zawsze dostająca od życia w dupę. 
A prócz bohaterów tych, co chodzą, ćpają, leżą i kwiczą, pojawia się jeszcze jeden, dominujący nad nimi wszystkimi, najstraszniejszy i najmajestyczniejszy. Sama Warszawa. Namalowana w taki sposób, że kiedy pojawię się w niej następnym razem, będę wyglądać szatana za rogiem każdej ulicy. 
Język Żulczyka od czasów Zrób mi jakąś krzywdę podskoczył kilka leveli w górę. Mniej przyrównań akcji do filmów naprawdę wpłynęło na ogromny plus tej pozycji. Jest niemal doskonale. Bardzo obrazowo. Zapachowo i czuciowo nawet. Nawet, nawet. Nawet momentami za bardzo. 
A koniec? Koniec jest dokładnie taki, jak pisze na skrzydełku obwoluty Szczepan Twardoch:
Zakończenie jest jak cios pięścią między oczy.
Pamiętajcie, to nie jest książka dla dzieci. Jeśli nie jesteście za pan brat z czytaniem o przemocy, rozmaitych wydzielinach, brudem i smrodem łamiącego się życia, nie sięgajcie po tę książkę.

9/10

Fantastyczne pokolenie „Harry’ego Pottera”

W 2016 roku do kin trafi pierwsza część spin-offu serii przygód o Harrym Potterze, czyli Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Nie dołączę się do chóru głosów (o ile taki chór w ogóle istnieje), że Rowling najwyraźniej brakuje pieniędzy i musi dorobić. Jestem wzruszona, podekscytowana i pełna nadziei. Jestem częścią pokolenia Harry’ego Pottera i jego świat jest moim światem.

