4 najlepsze vlogi książkowe

Stało się. Znalazłam, zostały mi podsunięte, polecone, w końcu przypomniałam sobie o starych. Okazuje się, że polska vlogosfera książkowa nie została do reszty pokonana przez komercję, że na tym wysypisku śmieci, które podtyka nam pod nos YouTube, można znaleźć szkatułki, z których wysypują się perły, diamenty i rubiny. 

Albo przynajmniej batoniki z orzechowym nadzieniem czy coś innego, co albo jest wartościowe, albo od początku do końca smaczne.

Takich szkatułek do tej pory znalazłam dokładnie 4. Przedstawiam Wam dziś 4 najlepsze vlogi książkowe!*

Janek, współtworzący stronę Tramwaj nr 4 (FB), którą wolę o wiele bardziej niż vloga, mówi o przeczytanych książkach naturalnie, ciekawie i zabawnie. Tak, humor jest jedną z największych zalet tych filmów, którym niestety sporo brakuje do numeru drugiego w moim rankingu (poniżej). Niemniej jednak jest w porządku, można oglądać, nie ma żadnej tragedii, jak w przypadku booktuberek, o jakich pisałam w poście pt. Hejt na vlogerki książkowe

Nie przepadam za wszystkimi tematami poruszanymi przez autorkę tego vloga. Niektóre książki wpisują się w moje zainteresowania, inne bardzo, bardzo nie. Ponadto wydaje mi się, że nie łapię się już w target Esy. Sposób nakręcenia filmików czasami przypomina program dla dzieci, a zatem zupełnie inaczej niż w przypadku Czytam sobie (poniżej). Uważam jednak, że mnóstwo vlogerek mogłoby się od Esy (FB) sporo nauczyć. Przede wszystkim przepięknej dykcji, ciekawych sposobów na realizację tematów, kreatywności, sympatyczności oraz poprawnej polszczyzny. Podoba mi się również, że Esa patrzy prosto w kamerę, przez co zmniejsza dystans pomiędzy nią a widzem, przez większy czas jest naturalna i po prostu wypada bardzo nieźle. Dla mnie jest jednak zbyt miło, zbyt słodko, zbyt kolorowo. To nie moja stylistyka. 

#2 Czytam sobie

Kolejna pozycja na liście 4 najlepszych vlogów książkowych, którą nie jestem przesadnie zafascynowana, bo książki, które prezentowane są przez twórczynię vloga, czyli Agę (FB), nie pokrywają się na potęgę z moimi preferencjami czytelniczymi. Czasem wpadnie co prawda jakiś Stephen King czy Alice Munro. Ponieważ jednak autorka czerpie materiały do nagrań z różnych źródeł, będę zaglądać i zapewne rozszerzać listę książek, które chciałabym bliżej poznać. Podoba mi się tutaj głównie profesjonalna oprawa kolejnych odcinków. Na bardzo wysokim poziomie stoi montaż, a dodatkowo co chwila zmienia się sceneria, co również jest ciekawym zabiegiem. Pojawiają się też rozmaite tematy, a nawet wywiady z pisarzami. I to jest super! 
Poniżej przedstawiam Wam kilka ulubionych bohaterek literackich Agnieszki. Porządne wideo. 
Bezapelacyjnie mój ulubiony vlog, prowadzony przez Elę, czyli Zakurzoną, autorkę bloga Czytam, bo muszę (FB) oraz Kamę. Obie panie są uśmiechniętymi damami, które zarażają swoim dobrym humorem. Przemiło się na nie patrzy, przemiło się również ich słucha. Szczerze mówią o książkach, jakie przeczytały, i nie są to tomy podsunięte przez wydawnictwa, by mówiło się o najnowszych pozycjach książkowych. To, co najbardziej mi się podoba, to właśnie autentyzm, poczucie humoru oraz poprawność językowa. Wiadomo, każdemu zdarzy się wpadka, ale w tym wykonaniu wcale mi to nie przeszkadza. Oglądam Trochę Kurtury z wielkim zainteresowaniem, bo poruszają także tematy okołoliterackie, a wszelkie dygresje urozmaicają ich nagrania. Z całego serca polecam Wam jeden z moich ulubionych odcinków, bo wspomina się w nim o wielbionym przeze mnie filmie Into the Wild

To nie jest tak, że oglądam te vlogi bez przerwy. Nie, wręcz przeciwnie, wolę czytać. I to czytać książki, niż o książkach. Ranking przeprowadziłam dla Was, bo poprosiło mnie o to kilka osób w komentarzach oraz wiadomościach na facebookowym fan page’u Fabryki Dygresji, do którego polubienia serdecznie zapraszam, by nie przegapić najświeższych informacji ze świata literackiego i inspirujących cytatów, które staram się wrzucać o wiele cześciej niż nowe wpisy na blog. 
Mam nadzieję, że lista do czegoś się Wam przyda. Może do zaobserwowania, jak zachowywać się przed kamerą, by być przekonującym? 
Oczywiście, jeśli znacie jakieś inne vlogi lub sami je prowadzicie, linkujcie, podsyłajcie w wiadomościach, i tak dalej. Przy odrobinie czasu chętnie Was odwiedzę i kto wie, może wspólnie znajdziemy jeszcze kilka wartych dopisania do rankingu? Może z listy 4 najlepszych vlogów książkowych nagle zrobi się 10? Tego bym życzyła sobie, Wam oraz każdemu, komu zależy na popularyzowaniu czytelnictwa.
________________________________________________________

*Najlepsze wg mnie, czyli w zasadzie – wcale nie muszące być najlepsze w Waszej opinii. To po prostu te, które najbardziej lubię.

