Boję się życia

Boję się życia. Tak pisze Krzysztof Varga w Nagrobku z lastryko i tak sobie myślę od czasu do czasu, patrząc na przejeżdżające tramwaje. Tak twierdzą bohaterowie Piromanów i tak czują setki z nas. Dlaczego obecnie bardziej boimy się życia niż śmierci? Co jest nie tak z naszą generacją?
Nie wiem, czy oglądałam dużo telewizji, ani czy moi rodzice się kłócili. Może była to wina wściekle czerwonego dywanu w pokoju, w jakim spaliśmy przed przeprowadzką do domu na peryferiach miasta, a może  moja nieokiełznana wyobraźnia od samego początku po prostu pochodziła z rodzaju tych mrocznych. Trudno stwierdzić, miałam wówczas przecież mniej niż trzy lata. Tak, akurat to pamiętam. To i budzenie się w nocy.

Mieszkaliśmy przy samej ulicy. Kiedy tylko zapadał zmrok, po chodniku przed oknami naszego mieszkania na parterze przechadzali się pijacy. Krzyczeli, śmiali się, zataczali i przewracali. Opatulona ciepłą kołdrą, daleko od parapetu, widziałam złote paski światła, które przenikały przez żaluzję i tworzyły na ścianie nieskomplikowany wzór. Zasypiałam. A potem budziłam z krzykiem, bo śniło mi się, że przechadzający się po ulicy mężczyźni to zło w czystej postaci. Że ich brudne, śmierdzące, wielkie łapy przenikają przez szybę, łapią mnie za loki i wyciągają z łóżka. Czułam ból i tęsknotę za objęciami mamy oraz ramionami ojca, na których uwielbiałam siedzieć. Byłam przekonana, że za moment z nimi już mnie nie będzie, ale teraz mogę podjąć ostateczną walkę o to, by nie dopuścić do wiecznej rozłąki. Więc budziłam się z krzykiem.
Teraz mam dwadzieścia trzy lata i chciałabym powiedzieć, że nie krzyczę, ale to nie byłaby prawda.
To, co zmieniło się na przestrzeni lat, to to, że nauczyłam się oddychać. Na razie jeszcze nie mogłabym startować w olimpiadzie, gdyby była to jedna z dyscyplin. Raczkuję w moim oddychaniu. Pomiędzy jednym krzykiem a drugim, staram przytulić się do ściany i z nią stopić, by przypomnieć sobie, że nie muszę krzyczeć, że wystarczy, bym brała powietrze do ust, przepuszczała przez organizm i wypuszczała. Że choć bliscy tak wiele ode mnie oczekują, w istocie wymagają tylko tego, bym była.
„Gdzie mógłbym kupić tabletki na strach?” – pyta konspiracyjnie klient, „A czy boi się pan śmierci?” – pada zwrotne pytanie. „Nie, ja boję się życia” – odpowiadam i wpuszczają mnie dalej, tam gdzie w ciemnościach rozświetlonych czarnymi żarówkami siedzą ludzie, przyciągnięci tu przez strach za włosy, za nogi, za serce; palą papierosy, zapijając bimbrem, a potem piją bimber, zagryzając tytoniowym dymem.
~Krzysztof Varga

Nasz lęk bierze się z pierwotnego dążenia do przetrwania. Gdyby nie strach, homo erectus nie ewoluowaliby w homo sapiens, bo zamiast uciekać przed nosorożcami włochatymi, wpatrywaliby się w nie ze śliną cieknącą po mordzie i dawaliby się im nabić na rogi. Dobrze jest się bać. Sęk w tym, by nie bać się przez cały czas. W dodatku jakichś pierdół. 
Co innego strach przed niedźwiedziem jaskiniowym, przed nadchodzącą lawiną czy utratą dziecka, a co innego lęk przed dorosłością. Kiedyś dusiła mnie perspektywa pójścia do pracy, funkcjonowania po osiem godzin w jednym pomieszczeniu, jakby miała to być klatka z samozaciskającymi się prętami. Nie tak dawno temu bałam się nawet zacząć fitness, bo uważałam, że i tak się nie uda, więc po co mi to? Żebym znowu wpatrywała się w lustro i wyrzucała sobie, iż po raz kolejny dałam za wygraną? 
Po co mam studiować, skoro i tak nie znajdę pracy w zawodzie? Po co mam zachowywać seksualną wstrzemięźliwość, skoro prędzej czy później i tak ktoś może pomyśleć o mnie dziwka? Po co mam urządzać mieszkanie, skoro w przyszłym roku i tak będę musiała się z niego wyprowadzić? 
Można tak myśleć. I można się bać. Tym bardziej, że teraźniejszość młodych ludzi w naszym państwie raczej nie rysuje się w superlatywach ([…] w kraju, w którym wszystko jest jak przyszyta metka, w którym każdy wygląda, jakby pięć minut temu dowiedział się o raku płuc Jakub Żulczyk, Radio Armageddon). Nie mam zagwarantowanego dachu nad głową, jeśli moi rodzice nie mieszkają w mieście, gdzie uczę się lub pracuję. Szukanie pracy może zająć wiele miesięcy. W tym czasie mogę nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego. A jeśli wpadnę w międzyczasie pod samochód i stracę nogi? A jeśli się okaże, że źle wypełniłam PIT? 
A co, jeśli mój chłopak mi powie, że mnie kocha, pójdziemy razem do łóżka, stracę dziewictwo, a później się okaże, że kłamał i mnie zostawi, bo chciał po prostu zaliczyć kolejną dziewczynę? Albo, co gorsza, jeśli on naprawdę będzie mnie kochał, jeśli będzie chciał wziąć ślub i mieć dzieci, i doczekać ze mną późnej starości, a ja uświadomię sobie, że kocham kogoś innego, z kim nigdy nie będę w stanie być, bo miłość to po prostu za mało? A co, jeśli Boga nie ma, a jedynym sensem naszego życia to wybór pomiędzy markami ketchupu? Kotlin czy Włocławek? Przecież ja nawet nie lubię ketchupu.
Ludzie i okoliczności wciąż każą mi wybierać. Nawet, jeśli podejmę dobrą decyzję, skąd mam wiedzieć, że to w ogóle ma jakieś znaczenie? A jeśli ma, to jakie? Co znaczy to gówno, w które weszłam, ślady na niebie po odrzutowcach oraz jego spojrzenie? Czy to, że wciąż rozumiemy się bez słów, czy to, że właśnie przestaliśmy?