Wielka trójca, źródło: harrypotter.wikia.com

W kwietniu stuknęły mi dwadzieścia trzy lata, ale wciąż całkiem nieźle pamiętam, jak w podstawówce Julita pożyczała mi kolejne, świeżutkie tomy przygód młodego czarodzieja, a ja pochłaniałam je w zastraszającym tempie. Wreszcie razem z klasą wybrałyśmy się do kina na Kamień filozoficzny, wcinając podrabiane Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta i żałując, że nigdzie nie ma takich czekoladowych żab, jakie właśnie konsumowali na dużym ekranie Harry i Ron.
Pamiętam, jak w trzeciej części pojawił się Syriusz Black, jak bardzo ubóstwiałam tę postać, i jak bardzo płakałam, gdy odszedł w piątej. Pamiętam, że to właśnie między innymi jego przygody zmotywowały mnie do pisania pierwszego w mojej karierze nastoletniej pisareczki fan-fiction. Wystukałam kilkaset stron dziejów Huncwotów oraz łzawej miłości Lily Evans do Jamesa Pottera, a wszystko publikowałam natychmiast na blogu Onetu, co było początkiem mojej blogerskiej przygody. Pamiętam, jak w liceum oglądałam z Mistrzem pierwszą część „Insygniów”, i w jaką histerię popadłam, gdy umarł Zgredek.
Nie zliczę godzin, które spędziłam na marzeniach o Cedricu Diggorym, zanim jeszcze stał się wielbionym powszechnie Edwardem Cullenem. Trudno policzyć byłoby też wieczory przegadane ze znajomymi na temat Harry’ego Pottera. Z żadną książkową czy filmową serią nie zżyłam się aż tak bardzo. 
Słynne już słowa wcielającego się w rolę Snape’a, Alana Rickmana, źródło: mariaanngreen.com
Dlatego tak bardzo cieszę się, że i młodsi będą mogli poznać magiczny świat, stworzony przez J. K. Rowling. Słyszeliście już o trylogii Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć? Przyznam, że nie czytałam książki (chyba z tego, co pamiętam, jest bardzo cieniutka), więc może Wy dostarczycie mi informacji na jej temat? Moja wiedza tyczy się tylko realizacji filmu. Już pod koniec 2013 roku Rowling oświadczyła na swoim Facebooku, że podpisała z Warner Bross umowę na spin-off Harry’ego Pottera. Okazuje się, że została także twórczynią scenariusza. W postać głównego bohatera, Newta Skamandera, ma wcielić się sam Eddie Redmayne, który otrzymał w tym roku Oscara za rolę Stephena Hawkinga! Uwielbiam tego rudzielca, więc nie mogę się doczekać, info potwierdzone, wypowiedział się na ten temat sam aktor. Niestety, zabraknie chyba Ezry Millera, którego lubię co najmniej tak samo. Takie plotki były, ale gwiazdor powiedział, że nikt nawet mu nie zaproponował roli. Nie będę nad tym jednak aż tak ubolewała, ponieważ do roli Modesty (nie mam pojęcia, kim jest ta postać ani jaki będzie miała udział w fabule, nieistotne) ogłoszono casting i zgłosiło się ponad dwadzieścia pięć tysięcy dziewczynek w wieku od ośmiu do dwunastu lat. To jest wiadomość fantastyczna, bo mimo gnającego czasu, miłość świata do Harry’ego Pottera nie przemija. Mam nadzieję, że pierwsza część Fantastycznych zwierząt, która wejdzie do kin w listopadzie 2016 roku, tylko zwiększy popularność uniwersum, jako że do tej pory akcja toczyła się w większości jedynie w Hogwarcie lub Londynie. 
Eddie, źródło: popsugar.com
Pod wiadomościami na Filmwebie dotyczącymi Fantastycznych zwierząt, znalazłam komentarze, że Warner Bros powinien się raczej podjąć ekranizacji losów Huncwotów lub założycieli Hogwartu. W tym pierwszym przypadku – nic straconego! Na Kickstarterze właśnie zakończyła się zbiórka pieniędzy na fanowski film o ostatecznym pojedynku Severusa Snape’a z ojcem Harry’ego, Jamesem Potterem. Pojawią się także Lily, Remus, Syriusz i Peter (pieprzony Peter). Produkcją zajmie się amatorska grupa filmowców Broad Strokes Production, a zwiastun filmu możecie obejrzeć poniżej. Czy Wy też uważacie, że aktorzy są rewelacyjnie dobrani? To może być naprawdę coś!
Na koniec mam do Was ogromną prośbę. Ponieważ nieco wypadłam ze świata fanfiction, jeśli zaczytujecie się w podobnych rzeczach związanych ze światem Harry’ego Pottera – dajcie znać w komentarzu! Chętnie wrócę do czytania opowiadań zamieszczanych na blogach. Kiedyś była to spora część mojego życia. 🙂 

Alice Munro – Dziewczęta i kobiety

Lata czterdzieste minionego wieku, świat przyrody oraz małomiasteczkowych uprzedzeń, a w samym jego środku – Del Jordan, dziewczynka, dziewczyna i wreszcie młoda kobieta. O skomplikowanym procesie dorastania, gdy jest się przedstawicielką płci pięknej, a także o skomplikowanych relacjach między bliskimi sobie kobietami, pisze Alice Munro w zbiorze opowiadań pt. Dziewczęta i kobiety

Jeśli ktoś wcześniej nie słyszał o Alice Munro, to może czuć się zacofanym. Na szczęście jestem tu po to, by nieść kaganek oświaty i uświadamiać nieszczęśników w sferze zagwostek literackich. 
Alice Munro to urodzona w 1931r. kanadyjska pisarka, która lubuje się w pisaniu opowiadań o pogłębionym rysie psychologicznym bohaterów, już od 1950r. Dwa lata temu (2013r.) otrzymała Nobla, a Dziewczęta i kobiety (ang. Lives of Girls and Woman) są jej drugim opublikowanym zbiorem opowiadań, a zarazem moim pierwszym spotkaniem z twórczością pisarki. I na pewno nie ostatnim, bo Munro pisze po kobiecemu i dla kobiet, bez słodzenia czy wymyślania przerysowanych dramatów. Zresztą, niczego innego się nie spodziewałam, w końcu Nobla nie dostaje się za nic, tak, o. Aż mi trochę głupio, że książkę tak czcigodnej prozatorki mam w formie kieszonkowej za 9,99, którą kupiłam w markecie razem ze zgrzewką wody i dwoma litrami maślanki. Trudno się mówi; ważne, że w ten sposób literatura dociera do większej liczby osób. 