Jak napisać dobry dialog

Jak napisać dobry dialog? Już odpowiadam: nie pisać go wcale. Chcecie wiedzieć, na jakiej podstawie stwierdzam w księgarni, czy książka jest dobra i chcę ją przeczytać? Otwieram ją i przerzucam kilka stron. Jeśli nie znajdę dialogów lub prawie nie znajdę, uznam, że to niezła pozycja. O wiele trudniej bowiem stworzyć płynną, bogatą w akcję narrację, niż dialogi, które nadają wydarzeniom pędu. Ale i na tych można się ostro wyłożyć. Jak w życiu. 

Angus Cameron, Flickr

Umiejętność mówienia, czyli retoryka, jest niezwykle trudną sztuką. Niejednokrotnie żałowałam, że lepiej mi pisać, niż mówić. Być może nie mam cierpliwości do ciągłego otwierania ust albo nawet i ludzi. Jeżeli mówią coś, z czym nie do końca się zgadzam, w większości przypadków wzruszę ramionami. Zresztą, zależy, o co chodzi. Gdyby jednak na uniwersytetach wciąż uczono ars bene dicendi*, bazując choćby na radach Cycerona, życie mogłoby być łatwiejsze. Politycy nie obrzucaliby się w sejmie łajnem, a mającą logiczne podstawy argumentacją. Bez zbędnego stresu potrafilibyśmy podejść do urzędu i nakłonić panią w okienku, by nam jeszcze pomogła, mimo że kończy pracę za pół godziny, więc w danym momencie nie ma ochoty na podejmowanie żadnej nowej sprawy (która zajmie ze trzy minuty). Ale nic to, trzeba sobie radzić samemu, czerpiąc wiedzę z mądrych ksiąg, od mądrych ludzi i z własnego doświadczenia, co również jest bardzo ciekawe. 
Pisząc powieść, opowiadanie, nowelę czy jakikolwiek inny utwór prozatorski, w jaki zamierzasz wpleść dialog, pamiętaj, że Twoja postać prawdopodobnie również nie wylądowała na kursie retoryki. Dlatego nie dość, iż nie musi posługiwać się pełnymi epitetów zdaniami, może zostać również często opacznie zrozumiana. Jak w życiu. Dla mnie, im bardziej dialog odwzajemnia naturalny sposób komunikowania się, tym zdatniejszy do spożycia. Nawet, jeśli wiąże się to z użyciem wulgaryzmów, wielokropków czy onomatopej

Czytając klasyków, z pewnością zauważysz, że im dalej cofnąć się w czasie, tym bardziej teatralne i nierealistyczne rozmowy bohaterów.

Tak trafnie pisze Tomasz Węcki na stronie Spisekpisarzy.pl, gdzie również znajdziecie kilka porad jak napisać dobry dialog. Przedtem jednak warto się zastanowić, co wpływa na to, że dany bohater mówi tak, a nie inaczej. Są to najrozmaitsze czynniki, głównie środowiskowe. Wyobraź sobie postać albo weź taką, którą już stworzyłeś. I sprawdź, czy to, jaka jest, na pewno odpowiada temu, jak mówi. 
Co zatem głównie definiuje mowę bohatera?

1) Pochodzenie geograficzne.
Na Mazurach mówią inaczej, niż na Śląsku, i choć zarówno w krainie jezior, jak i na południu Polski, językowi nieobce są niemieckie zwroty, to akcent rozkłada się w zupełnie inny sposób. 
Z kolei Poznaniacy przy każdej okazji uwielbiają mówić, że niosą zakupy w tytce, a na końcu zdania dodają melodyjne tej! Jeśli Twoi bohaterowie pochodzą z różnych części Polski, warto opisać to w tekście, dla jego urozmaicenia. Co jednak, gdy pochodzą z różnych części świata? Nic prostszego. Czasem warto wpleść zwrot w innym języku lub jakieś słówko. Warto też jednak poczytać o kulturze tamtych krajów, jeśli nie mieliśmy z nią wcześniej do czynienia. Zachowanie Induski będzie się różnić od zachowania Amerykanki, co koniecznie trzeba uwzględnić. To samo, jeśli chodzi o wyznanie. Bogobojna muzułmanka krzycząca na męża jest bowiem abstrakcją. (Czego bardzo żałuję, no ale…). Dbajcie zatem o zachowanie spójności.
2) Wykształcenie.
To jasne, że osoba, która skończyła swoją edukację na poziomie podstawowym, obracała się od tego czasu w mętnym środowisku skupionym wokół butelki taniego wina i wyłudzania od przechodniów drobnych, nie będzie mówiła kwiecistymi zdaniami, chociaż taki paradoks zapewne byłby zabawny. Zastosowałam podobny w Piromanach, przy tworzeniu postaci Kiryła, prostolinijnego chłopaka, dresa, dresem, który przyjechał z Ukrainy do Poznania, by poślubić Polkę i w ten sposób zdobyć obywatelstwo. Kirył uwielbia palić trawkę, ale z powodu zamiłowania do książkowej fantastyki, perfekcyjnie mówi po polsku, i to w starodawnym stylu, jakiego nie powstydziłby się (być może) hrabia Fredro. Taki zabieg miał wywoływać efekt komiczny, chociaż może bardziej nadać postaci oryginalniejszego rysu indywidualnego. Czy się udało? Nie mnie sądzić. (Ale ci z Was, którzy przeczytali, mogą pyknąć w komentarzu swoją opinię; zapraszam, polecam, pozdrawiam, Emilka). 
3) Wiek.
Sońka Karpowicza nie będzie mówiła yolo, ręczę Wam; w spokoju poprowadzi przez wieś swoją krasulę, a gdy w pobliżu zatrzyma się merol z warszawską rejestracją, skwituje to w następujący sposób: Tfu, myśli Sonia, prystanuli i budać scać. Nie każda babulinka musi mówić językiem z początków ubiegłego stulecia, ale pamiętajcie, że poglądy takiej kobiety będą w większości bardziej konserwatywne od nastolatki, która żyje w świecie snanpchata** i bansującej w teledyskach na golasa Miley Cyrus. 
Kadr z filmu Kawa i papierosy
4) Relacje.
Tak jak i w życiu, tak w literaturze relacje definiują sposób wyrażania się do rozmówcy; tylko recydywista nazwie nauczycielkę szmatą (prosto w oczy, wiadomo, bo po dzwonku kończącym lekcje różne rzeczy się zdarzają). Wracając do Piromanów: nawet Szoszana… No, nawet Szoszana potrafiłaby się powstrzymać, gdyby było trzeba. Chociaż sama co do tego mam pewne wątpliwości…
5) Odczucia względem tematu rozmowy.
Przecież nie wszystkim pasuje temat dyskusji, niektórych może nudzić, innych nadmiernie ekscytować – postarajcie się to wyrazić. 
Uwzględniając powyższe aspekty, powinniście mniej więcej wiedzieć już, jak zapisać wypowiedź jednego bohatera, ale niekoniecznie, jak napisać dobry dialog. Stylizacja to jedno, ale kontekst – do drugie. Nawet prymuska z najlepszej klasy w ogólniaku może zakląć, gdy zobaczy swojego chłopaka, całującego obcą dziewczynę. Są sytuacje, w których ludzie, jakich niby dobrze znamy, zachowują się w sposób kompletnie nieprzewidziany. Pozwól, by ta zasada z rzeczywistości przeniosła się również na kartki papieru. W końcu kto by pomyślał, że Bilbo Baggins jednak opuści swój Pagórek? Na pewno nie Bilbo. 
Teraz może trochę się zdziwicie, ale dialog, a nawet jego zapis, to nie tylko słowa rzucane przez dwójkę lub więcej rozmówców. Bywa wręcz przeciwnie. Podskórnie czujemy przecież intencje drugiej osoby, nawet, jeśli jej słowa wyrażają co innego. Znamy jej punkt widzenia i nasz stosunek do nas. Dlatego Lidia, bohaterka Piromanów, widząc uśmiechającego się Nieboskiego, nie zapyta, co wywołało u niego taką szczęśliwość (a jeśli już, zrobi to ironicznie). Łącząca ich relacja jest o wiele bardziej skomplikowana, dlatego Lidia może nawet z agresją zapyta: O co ci do cholery chodzi?!
W ten sposób dialog staje się fenomenalnym narzędziem do ukazania charakteru postaci. Najlepiej właśnie zrobić to przez słowa samego bohatera, a nie opis jego odczuć czy osobowości. Narrator wcale nie załatwi sprawy tak dobrze jak sama postać. Daj się jej wypowiedzieć, jeżeli już zdecydujesz się, by napisać dobry dialog. A wtedy postaraj się, by nie był jałowy. Okraś go narracją. Bardzo podobały mi się krótkie opisy miejsc u Jakuba Żulczyka w przerwach między dialogiem, choćby w Ślepnąc od świateł. Zobaczcie zresztą sami:

Widzę, jak bierze do rąk filiżankę z kawą, i już wiem, że dalej robi to, co robił.
 Słyszałem, że się grubo szykujecie na Śródmieście  mówi.
 Co znaczy: grubo?  pytam.
 Te hipsterownie w centrum. Słyszałem, że się kręcicie. Wiesz, ja nie siedzę w imprezach  dodaje i mruga okiem.
Wszystko jasne. Patrzy na swoją certinę, powoli, abym o niej nie zapomniał.
 Zawsze ktoś kręci się wokół czegoś  odpowiadam.
 Słuszna uwaga  dodaje.  Dla ciebie to musi być żyła złota, kurwa. Ale ja też ostatnio nie narzekam.
 Nigdy nie narzekałeś  odpowiadam.
To prawda. Zawsze był z siebie zadowolony.
Kelnerka przynosi mu jego jajka po benedyktyńsku. Przez chwilę dokładnie je ogląda, jakby szukał mikroskopijnych zabrudzeń. 
 Słyszałem, że plują tu do jedzenia  mówi.
 To czemu tu przychodzisz?  pyta Pazina.
 Bo jest niezłe, nawet jeśli do niego plują  mówi, odkrawa widelcem połowę posiłku i ładuje go sobie do ust.
Je brzydko, mlaszcze. Jest z Gocławia, z rodziny, w której nie nauczono go normalnie jeść.
 Wszędzie plują do jedzenia  zwracam mu uwagę.

Uzupełnianie dialogu wydarzeniami z tła, gestykulacją bohaterów oraz opisem czynności, jakie przy okazji rozmowy wykonują, od razu punktuje. Sprawia, że kiedy postaci toczą ze sobą dyskusje, świat wcale nie zastyga w bezruchu, tylko żyje dalej. O takich dopełnieniach dialogów również warto pamiętać.

Manuel Lao, Flickr
Dlaczego wobec tego, skoro widać już, że można napisać dobry dialog, wcale za taką formą urozmaicenia tekstu nie przepadam? Ponieważ łatwo można się tutaj wyłożyć (EDIT: dlatego, jeżeli nie chcesz schrzanić swojego tekstu, zajrzyj na Językowe Dylematy i zobacz, jak poprawnie zapisać dialog), a sporo autorów traktuje dialogi jako obligatoryjne w swojej twórczości. Akcja toczy się często tylko w dialogach, zresztą, rzućmy okiem na seriale. To głównie rozmowy, aktualnie nie tylko człowiek-człowiek, ale człowiek-telefon-człowiek czy człowiek-skype-człowiek. Może jestem trochę przemęczona nieustanną peplaniną. W mediach. Na ulicy. Gdziekolwiek. Gada się, byle tylko gadać, a tego zdecydowanie nie lubię, nieważne, czy w życiu, czy w sztuce. 

Cisza przy­jacielu, roz­dziela bar­dziej niż przes­trzeń. Cisza przy­jacielu nie przy­nosi słów, cisza za­bija na­wet myśli. 

Może w pewnym sensie Halina Poświatowska, autorka powyższego cytatu, ma słuszność, jednak cisza bywa najcudowniejszym rodzajem muzyki.
A to, co niewypowidziane, bywa najbardziej istotne.