Myślę, że lęk to taki atrybut młodości. Z jednej strony widmo dorosłości, konieczność działania, z drugiej pustka, niepewność. W naszym świecie ten kontrast rzuca się w oczy jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bardzo szara rzeczywistość nieustannie zderza się z radosną i ekstatyczną wizją życia, którą karmią nas media. Wszyscy boimy się, że nie sprostamy wymaganiom.

Kiedy trafiłam na facebookowy profil Lęki pierwotne, pomyślałam, że może to jest właśnie to, co czuję. Potem, że nie, że to jest właśnie to, co czułam kiedyś, że na szczęście mam to za sobą. A kilka dni później znowu utożsamiłam się z tekstami dwóch zaprzyjaźnionych z sobą studentek. Powyższa wypowiedź to jedna z odpowiedzi na pytania, które skierowałam pod adresem artystek z fan page’a, którego wszystkim Wam polecam.
Z jednej strony uwielbiamy horrory, powieści grozy, opowieści o duchach. Lubimy się bać i strach teraz traktujemy jako rozrywkę, akuratną do pudła z prażoną kukurydzą i wygodnego dresu. Lubimy się bać, bo nasz świat składa się najczęściej z poukładanych blisko siebie cegiełek, które stanowią mur, odgradzający nas od surowej życiowej prawdy. Marzymy o tym, aby stało się coś, co je zburzy, żeby coś wreszcie się zmieniło. Ale co my wtedy zrobimy? Kim wówczas będziemy?

Ludzie zaczynają mówić o tym, że boją się zrobić sobie testy na obecność chorób wenerycznych, że nie mogą odmówić, gdy ktoś prosi ich o pożyczenie kasy, zaczynają mówić, że są niezadowoleni ze swoich bioder, tyłków, braku zarostu, tapicerki, chłopaka lub dziewczyny, psa lub kota, ojca lub matki lub wujka; mówią o próbach samobójczych swoich koleżanek, o tym, że ludzie nie lubią ich za to, za co powinni być lubiani, że wokół otacza ich kłamstwo i obłuda i że nikt nie umie mówić ci pewnych rzeczy prosto w oczy, i że politycy powinni coś z tym zrobić. 

~ Jakub Żulczyk, Radio Armageddon

Zawsze, kiedy ubieram buty na obcasie i po pewnym czasie zaczynają mnie uwierać, myślę sobie o Chinkach, które w ubiegłym wieku musiały żyć ze skrępowanymi stopami. Z gnijącą skórą i pękającymi kośćmi. Z nieustannym bólem. I jest mi lżej.
Teraz, kiedy się boję, zamykam oczy. 
Myślę o kobiecie, która ostatkiem sił, w ułamku sekundy, uratowała swoje dziecko w centrum handlowym, gdy popsuły się schody ruchome. Dała radę ocalić to, co najbardziej kochała. 
Myślę o tym, czego dokonałam i o tym, czego jeszcze mogę dokonać, że i ja mogę ocalić to, na czym najbardziej mi zależy. A może dopiero to stworzyć i pokochać. 
Myślę o tym, że dźwigam ciężar dokładnie taki, jaki dźwiga każdy inny człowiek. Każdy jeden. I mimo wzrastającej liczby samobójstw, zwłaszcza pośród młodych ludzi, nie wszyscy kończą ze skakanką zaciskającą się na szyi. 
Jestem dokładnie taka, jak każda inna osoba. Ani gorsza, ani lepsza. Nie definiuje mnie metka przy bluzce. Nie daję się zaszufladkować z powodu tuszu do rzęs, którego używam ani samochodu, jakim być może będę jeździć w przyszłości. Określa mnie to, jak o sobie myślę.
A myślę, że jestem twarda. 
I Ty też.
Więc kiedy się boję, zamykam oczy. I uśmiecham się.
Wiem, że żyję. 

Na pięć minut przed egzaminem jesteś w stanie nauczyć się dużo więcej niż w ciągu długich tygodni ślęczenia nad podręcznikami. 
Kiedy goni Cię wściekły pies, biegniesz o wiele szybciej, niż kiedykolwiek byś pomyślał.
Możesz samodzielnie podnieść niewiarygodnie ciężką skałę, jeśli boisz się o życie swojego przyjaciela, przygniecionego w trakcie trzęsienia ziemi. 

Więc mówisz, że boisz się dorosłości?
Rozejrzyj się. Już jesteś dorosły.
To stało się w momencie, kiedy po raz pierwszy poczułeś, że dalej chcesz być dzieckiem. 
Jeżeli nie wiesz, co się dalej będzie z Tobą działo, nie jest to powód do położenia się na podłodze i otulenia kołdrą depresyjnych myśli. To fascynujące. 
Z kolei jeżeli wiesz, że za dwa lata skończysz studia, otrzymasz tytuł magistra, założysz własną działalność gospodarczą i/lub rodzinę, a później będziesz co weekend chodzić do klubu, by poderwać najgorętszą laskę, co dwa miesiące robić zakupy w Ikei, co roku zaś wyjeżdżać na wczasy do Ustki i leżeć do góry brzuchem na dmuchanym materacu, i tak do emerytury… 
Cóż. Tylor Durden tego nie pochwala.

