Targi Książki w Krakowie 2015

Mój harmonogram spotkań z autorami podczas tegorocznych Targów Książki w Krakowie legł w gruzach. Stoisko naszego wydawnictwa było oblegane ze wszystkich stron, toteż nie miałam za bardzo sposobności wyrwać się do Marka Pindrala (czego bardzo żałuję! przepraszam!) czy Marcina Świetlickiego (ogromna szkoda). Nie żałuję jednak czasu targów, bo najcenniejsze doświadczenie to rozmowa w ludźmi, bez względu na to, czy tworzą literaturę, czy są po prostu nią żywo zainteresowani. Zapraszam na relację z Targów Książki w Krakowie 2015, czyli notkę o tym, jak bardzo można oderwać się od schematu i być jednocześnie niesamowicie ukontentowanym z tego powodu. Z dedykacją dla choruteńkiej Cioci Ebi

Moje plany związane z obecnością Szczepana Twardocha w sobotę przy stoisku Wydawnictwa Literackiego legły w gruzach, kiedy spóźniona przybiegłam na targi i zobaczyłam tabuny ludzi, czekających na autograf pisarza. Kupiłam Wieloryby i ćmy, rzuciłam okiem z daleka na wylakierowany fryz autora i pobiegłam do Sorusa. Nasi twórcy, czyli w szczególności Marta Gierlińska, Kazimierz Ludwiński, Łukasz Supergan, pani Bożena Marczyńska-Luttge i Paweł Kowalczyk wraz z przecudowną wręcz żoną Sujathą, to ludzie tak nieprzeciętni i charyzmatyczni, że czerpałam ogromną przyjemność z przebywania w ich towarzystwie i nie wiem, czy szybki podpis nawet takiej persony, jaką jest autor Morfiny, mógłby mi zrekompensować czas spędzony z dala od naszego wydawnictwa. Wielką frajdę czerpałam z rozmów z ludźmi, a szczególną przyjemność sprawiło mi poznanie dziewczyn z Olsztyna, w których blogach się zaczytuję (Pełen zlew – książki, koty i bałagan, Przeczytaj mnie), a także Dominiki (Niekulturalna) i Gabrieli (Zanim zajdzie słońce).
Sporym przeżyciem stało się też dla mnie spotkanie z Ignacym Karpowiczem. Tego nie mogłam odpuścić. Spędzenie blisko 40 minut, by zaklepać miejsce w kolejce wielbicieli jednego z największych współczesnych pisarzy, zostało mi wynagrodzone pięknym podpisem w Balladynach i romansach oraz selfiaczkiem. Co prawda szkoda, że na fotce wyglądam jak zwłoki po ekshumacji, ale postanawiam ten fakt olać ciepłym moczem i zatrzymać się w momencie, kiedy byłam tak blisko mojego idola. W dodatku fotograf współpracujący z Wydawnictwem Literackim spisał się o wiele lepiej ode mnie, więc jestem kontent, co można zobaczyć poniżej. Zdołałam co prawda z panem mistrzem zamienić tylko kilka słów, ale poczułam niesamowitą serdeczność i byłam niesamowicie szczęśliwa.
Mistrz Karpowicz i ja, fot. Michał Łepecki, wydawnictwoliterackie.pl

 A co było nie do końca ten-teges?

maisonfikoumikou.canalblog.com

Oczywiście wkurwiali mnie do granic możliwości ludzie, którzy zatrzymywali się na środku skrzyżowań pomiędzy stoiskami, więc robiły się zatory, ale widok stosów książek, a przede wszystkim i miłośników czytelnictwa, jacy po nie sięgali, był po prostu bezcenny, co rekompensowało mój stres związany z o wiele za wolnym poruszaniem się. (Na pewno byłoby mi to łatwiej przyjąć, gdybym miała flegmatyczną naturę). Brakowało mi też stoisk z używanymi książkami, tak licznych jak na Stadionie Narodowym w maju. Ale może były, a ja po prostu przeoczyłam, bo nawet nie zapuściłam się na dłużej do Hali Dunaj? Dajcie znać i wyprowadźcie mnie z błędu w razie czego.

Chciałabym jakoś porównać Targi w Krakowie do tegorocznych Warszawskich Targów Książki, ale nie jest to łatwe zadanie. Stadion Narodowy miał swój klimat. I to nie tak, że nie lubię Warszawy, wręcz przeciwnie, podoba mi się coraz bardziej z każdym następnym razem, kiedy ją odwiedzam. Ale Kraków…
Kraków to po prostu magia krążąca w każdej uliczce, żyjąca w kostce brukowej i pęknięciach budynków. Kraków nie zawiódł mnie nigdy, nawet przez sekundę. Tak było również i tym razem. W przyszłym roku – może Coke Live Music Festival, jak za dawnych lat, chociaż teraz to już po prostu Live Festival? Wspominam z rozrzewnieniem i żebyście Wy mogli powspominać razem ze mną, w oczekiwaniu na kolejne spotkanie z Krakowem, zapraszam do kliknięcia przycisku PLAY.