________________________________________________________________
* Łac. sztuka dobrego mówienia.
** Dlaczego nie snapchatu? Bo instagrama? A czemu nie instagramu? Coś mi nie pasuje. Rado Języka Polskiego, bierz się do roboty. 

Liebster Blog Award

Liebster Blog Award vol. 2! Tym razem zostałam wytypowana przez Ciocię Ebi. Jeśli ktoś ma chętkę, zapraszam do przeczytania, jeśli ktoś ma to w nosie, to poczytajcie sobie coś innego, najlepiej notkę pt. Czy mam depresję?, by szerzyć profilaktykę w kraju. 

1. Złota rybka proponuje Ci pracę. Możesz być kimkolwiek zechcesz, niezależnie od finansów, warunków, Twoich kompetencji. Jaką posadę wybierasz?
To bardzo niecne pytanie. Zastanawiałam się nad nim bardzo długo. Przez głowę przewinęły mi się setki pomysłów, jak zwykle, od kiedy tylko dowiedziałam się, że kiedyś będę musiała pracować. Pomyślałam, że mogłabym być pracownikiem akcji humanitarnej, jeździć w trudno dostępne miejsca i pomagać ludziom, bo uwielbiam czuć się przydatna, a im więcej trudności, tym ciekawiej. 
Potem stwierdziłam, że takie zadanie mogłoby mnie przerosnąć z powodu kruchej psychiki. Będąc pod wpływem serialu Ekipa, stwierdziłam, że fajnie musiałoby być Arim Goldem w spódnicy, czyli agentem celebrytów. Mogłabym widywać się z ciekawymi ludźmi i wbijać na szalone imprezki. Co chwila stałoby przede mną nowe wyzwanie. Ale pojawiłyby się też chyba ciemne strony. Współpraca z ludźmi nie mającymi pojęcia o rzeczywistym świecie (to eufemizm dla epitetu: skończonymi kretynami), nieustanny stres i praca właściwie 24 godziny na dobę. 
Wreszcie pomyślałam o pracy w wydawnictwie i uświadomiłam sobie, że mam problem, ponieważ już w takim pracuję. I jestem naprawdę zadowolona. Nie wiem, co może być lepszego, naprawdę. Oprócz jednej rzeczy.
Chciałabym być pisarzem. Takim naprawdę popularnym, żeby moje książki sprzedawały się na tyle, na ile mogłabym z tego wyżyć i nie podejmować się przy tym innych prac. Marzenia ściętej głowy, jedna książka sukcesu nie czyni. Złota rybko, gdzie jesteś, tej?

Ari z serialu Ekipa

2. Ulubiona księżniczka Disney’a. Dlaczego ona?

Przez chwilę miałam dylemat między Pocahontas i Mulan. Szybko jednak przypomniałam sobie o drugiej części przygód Indianki (której nigdy nie chcę oglądać, bo wiem, jak się kończy, ogromny żal!) i zdecydowałam się na chińską wojowniczkę. Uwielbiam Mulan, bo to laska z jajami. Wykazała się ogromną odwagą, przebierając za mężczyznę i ruszając na wojnę, by tylko ratować swojego chorego ojca. I przy okazji uratowała cały kraj. I znalazła faceta. I trzymała się ze smokiem. Lubię bohaterki ze smokami.

Mulan i Shang <3 td="">

3. Czy jest coś, na co teraz czekasz z ekscytacją? Co to takiego?

Czekanie jest bez sensu. Skupiając się na jednym konkretnym wydarzeniu i odliczając do niego dni czy godziny, możemy nie zwrócić uwagi na inne fascynujące przygody, które dzieją się wokół. Każdy dzień może być ogromną niespodzianką, o wiele bardziej niesamowitą niż np. jakaś fenomenalna impreza, wycieczka czy spotkanie z bliską osobą. Ale jeśli miałabym wybrać, to chyba Targi Książki w Krakowie, bo kocham Kraków i nie byłam w nim już ze sto lat.

Kraków by Andrzej Sykut

4. Jak wygląda Twój idealny/wymarzony kącik do czytania?

Kącik? Hm, czytać właściwie mogę wszędzie, jeśli mam tylko pod dostatkiem ciszy. Ale jestem pewna, że sto razy lepiej niż w kąciku czytałoby się pośród pięknych widoków. Choćby w górach. Albo na Alasce. Czyli na przykład tak.

Kadr z Wszystko za życie

5. Porozmawiajmy o przestrzeni publicznej. Jakie jest Twoje ulubione miejsce w Twoim mieście? Podziel się jakimś wspomnieniem z nim związanym.

Super pytanie. Tylko że w Nowym Tomyślu byłaby to chyba biblioteka, co jest oczywiste, a w Poznaniu… Mnóstwo jest takich miejsc. Może to być klubokawiarnia Meskalina tuż pod Ratuszem albo Klub pod Minogą, gdzie stale bywałam na pierwszym roku studiów. Uwielbiam imprezowo-artystyczny klimat KontenerArtu we wakacje i Nierozpoznanych na Cytadeli, kocham przechadzać się w okolicach Teatralki, by podziwiać niesamowite płaskorzeźby, zdobiące wyrastające w stronę nieba zdezelowane kamienice, a ostatnio zachwycam się ulicami Wildy. Poznań do magiczne miejsce, zdecydowanie warte poznania, najpiękniej wyglądające zarówno na żywo, jak i w obiektywie Erika Eitsoe, o czym pisałam też w poście pt. Co robić w Poznaniu?  
A wspomnienia? Każde miejsce to nie tylko wspomnienie, ale i przyszłość, przynajmniej tak czuję, od lat. Mój dzień przeprowadzki do Poznania wyglądał dramatycznie. Zapomniałam kluczy do mieszkania, więc musiałam przemierzyć ogromny kawał miasta z Rataj na Poznań Główny (a nie miałam zbyt dobrej orientacji w terenie i zamiast jechać trasą obok Starego Browaru, wlokłam się przez Plac Wolności). Pogoda była wspaniała, słońce chyliło się ku zachodowi, omijała mnie polonistyczna integracja, ale wiedziałam, że to nic, bo będą następne. Przygoda dopiero się rozpoczynała. 
Stary Rynek w kałuży by Erik Witsoe
6. Lecisz samolotem. Nagle coś się zaczyna dziać. Wiesz, że zaraz spadniecie i nie będzie ratunku. Masz czas, żeby zadzwonić tylko do jednej osoby. Kto to? Co powiesz w tej ostatniej rozmowie?
A to akurat proste. Dzwonię do rodziców. Żeby powiedzieć, że wszystko dobrze, i żeby się nie martwili. 😉
7. Jak trafiłeś/trafiłaś na stronę ciociaebi.pl lub mój kanał na youtube? 😛
Szlajałam się po fejsiaczkowym śmietnisku i nagle trafiłam na perełkę. A teraz wszystkich pragnę zaprosić na bloga www.ciociaebi.pl oraz polubienia FB.