Nie pamiętam więc, czy oglądałam dużo telewizji przed ukończeniem trzeciego roku życia. Mam tylko nadzieję, że nie, i że gdyby mój koszmar znów się przyśnił, nie krzyczałabym.
W końcu nie o to chodzi, by nie dać się wyciągnąć z bezpiecznego miejsca, nawet przez ręce złego świata. Wręcz przeciwnie.
Chodzi o to, by dać wyrwać się z miejsca, czasu oraz przyzwyczajeń, w jakich żyjemy i skonfrontować z lękami. 
Możesz stanąć naprzeciwko pijaka i powiedzieć, że masz go gdzieś, bo nie jesteś już bezbronną dziewczynką, tylko kobietą, która trochę już w życiu przeszła, a przede wszystkim jest trzeźwa i coraz bardziej wysportowana, więc nakopanie mu w jaja będzie zadziwiająco łatwe. 
Możesz powiedzieć swojemu facetowi, że chcesz poczekać z pójściem do łóżka. Możesz też mu powiedzieć, że nie chcesz czekać ani chwili dłużej i po prostu zdjąć przed nim majtki. 
Możesz powiedzieć swojej szefowej, że wcale nie lubisz tej pracy i odchodzisz. Możesz nie czekać na to, aż cię wyleje. 
Możesz też zacząć od przejścia obojętnie obok półki z ketchupem w supermarkecie. 
Możesz.

10 sposobów na jesienną chandrę

Wakacje nieubłaganie się skończyły, a ja, w przerwie między obowiązkami, coraz częściej zastanawiam się, jakby to było, gdyby móc cofnąć czas. Póki co, nie mogę zmienić przeszłości, ale mogę wpłynąć na przyszłość. I sprawić, by ten najbliższy czas nie upłynął pod znakiem marazmu, a wręcz przeciwnie: efektywności oraz efektowności! Przedstawiam Wam 10 sposobów na jesienną chandrę, które pomagają mi zmobilizować się do działania. Jeżeli macie swoje sposoby, koniecznie dajcie znać w komentarzu! 

i.imgur.com
1. Motywujące karteczki na ścianach
Manią oblepiania ścian zaraziłam się od Zuz. Moja koleżanka swoje postanowienia notowała na kartkach i przylepiała do ścian, by mogła zobaczyć je zaraz po obudzeniu i zainspirować się do działania. Po raz pierwszy zastosowałam taką taktykę po rozstaniu z chłopakiem, do którego wciąż niestety żywiłam sporo pozytywnych uczuć.
Napisy na karteczkach przypominały mi, że nie warto rozpamiętywać przeszłości, a zerwanie było jedyną słuszną decyzją, ze względu na jego wady, które wypisałam sobie markerem wraz z fragmentami poezji Marcina Świetlickiego. Poskutkowało. Tamte karteczki zaczęłam zastępoważ innymi – złotymi myślami, zdaniami, które zachęcają do aktywności, itd. Wciąż pałam do nich sympatią i uważam, że to całkiem dobra metoda na wprawienie się od samego rana w dobry humor.

pinterest.com
2. Odbicie w lustrze
Kiedy chandra trzyma Cię już któryś dzień, łatwo się zaniedbać. Niechcemisięizm dotyka często wszystkich sfer naszego życia. Najpierw nie chce Ci się przygotować obiadu, później przeczytać lektury na zajęcia, wreszcie umyć włosów czy zwlec z łóżka… Wówczas podejście do lustra i zobaczenie swojego odbicia to istna terapia szokowa. Daj spokój – do końca życia chcesz chodzić w powyciąganym swetrze, z zarośniętymi brwiami i gigantycznymi włosami na nogach? Najwyższy czas się ogarnąć!

bootsandpine.com

3. Prowadzenie kalendarza

Lista rzeczy do zrobienia – to coś, co pomoże Ci utrzymać porządek w życiu. Przyczyną chandry bywa często natłok zadań. By do niego nie dopuścić, powinniśmy odpowiednio planować sobie zadania, a dzięki temu dbać, żeby mieć dla siebie jak najwięcej czasu. Kalendarz, w którym jest sporo miejsca na notatki, na pewno będzie doskonałą pomocą. Pamiętam czasy, kiedy co chwila o czymś zapominałam i nie mogłam wygrzebać się z zawsze odkładanych na później obowiązków. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez kalendarza. Ostatnio zakupiłam niesamowitą rzecz. Kalendarz motywacyjny! Oprócz tego, że ma mnóstwo stron, zawiera też motywacyjne cytaty na każdy dzień oraz intrygujące ćwiczenia dotyczące rozwoju osobistego. Gorąco polecam!
 
4. Ciepła herbata i dobry film (lub serial)
Wiele lat nie mogłam się przekonać do zielonej herbaty, lecz w końcu dojrzałam i stałam się nawet wielką fanką jej picia! Zielona herbata to magiczny napój, głównie ze względu na jej dobroczynne działanie dla organizmu, a zwłaszcza mózgu. Zmniejsza zmęczenie, niweluje uczucie senności, zwiększa za to nasze umysłowe i fizyczne zdolności. Najbardziej lubię zieloną liściastą herbatę Big-Active z dodatkiem pigwy i nagietka. Mieszanka nie tylko niezwykle aromatyczna (już samo wąchanie zachwyca i poprawia humor!), ale i przede wszystkim zdrowa. Orzeźwia i energetyzuje. A więcej informacji TUTAJ.

