Into the wild – Wszystko za życie

Into the wild – Wszystko za życie

Czasem dopuszczam do siebie ciemność. Sama przychodzi, a ja nie mówię jej nie, bo i tak prędzej czy później wdarłaby się do mojego umysłu poprzez głupkowate reklamy w telewizji, absurdalne wymagania państwa względem jednostki, społeczne konwenanse… I ta ciemność mówi mi: rzuć to wszystko, jedź na Alaskę, bądź dla siebie i innych dobrym człowiekiem, a resztę chrzań… Wczoraj miałam taki moment, lecz zamiast spakować plecak, na co wiecznie brakuje mi odwagi, włączyłam film pt. Wszystko za życie (Into the Wild). I od razu zrobiło mi się lepiej. No, może nie do końca…
Film czekał bardzo długo, żebym w końcu go obejrzała (pewnie z pięć lat). Został wyreżyserowany przez Seana Penna, który napisał też scenariusz do filmu na podstawie książki Jona Krakauera pod tym samym tytułem. Into the wild to historia autentyczna, opisująca niezwykłą wyprawę Christophera McCandlessa (w roli głównej Emile Hirsch).
Zainspirowany książkami m.in. Jacka Londona i Lwa Tołstoja, po zakończeniu studiów, Christopher postanawia spakować plecak i ruszyć na włóczęgę. Pozostawiwszy rodzinę i przekazawszy oszczędności na cele dobroczynne, wyrusza w podróż przez USA, na czas włóczęgi przybierając imię Alexander Supertramp. Jego celem i największą przygodą, do jakiej dąży, jest spędzenie kilku miesięcy na łonie dzikiej natury, w całkowitym osamotnieniu, w sercu Alaski.
W drodze Alex spotyka mnóstwo ciekawych ludzi – parę przesympatycznych hippisów, zakochanych w sobie postrzelonych Holendrów, nastoletnią piosenkarkę country, artystę garbarniczego w podeszłym wieku… Alex pojawia się w ich życiu w kluczowym momencie. Dzięki nim chłopak staje się mądrzejszy, choć i wcześniej życiowej mądrości mu nie brakowało.
Into The Wild- great movie watch this movie free here: http://realfreestreaming.comInto the Wild http://www.amazon.com/ref=svisw1
Ciesząc się otaczającą go przyrodą, docierając do najdzikszych zakątków Ameryki, Alex po prostu cieszy się własnym istnieniem. Myślę, że to najcudowniejsza z umiejętności, jakie może nabyć człowiek w trakcie swojego życia, lecz nie każdemu jest to dane. Bohater (a zarazem postać autentyczna) pokazuje, jak bardzo jesteśmy złaknieni bliskości z naturą, prostoty i spokoju. Zachowanie Aleksa wzbudza jednak kontrowersje. W końcu od samego początku podróży ani razu nie dał znać swoim bliskim, że żyje. A idee, którymi się kierował, czasem nie do końca pokrywały się z realnym życiem… Interpretacja jednak, jak zawsze, zależy od naszych osobistych doświadczeń, a co za tym idzie, indywidualnego spojrzenia na sprawę.
W końcu Aleksowi udaje się dotrzeć do celu. Dociera do Alaski i rozpoczyna życie w opuszczonym autobusie, który teraz nabrał już kultowego, symbolicznego znaczenia…
Film z początku dał mi ogromne wytchnienie. Fabuła płynęła spokojnie, acz ciekawie, ze względu na zmiany perspektywy, retrospekcje, przepiękne widoki i wprowadzanie nowych postaci w idealnych momentach. Niesamowicie przypadły mi do gustu liczne odwołania do literatury i etos wolności. Żaden z dialogów, jakie zostały wypowiedziane w filmie, nie był zbędny. Wszystkie można było spokojnie wynotować w charakterze jakże życiowych sentencji. Nad wydarzeniami jednak unosił się smutek, a sama końcówka była dla mnie traumatyczna. Tym bardziej, że dopiero wtedy dowiedziałam się, iż Chris McCandless naprawdę istniał, a film jest naprawdę wiernym odwzorowaniem jego włóczęgi…
Wszystko za życie pokazuje najważniejsze wartości w życiu każdego człowieka. Można się z niego naprawdę sporo nauczyć. Ja wiem, że niektóre osoby może znurzyć brak akcji w postaci morderstw i seksu, więc będą mieć zupełnie inną opinię na temat tego arcydzieła, ale proszę, jeśli tak będzie, to zachowajcie ją dla siebie. Nie psujcie mojego zauroczenia tym filmem. A jeśli macie go na liście utworów „do obejrzenia”, jak najszybciej to zmieńcie. Gwarantuję tak czy siak mocne wrażenia. Skończyłam oglądać chyba po pierwszej w nocy, a do czwartej nie mogłam zasnąć, rozmyślając o życiu Chrisa McCandlessa… I szukam wciąż puenty. I nie mogę jej znaleźć, choć czuję ją pod skórą. I na szczęście znów czuję inspirację.
9/10