Ciocia Ebi wykazała się ogromną kreatywnością w tworzeniu pytań Liebster Blog Award. Jak sami widzieliście – z odpowiedziami często były problemy. Dlatego też zamierzam Was skrzywdzić w podobny sposób. Bo o co w ogóle chodzi? O odpowiedzi na pytania, które zaraz zadam. Żeby jednak wszystko było jasne, Ebi wytłumaczy Wam, o co chodzi. Zatem, cytuję:

Najprościej rzecz ujmując, to łańcuszek blogowy, który ma na celu lepsze poznanie innych autorów. Dostajesz pytania od blogera, odpowiadasz na nie i potem układasz swoje pytania, na które odpowiadają nominowane przez Ciebie osoby. I tak w kółko. Przyjemna zabawa, dzięki której wiele można odkryć. 

Proste, prawda? To teraz, dzieciaki, do roboty! Wakacyjna porcja pytań przed Wami!

1. Jaki jest kraj, który najbardziej Cię ciekawi i dlaczego?
2. Jakie miejsce w Polsce uważasz za najbardziej interesujące?
3. Co najbardziej irytuje Cię podczas wakacji?
4. Wolisz wypoczynek w górach czy nad morzem?
5. Jaki zestaw książek wziąłbyś z sobą na bezludną wyspę? Wymień maksymalnie trzy i uzasadnij swój wybór.
6. Kim według Ciebie są hipsterzy?
7. Z jaką postacią literacką/filmową mógłbyś ruszyć w podróż dookoła świata?
8. Co sądzisz o efekcie cieplarnianym? Czy stoi za tym człowiek czy cykliczna ewolucja świata?
9. Co dobrego zrobiłeś dla innych w ubiegłym tygodniu?
10. Jaka jest idealna piosenka na wakacje?
11. Dlaczego odwiedzasz www.fabryka-dygresji.blogspot.com?

Nominuję do odpowiedzi:
http://fatalneskutkilektur.blogspot.com/
http://leonzabookowiec.blogspot.com/
http://subiektywnie-o-kulturze.blogspot.com/
http://damabezlasiczki.blogspot.com/
http://amatorkacooltury.blogspot.com/
http://recenzjedevi.blogspot.com/
http://okonakulture.pl/
http://smieszna-nazwa.blogspot.com/
https://azkabazkan.wordpress.com/
http://headdivided.pl/
http://alicyawkrainieslow.blogspot.com/, jako że i ona niegdyś nominowała mnie do wykonania kwestionariusza Liebster Blog Award (konkretnie w kwietniu).

Mam nadzieję, że się przyłączycie i powiadomicie mnie o wykonaniu zadania! Z wielką chęcią przeczytam Wasze odpowiedzi.
Czekam na info i wielkie pozdro! 

Jakub Żulczyk – Radio Armageddon

Młodość, wściekłość, bunt, ćpanie, pobicia, hektolitry alkoholu, muzyka, walka, idea… To wszystko i jeszcze więcej znajdziecie w książce Jakuba Żulczyka pt. Radio Armageddon. Zapraszam niekoniecznie na recenzję, ale do poznania moich wrażeń z lektury.


Radio Armageddon, druga książka w dorobku Jakuba Żulczyka, która ukazała się po raz pierwszy w 2008 roku, zaś w tym roku doczekała się wznowienia przez wydawnictwo Świat Książki, jest bardzo ciekawym zjawiskiem, jeśli chodzi o konstrukcję. Niby przeważnie mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, ale co chwila zdarza się też, uwaga, drugoosobowa, i to jest jedna z przyczyn, dlaczego tak bardzo spodobała mi się ta lektura. Uchwycenie perspektyw różnych bohaterów i ich zderzenie z sobą to naprawdę intrygujący zabieg, ujawniający ich rozmaite sympatie, antypatie, podejście do tych samych spraw. 
Zaraz, jakich bohaterów?