img2.timeinc.net
Choć picie herbaty samo w sobie jest bardzo przyjemne, dobrze jest też jednocześnie odprężyć się przy filmie lub serialu. Poleciłabym książkę, jednak lektura bywa często bardziej wymagająca, a jeśli już komuś się wyjątkowo nie chce, i film może ukulturalnić. Seriale są nieco bardziej ryzykowne. Jeśli mają porywającą fabułę, potrafią wciągnąć tak, że zapomina się o całym świecie. A nie o to chodzi, jeśli przychodzi nam zwalczyć chandrę. Do takiego celu serdecznie polecam Przystanek Alaska, o którym pisałam tutaj. Spokojne, alaskańskie życie, jakiego trudno zaznać w obecnych czasach, z pewnością relaksuje.
5. Następna porcja wrażeń – już za rok!
Lato jeszcze trwa, ale wakacje dobiegły końca. Sezon poprawek w pełni, szkoła też się zaczęła, a pozostali pewnie zdążyli już wykorzystać swój urlop. Mam nadzieję, że aktywnie spędziliście ten czas. Cóż stoi na przeszkodzie, by nie powtórzyć tego za rok lub wreszcie zrobić to, o czym myślało się od dłuższego czasu? Koniec lata to dobry czas, by wyciągnąć wnioski z ostatnich wojaży lub niezbyt efektywnie spędzonych wolnych dni – w przyszłym roku może być jeszcze lepiej. Już teraz możecie się nad tym zastanowić i zacząć planować. Gdzie by się tu wybrać w 2016? Festiwal muzyczny, rajd po największych miastach w Europie czy wypad do dziczy, by totalnie odciąć się od hałasu, Internetu i innych spraw doczesnych? Hmm… Takie rozważania nie tylko poprawią humor, ale i okażą się całkiem pożyteczne!
assets3.thrillist.com

6. Ćwiczenia

Ciężko się przemóc, oj, ciężko. Ale od kiedy zaczęłam aktywnie spędzać czas – dużo spacerować, chodzić nawet pieszo do pracy (a wierzcie, mam kawałek, i to pod górkę!), jeździć rowerem, biegać, no i przede wszystkim ćwiczyć, standard mojego życia znacznie się poprawił. Mam dużo więcej energii, bo podczas wysiłku wytwarzają się endorfiny. Ogólnie jestem bardziej zadowolona – widać spore postępy. A kiedy w trakcie ćwiczeń przyspiesza nasz oddech, przyspiesza praca całego organizmu. Dotyczy to nie tylko serca, ale i mózgu! Co za tym idzie – jesteśmy bardziej produktywni. I szczęśliwsi. Wszystkim babeczkom polecam cudowną stronę tipsforwoman.pl, na której zamieszczone są rozmaite plany treningowe do wykonywania w domu. Dają niezły wycisk, ale już w trakcie pierwszego miesiąca ćwiczeń zauważycie korzystne zmiany!
skinnymom.com
7. Zmiany
Ano właśnie. Przyczyną chandry jest też popadnięcie w rutynę. Codzienne wykonywanie tych samych czynności nie wpływa na nas korzystnie. Nie jesteśmy ani trzodą chlewną, której jedyną misją życiową jest nawpierdalanie się, rozmnożenie i pójście spać, ani trzymanymi w klatkach papugami. Co prawda niektórzy z nas się tak zachowują, ale koniec z tym! Rozwijajmy się i odkrywajmy – świat ma dla nas naprawdę dużo do zaoferowania. Trzeba tylko potrafić skorzystać.
Jeśli zatem czujesz, że masz już dosyć swojego życia, po prostu zrób coś nowego. To może być choćby założenie konta na portalu randkowym. Ale najlepiej wyjść z domu i poznać nowych ludzi. Chodzisz do szkoły? Zapisz się do nowego koła zainteresowań. Nie ma? To stwórz. Jesteś studentem? Nic prostszego, organizacje działające przy uczelniach wyższych już czekają z otwartymi ramionami. Pracujesz? Skorzystaj z tego, co oferuje Ci Twoje miasto. Joga, lekcje śpiewu, kurs grania na gitarze, taniec, a może klub mola książkowego? C’mon! Jest tyle możliwości!
flavorwire.com
8. Samotność
A jeśli masz dosyć ludzi, jeśli to właśnie oni sprawiają, że masz dosyć wszystkiego wokół – odpocznij w ciszy, skupieniu i samotności. Wieczór bez odbierania telefonu, odpisywania na wiadomości i rozmów ze współlokatorem też da radę zorganizować, jeśli się postarasz. Wówczas można położyć się do łóżka, mając za jedyne towarzystwo bohaterów w książce lub własne myśli. Albo dobrą muzykę. Jeśli jesteście ciekawi kilku (a konkretnie 10) optymistycznych kawałków, zapraszam do tego postu.
9. Twój własny motywator
I choć kocham samotność, bo nauczyłam się rewelacyjnie spędzać czas we własnym towarzystwie (czego wszystkim życzę, zabawa z samym sobą potrafi być tak wspaniała jak i z członkami ekipy), to najbardziej motywują mnie słowa najbliższych. Ich troska w chwilach chandry jest nieoceniona. Po wypiciu kubka kawy przygotowanego przez ukochaną osobę można przenosić góry. Ponarzekanie przyjaciółce przez telefon sprawia, że często kamień spada z serca, a pełen otuchy całus w czoło czy choćby ciepłe, przepełnione uczuciem spojrzenie, to już naprawdę magia.
Uwielbiam słyszeć, że jestem czyjąś inspiracją. I wtedy sama od razu zwiększam wydajność; wyskakuję z łóżka, zmieniam kapcie na adidasy, zamykam Facebooka i otwieram edytor tekstu… Nawet banalne „dasz radę” wypowiedziane przez odpowiednią osobę momentalnie zmienia nastawienie. A jeśli aktualnie nie ma obok nas nikogo bliskiego?
Włączamy wykład motywacyjny Mateusza Grzesiaka albo plującego, niezawodnego Shia (jak to odmienić?! pomocy!) LaBeoufa.