„Polacy są wspaniałym narodem i bezwartościowym społeczeństwem”

Tako rzekł Cyprian Kamil Norwid, wobec którego sama mam mieszane uczucia. Jaki był, taki był, w sumie nie poznałam gościa. Wiem tylko, że dobrze pisał i się z nim zgadzam. A o co chodzi? O co może mi chodzić? O to, co zwykle. O literaturę. I uczucia. Z góry chciałabym zaznaczyć: Polskę kocham szczerze! Ale moim rodakom chciałabym często przypierdolić.

Jak każda młoda pisareczka jestem trochę egoistyczna, więc czytam komentarze pod recenzjami mojej książki. Żałuję, bo znalazłam coś takiego:

Okay, muszę przyznać, że zatrzymałaś mnie na te kilka akapitów. Książka nie rzuca się w oczy, jest niepozorna, a nazwisko polskiej autorki źle się kojarzy, bo jak to tak, polska literatura i jest dobra? Ale przekonałaś mnie i wiem, że muszę po to sięgnąć. 

No tak, bo Szymborska to jakieś ścierwo, o którym nikt na świecie nie słyszał, Mickiewicz to jakiś, pożal się Boże, lamus, a Herbert… Zaraz, kto to w ogóle jest? Może coś mi się pomyliło. Z herbatą na przykład. I wcale ktoś taki nie istnieje.


Nie dość, że większość Polaków książki nie miało w rękach od ho-ho, to jeszcze ci, co czytają, śmią rzucać takimi z dupy wyjętymi hasłami? Co to się porobiło, hę?

Tak, czytam zagranicznych autorów. Tak, lubię amerykańską prozę. Zarówno klasykę, jak i literaturę popową. Nieważne, czy to J. K. Rowling, czy Ernest Hemingway. (Zasadniczo jest różnica, nawet spora, ale to po prostu inne ligi). Polską literaturę natomiast wielbię! Polscy pisarze są nie tylko mistrzami dbałości o słowo, wręcz architektami pięknych językowych bazylik i pałaców, ale potrafią dostarczyć także mnóstwo rozrywki oraz wychować. Wymieniać mogłabym bez końca, chciałabym jednak przedstawić kilku polskich twórców, bez których zapewne moje dzieciństwo, a w konsekwencji i całe życie, stałoby się jałowe. 

Julian TuwimStoi na stacji lokomotywa, / Ciężka, ogromna i pot z niej spływa! Znacie to? Biega, krzyczy pan Hilary: / „Gdzie są moje okulary?” A to? Albo jeszcze: Murzynek Bambo w Afryce mieszka, / Czarną ma skórę ten nasz koleżka. Pamiętam mnóstwo wspaniałych chwil, gdy recytowałam Lokomotywę razem z tatą, który inscenizował zabawne scenki i kupę śmiechu, mimo że ten sam wierszyk czytaliśmy już n-ty raz. Ale Tuwim dostarczył mi za dzieciaka nie tylko radości, bo i nauki. Dał między innymi rewelacyjną lekcję dystansu do siebie, bo pokazał, że można się śmiać z własnych słabości – roztargnienia, zapominalstwa, nawet głupoty… Nauczył też tolerancji. Prawdopodobnie Bambo był pierwszym czarnoskórym człowiekiem, którego spotkałam w życiu. A gdzie mała smarkula, dorastająca w niewielkim miasteczku, miałaby spotkać jakiegoś Murzyna? Tuwim pokazał mi, że to, co inne, również może być przyjazne i po prostu fajne. A w liceum i na studiach odkryłam inne oblicze Juliana Tuwima. Pokazał, że nic nie jest od początku do końca albo czarne, albo białe, skoro nawet wulgarność może emanować poezją (Wiosna. Dytyramb). Oraz że zdanie innych tak naprawdę mało znaczy, jeśli żyjemy w zgodzie z samymi sobą (Do krytyków). To jedne z najważniejszych nauk, jakie dostałam przez całe życie.