Głównie Szymona, którego rodzice tłamszą od dziecka, trzymając pod kloszem. Nadzieję, zakompleksioną z powodu wysokiego wzrostu dziewczynę, która czuje misję pomagania wszystkim dookoła i bycia lubianą. Oraz Cypriana, charyzmatycznego, elokwentnego, niezwykle inteligentnego nastolatka, który postanawia nagle zburzyć ład świata podporządkowanego komercji i układom. Cała trójka chodzi do prywatnego liceum wraz z Gnatem, który próbuje przelecieć wszystko, co się rusza. Kiedy w krytycznej sytuacji Kamil, zwany Jezusem, ratuje im życie, w piątkę zakładają zespół punkrockowy Radio Armageddon. Ich muzyka wyzwala w młodych ludziach zwierzęce instynkty. Prowokuje nastolatków do wandalizmu. Do wyrzucenia z siebie całej złości, która kipi w pokoleniu urodzonym po ’89 roku, kiedy wolność trąci obłudą, a poczucie bezpieczeństwa stanowi zagładę dla intelektu i kreatywności.
Pod tą historią kryje się jednak coś jeszcze. Duże problemy ludzkości biorą się z tych małych. I chyba to mnie najbardziej zainteresowało. Tło tej opowieści, pełnej krwi, smrodu rzygowin, brudu zdrad i szaleńczej gonitwy za niedoścignionymi wartościami (a zatem opowieści bardzo życiowej), a może jej drugie dno. Tłamszenie dzieciaków przez ambicje rodziców, niszczenie rodziców przez dzieciaków, którzy nie potrafią i nie chcą się z nimi komunikować. Przepaść pokoleniowa, samotność pośród tłumu, odrzucenie przez rówieśników… I narkotyki. Najgorsze gówno, w jakie może wdepnąć człowiek. Jeśli chodzi o ten wątek, Radio Armageddon stanowi jakby uwerturę do Ślepnąc od świateł. Pod względem młodzieńczego ducha i walki z systemem jest jakby kontynuacją oraz zdecydowanym pogłębieniem debiutu Żulczyka, Zrób mi jakąś krzywdę

Czy kiedykolwiek mieliście wrażenie, że zostaliście oszukani?

Tak zwraca się lider Radia Armageddon, Cyprian, do tysięcy nastolatków, którzy przychodzą na ich koncerty. I tak Żulczyk przemawia do czytelników. Oczywiście, że czujemy się oszukani. Przez kolorowe reklamy proszków do prania, po których wydaje się, że sprzątanie jest czynnością przyjemną i relaksującą. Przez rodziców, którzy albo całe życie nam wmawiają, że jesteśmy do niczego, albo że jesteśmy geniuszami i możemy robić w przyszłości dokładnie to, co tylko będziemy chcieli. Przez tak zwanych przyjaciół, którzy są z nami tylko po to, by skryć się w czyimś cieniu, zapewnić sobie cień, który chodziłby za nami krok w krok lub po prostu nie odczuwać obrzydliwego smaku samotności. Nawet rzeczywistość nie musi być prawdziwa

Książka bardzo przypomina mi Fightclub, więc jeżeli książka Chucka Palahniuka przypadła Wam do gustu, bez obaw sięgajcie po Radio Armageddon Jakuba Żulczyka, będziecie zadowoleni. Sama dopiero w książkę wciągnęłam się jednak od jakiejś połowy, kiedy doszło do opisu wydarzeń z juwenaliów. Wcześniej również było ciekawie, nie tylko za sprawą narracji, o czym pisałam na samym początku, lecz także retrospekcji. Najpierw dowiadujemy się, że zespół jest w fazie rozkładu z powodu zaginięcia Cypriana. Później poznajemy to, co wpłynęło na sformowanie Radia Armageddon. I w ten sposób mamy do czynienia z dwoma liniami akcji. 

A zakończenie? 
Powala. Książka od samego początku trzyma w napięciu, lecz kilkanaście ostatnich stron to istne apogeum. Liczyłam czas razem z bohaterem i trzymałam za niego kciuki. Nauczona przez lekcję ze Ślepnąc od świateł, podejrzewałam, jaki będzie finisz. Ale i tak się zdziwiłam. 

Wszystko już było, więc skoro mamy wszystko, nie mamy nic. 
Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. 

Takie książki powinna czytać młodzież, nie tylko o jakichś wampirach, księżniczkach czy innych pokemonach. To w takich książkach jest prawda. Co z tego, że nieładna i cuchnąca? Co z tego, że wulgaryzm stoi obok wulgaryzmu? Takie jest życie, a im wcześniej się z jego różnymi aspektami spotkamy, tym lepiej dla nas. 
7/10