wyborcza.pl
Kiedy dorasta się w małym miasteczku, jak było to w przypadku głównej bohaterki Dziewcząt i kobiet, Del Jordan, świat poznaje się trochę z własnej perspektywy, a trochę oczyma ludzi, z którymi najczęściej się widuje. Najbliższymi osobami, przewijającymi się przez życie Del, był ekscentryczny sąsiad, wujek Benny, który spotkał swoją jeszcze bardziej ekscentryczną żonę przez ogłoszenie w gazecie, ojciec, skupiony na hodowli zwierząt, opryskliwy młodszy brat, przyjaciółka Naomi, współlokatorka Fern i, rzecz jasna, matka. Matka, którą kocha się i nienawidzi jednocześnie, co między wersami wspaniale opisała Munro. 
Co na to moja matka? Była matką, nie bardzo więc liczyłam się z jej zdaniem.
Opowieść ta zatem jest historią po trosze życia rodzinnego, a po trosze księgą skromnych relacji towarzyskich. Przede wszystkim ukazuje jednak proces dorastania i zmian w postrzeganiu dziewczynki, która zmienia się w młodą kobietę. Poruszone zostały między innymi tematy religii i wiary, na przemian zacieśniających się i rozluźniających więzów przyjaźni, poszukiwania swojej życiowej drogi oraz namiętności i zakochania. W opowiadaniach przewijają się również naturalnie idee feministyczne. 
Czuję, że nadchodzą pewne zmiany w życiu dziewcząt i kobiet. Tak. Zależą one jednak tylko i wyłącznie od nich. Dotąd stanowił o nas jedynie związek z mężczyzną. Nic poza tym. Nie miałyśmy własnego życia, prawie jak zwierzę domowe.
eclicto.pl
Z opowiadań można również wyciągnąć cenne nauki. Takie matczyne. Albo takie przyjacielskie. Dla młodej panny, która niebawem przejmie całkowitą odpowiedzialność za własne życie. Najważniejsze jest to, że książka w oryginalne została opublikowana w 1971r., a wskazówki są wciaż jak najbardziej aktualne. Widać, świat gna jak szalony do przodu, ale ludzie zmieniają się dużo wolniej. 
Bądź rozsądna. Nie daj się omamić. Gdy raz popełnisz ten błąd i dasz się… zwieść mężczyźnie, twoje życie przestanie już byc twoje. Stanie się brzemieniem jak dla innych kobiet.
To, co najbardziej chyba podoba mi się w książce, choć ma ona niewątpliwie wiele atutów (prosty język, spokojnie prowadzona narracja, w której pełno jest jednak emocji, świetnie oddany klimat prowincji), to postać głównej bohaterki. Del nie jest przebojowa, nie szuka uznania rówieśników, wręcz przeciwnie. Ma kilka kilogramów za dużo, jest raczej wycofana, ale mimo wszystko, kiedy wreszcie zaczyna rozumieć, czego chce, sięga po swoje. Nie jest osobą jednoznacznie pozytywną czy negatywną – jak w życiu, a Dziewczyny i kobiety są napisane momentami do bólu realistycznie, na przykład jeśli chodzi o pierwsze doświadczenia seksualne Del, co również uważam za kolejną zaletę zbioru. Kobiety mają różne natury – natura Del należała do tych zdradzieckich, trochę mrocznych, trochę pokręconych, lecz bez popadania w skrajności. Taki portret kobiety jest dla mnie jednym z najbardziej wiarygodnych, z jakimi miałam kiedykolwiek do czynienia. 
7/10

Najlepszy portal książkowy

BiblioNETka czy Lubimyczytać.pl? A może Goodreads.com czy Granice? Który portal książkowy jest Waszym ulubionym i dlaczego w ogóle z niego korzystacie? Zapraszam do dyskusji!