Zgłaszanie książki do wydawnictwa – ROBISZ TO ŹLE

Zgłaszanie książki do wydawnictwa – ROBISZ TO ŹLE

Napisałeś już książkę, więc wydaje Ci się, że najtrudniejsze już za Tobą. Oczywiście nic bardziej mylnego, cytując Radka Kotarskiego, bo schody dopiero się zaczynają. Są w dodatku strome i łatwo z nich spaść. Sama na szczęście uniknęłam takiego obtłuczenia, a poza tym nauczyłam się po drodze mnóstwa rzeczy, więc postanowiłam się nimi z Wami podzielić, o co zresztą kilkoro z Was poprosiło w ankiecie, więc pozdrawiam Was serdecznie i dalej zachęcam do jej wypełniania: KLIK! 
viralnova.com/classy-past
Zajmuję się pisaniem. Robię to z pasji. I robię to z poczucia obowiązku, bo uważam, że jakaś kosmiczna siła powołała mnie właśnie do tworzenia literatury. W marcu ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani. Kilka miesięcy wcześniej pochłaniało mnie rozsyłanie maszynopisu po wydawcach, pukanie do różnych drzwi, wreszcie prowadzenie kampanii crowdfundingowej… Ostatecznie prawie podpisałam umowę, która byłaby ogromnym ciosem dla mojej kieszeni. I przyszłej ewentualnej kariery. Na szczęście ma kto nade mną czuwać.
Od mniej więcej początku tego roku zajmuję się też kontaktem z autorami i marketingiem książki. Jestem tą osobą, która otrzymuje propozycje wydawnicze i zapoznaje się z nadesłanymi tekstami, czy to debiutantów, czy bardziej doświadczonych literatów. Jeżeli zostanę przekonana przez autora, że jego tekst warto wydać, walczę o to, czuwam nad twórcą i przeprowadzam go przez wszystkie etapy wydania książki, choć bezpośrednio osoba taka ma do czynienia z redaktorem prowadzącym i resztą zespołu, jednocześnie opracowując strategie promocyjne. Jeżeli nie, przypominam sobie, jak to było, kiedy w wieku nastu lat rozsyłałam swój zbiorek opowiadań do różnych domów wydawniczych. I jak się czułam, kiedy otrzymywałam odmowę, choć gorsza była niepewność, bo niektóre wydawnictwa w ogóle nie informują autora, co się dzieje z ich tekstem. Więc piszę wiadomość do autora i mam nadzieję, że poradzi sobie z prawdą o swoim tekście.
Co zrobić, żeby propozycja wydawnicza została przyjęta, a wydanie okazało się sukcesem?  
To dopiero tajemnica prosto z Archiwum X! Myślę, że gdyby odpowiedź na to pytanie była nam znana, wszystkim piszącym byłoby o wiele łatwiej żyć i każdy mógłby zostać pisarzem. Niestety, zależy to od mnóstwa czynników i nie da się jednoznacznie określić, który z nich jest tym decydującym. Na pewno jest kilka ważnych punktów, o których warto pamiętać, i które sprawiają, że szansa na przyjęcie wzrasta. Warto też dowiedzieć się, czego zdecydowanie nie robić.
kotawcontentmarketing.com

1. Kontaktowanie się z wydawnictwem, jeżeli nie masz jeszcze całości materiału, jest w głównej mierze bezcelowe. 
Zdarzają się osoby, które wysyłają część swojego tekstu, bo tyle napisali do tej pory. Chcą wiedzieć, czy fragmenty są dobrze napisane, i czy jest w ogóle szansa na wydanie. A autor przede wszystkim powinien pisać nie ze świadomością wydania dzieła, tylko jego zakończenia. To ogromna różnica.

Wyobraźcie sobie, że napisaliście kilka stron, wysyłacie je do wydawnictwa, tam odpisują, ze tekst nie nadaje się do wydania. Co robicie? Rzucacie pisanie tego utworu, zaczynacie następną książkę. I znowu ta sama historia; piszecie, wysyłacie, odmowa lub brak zainteresowania. W ten sposób niczego się nie nauczycie. Rozmowy z wydawcą powinny zaczynać się po zakończeniu tworzenia utworu, by był materiał i jakakolwiek podstawa do dalszych pertraktacji. Ponadto praca nad tekstem to nie tylko napisanie, ale głównie wykreślanie i redagowanie, w czym redakcja oczywiście pomaga, jeśli już dochodzi do nawiązania współpracy, ale jak zająć się czymś, co nie wiadomo, jak się kończy?
Najpierw miej co zgłosić do wydawnictwa, a później dowiaduj się różnych rzeczy, które Cię interesują. Pisarz musi przede wszystkim pisać, a nie wydawać. Niektórzy zapaleńcy niestety o tym zapominają.
W pracy staram się doradzić każdemu, nawet takiej osobie, która dopiero myśli o napisaniu tekstu. Ale, uwierzcie, nie wszyscy są tak życzliwi.
bi.gazeta.pl
2. Niesprawdzenie oferty wydawnictwa
Jeżeli wysyłasz poezję tam, gdzie wydają utwory tylko i wyłącznie prozatorskie, to bardzo mi przykro, ale nie dziw się, że Twoja propozycja nie zostanie rozpatrzona.
Jesteś zły na swojego wydawcę, że Twoja książka leży i się nie sprzedaje? A zapytałeś go kiedykolwiek o rodzaj prowadzonego marketingu książki? No właśnie.
Nagle się okazuje, że gotowa książka przychodzi pod Twój dom, a Ty przecież nie masz miejsca na pomieszczenie tysicąa egzemplarzy? To już szczyt chamstwa, ale nie ma co obwiniać innych za swoją głupotę.
Ernest Hemingway, przeglądający swój maszynopis; artdaily.com
3. Wysyłanie „gołego” maszynopisu autorskiego 
Generalnie polecam wysyłanie swojego utworu w wersji elektronicznej. Jest taniej, ekologiczniej, a redaktorowi łatwiej sprawdzić różne techniczne rzeczy. Nie róbcie tego w PDF. Wybierzcie Worda i nie bójcie się, że ktoś skopiuje Wasz utwór i bez Waszej zgody go wyda. To mit. Redaktorzy mają lepsze rzeczy do roboty, a nawet, jeśli znajdzie się jakiś psychopiernik (bo wariaci są wszędzie, bez względu na profesję, płeć, wiek czy stan konta), to sprawę bardzo łatwo wygrać w sądzie. Dzięki zapisaniu pliku w .doc, .docx lub .rtf, łatwiej będzie oszacować objętość arkuszy wydawniczych, a zatem koszty oraz czas potrzebny na wyprodukowanie książki.
Do maszynopisu dołącz informacje o sobie, wraz z danymi kontaktowymi (pamiętaj o numerze telefonu). Zrób sobie literackie CV. Co osiągnąłeś w dziedzinie literatury, czyli czy jesteś laureatem jakiegoś konkursu, czy może piszesz bloga albo czy Twoje artykuły ukazują się w prasie. To zdecydowanie dodatkowy atut i jest mile widziany.
Wszyscy będą również wdzięczni za przesłanie streszczenia książki i planu wydarzeń. To nie tak, że redaktorzy nie czytają książek, że są odmóżdżeni i bazują tylko na streszczeniach. To nieprawda. Otrzymujemy jednak momentami tak dużo propozycji, że – nawet, jeśli literatura to nasze życie – po prostu się nie wyrabiamy. Nie jesteśmy w stanie przestudiować każdej książki od deski do deski. A chcemy być sprawiedliwi. Dzięki takim pomocniczym materiałom jesteśmy w stanie szybciej zapoznać się z interesującymi fragmentami.
wdbj7.com
4. Podpisywanie umowy w ciemno
Niesamowite! Jakieś wydawnictwo zgodziło się wreszcie wydać moją książkę! Świetnie! Każą mi za to zapłacić? To nieistotne, kasa się znajdzie, przecież oszczędzałem na to tak długi czas. Teraz wystarczy podpisać!
Albo:
Rety, będę wydawać książki i nawet nie muszę za to płacić! Skoro tak, na pewno na nic nie muszę już zwracać uwagi! 
Ale bzdury.
Bez względu na to, w jakim wydawnictwie podpisujesz umowę, najpierw ją przeanalizuj. W ogóle, komunikowanie się tylko z jednym wydawcą, uważam za przejaw skajnej głupoty. Kontaktuj się z wieloma domami wydawniczymi, porównuj umowy, oferty i przede wszystkim pamiętaj, że masz własny rozum oraz intuicję, której warto słuchać. Nikt się o to nie obrazi. Związek autora z wydawnictwem to relacja o wiele głębsza niż klient-firma. Często to tak wygląda aktualnie, niestety, ale umowy są po to, by zabezpieczyć interesy nie tylko domu wydawniczego, ale i autora. Ma to być porozumienie, które wyjaśni w razie sporu każdą zawiłość. A od siebie dodam, że już po kontakcie telefonicznym można zobaczyć, kto jest dobrym gliną, a kto złym. Tam, gdzie ludzie są mili i skorzy do pomocy, tam warto wydać. Tam, gdzie traktują Cię oklepanymi formułkami, lepiej jak najszybciej wiać.
Jak zweryfikować, czy nie trafiłeś na wydawnictwo, które po prostu chce zedrzeć z Ciebie hajs? W bardzo prosty sposób. Zapytaj osobę, z jaką się kontaktujesz, o trzy najmocniejsze strony Twojej książki. Myślę, że po odpowiedzi poznasz, czy masz do czynienia z profesjonalistą i kompetentną osobą, czy kimś, komu w ogóle na Tobie nie zależy.