Jan Brzechwa niesamowicie rozwinął zaś moją wyobraźnię dzięki wszystkim częściom przygód Ambrożego Kleksa. Dzięki tym lekturom zrozumiałam, że na przekór przeciwnościom, trzeba wciąż wykazywać odwagę, by snuć marzenia. To z nich rodzi się wielkość. Każdy sen ma ogromną moc, bo to, co sobie wyśnimy, przy odpowiednim nakładzie pracy, możemy wcielić w życie. Pokochałam Brzechwę za mnóstwo zabawnych absurdów, które można spotkać zarówno w jego wierszach, jak i prozie. I może dlatego, gdy rzeczywistość atakuje mnie takimi absurdami, nie do końca miłymi, potrafię się z tego śmiać, zamiast bezsensownie wściekać i zgrzytać zębami. A to naprawdę przydatna umiejętność.

Kiedy mam gorsze momenty wywołane jakimiś zgrzytami w rodzinie, przypominam sobie Awanturę o Basię Kornela Makuszyńskiego. I doceniam, że tę rodzinę mam, prawdziwą, tatę i mamę, i cieszę się, bo to prawdziwy skarb. Poza tym, zarówno Basia Bzowska, jak i Irenka Borowska, czyli Panna z mokrą głową, a także Ewcia Tyszowska (Szaleństwa panny Ewy), to dla mnie wzory odwagi, determinacji, oddania sprawie, empatii i dobroci. W każdej z nich widzę po trochu z siebie i wciąż, mimo tylu lat, mimo tego, że zestarzałam się niemiłosiernie, prześcigając wiekiem moje ulubione bohaterki, wolę być taka, jak one, niż jakaś tam Anastasia Steele, która przy tamtych dziewczynach wypada po prostu żałośnie.

Maria Kownacka, Maria Konopnicka, Dorota Terakowska – o paniach też nie mogłabym naturalnie zapomnieć! I jeszcze trzecia Maria, Maria Krüger. I Małgorzata Musierowicz, i Ewa Nowak!  Znacie te damy? Kobietom, które mnie wychowały, chyba poświęcę osobny wpis. Kto, jak kto, ale one zasłużyły szczególnie. 

Trochę się już zatem wybitnych twórców nazbierało, a to dopiero etap dzieciństwa, kiedy tak naprawdę zaczynałam dopiero przygodę z literaturą polską. Nie sposób wymienić wszystkich, co bardzo mnie boli, bo i o XBW Krasickim mogłabym się rozwodzić godzinami, i o Mickiewiczu… Ale jeszcze bardziej boli mnie sformułowanie, którego nie zamierzam ponownie cytować. Raz wystarczy. To i tak za dużo. 