Hejt na vlogerki książkowe

Tak naprawdę dzisiejszy wpis nie będzie miał nic wspólnego z prawdziwym hejtem, który definiują bezpodstawność zarzutów i chęć ulżenia sobie poprzez zniszczenie psychiki innego człowieka. Mój hejt na vlogerki książkowe będzie raczej wyżaleniem się, bo choć bardzo chciałabym trafić na dobry vlog, traktujący o książkach bądź tematyce okołoliterackiej, niestety, wszechświat i wszechwiedzące chmury tagów odmawiają mi tej możliwości.
http://startupstockphotos.com/
Przeanalizowałam kilka, może kilkanaście vlogów. Tych najpopularniejszych i tych mniej popularnych. Widziałam różne blogi, różne dziewczyny, przeważnie te same książki – o czym zaraz. U każdej z vlogerek irytują mnie oczywiście inne rzeczy – jedna się garbi, inna drze ryja, nie wiadomo po co, jeszcze inna ucieka wzrokiem od obiektywu, jakby działa się w nim jakaś szatańska orgia. Większość popełnia jednak te same błędy, i to z ich winy nie mogę znaleźć w sieci nic w miarę dobrego. Wobec tego postanowiłam podzielić się z Wami moimi uwagami, bez podawania konkretnych przykładów, kto co robi. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że jeśli przez przypadek jakaś vlogerka trafi tutaj, to może przeczyta i zacznie nad sobą pracować, albo wymyśli nową, lepszą koncepcję swojego programu. 
Zacznę od tego, co najbardziej rzuca się w oczy, czyli od prezencji, a w zasadzie jej braku
Moim zdaniem, jeżeli jest się prezenterem, nieważne, czy w telewizji, czy w internecie, czy podczas szkolnego dnia patrona, trzeba nie tylko jakoś wyglądać i jakoś się wypowiadać, ale dbać o to, by wyglądać jak najlepiej i wypowiadać się co najmniej poprawnie. 
Dzięki polskim vlogerkom książkowym uświadomiłam sobie, że mamy w kraju coraz poważniejszy problem z nadwagą. Sporo vlogerek to niestety grubasy
Czekam na lincz.
Ale najpierw, zanim zostanę obrzucona kamieniami tudzież zużytymi podpaskami, chciałabym poprosić, byście a) stanęli na wadze i zobaczyli, czy jesteście upoważnieni do wygarnięcia mi grzeszków, b) przeczytali jeszcze raz to zdanie kilka wierwszy wyżej, gdyż nie napisałam, że wszystkie vlogerki to tłuste foki, tylko że sporo. 
A w dodatku hipokrytki, hue, hue, hue. 
No co? Taka prawda. Obejrzałam jeden filmik i obśmiałam się jak norka, ponieważ będąca przy kości vlogerka ubolewała, że nie ma czasu czytać książek. Tego nie rozumiem. Prowadzi na YT swój program o książkach, ale nie ma czasu ich czytać – też widzicie tu paradoks, prawda? Ponadto, do najchudszych nie należała. Zamiast wobec tego ślęczeć przed kamerą kilka długich godzin w tygodniu, proponowałabym zabrać się za czytanie książek. A jeśli prowadzenie bloga o książkach jest wynikiem jakiejś nowej mody, nie zaś prawdziwej pasji (nad tym też się ostatnio zastanawiam), to niech dziewczyna spojrzy w lustro, czego i gdzie ma za dużo, a później ruszy tyłek i pójdzie pobiegać. (Mogłabym to napisać w komentarzu, ale musiałabym zaspamować sporo stron taką samą treścią, jaką zamieściłam w poście pt. 10 zalet bycia grubasem). 
Nie chodzi mi o to, że ulegam stereotypowi prezenterki, że ma być młoda, piękna, chuda i cycata. Nie. Ale ponieważ sama jestem stara, ruda, gruba i cycata, traktuję ten problem bardzo subiektywnie. Wydaje mi się, że rzucenie się w wir jednego zajęcia (np. prowadzenia bloga na YT), jest doskonałą wymówką, by przestać (lub nigdy nie zacząć) zapieprzać po parku w adidasach. (Żeby nie było, zapieprzam, mam świadków, są postępy, myślę nawet o zaprezentowaniu kiedyś na Fabryce dygresji metamorfozę. O ile dojdzie do skutku, ale powinno być dobrze). Dziewczęta, apeluję do Was z tego miejsca, dbajcie o siebie, błagam. Nie patrzy się na Was źle, bo macie (w większości) piękne buzie, dobrze zrobione makijaże i przepiękne włosy (jedna z Was zwłaszcza), ale więcej ruchu na pewno Wam nie zaszkodzi. A jeśli chcecie narzekać, że nie macie czasu na czytanie książek, proponuję olać ciepłym moczem prowadzenie kanału na YT albo zmienić specjalizację z literatury na program o gastronomii.

http://kaboompics.com/one_foto/896/young-woman-thinking-with-pen-while-working-studying-at-her-desk

Ponadto razi mnie w przekazie sztuczność. Przeciąganie słów. Silenie się na dowcipność albo przebojowość, co totalnie niektórym youtuberkom nie wychodzi. Jakaś dziwna, niepotrzebna, przesadzona gestykulacja. I szczebiotanie. Dziewczyny pod trzydziestkę szczebioczą jak nastolatki, a w ich pokojach widać misie i jakieś kucyki pony, poustawiane między książkami (być może znów wychodzi tutaj mój problem z sobą, bo nie przepadam za maskotkami), i zamiast lektur stosownych do ich wieku, mówią o poradnikach dla nastolatków czy książkach typu To nie jest książka. (Ok, wciąż kocham Harry’ego Pottera, ale bez przesady)!