Musisz zrozumieć, że wydawnictwo to nie Olimp, w którym chodzą bogowie spełniający Twoje marzenia o wydaniu książki. To przede wszystkim firma, gdzie pracują ludzie, tacy jak Ty. Nie czuj się od nich gorszy, bo oni decydują o Twoim sukcesie; to Ty możesz również zadecydować o ich powodzeniu w dalszych latach. Nie czuj się też lepszy, bo jesteś wielkim artystą, a oni po prostu szarymi pracownikami; nie znasz się na książkach tak dobrze jak oni, a żeby dokładnie poznać branżę, trzeba naprawdę wielu lat ciężkiej pracy i tęgich umysłów. Dlatego przyzwyczaj się do myśli, że w pewnym sensie będziesz wraz ze swoją książką postrzegany jako produkt, który trzeba sprzedać, żeby zarobić. Wydanie tekstu do ogromne finansowe przedsięwzięcie, więc nie dziw się, że wydawnictwo chce, byś pokrył część lub całe koszty. Nawet, jednak trafisz pod skrzydła wydawnictwa, które sponsoruje Ci wydanie książki, są wciąż rzeczy, na jakie warto zwrócić uwagę.

Matt Morgan, A day’s work ended, s3.amazonaws.com

Sprawdź na przykład, czy nie stajesz się niewolnikiem. Pracujesz pięć lat, żeby napisać dobrą powieść, a potem się okazuje, że ze sprzedaży jednego egzemplarza otrzymasz trzy złote netto na rękę. Sprzedaje się, powiedzmy, pięć tysięcy egzemplarzy, czyli całkiem nieźle. Wychodzi piętnaście tysięcy złotych, no ale pracowałeś pięć lat. To tak jakbyś zarabiał 250 złotych miesięcznie. Czyli około 35 groszy na godzinę. No cóż. Słabo, ale jeszcze nie najgorzej. Może się jeszcze okazać, że kontrakt obejmuje nie tylko jedną Twoją książkę, ale i cztery następne. Albo po prostu dziesięć lat Twojego życia i wszystko, co będziesz chciał opublikować, będzie musiało ukazać się nakładem jednego wydawnictwa. To jest dosyć poważna decyzja, prawda?

Dlatego nie spiesz się i myśl, a będzie dobrze.

Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, wal śmiało. W zakładce O mnie znajdziesz mój adres mailowy, jeśli wstydzisz się zapytac w komentarzu. 🙂

A jeśli spodobał Ci się wpis, to może zainteresują Cię również te:

11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy
Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika
Nie sztuka być autorem
Kiedy pisarz staje się celebrytą

Szczepan Twardoch – Morfina

Szczepan Twardoch – Morfina

Hajs, dziwki, dragi i zabawa do białego rana, czyli Warszawka nigdy nie śpi, nawet na początku II wojny światowej. O takich hulankach i swawolach pisze Szczepan Twardoch w Morfinie, czyli jego, uwaga DZIEWIĄTEJ powieści (jeśli ufać Wikipedii). 
qr.miastoliteratury.pl/
O Szczepanie Twardochu każdy Polak powinien już słyszeć. Mam tu na myśli nie tylko dosyć wąskie grono zainteresowanych dobrą polską literaturą, tylko ogół społeczeństwa, bo przecież teraz to wszycy wiedzą, że i pisarz może jeździć merolem. Z ciekawostek, Twardoch istniał również przed zostaniem ambasadorem marki Mercedes-Benz Polska. Urodził się na śląskiej ziemi w 1979 roku i nie wiadomo, co się w jego życiu działo (przynajmniej nie, dopóki nie poznamy treści dzienników pt. Wieloryby i ćmy, która swą premierę będzie mieć Targach Książki w Krakowie), ale po pewnym czasie rozpoczął studiowanie

socjologii. Dziwię się, ale bardzo dobrze, że tak się stało, bo teraz może obalić stereotyp, że socjologia to fabryka bezrobocia. Chociaż, czy do końca? Bo czy pisarz to zawód, czy raczej styl życia? Zabawnie byłoby wpisywać w rubryczkę: technik literat, prawda? (Ale chciałabym)!

