Mój harmonogram spotkań z autorami podczas tegorocznych Targów Książki w Krakowie legł w gruzach. Stoisko naszego wydawnictwa było oblegane ze wszystkich stron, toteż nie miałam za bardzo sposobności wyrwać się do Marka Pindrala (czego bardzo żałuję! przepraszam!) czy Marcina Świetlickiego (ogromna szkoda). Nie żałuję jednak czasu targów, bo najcenniejsze doświadczenie to rozmowa w ludźmi, bez względu na to, czy tworzą literaturę, czy są po prostu nią żywo zainteresowani. Zapraszam na relację z Targów Książki w Krakowie 2015, czyli notkę o tym, jak bardzo można oderwać się od schematu i być jednocześnie niesamowicie ukontentowanym z tego powodu. Z dedykacją dla choruteńkiej Cioci Ebi

Moje plany związane z obecnością Szczepana Twardocha w sobotę przy stoisku Wydawnictwa Literackiego legły w gruzach, kiedy spóźniona przybiegłam na targi i zobaczyłam tabuny ludzi, czekających na autograf pisarza. Kupiłam Wieloryby i ćmy, rzuciłam okiem z daleka na wylakierowany fryz autora i pobiegłam do Sorusa. Nasi twórcy, czyli w szczególności Marta Gierlińska, Kazimierz Ludwiński, Łukasz Supergan, pani Bożena Marczyńska-Luttge i Paweł Kowalczyk wraz z przecudowną wręcz żoną Sujathą, to ludzie tak nieprzeciętni i charyzmatyczni, że czerpałam ogromną przyjemność z przebywania w ich towarzystwie i nie wiem, czy szybki podpis nawet takiej persony, jaką jest autor Morfiny, mógłby mi zrekompensować czas spędzony z dala od naszego wydawnictwa. Wielką frajdę czerpałam z rozmów z ludźmi, a szczególną przyjemność sprawiło mi poznanie dziewczyn z Olsztyna, w których blogach się zaczytuję (Pełen zlew – książki, koty i bałagan, Przeczytaj mnie), a także Dominiki (Niekulturalna) i Gabrieli (Zanim zajdzie słońce).
Sporym przeżyciem stało się też dla mnie spotkanie z Ignacym Karpowiczem. Tego nie mogłam odpuścić. Spędzenie blisko 40 minut, by zaklepać miejsce w kolejce wielbicieli jednego z największych współczesnych pisarzy, zostało mi wynagrodzone pięknym podpisem w Balladynach i romansach oraz selfiaczkiem. Co prawda szkoda, że na fotce wyglądam jak zwłoki po ekshumacji, ale postanawiam ten fakt olać ciepłym moczem i zatrzymać się w momencie, kiedy byłam tak blisko mojego idola. W dodatku fotograf współpracujący z Wydawnictwem Literackim spisał się o wiele lepiej ode mnie, więc jestem kontent, co można zobaczyć poniżej. Zdołałam co prawda z panem mistrzem zamienić tylko kilka słów, ale poczułam niesamowitą serdeczność i byłam niesamowicie szczęśliwa.
Mistrz Karpowicz i ja, fot. Michał Łepecki, wydawnictwoliterackie.pl

 A co było nie do końca ten-teges?

maisonfikoumikou.canalblog.com

Oczywiście wkurwiali mnie do granic możliwości ludzie, którzy zatrzymywali się na środku skrzyżowań pomiędzy stoiskami, więc robiły się zatory, ale widok stosów książek, a przede wszystkim i miłośników czytelnictwa, jacy po nie sięgali, był po prostu bezcenny, co rekompensowało mój stres związany z o wiele za wolnym poruszaniem się. (Na pewno byłoby mi to łatwiej przyjąć, gdybym miała flegmatyczną naturę). Brakowało mi też stoisk z używanymi książkami, tak licznych jak na Stadionie Narodowym w maju. Ale może były, a ja po prostu przeoczyłam, bo nawet nie zapuściłam się na dłużej do Hali Dunaj? Dajcie znać i wyprowadźcie mnie z błędu w razie czego.

Chciałabym jakoś porównać Targi w Krakowie do tegorocznych Warszawskich Targów Książki, ale nie jest to łatwe zadanie. Stadion Narodowy miał swój klimat. I to nie tak, że nie lubię Warszawy, wręcz przeciwnie, podoba mi się coraz bardziej z każdym następnym razem, kiedy ją odwiedzam. Ale Kraków…
Kraków to po prostu magia krążąca w każdej uliczce, żyjąca w kostce brukowej i pęknięciach budynków. Kraków nie zawiódł mnie nigdy, nawet przez sekundę. Tak było również i tym razem. W przyszłym roku – może Coke Live Music Festival, jak za dawnych lat, chociaż teraz to już po prostu Live Festival? Wspominam z rozrzewnieniem i żebyście Wy mogli powspominać razem ze mną, w oczekiwaniu na kolejne spotkanie z Krakowem, zapraszam do kliknięcia przycisku PLAY.