Mimika też potrafi porażać. Vlogerki często wyglądają, jakby albo samo mówienie sprawiało im ogromny ból, albo jakby cierpiały na zatwardzenie. Chce się w takich momentach zrobić klasyczny face palm
Najgorsze są jednak błędy. Błędy językowe. Okropne. Obślizgłe i przebrzydłe. Bardzo fe. Oraz zająknięcia, częste „yyyy”, prawda, i tak dalej, no więc właśnie, sratatata, i inne. Na filmikach widać cięcia. Dlaczego więc, skoro wideo jest przed opublikowaniem edytowane, nie można skorygować również takich potknięć? Czy dziewczyny prowadzą vlogi o książkach tylko dla samego prowadzenia, bo inne tak robią, więc nie obchodzi ich w ogóle jakość tych nagrań? Czy też po prostu są zbyt leniwe, by się tym zająć?
Przykład z życia. Kiedyś wrzucałam na bloga beznadziejne zdjęcia. Po tym, jak zwrócono mi na to uwagę, staram się korzystać albo ze zdjęć z sieci, albo po prostu przykładać się do cykania fotek, a następnie delikatnie, tam gdzie potrzeba, obrabiać je, by nikomu z braku estetyki nie ukruszyły się po drugiej stronie monitora kontakty. 
www.splitshire.com/cinderella-reads-a-book/
Kilka dziewcząt ma też poważny problem ze stresem. Chwała im wobec tego za to, że są na tyle odważne, by stanąć przed kamerą i powiedzieć kilka słów do przyszłych widzów. To na pewno wiele im daje. Problem w tym, że na daną chwilę, kiedy program dopiero powstaje, są we własnym domu, samiuteńkie, w ciszy i błogim spokoju. Po co więc się denerwują, jąkają, wykręcają sobie palce? Spokojnie. Weźcie parę oddechów. Jesteście paniami na włościach, królowymi we własnej krainie. Więcej pewności was nie zabije. Czy to ze strachu nie patrzycie w obiektyw? Bo to kolejna na liście rzeczy, która niebywale mnie irytuje. Mówicie do człowieka. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że kogoś naprawdę obchodzą Wasze słowa. Słucha tego, co mówicie, a wy strzelacie oczyma to w lewo, to w prawo, to w górę, gdy próbujecie sobie coś przypomnieć, bo nie chciało wam się napisać kartki z tym, co macie powiedzieć w programie. Bardzo mnie to odpycha. Bardziej nawet niż głosy totalnie nie nadające się do prowadzenia jakiejkolwiek audycji – wiecznie zakatarzone, bardzo niskie i męskie, szorskie, albo wręcz przeciwnie, brzmiące mniej więcej tak:
Mam nadzieję, że jeśli jesteś vlogerką książkową i czytasz ten tekst, to zdążyłaś się już nieźle zirytować i następnym razem pokażesz mi, że jesteś na tyle zdolną osobą, że kolejny filmik nagrasz dużo lepiej, a przynajmniej przemyślisz słabsze punkty swojego programu i zastanowisz się, jak je ulepszyć.
Niestety, hejt na vlogerki książkowe wcale się tutaj nie kończy. 
By widz mógł dobrze przyjąć treści programu, należy dopracować go pod względami technicznymi
Mati i ja często rozmawiamy o tym, by poprowadzić jakiś program w internecie. Najlepiej o kulturze, bo on taki bardziej pop, a ja taka bardziej classy (przynajmniej chciałabym). Nie wydaje mi się, bym była najlepszą osobą do gadania przed kamerą z kilku względów. Przede wszystkim, nie lubię gadać, wolę słuchać i pisać. Ponadto nie mam odpowiedniej osobowości. W ogóle nie mam osobowości, jakby spojrzeć na to z boku, bo głównie skupiam się na kumulowaniu i przetwarzaniu. Nieistotne, mała, egoistyczna dygresja. Dążę do tego, że w kluczowym momencie mojej i Matiego dyskusji pada stwierdzenie: no dobra, a masz kamerę i mikrofon? Wówczas patrzymy się na siebie bezradnie. Pozostaje tylko wzruszenie ramionami i zmiana tematu. Do następnego spotkania, kiedy znów zaczniemy rozmawiać o vlogach, o naszej przyszłości oraz o niedoborach sprzętowych, wynikających z niedoborów finansowych. To chyba kwintesencja naszego pokolenia, tej z przełomu lat 80. i 90. minionego wieku. (Tym razem trafiła się dygresja z niezłym podsumowaniem).
Reasumując, jeśli nie dysponujesz odpowiednim sprzętem, poważnie się zastanów. Albo nad sensem prowadzenia programu, który będzie później wyglądał jak kadr wyjęty z beznadziejnie zapowiadającego się filmu Piksele, albo nad załatwieniem sprzętu.
http://georgeyanakiev.com/
Rozumiem. Początki są trudne. Nawet Lekko stronniczy nie dysponowali od samego początku rewelacyjnej jakości kamerą. Ale zawsze było ich dobrze słychać i dobrze widać, a potem już coraz lepiej. Tymczasem, jeśli chodzi o jakość nagrywanych przez Was odcinków, jest gorzej niż źle. Jakość jest zatrważająca. Albo nie słychać, albo są jakieś pogłosy, dźwięk nie zgrywa się z wizją, obraz jest źle wykardowany. Wszystko to sprawia, że czuję się jakbym przeżywała właśnie jakiś ? schizofreniczny koszmar. 
Oczywiście, nie ma programu bez tematu.
Czyżby? Nie w przypadku polskich vlogów książkowych!
Tutaj można mówić do woli o niczym. A przynajmniej o niczym własnym, tylko na tematy podchwycone z ust innych, bardziej kreatywnych vlogerek. Wszystkie programy składają się mniej więcej z tego, że jakaś dziewczyna przeczytała książkę. Potem zaś o niej mówi. O tym, o czym książka traktuje, czy szybko się czytało (bo to obecnie jest rzecz jasna najważniejsze), a później krótkie podsumowanie, dokładnie takie, jak u sąsiadki z YouTube, żeby tylko nie mieć własnego zdania. I żeby wydawnictwo, które przesłało egzemplarz recenzencki, było zadowolone i dało następny egzemplarz
Nie jest tak?
Może i nie jest. Ale tak to wygląda. A jak cie widzo, tak cie piszo! 
Nie można byłoby jakoś bardziej kreatywnie? Z polotem? Albo chociaż kilkoma ciekawostkami? Jak doszło do napisania tej książki? Może jakieś kontekty kulturowe? Coś? Cokolwiek?
Ja wiem, że łatwiej krytykować niż samemu zrobić coś porządnie, że to dwie różne rzeczy. O książkach wolę jednak pisać, a jeśli już mówić – to tylko z drugą osobą, by mogła zachodzić natychmiastowa interakcja. Lubię patrzeć na moich rozmówców, zwłaszcza, gdy toczymy dysputę o lekturach. Zwłaszcza w przypadku Jagody mojej kochanej. Kiedy opowiada o jakiejś wspaniałej książce, jej oczy zawsze błyszczą w taki niesamowity sposób, który mówi mi, że nie tylko czytała, ale była. Była tam, z tamtymi bohaterami, w tamtym świecie, i w pełni go zrozumiała, poczuła. Naprawdę. Uwielbiam te momenty. 
Jagoda, moja modelka, pewnie mnie zabije, ale to zdjęcie i tak już od długiego czasu hula po sieci
Posłuchać o książkach też bym mogła, w Internecie zwłaszcza, ale gdzie, moi drodzy? Bardzo Was proszę o podrzucenie linków do Waszych ulubionych vlogów o książkach. W komentarzu albo na Facebooku. To mogą być też Wasze autorskie programy na YT. Może dzięki temu wreszcie znajdę odpowiadający mi styl? Nie wykluczam, że wówczas może nawet odszczekam część z dzisiejszych zarzutów, notabene bardziej wniosków z obserwacji. Żeby to zrobić, muszę mieć jednak odpowiedni materiał, więc nie czekajcie – spamujcie. I dorzucajcie się do hejtu na vlogerki książkowe lub brońcie ich zaciekle! Czekam na Wasze odczucia w tej sprawie.