Wracając do bohatera dzisiejszego postu, czyli Szczepana Twardocha; czy wiecie, że zaczynał jako fantasta? Publikował swoje opowiadania m.in. w „Science Fiction” i „Nowej Fantastyce”, a jego powieściowy debiut dokonał się w 2007 roku publikacją książki pt. Sternberg nakładem wydawnictwa SuperNOWA.
W wolnym czasie podobno uprawia szermierkę oraz strzelectwo. I podróżuje, nawet tak daleko, jak na Spitzbergen. A tak poza tym, to pisze, dużo pisze, i wydaje mi się, że dziwi mnie to, że napisał coś przed Wiecznym Grunwaldem (o którym, notabene, dowiedziałam się po bumie na Morfinę). Jak widać, wejście w krąg autorów Wydawnictwa Literackiego czyni z pisarza Pisarza, czyli momentalnie daje sławę i pieniądze, więc, moi drodzy piszący przyjaciele, jeśli piszecie, to rękopis najpierw wysyłacie do Wydawnictwa Literackiego, a dopiero w drugiej kolejności do Wydawnictwa Sorus. 😉
Ostatnio, już po przyjęciu Mercedesa od Mercedesa, o Twardochu znowu było głośno, tym razem za sprawą drugiej w jego karierze nominacji do Nagrody Nike za powieść Drach, którą miałam przyjemność już na blogu zrecenzować, więc zapraszam. Pisarz został też laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich, więc ogólnie jest, jakby nie patrzeć, zajebisty. Zresztą, jak spojrzeć, to też, bardzo proszę:
biblionetka.pl
Jeżeli lubicie mocne wrażenia, albo desperacko potrzebujecie motywacji do rozpoczęcia ćwiczeń tudzież przejścia na zdrowe żywienie, zgooglujcie w grafice takie hasło: Szczepan Twardoch młody. Krótko mówiąc, pisarz jest również najlepszym przykładem na to, że da się wyglądać bardzo dobrze, nawet, gdy kiedyś wyglądało się bardzo źle. A jeszcze krócej mówiąc: wyrobił się chop i tyla!
Oczywiście, wszystko co powyżej, to dygresja, bo nie miałam zamiaru pisać biografii Twardocha, tylko zaopiniować Wam Morfinę. Zatem, do meritum.
Po wielu miesiącach udręki wreszcie zmęczyłam tego potwornego molocha i powiem Wam, że jestem z tego powodu niesamowicie dumna.
Wiele miesięcy temu zafascynowała mnie okładka i od tego czasu pragnęłam przeczytać tę książkę. Pod koniec ubiegłego roku odwiedziłam po raz pierwszy Warszawę i nie mogłam z takiej wyprawy wrócić bez książki, więc choć było bardzo mało czasu do odjazdu Polskiego Busa, postanowiłam wstąpić do Empiku. A tam co? A tam Drach. Lekturę pożarłam, a kiedy przetrawiłam, zapragnęłam więcej, więc wreszcie udało mi się nabyć własny egzemplarz Morfiny.
Po dwudziestu stronach spasowałam i odłożyłam na półkę.
Morfina to nie jest Drach, zdecydowanie. Zaczyna się tragicznie chaotycznym opisem porażającego kaca, takiego, wiecie, z tych najgorszych, jakie można załapać, gdy na imprezie miesza się dwie paczki fajek z wódą, dragami i nieczystym sumieniem. Główny bohater, Konstanty Willemann, trzydziestoletni Warszawiak, budzi się u swojej kochanki, Salome i próbuje się ogarnąć, by wrócić do domu, gdzie czeka na niego żona Helena i syn Jurek. Kostek świadom jest, że powrót w takim stanie będzie ogromnym wyzwaniem, w końcu nie dość, że po melanżu jest trupem, to jeszcze jego miasto przeżywa właśnie początek niemickiej okupacji, przez co jego żona, patriotka, zapewne będzie miała do niego jeszcze większe niż zwykle pretensje. Dlatego co robi, żeby dobrze zacząć dzień? Daje sobie strzała w żyłę i pieprzy Salome.
Co za idiota, myślałam sobie. Co za pacan, no debil jakiś, nieodpowiedzialny bajerancik, degenerat straszny i barbarzyńca ostatni, ten Konstanty. Fujka, fujka!
Mijały miesiące, kiedy bum na Twardocha powrócił, znowu wszyscy zaczęli czytać, a potem wyszło info, że pisarz będzie na Targach Książki w Krakowie (dokładnie o 10.00 przy stoisku swojego wydawnictwa – D15), więc się wkurzyłam i zaczęłam czytać, żeby było potem o czym z tym człowiekiem pogadać.
I, cholera, totalnie mi się odmieniło!
Do około trzysetnej strony jest trochę pod górkę, bo ciągle ta morfina, depresja, mrok i obrzydliwy momentami seks, ale potem już się płynie przez tekst. Może to kwestia przyzwyczajenia, nie wiem, odnoszę wrażenie, że za dużo tam wodolejstwa, że można byłoby to napisać w tak samo efektowny sposób, ale bardziej oszczędzając słowo. To jedyna wada tej książki, bo przekonałam się również do samego Konstantego Willemanna.
Przede wszystkim Kostek jest hedonistą i nawet nie próbuje zaprzeczać przed samym sobą, że sprawy mają się inaczej. Lubi imprezki i lubi używki, lubi szastać hajsem i może sobie na to pozwolić, bo ma go sporo, więc dlaczego w zasadzie tego nie robić? Lubi też kobiety, a skoro te na niego lecą, to czemu nie korzystać?
W pierwszej części książki ma też depresję. Jest totalnie pogubiony w świecie, w jakim przyszło mu żyć. Ma trzydzieści lat, więc mógłby się jeszcze bawić, również ze swoją żoną i synkiem, ale nie. Wojna. Trzeba być albo patriotą, albo zdrajdą. A Kostek nie lubi, gdy mu się mówi, że coś trzeba.
Presja społeczeństwa nie jest natomiast tak silna, jak presja matki, która jest starą wariatką (to nie inwektywa wobec tej świetnie skrojonej postaci, to po prostu fakt). Relacja kobiety z synem jest bardzo toksyczna. Nic dziwnego, że Kostek ma potem problemy ze zdefiniowaniem, kim jest tak naprawdę, gdy rozpoczyna swoje samodzielne życie, pozornie z dala od matki. Nie bez wpływu jest również brak ojca, niemieckiego oficera. To prawda: Kostek jest niedojrzałym egocentrykiem, ale zważywszy na jego otoczenie i grunt, na jakim się wychował, nie ma czemu się dziwić. Momentami chciałam mu nakopać, tak mnie irytował, ale wreszcie Kostek przestał srać żarem (czyli robić z igły widły, weltschmeryzować bez końca, ogólnie: użalać się nad sobą) i wtedy było cacy.
Tak, postać Konstantego Willemanna jest naprawdę rewelacyjnie wymyślona i napisana. Bohater pokazuje, że nie każdy musi być bohaterem, że nie każdy jest stworzony do wniosłych czynów. I nie ma w tym nic złego. Za to w ludziach i ich postawach jest tyle samo złego, co i dobrego, nic nie jest czarno-białe. Patriotyzm może zniszczyć życie tak samo jak nienawiść do ziemi, z której pochodzimy. A ludzie? Ludzie to ludzie. Żyją, nawet podczas wojny.
Warszawa jest w Morfinie zdecydowanie jedną z bohaterek. Pięknie i dokładnie opisane scenerie stolicy działają na wyobraźnię. Nie tak, jak się mówi obecnie, że Warszawa to miejsce, które nie może się podnieść po wojnie, że cały czas w pewien sposób jest martwe. Warsawa opisana przez Twardocha żyje i ma się świetnie, ale czuje się w powietrzu, że zaraz zostanie jej zadany śmiertelny cios…
Choć realia historyczne zostały na pewno dokładnie odwzorowane w książce przez jej twórcę, to wcale nie zwracałam na nie zbytniej uwagi. Mnie urzekła walka Konstantego z oczekiwaniami innych oraz tajemnicza żeńska narracja. Zmiany perspektywy z męskiej na żeńską i zastanawianie się, kto tam jeszcze jest razem z głównym bohaterem, totalnie mnie oczarowały. W przeciwieństwie do samej końcówki książki. Tak, byłam zła, ale jestem jednocześnie bardzo zadowolona, że powieść otrzymała taki finał. Jedyny słuszny.
No cóż, przeczytajcie, zmierzcie się z tym opasłym tomiskiem, jeśli dacie radę, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami, bo jestem bardzo ciekawa innych opinii. Dla mnie solidne
8/10
Ponieważ zaś, jak Wam wiadomo, w następny weekend będę urzędować w Krakowie, dokładniej na Galicyjskiej 9, zapraszam wszystkich serdecznie do stoiska C75. Ściągajcie aplikację targową na smartfony i odbierajcie rabaty. Albo przynieście używane książki na wymianę, też dostaniecie zniżki. A jak komuś nie styka na karnecik na ten event, to niech da znać, załatwię. A jak komuś nie pasuje, a chciałby na przykład spotkać się ze Szczepanem Twardochem i zadać mu jakieś pytanie, to bardzo Was proszę, wpiszcie je w komentarzu poniżej. Postaram się wystać swoje w kolejce i przeprowadzić z autorem mini-wywiad, jeżeli się zgodzi. Oczywiście opublikuję go, jeśli będzie mi wolno, na Fabryce dygresji.
A na koniec zapytam Was o logo naszego wydawnictwa, które fajniejsze, to po prawej, czy po lewej? Bo nie możemy się zdecydować (ja mam swój typ, ale dyskusje wciaż trwają, więc pomóżcie, klikając w TEN LINK i dając znać, co sądzice!).
A poza tym to ściskam Was dziobaski i dbajcie, żeby się nie przeziębić, bo pogoda po prostu pas-kud-na!

Po co się starać?

Jacy mądrzy, piękni, sławni, bogaci czy dobrzy byśmy nie byli, i tak wszyscy skończymy w jednym miejscu. Gdzie? Do końca nie wiadomo. Niektórzy bezpardonowo powiedzieliby, że w gruncie, nogami do przodu. Inni, że w zaświatach. Sedno tkwi w tym, że zostanie po nas niewiele. Trochę DNA na cmentarzu i w żyjącym potomstwie. Po co więc kończyć szkołę, robić karierę, dbać o zdrowie, budować relacje i zarabiać pieniądze? Po co się starać? 