Co mnie jeszcze boli?
Merol Twardocha? Wręcz przeciwnie, jestem pełna dumy, podziwu i uznania, że Twardoch miał tyle twarde jaja, by przyjąć furę, wiedząc, w jakim społeczeństwie żyjemy. A w jakim? W takim, że jak tylko uda Ci się odnieść sukces, to od razu jest szykanowany. Sprzedał się. Ile razy to słyszeliście? Ja mnóstwo. A przecież przyjmowanie czegokolwiek w dowód uznania do nie hańba, to oczywistość. Bycie ambasarodem czyjejś marki to też nie grzech. To praca, taka, jak każda inna, tylko bardziej prestiżowa, bo świadczy, że sporo już w życiu osiągnąłeś. 
Wkurza mnie zawiść moich rodaków. Nic mnie bardziej nie cieszy, niż moja przyjaciółka, która pisze mi na Facebooku, że musi się ze mną koniecznie zobaczyć, by podzielić się ze mną swoją radością. Sukcesy moich przyjaciół to po części moje sukcesy, więc mam ochotę bić im brawo i urządzać wielką imprezę. A potem samej się starać, by i oni mogli być ze mnie dumni. 
Niestety, często to wygląda inaczej. Kiedy ktoś opowiada o swojej drugiej połówce w samych superlatywach, dziwnie się na nią patrzy w towarzystwie. To w końcu niemożliwe, żeby ktoś był tak wspaniały, przejdzie jej, zawiedzie się na nim, jest ślepa albo robi dobrą minę do złej gry. Gdy ktoś mówi o tym, że dostał piątkę z tego egzaminu, kto inny lubi wypomnieć, że z innego egzaminu ta osoba nie zaliczyła, więc z czego tu się cieszyć? Jako rzecze wódz:

Może by tak się najpierw zorientować w temacie, zanim wyda się konkretny sąd w danej sprawie? A może, jeśli nie ma się tyle chęci, by zgłębić temat, po prostu lepiej ugryźć się w język? Albo jeszcze zastanowić się nad pojęciem szacunku – do swoich bliskich i dalszych, do kraju, w jakim się żyje? Przestać użalać się nad sobą, zacząć działać? 
Nie tylko Polakom łatwiej się narzeka zamiast wprowadzić zmiany do własnego życia. To niestety cecha każdego człowieka. Ale spójrz. Możesz wybrać, kim chcesz zostać i jak być postrzeganym. Jako Polak, który siedzi na kanapie, dłubie palcem z pępku, zrzędzi bez końca, a książek używa jako podpałki do pieca? Czy jako Polak, który wie, co w jego kraju dobre i potrafi, jeśli nie z tego skorzystać, to chociaż uszanować? Polacy! Bądźmy wspaniałym narodem i wartościowym społeczeństwem! 


Czy mam depresję?

Czy mam depresję, gdy rzucam się po łóżku całą noc z boku na bok, a później budzę się o czternastej i stwierdzam, że może dobrze byłoby jeszcze pospać, bo wstawanie i tak nie ma sensu? Czy mam depresję, kiedy stoję na chodniku i, widząc nadjeżdżający tramwaj, mam ochotę pod niego wejść?
 Prawdopodobnie tak, masz depresję. Ale nie Ty jeden. Bez względu na to, jak beznadziejnie się czujesz i jak trudno w to uwierzyć, pamiętaj: nie jesteś sam. 

Początkowo chciałam napisać o depresji, o tym, czym jest ta choroba, jakie są jej objawy, co można zrobić, by się wyleczyć, i czy w ogóle jest to możliwe… Na koniec chciałam dodać otuchy wszystkim, którzy znaleźli się w takim punkcie swojego życia, że nie widzą żadnego rozwiązania
swoich problemów. To w końcu dziwne, że napisałam Piromanów z myślą o młodych osobach, których dopadła ta cholerna choroba, a na blogu o tym ani widu, ani słychu. Tylko że kiedy skoncentrowałam się napisaniu, wpis zrobił się zbyt osobisty i uświadomiłam sobie, że trudno dodawać mi otuchy innym, podczas gdy sama momentami wciąż jej potrzebuję. 
Pamiętam, jakby to było wczoraj. Te straszne bezsenne noce, które nie chciały się skończyć. I te upiorne popołudnia, gdy trzeba było wstać i coś robić, dla niepoznaki. Albo wręcz przeciwnie, nagłe zrywy po trzech godzinach letargu, bo mózg już chyba nie wytrzymywał napięcia, nie potrafił się uspokoić, nie mógł nic… 