10. CEL
Tak naprawdę wszystko, co napisałam powyżej, jest o dupę chlasnąć, bo na dłuższą metę nie podziała, jeśli nie mamy w naszym życiu CELU. Życie z dnia na dzień jest całkiem OK – do czasu. Nawet wśród bliskich mam osoby, które nie wiedzą, co chcą w przyszłości robić. Przez to borykają się z problemami finansowymi (OK, wszyscy na dobrą sprawę się borykamy, zwłaszcza, jeśli dopiero co opuściliśmy przytulne rodzinne gniazo), nałogami (OK! każdy ma jakiś nałóg, ale niektóre bardziej niszczą, inne mniej), pustką i wyniszczającym brakiem satysfakcji. I TO JEST ZŁE. Przeciągająca się chandra prowadzi do depresji. Nieleczona depresja, nieokiełznana, to już równia pochyła. A w dole – grób. (Jeżeli jesteś zainteresowany tematem depresji, skosztuj postu Czy mam depresję?
Ostro? Może i tak. Ale nie lekceważ swojego złego samopoczucia. Jeśli masz cel, ale nic już Ci nie pomaga, żaden z 10 sposobów na jesienną chandrę, cały czas czujesz niechęć i przybicie, masz kłopoty ze spaniem – udaj się do specjalisty. Żeby nie być gołosłowną, pod koniec sierpnia postanowiłam się przebadać. Nie, żebym cierpiała, już nie! Kontrolować swój organizm jednak trzeba. Było szybko i prawie miło (pani laborantka nie chciała ze mną pożartować na temat mojego moczu, trudno). Zdrowie aż tak mi nie szwankuje, a i pomoc terapeutyczna zbędna (na razie ;)). Jeśli jednak Ty masz problem, z którym sobie nie radzisz, a być może wstydzisz się powierzyć go bliskiej osobie, udaj się do specjalisty. To trochę wysiłku, ale na dłuższą metę na pewno pomoże. 
Wracając do meritum, podczas rozmowy telefonicznej z Jagódką doszło do pewnej znamiennej wymiany zdań, tak przy okazji tematu gier komputerowych. Kto jest fanem The Sims 1, 2, 3, 4? Kto nie jest, a grał? Zwróćcie uwagę na to, że nawet simy mają swoje motywacje i aspiracje. Za spełnienie celów otrzymują punkty, które poprawiają ich samopoczucie i dzięki którym można zdobyć specjalne nagrody. Bez ich realizacji gra nie miałaby żadnego sensu. Może i nie ma, jak życie, ale jest przyjemna – jak życie, jeśli się o to zatroszczymy. Tak samo w rzeczywistości. Chcesz mieć dużą rodzinę? Znajdź faceta/kobietę i zdobywaj go codziennie od nowa! Chcesz być bogaty? Nie ma w tym nic złego. Rusz dupę, wysil mózgownicę i zacznij robić coś kreatywnego. 
W tej grze, w jakiej wszyscy utknęliśmy, kody i cheaty po prostu nie działają. 

Przystanek Alaska

Dziś o niezwykłym serialu, którego odcinki uwielbiałam już za dzieciaka. Mowa o charyzmatycznych, jedynych w swoim rodzaju bohaterach, klimacie lat dziewięćdziesiątych, indiańskich wierzeniach, filozoficznych rozważaniach oraz przepięknych widokach dzikiej natury. Tak, to wszystko w jednym serialu, idealnym na koniec lata. Zapraszam do Cicely, czyli recenzja Przystanku Alaska!

Czar bohaterów
Joel Fleischman (Rob Morrow) jest nowojorskim Żydem (zawsze bawiło mnie to sformułowanie, ale jest chyba lepsze niż żydowski Nowojorczyk), który przyjeżdża na Alaskę, by odpracować jako lekarz rodzinny pieniądze włożone w jego edukację przez obywateli USA. Okazuje się, że musi spędzić cztery lata w małym miasteczku, odcięty od ukochanych bajgli i, w jego mniemaniu, prawdziwego życia. Tak rozpoczyna się pełne humoru pięć sezonów serialu.
Odcinki płyną swoim tempem. Fani wartkiej akcji raczej nie będą zachwyceni. Tutaj każde ujęcie przepełnia spokój i piękno, zwłaszcza, jeśli chodzi o alaskańskie pejzaże. Dzika natura otacza miasteczko Cicely ze wszystkich stron i wpływa na zachowanie obywateli. Kiedy trwa przedwiośnie i lód ma zaraz pęknąć, każdego ogarnia czyste wariactwo. Niektórzy kradną samochodowe radia, inni proszą się o bójkę, a pozostali nie radzą sobie z seksualnym pożądaniem. Gdy zaś wieje wiatr, ludzie rzucają się sobie do gardeł, mimo że kiedy indziej nie widzą kłopotu w otwieraniu sąsiadom drzwi o trzeciej nad ranem, dają sobie podkradać żarówki, a obcych witają z otwartymi ramionami. 
Podoba mi się otwartość postaci tego serialu, pogodna akceptacja absurdów, jakie ich otaczają lub które sami wywołują, a także niebywały humor. Co więcej, od każdego bohatera można się czegoś nauczyć. Choć w prawie każdym odcinku mamy do czynienia z udziałem gościnnym jakiegoś aktora, a niektórzy są obecni sporadycznie, ot, pojawiają się raz na początku, raz w środku i raz na końcu serii, w Przystanku Alaska wyklarowała się paczka głównych postaci.
imagehost.vendio.com
Pierwszą z nich jest wspomniany już Joel, którego walka z alaskańską dziczą stanowi oś serialu. Jako mała dziewczynka, zdecydowanie jeszcze nie nastolatka, już kochałam się w jego gęstych ciemnych włosach, pięknej buzi i tym, że mimo stawania w wielu sytuacjach okoniem, w końcu jednak potrafi przyznać się do błędu. Lubiłam go też za dobre serce, które przejawiało się od czasu do czasu. Z czasem zmieniałam zdanie. Fleischman momentami bardzo mnie irytuje. Jest neurotykiem, większość rzeczy bierze do siebie, bo zwyczajnie brakuje mu dystansu, szybko się bulwersuje i dziwi niezmiernie temu, co ja bym tylko skwitowała wzruszeniem ramion. Wciąż chętnie bym się z nim umówiła, ale na dłuższą metę z pewnością byśmy się nie dogadali. Wydaje się być oderwany od życia i to, co za dziecka mnie w nim bawiło, teraz niestety śmieszy, w negatywnym znaczeniu tego słowa. 
Mimo wszystko, jak od każdego bohatera, można się od niego czegoś nauczyć. Obserwując poczytania doktora na Alasce, zaczyna się dostrzegać, że cierpliwość to skarb, a dzięki wewnętrznemu spokojowi można zdziałać o wiele więcej niż przez bezsensowne gorączkowanie się