Nie będę ukrywać, że, jak każdemu, a może i częściej, zdarzają mi się gorsze dni. Bezcelowość egzystencji, albo to, że cel jest wciaż tak daleko, za hektolitrami mgły, sprawia, że chcę owinąć się depresyjnym kocykiem i nigdy już z niego nie wychodzić. W takich momentach zaczynam żałować, że w tym wcieleniu nie okazałam się grzybem. Wystarczy im trochę ciepła i wilgoci, by rosnąć. A pożywienie praktycznie samo do nich przechodzi przez wypuszczone korzonki. Nie muszą myć włosów ani prać gaci. Co więcej, wcale nie chcą czynić świata lepszym.
A mnie zdarza się odczuwać silne ciągotki w tym kierunku. Nie chodzi o zbawienie całego świata, to już raz miało miejsce w przeszłości (jeśli ufać Pismu), zresztą, to czyjaś inna rola, zdecydowanie nie należąca do człowieka. Ale polepszenie sytuacji najbliższego otoczenia? Albo na trochę większą skalę może nawet? Jakaś drobna zmiana w polskim społeczeństwie? Ach, kusi. 
I właśnie wtedy przypomina mi się, że jeśli chcę dalej ulepszać świat, to muszę zacząć od samej siebie. A żeby tego dokonać, niestety, nie mogę być ani rydzem, ani maślakiem, ani muchomorem, ani grzybem w ogóle. I nie mogę owijać się depresyjnym kocykiem.
Nawet, kiedy jest mi bardzo źle, jak dziś, jak teraz. 
Złe rzeczy ciągle się nam przytrafiają, bo świat raczej nie jest sprawiedliwy. Bywa też, że kiedyś nie byliśmy sprawiedliwi sami dla siebie, więc dawne błędy odbijają nam się czkawką. Zdarza się, że inni krzywdzą nas, mimo że nie zasłużyliśmy, i mimo że oni sami tego nie chcą. Tak się po prostu dzieje i w pięćdziesięciu procentach przypadków nie mamy na to wpływu. Jest jak jest, kurwa. 
Trzeba więc sobie odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: czy to, co mnie krzywdzi, jest moją winą? Jeśli nie, ruszamy dalej. Jeśli tak, albo naprawiamy to, co jeszcze możliwe, albo cierpimy dalej i nie mamy do nikogo pretensji. Generalnie lepiej trochę ponaprawiać, potwierdzone info. Tak, wiem, że jest ciężko i że nie ma skąd brać siły do udźwignięcia tego ciężaru. Ale ciężka praca popłaca, tak mówią na dzielni i tak jest w rzeczywistości. 
To, co pozwala mi przełknąć łzy, to świadomość tego, kim jestem. 
Całkiem spory problem z ustaleniem tego miał Konstanty Willemann, główny bohater Morfiny Szczepana Twardocha, którą właśnie (i wreszcie!) kończę. Taki stan rzeczy wpływał na to, że za Konstantym chodziła niewidzialna pani, która popychała go do robienia momentami naprawdę złych rzeczy (wiecie: bezsensowne lanserstwo, dziwki, narkotyki, fujka, fujka). Konstanty ostatecznie chyba zdaje sobie sprawę, że nie musi dokładnie ustalać tego, czy jest Niemcem, czy Polakiem, czy Ślązakiem, czy Warszawiakiem, czy ojcem, czy synem… To bez różnicy. Liczyło się to, kim nie był i czego chciał. Uświadomienie sobie tego to ogromna ulga. 
Zatem zrzucam mentalny depresyjny kocyk (bo nie było aż tak źle, by przywdziać go na siebie fizycznie). Dokładnie wtedy, kiedy piszę do Was te słowa. Piszę do Was jako mała dziewczynka, która chce wziąć życie w swoje ręce i dorosnąć, by nie musieć szukać ukojenia w ciepłych ramionach, tylko samej je rozkładać i przygarniać do siebie złaknionych spokoju. Piszę do Was jako młoda debiutująca w literackim światku rzemieślniczka, która nie chce być kojarzona tylko i wyłącznie z Piromanami, więc bierze się za pisanie drugiej. Piszę do Was jako blogerka, która nie chce spocząć na laurach, tylko tworzyć. A dlaczego tworzyć? By się rozwijać. I by Wam pomagać. 
Moi drodzy, nie prowadzę bloga tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Staram się, jak we wszystkim, co robię, nie tylko dla siebie, ale i dla ludzi wokół mnie. Egoizm jest cudownym narzędziem do realizacji celów, ale ich finisz widzę tylko i wyłącznie w dobrym towarzystwie, by wspólnie cieszyć się zwycięstwem. 
Wiecie, co jest jeszcze bardzo, bardzo dobre? Wspólne dążenia. Dlatego mam nadzieję, że pomożecie mi przy budownie Fabryce dygresji i wypełnicie TĘ ANKIETĘ, bo chciałabym Was lepiej poznać i być może przysłużyć się do czegoś (otrzymałam już kilka bardzo pozytywnych wiadomości i pytań, więc są pomysły na następne posty; mam nadzieję, że na tym nie poprzestaniecie). 
Po co więc się starać?
Bo nie jesteśmy grzybami. (W ogóle szukałam zdjęcia grzyba, żeby je tu symbolicznie umieścić, ale poprzestałam. Jako dziecko zastanawiałam się nad nazwą muchomora, brzmiącą: sromotnik bezwstydny. Wydawała mi się zabawna. Chyba widziałam kiedyś na obrazku ten specyficzny gatunek i wzruszyłam ramionami. Dzisiaj, kiedy spotkałam się ze sromotnikiem bezwstydnym po raz drugi, stwierdzam, że natura jest totalną dewiantką. I moje życie nie będzie już takie, jak wcześniej. Ale to oczywiście dygresja).
Bo jeśli nie my, nikt tego nie zrobi za nas.
Bo mamy wybór: możemy, ale nie musimy.
Bo żyjemy w Polsce, która zdecydowanie nie jest rajem, ale wystarczy odrobinę pogłówkować zamiast narzekania i skorzystać z wielu możliwości.

Po co Ty masz się starać?
Bo jesteś nikim innym jak sobą. Człowiekiem jedynym w swoim rodzaju. Który cierpi i czasami bliski jest poddania się. Ale ma też ogromny potencjał, który jest w stanie wykorzystać. 