Te piekielne momenty zostały zastąpione przez kolejne kłopoty ze spaniem, ale już o wiele rzadsze. Tym razem nie mogę zasnąć, bo moja głowa zajęta jest myśleniem „Jutro trzeba zrobić to i tamto, a później zadzwonić tam, a tu jeszcze umowę trzeba napisać, no a blog leży odłogiem, i czy jak wrócę, to nie będę zbyt zmęczona, by zrobić moje 10km?”, ale potem przychodzi dzień. I jest słoneczny, nawet, gdy leje deszcz. Nie tylko czuję, że dam radę, lecz jestem o tym święcie przekonana. I faktycznie, tak się dzieje. Wydaje mi się wówczas, że na dobre opuściłam pułapkę mojego umysłu, bo do tej pory nie wiem, czy byłam chora, czy po prostu było mi tak źle, że aż nie do wytrzymania, czy może jeszcze to wszystko jedno i to samo… Czasem myślę, że to nie mogłam być ja, zaś kiedy indziej wiem, że coś złego jeszcze tkwi w moim środku, i że jeśli przestanę się starać, złe zawładnie mną całą… 
Cytowałam już ostatnio ten fragment z książki Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika Stephena Kinga, ale posłużę się nim jeszcze raz: 
Hemingway i Fitzgerald nie pili dlatego, że byli utalentowani, wyobcowani czy moralnie słabi. Pili, bo to właśnie robią alkoholicy. Możliwe, że twórcy rzeczywiście są bardziej podatni na wpadnięcie w nałóg, ale co z tego? Kiedy rzygamy do rynsztoka, wszyscy wyglądamy tak samo.

Hemingway mógł jednak pić dlatego, żeby wypełnić pustkę, którą w sobie czuł, a Fitzgeralda mogła doprowadzać momentami do szału żona, niemniej prawdą jest, że niezależnie od przyczyny, czy zachorowaliśmy przez kogoś innego (na przykład z powodu obciążenia genetycznego, utraty bliskiej osoby) czy też samych siebie (jak choćnby wskutek zbyt długiego życia w chaosie), choroba pozostaje chorobą. Alkoholizm. Ćpuństwo. A nawet otyłość. Oto rodzeństwo depresji. W bardzo prosty sposób tłumaczy to Olaf Lubaszenko. 


Otyłość i depresja to dwie siostry bliźniaczki. Depresja różnie przebiega u różnych osób. Niektórzy są w stanie długo funkcjonować, inni od czasu do czasu, a jeszcze inni wcale. I ci mają najwięcej szczęścia, bo u nich najszybciej podejmuje się leczenie. A jeśli ktoś jest tylko smutny albo tyje, to otoczenie nie bardzo jest w stanie rozgryźć, co jest nie tak. Uważa, że człowiek jest gruby, bo lubi żreć i pić, a jest smutny, bo może ma jakieś problemy, ale jakby się „wziął za siebie”, toby się wszystko wyprostowało. Tyle że w depresji nie można się wziąć za siebie.1

Możesz mieć więc piętnaście lat i kombinować, jak się powiesić przy pomocy skakanki na klamce od drzwi. I nie jesteś w niczym gorszy od Justyny Kowalczyk czy Zbigniewa Herberta. Jednym z kluczy do zmiany podejścia, jest uświadomienie sobie, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Ponieważ większość z nas ocenia ludzi wokół siebie, my będziemy traktowani raz jako gorsi, a raz jako lepsi, zależnie od tego, kto próbuje nas zaszufladkować. Ale w istocie każdy ma swój bagaż emocjonalny. I tyle.
Teraz zaś żyjemy w czasach, kiedy młodzi ludzie, wbrew pozorom, mogą mieć znacznie ciężej niż poprzednie pokolenia. Szkoła bowiem mówi jedno, ale zatraciła swoje wychowawcze powołanie już dawien dawno, o ile w ogóle kiedykolwiek takowe wykazywała. To chyba nie nowość, że system oświatowy w Polsce jest kompletnie odrealniony od potrzeb uczniów. Podkreślałam to na blogu już kilkakrotnie. Internet zaś mówi co innego, generalnie same bzdury, jeśli nie potrafi się jeszcze z niego dobrze korzystać. Jeśli młody człowiek ogląda telewizję, jest z nim jeszcze gorzej. A rodzice? Rodzice nie mają czasu. Rodzice często sami taplają się w bagnie. Natomiast świat gna do przodu z zatrważającą prędkością. I wciąż przyspiesza. Jak tu się odnaleźć? Pojąć nie tylko, czego się nie chce bądź czego się pragnie, ale kim tak w zasadzie się jest? 
Mikołaj Basiński, przygotowując się do poprowadzenia premierowego spotkania autorskiego w Meskalinie, gdzie rozmawialiśmy o Piromanach, znalazł w książce dobry fragment, który dokładnie o tym samym mówi:
Młodzież jest kompletnie skołowana przez konflikt trzech racji: racji państwa, racji rodziców i własnych marzeń. Trudno odnaleźć się w świecie, w którym ideały tak łatwo sięgają bruku z powodu braku pieniędzy, balastu oczekiwań oraz własnych niedoskonałości.2


