7 powodów, dla których warto zobaczyć nowe Gwiezdne Wojny

Nie będzie to typowa recenzja, bo musiałabym napisać dwa teksty: jeden pod kątem wartości Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy względem starszych części sagi, a drugi pod kątem po prostu oceny filmu jako utworu. Nie chcąc Was zanudzać, zapraszam na krótką notkę. Spokojnie, nie będzie spoilerów. 

1. Kylo Ren
Dla niektórych emo-Sith, dla mnie dobrze skonstruowana postać. Dzieciak, mroczny, podążający za swoim niedoścignionym wzorem, Lordem Vaderem, dla mnie będący jednak dokładną opozycją dla Anakina. Kylo Ren też jest mocno pofiksowany (może nawet mocniej), ale odwrotnie. No i gra go Adam Driver. 

2. Girl power! 
Główny bohater to dziewczyna, i to jaka. Silna, bystra, szybka i w dodatku ładna. Można? Można. 
3. Black power!
A nie, no dobra. Murzyn był irytujący.

4. Muzyka Johna Williamsa
Genialny twórca, wirtuoz, który skomponował tła muzyczne do filmów takich jak Skrzypek na dachuWyznania Gejszy, Harry Potter, Indiana Jones, Kevin sam w domu, Czarownice z Eastwick, Złap mnie jeśli potrafisz, działał również przy Gwiezdnych Wojnach. Przekonajcie się sami. 
5. Kilka podobieństw do Gry o tron
Myślę, że możecie być ukontentowani, jeśli jesteście fanami sagi G. R. R. Martina i skomplikowanych koneksji między jego bohaterami.

6. Stara ekipa
Stara, bo powtarzająca się z części IV, V i VI, a także… stara. Ale miło poobserwować dziadków śmigających po planie i grających o wiele lepiej niż młodziaki. Han Solo (Harrison Ford) jest najlepszy i basta!
7. Akcja
Akcji jest sporo. Na tym filmie nie można się nudzić, przysięgam. Nawet, jeśli humor czasami jest wapniacki, co chwila coś się dzieje, więc jeśli szukasz rozrywki, to będzie udane wyjście do kina.

Jeżeli Was nie przekonałam – cóż… Sama nie jestem przekonana do nowych Gwiezdnych Wojen. Ale jestem całkiem, całkiem zadowolona! Film ten został stworzony tylko i wyłącznie dla zabawy (czyt. komercji), więc było tak, jak miało być: fajnie. 
A jak Wasze wrażenia? 
Na dole strzelajcie do woli spoilerami. 🙂

Najlepsze polskie profile książkowe na Instagramie, cz. 3

Święta! Pojedzone? Poczytane? Wypoczęte?
To teraz zapraszam na kolejny odcinek najlepszych polskich profili książkowych na Instagramie, w którym główną bohaterką będzie Paula, autorka bloga Rude recenzuje i cudownych zdjęć publikowanych na inście pod pseudonimem ruderecenzuje. Zapraszam do zapoznania się ze stronami, zanim przejdziemy dalej!
Różnorodność, rewelacyjnie rozwinięte poczucie estetyki, przejrzystość i niezwykły klimat – tak podsumowałabym zdjęcia książek, które wykonuje Paula. Nic dziwnego, że jej konto obserwuje już 1 175 osób. 
Jak Paula tego dokonała? Czy sekret tkwi w ciekawym doborze lektur? (Obok Joanny Bator mamy do czynienia m.in. z komiksem lub Harrym Potterem). A może wystarczy tylko artystyczne podejście i systematyczność, jak było to w przypadku Miłki, o której pisałam w poprzednim odcinku Najlepszych polskich profili książkowych na Instagramie?
O tym w poniższym wywiadzie z Paulą, która od kilku lat mieszka w Olsztynie, gdzie w czerwcu bieżącego (jeszcze) roku ukończyła studia. Póki co, skupia się intensywnie na prowadzeniu bloga i literaturze. 

Emilka: 2. Dlaczego w ogóle fotografujesz książki?
Paula: Z fotografią od małego miałam coś wspólnego, zawsze mnie to kręciło. Jak byłam młodsza trochę bardziej, z wiekiem zaczęło mi to przechodzić przez masę różnego rodzaju obowiązków na głowie. Mniej więcej rok temu założyłam profil na Instagramie i od tego momentu zaczęłam fotografować głównie książki, bo w gruncie rzeczy to była jedyna rzecz, którą chciałam się z kimkolwiek dzielić. Najpierw pojawiały się też zdjęcia z różnych wyjść „na miasto”, ale zaniechałam tego, bo jednak nie chciałam, żeby obcy ludzie bardzo ingerowali w moje życie.