Staraj się, by nie zawieść samego siebie.

#1 Jestem kobietą i walczę ze stereotypami

Jestem kobietą i jestem wkurwiona. Na facetów? No nie, kolejna feministka, która zaraz zapuści włosy pod pachami, a później pofarbuje je na niebiesko… Otóż nie. Jestem wkurwiona zarówno na mężczyzn, jak i pozostałe przedstawicielki mojej płci. Również na samą siebie. A o co w ogóle chodzi? O duszenie się. Stereotypami. 

No bo jak tu swobodnie oddychać, kiedy mój współlokator utożsamia feminizm z walką kobiet o to, by zapanowały nad męskim plemieniem, a w sklepie można usłyszeć od wypowiadającej się z pogardą ekspedientki, że te młode to tylko kariery by robiły teraz, a obiadu chopu to już niełaska ugotować! W tyłkach się poprzewracało, ot co. Jak żyć, pani premier?! 

Za każdym razem, kiedy chcę zobaczyć, co na dany temat sądzą Polacy, wrzucam zagadnienie w Google i przeglądam zakładkę z grafiką. Co widzę po wpisaniu hasła: feministka? Na przykład demotywatory. Nie będę ich wszystkich podawać dalej, bo byłaby niechciana reklama dla twórców hejterskich, wyssanych z palca haseł, które nie prowadzą do niczego innego, jak tylko utwierdzania w głupocie całego narodu. Można jednak na nich przeczytać, że feministka to kobieta, która ciężką pracą, wysiłkiem, poświęceniem i samozaparciem udowadnia w ciągu tygodnia, że jest w stanie zrobić coś, co na wpół pijany facet robi bez wysiłku i zastanowienia w ciągu pięciu minut. Albo, że każda szanująca się feministka musi mieć na koncie choć jedną aborcję – to taki chrzest. I jeszcze zdjęcie dwóch kobiet, jednej z piersiami prawie na wierzchu, drugiej ubranej i, niestety, mniej urodziwej. Z podpisem głoszącym: Zgadnij, która z nich jest feministką, i wolałaby, żebyś to Ty zmywał naczynia. W wynikach wyszukiwania na pierwszych miejscach plasują się brzydkie, otyłe babsztyle i chamskie hasełka, które może i śmieszą, ale pewnie osoby, dla których jedyną rozrywką jest przeglądanie takich właśnie memów, picie co najmniej sześciu browarów dziennie i walenie sobie konia. 
Na całe szczęście trochę dalej zaczyna się coś dziać w tych wynikach. Pojawia się Emma Watson, a tuż obok niej Marta Płusa (polecam z całego serca blog Żadna Kolejna Miłostka, a szczególnie wpis „Pytania do feministki„) i kilka ilustracji Marty Frej. Myślałam, że gdy wpiszę feminist w wyszukiwarkę, wymowa kolażu z obrazków, jaki utworzy się w Google, będzie o wiele bardziej optymistyczna. I tutaj szok. Tak się nie stało. Ilustracje ośmieszające pojęcie feminizmu i wypaczające jego znaczenie są obecne w tym samym stopniu. 
Może i miałabym to gdzieś, gdybym… Hm. Nie. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego sprawa nie miałaby mnie obchodzić. 
Dlatego, zainspirowana przez mojego współlokatora (który w ogóle jest wspaniałą inspiracją do pisania i nie chciałabym, żeby to gdzieś uciekło, Boharku, pozdrawiam Cię, dzięki Tobie mam mnóstwo chęci do działania!), chciałabym wyjaśnić, jak postrzegam pewne zagadnienia związane z feminizmem. I tym samym zwalczyć kilka stereotypów, które nijak mają się do rzeczywistości.

http://data.whicdn.com/images/147936577/large.jpg

1. Feministki czują wyższość nad mężczyznami
Nie wnikam w to, kto co czuje, bo uczucia to przecież uczucia, a osobiście z poczuciem wyższości walczę. Nie chcę czuć się lepszą od kogokolwiek, kiedykolwiek, jedynie chcę być lepszą wersją siebie, każdego dnia. Może to trochę dziwić, w końcu rzucam tak lakonicznie, będzie na pewno na ten temat post w przyszłości. 
Feministka nie dąży do tego, by tłamsić mężczyznę. Chce stać obok niego, albo stać sama, bo potrafi. Chce mu pomagać. I chce, żeby jej pomagano. Współpraca albo samodzielność, w każdym razie: równość.
Równość jako taka. Bo wiecie, nie ma co ukrywać: różnimy się od siebie. Zdarza się, że kobiety mają piersi, a faceci jaja. Mamy też inne mózgi, potwierdzone info. No niestety, przykro mi, nauka mówi, że z tego powodu w różny sposób odbieramy sygnały dochodzące do nas z zewnątrz. Kobiety mają więcej połączeń neuronowych między prawą a lewą półkulą, a mężczyźni pomiędzy przodem a tyłem mózgu. Dlatego możemy być dobrzy w różnych rzeczach. Dlatego nie musimy ze sobą walczyć, a możemy się uzupełniać
I to jest piękne. I o to warto dbać. 
Szanuję mężczyzn. Nie wyobrażam sobie bez nich świata. Chciałabym może, żeby przezwyciężyli kryzys, o jakim piszą Philip Zimbardo oraz Nikita S. Coulombe w książce Gdzie ci mężczyźni? i stali się silniejsi, ale o tym też może innym razem. Poza tym dobrze mi się z mężczyznami pracuje. Jestem jedyną kobietą w pięcioosobowym zespole. Nie uważam, by było to jakieś osiągnięcie. Po prostu każdy z nas jest w tym miejscu, bo na to zasłużył i dobrze wykonuje swoją pracę, bez względu na płeć. Myślę, że takie podejście do tematu równouprawnienia jest całkiem OK, jak sądzicie? 
Poza tym, gdyby feminizm naprawdę zakładał dominację kobiet nad mężczyznami, nie sądzę, by feministami okazali się tacy wspaniali faceci jak choćby Ci poniżej:

http://assets.elleuk.com/gallery/23464/eddie-redmayne-elle-feminism-t-shirt-aitken-jolly__large.jpghttp://assets.elleuk.com/gallery/23464/benedict-cumberbatch-elle-feminism-t-shirt__large.jpghttp://assets.elleuk.com/gallery/23464/tom-hiddleston-elle-feminism-t-shirt__large.jpg