I chyba dlatego mnie nie dziwi, że w zeszłym roku najczęściej samobójstwo popełniały osoby mające od 20 do 24 lat.3

Postanowiłam przeszukać Internet pod kątem pomocy dla osoby, która podejrzewa u siebie depresję. Lub wie, że ją ma, i czuje, że jeśli nie otrzyma w tej chwili ratunku, to stanie się coś bardzo złego. Co znalazłam? Słynny już chyba test Becka, którego samo wypełnienie pogarsza nastrój. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jesteś w dupie, kiedy przechodzisz pomiędzy kolejnymi pytaniami. I to zdecydowanie nie pomaga. Pomóc mogłaby rozmowa. 
Niestety, depresja do niedawna była tematem tabu. Tudzież zagadnieniem traktowanym jako wymysł leniwych, bezproduktywnych osób, jakim się od marazmu w głowach poprzewracało. Wciąż spotykam wielu ludzi, którzy właśnie tak się do tego ustosunkowują. Dlatego na przykład nie możesz porozmawiać o swoim problemie z rodzicami, a od przyjaciół i znajomych odsunąłeś się. Może dlatego, że było Ci wstyd, a może dlatego, że nie chciałeś obarczać ich swoimi problemami. Sam w końcu nie byłeś pewien, czy coś Ci się nie ubzdurało… Ale jest źle. Jest bardzo źle. I musisz komuś powiedzieć…

Wchodzę więc na jedną z pierwszych www, które podpowiada Google. Trafiam na telefon. Dzwonię. Nikt nie podnosi słuchawki. 

No tak, czwartek, 19.03. A linia zaufania jest czynna w każdą środę i czwartek od 17.00 do 19.00. Możesz się czuć źle zatem tylko przez dwie godziny, dwa dni w tygodniu. A jeśli chcesz popełnić samobójstwo z samego rana, to trudno. Jesteś wliczony w straty. Przynajmniej będzie mniej bezrobotnych. 
Czuję się często bardzo niekochana przez moje państwo i jest mi z tego powodu zwyczajnie przykro.
Bo jeśli masz hajs, to co innego, ale to zawsze tak bywa. Bez problemu możesz umówić się na godzinną terapię z psychoterapeutą na skajpaju i pyknąć lekarzowi przelew na dwie stówki. Ale jeśli wpadasz w depresję dlatego, że masz tytuł magistra i nie możesz znaleźć pracy w swoim zawodzie, więc musisz zapieprzać co chwila na nocne inwentaryzacje, co sprawia, że jesteś wypruty i zdemotywowany, a do tego ledwo starcza Ci na opłacenie czynszu…? Ojtam, ojtam.
Temat depresji i jej profilaktyki w naszym kraju jest tak dołujący, że samo jego zgłębianie może wpędzić w niezbyt optymistyczny nastrój. Ostatecznie więc postanowiłam napisać o depresji już nie tak prywatnie (choć podejrzewam, że i tak mi nie wyszło, bo to wszystko, co powyżej, ma być krótkim wstępem), ale pod kątem literaturury (wychodzi na to, że kwestią literatury w tym poście zajmę się jednak tylko dla urozmaicenia tekstu).
Czy wiesz, jak powstał cykl przygód o Harrym Potterze? Zapewne znane Ci są historie o J. K. Rowling, bazgrzącej kolejne fragmenty na kawiarnianych serwetkach. Ale czy wiesz, dlaczego Joanne Rowling zaczęła pisać Harry’ego Pottera i Kamień Filozoficzny
By uciec. Świat fantazji jest najlepszym schronieniem przed całym światem i samym sobą. Po rozstaniu z mężem i zostaniu samotną matką, Rowling przeżyła załamanie psychiczne, które trwało całe dwa lata. Praca nad Harrym była jednocześnie kuracją. Pisanie pomaga tak samo jak bieganie. A ból można bardzo twórczo wykorzystać. Jeśli oczywiście jest się w stanie myśleć o czymkolwiek poza popełnieniem samobójstwa. Takie fantazje marnują mnóstwo energii, a w depresji i tak nie ma jej się prawie w ogóle… Ale czy to nie straszne, że dworzec King’s Cross w Londynie, który kojarzy nam się z radosnym Peronem 3/4, z którego Harry i spółka odjeżdżali ze świata mugoli do wspaniałego świata magii, był miejscem, w którym pisarka na poważnie rozważała rzucenie się pod pociąg?4