Powody, dla których korzystam z portali ksiązkowych:

1. Półki

Dzięki nim mogę podzielić książki już przeczytane, lub te, których lekturę dopiero planuję, na rozmaite kategorie. W ten sposób od razu widzę, ile do tej pory przeczytałam książek podróżniczych, ile o feminizmie, a ile o gotowaniu. (Wniosek nasuwa się sam: nie mogę nazywać się specjalistką w żadnej z wymienionych tematyk).
2. Lista książek, które chcę przeczytać
Kiedyś spisywałam pozycje książkowej warte uwagi na kartkach, ale, jak to z kartkami bywa, gubią się w czasie i przestrzeni. Internet bywa bardziej stabilny. Jest prawie zawsze wszędzie tam, gdzie ja (co swoją drogą jest poniekąd przerażające, prawda?), no i taka lista będzie trwalsza niż papierowa. (Hakerzy prędzej zniszczą cyfrowy pieniądz na całym świecie niż włamią się na jakiś polski serwer, by pomieszać szyki molom książkowym).  

3. Wiem, ile przeczytałam w danym roku
Zatem albo się cieszę, albo wyję i walę głową w mur. Zresztą, prawie zawsze jest to ta druga opcja. Zapewne nawet, gdybym czytała dzień w dzień jedną książkę, i tak bym sobie wmawiała, że to za mało. Czy Was też boli świadomość, że choćbyście żyli dwieście lat, nie zdążycie przeczytać wszystkich interesujących Was książek? To chyba jeden z bardzo niewielu powodów, dla których boję się śmierci. 

4. Rywalizacja
Widzisz, ile przeczytał Twój znajomy, więc możesz dążyć do tego samego poziomu, jeśli liczba książek w jego biblioteczce jest większa, niż w Twojej. Albo wręcz odwrotnie: mobilizować do czytania. 
5. Interakcje z innymi użytkownikami
Czy to forum, czy to komentarze pod książkami albo nawet wiadomości prywatne – uwielbiam porozumiewać się z innymi miłośnikami literatury, dyskutować o ulubionych książkach lub wspólnie zastanawiać się nad alternatywnymi zakończeniami. 
6. Portal podpowiada, jakie książki mogą mnie zainteresować
Chociaż czasami jest z tego niezła beka. Przeczytałam na przykład Pamiętnik Nicholasa Sparksa i od tego czasu portal uważa, że jestem najwierniejszą fanką tegoż pisarza, więc co chwila podsuwa mi nowe pozycje książkowe, oscylujące wokół tematyki miłości nastolatków. Bleeee. 

A Wy? Dlaczego korzystacie z portali książkowych? Czy są jeszcze jakieś ciekawe opcje do wykorzystania, o których nie mam pojęcia, a które mogą wnieść w moje życie więcej luksusu? Koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami! Także co do stron, z jakich korzystacie. Może wspólnie uda nam się wybrać najlepszy portal książkowy?

Moja przygoda zaczęła się od portalu

Przyznam, że bardzo długo byłam użytkownikiem tego serwisu i byłam z tego bardzo zadowolona. Co chwila otrzymywałam książki do recenzji, wygrywałam konkursy, ogólnie: pozytywnie. Nawet nie pamiętam, dlaczego przestałam korzystać z portalu – chyba w roli głównej wystąpiło zagubione hasło. Kontaktowałam się chyba z adminami, ich odpowiedź zdaje się była bardzo opieszała, potem strona co chwila była niedostępna… Miałam dojść. Zwróciłam się pod skrzydła