Główną kobiecą postacią jest Maggie O’Connell (Janine Turner), którą Fleischman bierze w pierwszej chwili za prostytutkę. Kobieta okazuje się być jednak pilotem. Później na jaw wychodzi, że zajmuje się także nieruchomościami – wynajmuje lekarzowi dom. Jest też mechanikiem. Uwielbia majsterkować, a wkrótce jednym z jej ulubionych zajęć staje się uprzykrzanie życia Joelowi. Zresztą, z wzajemnością. Relacja tej dwójki dostarcza widzowi ton śmiechu. Mimo pozorów antypatii, coś nieustannie pcha Fleischmana do O’Connell (co chwila wyzywają się, nie używając swoich imion, tylko właśni nazwisk), a i on zdecydowanie nie jest jej obojętny. 
Maggie jest feministką. I prawdziwą kobietą, która często gubi się w swoich uczuciach. Dodatkowo mówi się, że wisi nad nią klątwa. Każdy mężczyzna, z którym wejdzie w romantyczną relację… umiera. Jeden z moich ulubionych odcinków to ten, w którym Maggie dostaje gorączki i zaczyna widzieć wszystkich swoich byłych nieżywych partnerów, grillujących i roztrząsają w kółko jej wady. Faktycznie, czasem bywa irytująca, autorytarna i złośliwa, ale czy każda kobieta musi być przedstawiana w serialach jak anioł? Właśnie taki obraz czyni Maggie kobietą z krwi i kości, za którą po prostu przepadam i z jaką może nawet się po części utożsamiam. Podziwiam ją za determinację, życiową mądrość, wybranie własnej życiowej ścieżki, niezależnie od oczekiwań rodziny, i to, że ze swoich słabości potrafi uczynić swoje najmocniejsze strony. 

Edukację Fleischmana opłacił w największej mierze Maurice Minnifield (Barry Corbin), były żołnierz i astronauta, aktualnie najbogatszy człowiek w Cicely, który nieustannie inwestuje w rozwój miasta. Nie wiem, czy postać Maurice’a można polubić. Jest często zatwardziały w swoich poglądach, stereotypowy i egoistyczny. Z drugiej strony, kiedy podetknąć mu pod nos odpowiednie argumenty, tak jak i Fleischman, a może nawet bardziej, potrafi zmienić swój kierunek myślowy. Nie lubi homoseksualistów, ale gdy okazuje się, że ci, jacy sprowadzili się do Cicely, są wykształceni, kulturalni i znają się na interesach, potrafi należycie docenić nowych sąsiadów. Życzyłabym wszystkim ludziom, żeby mogli zbierać swoje doświadczenia i na ich podstawie wysuwać mądre wnioski. Niestety, niektórzy wolą siedzieć przez telewizorem i stamtąd czerpać bezrefleksyjnie przekłamaną wiedzę o świecie. A w Cicely prawie telewizji się nie ogląda, o czym zaraz!
Najlepszym przyjacielem Maurice’a jest Holling Vincoeur (John Cullum), były traper, który aktualnie prowadzi jedyny w mieście bar. Panowie pokłócili się o dziewczynę, nastoletnią miss, Shelly Tambo (Cynthia Geary), której największym atutem jest uroda. Większość powiedziałaby na pewno, że Shelly rozumem nie grzeszy, ale mnie wydaje się co innego. Mimo że Shelly nie wyróżnia się intelektem, jest według mnie całkiem mądra. Potrafi zapanować nad humorami Hollinga, pogodzić skłóconych przyjaciół, a także bardzo dobrze radzi sobie w życiu. Ona i Holling, mimo ogromnej różnicy wieku, stanowią idealną parę, z czym Maurice’owi początkowo trudno się pogodzić. Ten przykład pokazuje jednak, że prawdziwe uczucie może naprawdę wiele przezwyciężyć i warto nie rezygnować ze związków z powodu licznych przeciwności losu, tylko walczyć o miłość. 

Kolejnym bohaterem, którego wprost uwielbiam (i zastanawiam się, czy nie najbardziej ze wszystkich), jest Chris Stevens (John Corbett – rewelacyjny też m.in. w Seksie w wielkim mieście i Moim wielkim greckim weselu). To były przestępca, a obecnie artysta, spiker w rozgłośni radiowej, wolnomyśliciel, a nawet w pewnym sensie duchowny – nieobece mu metafizyczne przygody. Chris jest przystojny, tolerancyjny, otwarty na nowe doznania, których wciąż poszukuje, inteligentny (mimo że nie skończył szkoły, przeczytał chyba więcej książek niż ktokolwiek w Cicely) oraz przyjazny i wyrozumiały. Takiego ze świecą szukać! No i właśnie, Chris nie ma problemu z dziewczynami, wręcz przeciwnie. Potrafi pójść do lasu i wrócić do swojej przyczepy z nową towarzyszką. Kobiety potrafią go dosłownie zwęszyć na kilometry. 