2. Feministka to głupi i pyskaty babsztyl
Możliwe, że już o tym na blogu pisałam, ponieważ tekst jest przekozacki i można go dopasować jako argument do naprawdę wielu sytuacji, ale posłużę się nim po raz kolejny, a zatem: pewnego razu wybrałyśmy się z Zuzią do Teatru Wielkiego (czego efektem była recenzja dla portalu aleczywarto.pl, polecam). Zuz, rozglądając się dookoła, stwierdziła, że miejsce, w jakim się znajdujemy, faktycznie jest z wyższej półki, ale ludzie… ludzie bydło jak wszędzie.
A zatem zdarza się, że do teatru przyjdzie ktoś, kto zamiast przecinka używa słowa kurwa. Zdarza się, że wśród Żydów znajdzie się osoba twierdząca, że Hitler był mistrzem strategii, a wśród naukowców profesor, który zarzekać się będzie, że wziąść to prawidłowa forma czasownika.
Zdarza się więc, że i wśród feministek pojawią się takie, które zachowują się po prostu głupio. I to o nich będzie się mówiło, bo przecież to bardziej zabawne czy interesujące dla oglądajacych telewizję mas niż jakieś nudne postulaty.
Ale to nie znaczy, że wszystkie feministki takie są. O tym należy pamiętać.

http://1wdojq181if3tdg01yomaof86.wpengine.netdna-cdn.com/wp-content/uploads/2014/12/EmmaWatson.jpg

3. Feministka śmierdzi i jest feministką, bo nie chce jej żaden facet
Może i są takie, które śmierdzą, na szczęście ja takich nie znam. Mit ten bierze się zapewne z… włosów.
Bo tak, zdarza się, że kobiety protestują przeciwko goleniu pach. No bo po co mają je golić, tak naprawdę? A nogi? A miejsca intymne? Przecież wszyscy mamy tam włosy, więc dlaczego tylko kobiety mają się ich pozbywać? Bo tak sobie nagle mężczyźni wymyślili?
To, co wiem, to to, że każdy z nas ma wybór. I może ze swoim ciałem robić to, co mu się podoba. W takich wspaniałych czasach żyjemy i w takim cudownym kraju. (Nie ma co narzekać, trzeba docenić i starać się, żeby było jeszcze lepiej). Osobiście wolę mieć mniej włosów niż więcej, bo do tego się przyzwyczaiłam, już od małego. Nie mam potrzeby tego zmieniać, nie wydaje mi się to istotnym problemem. Ale jeśli któraś kobieta stwierdza, że pierdoli żyletkę i wosk, to nie znaczy, że nie dba o higienę. To tylko kłaki przecież.
To, czy feministka będzie się wiązać z mężczyzną, to też kwestia jej prywatnego wyboru. Jeśli chce być singlem, niech będzie. Jeśli nie chce, niech nie będzie. Nie jest to skomplikowane, przynajmniej nie zawsze.

4. Żyjemy w XXI wieku i feminizm nie jest już potrzebny

Skoro pani w spożywczaku dziwi się, że facet robi zakupy na obiad, który będzie gotował, bo jego żona wraca z pracy później niż on, myślę, że feminizm jest wciąż potrzebny, ale ma wciąż poważniejsze problemy, którymi powinien się zajmować. Kiedy mężczyzna w Indiach zostaje skazany za romans z kobietą z wyższej klasy społecznej, a w ramach kary mają zostać publicznie zgwałcone jego dwie siostry, myślę, że feminizm jest wciąż potrzebny. Kiedy w blisko trzydziestu jeszcze krajach dochodzi do obrzezania dziewczynek, skutkujących chorobami, kalectwem, a nawet śmiercią, myślę, że feminizm jest wciąz potrzebny.

Uważam, że powinnyśmy cieszyć się z tego, że możemy głosować i pracować. Nie powinnyśmy wstydzić się feminizmu, bo bez niego nie miałybyśmy takiej możliwości. 
Nawet, jeśli nie utożsamiasz się z byciem feministką czy feministą, nie mów, że jego założenia są złe, skoro ich nie znasz. W ogóle, zanim cokolwiek powiesz, zastanów się. Warto.

Czytam sobie jeszcze raz to, co napisałam, od góry, do dołu. Myślę sobie: kurczę, przecież to zbiór banałów, po co ja tworzę taki tekst, każdy już o tym wie… A potem wpisuję jeszcze raz w Google hasło. Wyniki się nie zmieniają. I nagle przypominam sobie, że jestem bałaganiarą. I że nie lubię sprzątać. I że kiedy tak powiedziałam, za moimi plecami padł po pewnym czasie komentarz, że to bardzo źle świadczy o dziewczynie. I to z ust kobiety taka opinia wypłynęła. Bo chłopacy, to wiadomo, chłopacy. Tam skarpety rzucą, a tam do toalety spudłują, wiadomo, z nimi tak jest, oni mogą. Ale dziewczyny?! To nie wypada.

Bez sensu, tej, myśli sobie Emilka. Normalnie patologia jakaś.

A zatem czuję się w moralnym obowiązku trochę popisać o kobietach i mam nadzieję, że mi w tym pomożecie. Jeśli zdarzyło się coś, że poczułyście się niesprawiedliwie potraktowane z racji swojej płci lub w ogóle – dajcie znać. Jeśli bliskie są Wam idee feministyczne – podzielcie się z nimi. A jeśli zupełnie nie przepadacie za feministkami – napiszcie, proszę, dlaczego.