 
Według mnie jest to aktualnie najlepszy portal książkowy, a przynajmniej mój ulubiony. Nic dziwnego – w końcu mieści się w Poznaniu, ha! Niech żyje lokalny patriotyzm! Witryna istnieje od około pięciu lat i w ciągu mojego użytkowania przeżyłam tylko jeden zawód – kiedy zmieniono wygląd strony. Długi czas nie mogłam dopasować się do nowych warunków, moja biblioteczka stała się jakaś taka brzydka. W końcu jednak zaakceptowałam aktualny stan rzeczy i naprawdę, nie mam żadnych obiekcji. 
to kolejny portal książkowy, ale zdecydowanie nie najlepszy. Została założona w 2001 roku, czyli całe czternaście lat temu! Tylko że raczej się nie rozwija. Nie wiem, jak wyglądała ponad dekadę temu, ale teraz wciąż wydaje mi się stroną jakby z prehistorii. Zdecydowanie za mało grafik, jakieś rozwijane foldery, system wyszukiwania wyglądający jak ten biblbioteczny z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pracowało się jeszcze na monitorach kineskopowych i pierwszych Windowsach… Totalnie nie mogę się przekonać. Czy ten portal ma w ogóle jakieś zalety i czy ktokolwiek jeszcze z niego korzysta?
Z Goodreads.com przeżyłam krótki epizod podczas studiów. Jedna z moich koleżanek miała tam konto, więc założyłam i ja. Ponieważ jest to jednak portal anglojęzyczny, nie czułam się w nim za dobrze. Słyszałam też o stronie
tylko że kiedyś myślałam, iż jest to portal literacki. Teraz okazuje się, że można tam też porozmawiać o książkach. Nie mam tam jednak konta, więc nie wiem, jak to wszystko wygląda od wewnątrz. Ktoś z Was mógłby się podzielić swoimi doświadczeniami? 
Ostatnio zaczęłam poszukiwać nowych możliwości. Jedną z nich wydawał mi się portal książkowy
Uważam, że strona ma fenomenalną grafikę. Skusiło mnie jednak to, że można importować całą swoją biblioteczkę z Lubimyczytać.pl, co okazało się totalną bzdurą. Takiej opcji nie ma, więc rozczarowałam się z powodu tej plotki. Nie żałuję jednak założenia tam konta. Booklikes.com przypomina trochę książkowego Facebooka. Podoba mi się rozwojowość tej strony – jest polska, ale od razu nastawiona na użytkowników z innych krajów. Ma też rozmaite, ciekawe opcje: można prowadzić swojego bloga, dodawać zdjęcia i wideo. Dla mnie jednak najlepszym w tym serwisie jest rewelacyjny newsletter. Uwielbiam go! Wiecie, jak jest z newsletterami od Lubimyczytać.pl – to wiadomości o nowościach, promocjach, takie tam, przynajmniej w większości. Booklikes.com oferuje jednak powiadomienia o najciekawszych i najpopularniejszych wpisach użytkowników, prezentuje zgromadzone gify i ciekawe cytaty dotyczące książek, najoryginalniejsze recenzje, konkursy – i owszem, nowości, ale zgromadzone w zwartej formie, tylko i wyłącznie w formie okładek. Uwielbiam. 
To jednak nie koniec rewelacji. Jakiś czas temu trafiłam na 
Najlepszy portal książkowy? Tak, myślę, że ta strona ma takie aspiracje. Tak jak Booklikes.com przypomina fejsa, tak BookHunter.pl w bardzo miły sposób ma sporo wspólnego z Filmwebem. Na razie ma niestety niezbyt obszerną bazę książek i autorów, ale z drugiej strony ma się sporo frajdy w jej budowaniu. Można otrzymywać punkty za współtworzenie portalu, edytować informacje o autorach bez względu, czy się ich dodało (tego nie ma na Lubimyczytać.pl), zobaczyć nagrody danego pisarza, a także ekranizacje i wiele, wiele innych. Sympatyczną opcją jest również wyszukiwanie książek po tagach oraz różne rankingi. Administratorzy strony są do tego wszystkiego świetną ekipą. Spieszą z odpowiedziami na mejle, a także są otwarci na wszelkie formy współpracy. Dlatego polecam ten serwis z całego serca!

Jaka jest Wasza historia odnośnie takich stron? Korzystacie z jednego czy kilku portali książkowych? Dlaczego w ogóle to robicie i który serwis  według Was jest najlepszy? Jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi, może to w jakiś sposób sprawi, że będę bardziej zdecydowana, jeśli chodzi o korzystanie z portali książkowych.