Z kobietami drobny problem ma Ed Chigliak (Darren E. Burrows). Mimo tego, że jest uroczy, jakoś nie może znaleźć sobie partnerki, ale zasadniczo wcale się tym nie przejmuje. Jego życiową misją jest tworzenie filmów. Ed często posługuje się przykładami z kinematografii, by coś komuś wytłumaczyć. Jest trochę fajtłapowaty, ale niebywale sympatyczny. To półindianin, wychowany przez całe plemię, ponieważ matka zawinęła go w kocyk i porzuciła. By odnaleźć swoich rodziców, Ed korzysta z pomocy starego indiańskiego ducha Tego Który Czeka. I tu dochodzi do przezabawnych sytuacji, gdy Fleischman, widząc mówiącego do siebie chłopaka, podejrzewa u niego psychozę. 
Ważnym aspektem filmu są Indianie, którzy nie walczą już z cywilizacją (to w końcu końcówka XX wieku), lecz dążą do uzyskania tego, co im się należy z tytułu pochodzenia. Ciężko pracują, tak jak biali, i tak jak biali korzystają z prawników, by coś załatwić. Jedną z Indianek jest Marilyn Whirlind (Elaine Miles), pyzata asystentka doktora Fleischmana. Z natury jest małomówna, jednak jej milczenie jest bardzo znaczące. Dzięki niej jej przyjaciele dochodzą często do zaskakujących, mądrych wniosków. To również jedna z moich ulubionych postaci, a wątek romantyczny, jaki zgotowali jej scenarzyści z Człowiekiem Ptakiem, to po prostu majstersztyk.

Wśród mieszkańców Cicely niezwykle ważna jest Ruth-Anne Miller. Prowadzi największy (i chyba jedyny…) sklep, gdzie można kupić dosłownie wszystko. W lokalu mieści się też poczta, biblioteka oraz archiwum. Ruth-Anne potrafi być bardzo zaciekła, ale przede wszystkim można się od niej nauczyć pogodnego usposobienia. Jej postawa jest zdecydowanie optymistyczna. Jedną z moich ukochanych scen jest tak, kiedy Ruth-Anne i Ed tańczą na ziemi przeznaczonej na pochówek tej pierwszej. Genialne. Życzyłabym wszystkim tyle dystansu do siebie. Cóż, może nabywa się go z wiekiem? 

Kulturalne zadupie?
Co można robić w Cicely, które ma tylko 839 mieszkańców? Sporo! 
Akcja serialu toczy się na początku lat dziewięćdziesiątych. Komputer, będący w zasadzie ogromnym kalkulatorem, widać tylko u jednej z dziewczyn Chrisa. A kiedy Holling kupuje dla Shelly telewizor, staje się on największym złem. Shelly natychmiast uzależnia się od telewizji. Ogląda ją cały czas, nie wykonuje swoich kelnerskich obowiązków w barze, recytuje program telewizyjny z pamięci, ignoruje przyjaciół i Hollinga, a w nocy przepuszcza setki dolarów w trakcie telezakupów. Dopiero spowiedź w szafie Chrisa poprawia jej samopoczucie. 
Chyba żałuję, że technika wykonała taki skok naprzód.
Mieszkańcy Cicely są bardzo związani z naturą. Chodzą do lasu podglądać sikorki, silnie reagują na księżyc w pełni, rozmawiają z niedźwiedziami… Długie ciemne wieczory spędzają z sobą w barze Hollinga, czas umilając sobie ciekawymi rozmowami, a co jakiś czas celebrują rozmaite obchody w różnoraki sposób, np. podczas pikników lub biegu przez miasto na golasa. Przystanek Alaska pokazuje, że najważniejsza jest bliskość człowieka z człowiekiem oraz człowieka z przyrodą. Do tego podkreśla, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa kontakt z kulturą. Mimo tak małej populacji, w Cicely jest kino i biblioteka. Codziennie z samego rana mieszkańców budzi Chris w swojej niesamowitej audycji radiowej Chris o poranku, a od czasu do czasu do samego serca Alaski dociera cyrk i wędrowna trupa artystów-rur.
Zastanawiam się, czy obecnie jest jeszcze możliwe takie podejście do życia. Odgradzamy się od siebie kablami od Internetu, zamiast spaceru po lesie wolimi usiąść na wygodnym fotelu w lansiarskiej kawiarni, a kiedy dobrze zrobiłaby nam długa chwila samotności z książką, wolimy dobić się na imprezie wśród alkoholu, chaosu i przepychu…

Magia czy duchowość?
W Cicely co chwila mamy do czynienia z jakimiś niezwykłymi zjawiskami. Tajemnicze światła, które widział Maurice w przestrzeni kosmicznej? Duchy Indian? Przemiany niedźwiedzi w ludzi? Wielka Stopa? Każde z nich można interpretować w dowolny sposób – reżyserowie nie narzucają jednej opcji. Zawsze może to być omam bohaterów lub dziwny sen. Twardo stąpający po ziemi raczej pewnie nie docenią takich epizodów. Dla mnie jednak takie fragmenty są bardzo ważne – przemycają do naszej codzienności magię i wiarę w to, że ludzka egzystencja nie jest wybrykiem cierpiącego na nudę atomu. Przystanek Alaska pokazuje, że nic nie musi być takie, na jakie wygląda z początku, jednocześnie pouczając, że należy wstrzymać się z pochopnymi wyrokami lub w ogóle ich nie wypowiadać. Bo niby po co? 
Mam nadzieję, że uda mi się zachęcić Was do obejrzenia chociaż paru odcinków. Z pewnością nie jest to serial, który się połyka. Najlepiej go sobie powoli dawkować. Chcę Wam pokazać, że nie tylko najnowsze, ekscytujące produkcje, potrafią zapewnić rozrywkę. Lata dziewięćdziesiąte minionego wieku to okres, w którym również kręciło się bardzo dobre filmy i seriale. I choć obecnie śmieszą stroje aktorów lub może ich poglądy, warto zetknąć się ponownie z popkulturą tamtych coraz odleglejszych już czasów. 