Ratowało mnie poczucie humoru. Uśmiechałem się wisielczo: „Co ja właściwie robię, groteska; szukam miejsca, gdzie się powiesić – ale jaja”. Moja forma samoobrony, nie tylko w depresji, to robienie tematu z dramatu, opisywanie go. Bardzo polecam wszystkim, którzy są na dnie: patrzeć – jak pisał Norwid – jak skorzystać na nieprzyjacielu. Czyli na nieszczęściu. Jak w dżudo, gdzie wykorzystuje się siłę przeciwnika.5

Tomasz Jastrun właśnie tak wykorzystuje depresję. Zresztą, sami powiedzcie, kto nie słyszał o tym, że najlepsze wiersze traktują o nieszczęśliwej miłości lub że tylko w cierpieniu można tworzyć największe dzieła? Ból bywa kreatywny. Ból potrafi motywować. Ale depresja to nie tylko ból, ale i pustka. Oraz strach. 
Najgorsze, że w tych dwóch najgorszych odczuciach na świecie, można się nie tylko zatracić. Bardzo łatwo się do nich przyzwyczaić i zapaść się w nie tak głęboko, że… No cóż. Samobójstwa nie biorą się z niczego. Sylwia Plath. Ernest Hemingway, już zresztą powyżej wspomniany. Virginia Woolf. Anne Sexton… I ten chłopak, czternastoletni Dominik z województwa Mazowieckiego, który powiesił się na sznurówkach.6

Ale ja się zawsze staram powtarzać, że im niżej się upadnie, tym wyżej można się wznieść. I w końcu do mnie dotarło, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Żyjemy w wolnym świecie (i może akurat to też nas gubi, bo np. w Chinach praktycznie nie stwierdza się depresji, a tam, cytując znajomego, „władza po prostu trzyma ludzi mocno za pysk”) i mamy wolną wolę. Jeśli bardzo tego pragniemy, możemy porzucić ten stan. Nie sami, ale z pomocą. Dlatego, moi drodzy, wszyscy, do których ten apel trafi: chwyćcie swoich przyjaciół mocno za pysk, gdy widzicie, że stają się wycofani lub często są przygnębieni. Nie bądźcie egoistami i poświęćcie więcej swojego cennego czasu dla osoby, która może być na skraju, choć całkiem dobrze się maskuje. Zaoferujcie, że możecie iść wspólnie do specjalisty. Choćby po to, żeby się przebadać. Choćby po to, by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Postarajcie się. 
_________________________________
2 Trochę dziwnie podpierać się cytatem z samej siebie, trochę głupio nawet, ale przymknijcie na to oko, bo wydaje mi się, że całkiem trafnie i krótko udało mi się w Piromanach podsumować ten temat.
4O tym z kolei można się dowiedzieć choćby z Wysokich Obcasów.