10/10

10 piosenek na dobry humor

Pierwszy dzień szkoły, jeden z ostatnich dni upałów. Urlopy pewnie za Wami,  sezon kampanii wrześniowej właśnie się rozpoczął, później już tylko Wszystkich Świętych i Boże Narodzenie… Czas pędzi nieubłaganie. Dlatego postanowiłam podnieść Was na duchu i zaprezentować 10 piosenek, które zawsze zapewniają mi dobry humor

1. Pharrel Williams – Happy

Pewnie macie dość tej piosenki, pewnie za dużo jej w reklamach i właściwie gdziekolwiek, gdzie nadstawicie ucha. Ale ja wciaż ją uwielbiam. Mimo dziesiątek, jeśli nie setek odsłuchań, nadal mi się nie znudziła. Zresztą zgodzicie się chyba ze mną, że tkwi w niej niebywała energia i optymizm, prawda? A tym razem chciałabym przedstawić Wam lokalną wersję teledysku, nakręconego przez mieszkańców Poznania, którzy sprowadzili się do tego magicznego miasta z różnych zakątków świata. Rewelacyjna robota! Śmiało mogę powiedzieć, że podoba mi się zdecydowanie bardziej od oryginalnej wersji.


2.Passion Pit – I’ll be alright

Piosenka tak naprawdę o cierpieniu, ale, jakby nie patrzeć, z optymistycznym wydźwiękiem. Zawsze daje mi pozytywnego kopa do działania. Poza tym, jeśli jeszcze nie znacie zespołu Passion Pit, mogę Wam polecić każdą inną piosenką – to jedni z moich ulubionych wykonawców.

Well I’ve made so many messes
And this love has grown so restless
Your whole life has been nothing but this
I won’t let you go unless
I’ll be alright

3. Natalia Przybysz – Nazywam się niebo

Płytę Natalii Przybysz, Prąd, która została wydana pod koniec ubiegłego roku, po prostu wielbię. Wsłuchuję się w kawałki non-stop. Miło było zobaczyć w akcji artystkę podczas koncertu w Poznaniu, na Scenie na wodzie, która mieści się przy Jeziorze Malta. Poniżej przedstawiam aktualnie najbliższy mojemu sercu utwór.

Nazywam się niebo
Mam wszytko co trzeba
To ja jestem księżyc i słońce
Choć usta masz miękkie
I ciało gorące
Zasypiasz a ja dalej biegnę
Choć usta masz miękkie
I ciało gorące
Zasypiasz a ja dalej biegnę


4. Florence + The Machine – Dog days are over
Nie mogło zabraknąć mojej ulubionej artystyki, choć ostatnia płyta nie spełniła moich oczekiwań. Mam nadzieję, że kolejne utwory Florence and The Machine będą lepsze. Tymczasem pozostaję wierną fanką poprzednich kawałków i załączam jeden ze starszych, nie będący dawką czystej radości, ale jednak dynamiczny i wesołą melodią.
 


5. Mrozu ft. Sound & Grace – Nic do stracenia

Jestem w szoku, że słucham Mroza, którego kiedyś bardzo nie lubiłam, ale ta piosenka ma w sobie właśnie to coś, co podrywa do działania.

Musimy przenosić góry i biec pod wiatr,
tak by runęły mury, co dzielą nas.

6. Grouplove – Ways to go

Bardzo prosta, niebywale energetyzująca piosenka o byciu zakochanym!

I didn’t ask for that
You give me heart attack
I didn’t want to care
And then I saw you there

 
7. Icona Pop – I love it
Bardzo kobieca, bardzo prosta, bardzo energetyczna, bardzo… swojska?
8. Dexy’s Midnight Runners – Come on Eileen
Utwór, który śmiało można uznać za kultowy. W dodatku świetnie wykorzystany w soundtracku do fenomenalnego filmu Charlie, o którym pisałam TUTAJ.
9. Iggy Pop – Passangner
Totalna beztroska!
Get into the car
We’ll be the passengers
We’ll ride through the city tonight
We’ll see the city’s ripped backsides
We’ll see the bright and hollow sky
We’ll see the stars that shine so bright
Stars made for us tonight
 
10. Męskie Granie Orkiestra – Armaty
Każdy singiel Męskiego Grania jest po prostu kosmicznie dobry, ale wrzucam najaktualniejszy, z tego roku, który nie przejadł mi się tak, jak ubiegłoroczny Elektryczny. Poza tym tu jest zdecydowanie więcej ognia…


Wstaję i idę.
Ruszam na łów.
Niech rwą mnie wiatry i prądy wód.
Tańczę i wyję.
Rzucam się w ogień.
Toczę armaty pełne nut.

W każdej muzycznej epoce można znaleźć coś, co poprawi humor, zmotywuje do działania i nieco osłodzi gorzki czas tęsknoty za wakacjami. Mam nadzieję, że 10 piosenek na dobry humor to tylko pretekst do tego, byście podesłali mi ulubione przez Was kawałki. Uwielbiam odkrywać nową muzykę, więc czekam na Wasze propozycje.