E: Skąd bierzesz pomysły na Instagramowe fotografie? Inspirujesz się czymś, czy pomysł od razu pojawia Ci się w głowie?
P: Zdarza mi się inspirować zdjęciami z gazet, czy znalezionymi gdzieś w sieci, dużo pomysłów nachodzi mnie w czasie przeglądania innych Instagramów książkowych – szczególnie tych zagranicznych. Czasami wystarczy wyjście z psem na spacer i pojawia się pomysł na kolejny dodatek do kompozycji. Im częściej się pracuje nad różnymi kreacjami zdjęć, tym później wymyślenie czegoś nowego staje się łatwiejsze.

E: Czy Twoje konto na Instagramie to dodatek do bloga, czy raczej niezależny twór? Najpierw był blog czy Instagram?
P: Najpierw był Instagram, blog powstał około 4 miesięcy później. Przez długi czas faktycznie były niezależnymi tworami, ale od jakiegoś czasu stale dążę do tego, żeby Instagram był dodatkiem do bloga i przy okazji urozmaiceniem fanpage’a na Facebook’u. Ludzie dużo chętniej sięgają po grafikę niż tekst, bo są potencjalnie łatwiejsze w odbiorze i nie wymagają tyle skupienia. Także póki co stawiam na zdjęcia, które zachęcą do przeczytania recenzji danej książki. 😉

E: Kiedy do Ciebie pisałam w sprawie wywiadu, wszystko wskazywało na to, że niedługo osiągniesz tysiąc obserwujących. Teraz jest ich grubo ponad tysiąc i pewnie niebawem zbliżysz się do tysiąca pięciuset. A to niespełna miesiąc! Czy masz jakieś porady dla osób, które chciałyby pójść w Twoje ślady? W czym tkwi zagadka: w dobrej fotografii, częstotliwości dodawania postów, hashtagach, a może chodzi o coś zupełnie innego?
P: Swojej fotografii osobiście nie uważam za dobrą, jakość zdjęć jest często słaba, zdjęcia są rozmazane albo jakieś takie niewyraźne – ale to świadczy o tym, że nie trzeba dysponować super drogim sprzętem, żeby publikować zdjęcia na Instagramie i żeby one faktycznie trafiły do jakiejś grupy ludzi. Myślę, że najważniejsze w przyciągnięciu uwagi jest umieszczenie estetycznej kompozycji na zdjęciu i odpowiednie oznaczenie ich za pomocą #hashtagów. Wydaje mi się, że częstotliwość też ma ogromne znaczenie, że ważne jest publikowanie zdjęć regularnie, żeby „utrzymać” swoich obserwatorów. Jak dla mnie ważne jest również wykonywanie zdjęć w odpowiednim świetle – bardziej urzekają mnie zdjęcia wykonywane w świetle dziennym, tak też staram się robić moje zdjęcia.

E: Co sprawia Ci więcej frajdy: pisanie recenzji książek czy ich fotografowanie?
P: Różnie to bywa – zdarzają się książki, o których bardzo chętnie i z ogromnym zapałem piszę, bo wpasowały się idealnie w mój gust i fabuła mnie zachwyciła, ale okazuje się, że brakuje mi pomysłu na ciekawe zdjęcie z tą pozycją w roli głównej. Czasami jest odwrotnie – książka okazuje się totalną klapą, a zrobiłam jej masę zdjęć w różnych kompozycjach i świetnie się przy tym bawiłam. Wszystko zależy od konkretnej pozycji. Natomiast jeżeli miałabym wybrać między fotografowaniem a pisaniem – wybrałabym to pierwsze.

E: Kiedy tworzysz nowe posty, zarówno na blogu, jak i na Instagramie? Czy przeznaczasz na to dużo czasu?
P: Zarówno opinie o książkach pojawiające się na blogu, jak i zdjęcia na Instagramie wymagają ode mnie ciągłej pracy – a dokładniej ciągłego analizowania. Więc w gruncie rzeczy przeznaczam na to dużo czasu. Każdy książkowy post, który pojawił się na moim blogu został wykreowany na podstawie pewnego schematu, konspektu – dla każdej książki jest on inny. Po przeczytaniu konkretnej pozycji często potrzebuję kilku dni na zebranie myśli, wyłapanie i spisanie najważniejszych moim zdaniem elementów książki i późniejszą selekcję i dopasowywanie ich w odpowiednie miejsca notatki tak, żeby miała ona przysłowiowe ręce i nogi. 

Wykonywanie zdjęć na Instagrama jest dużo łatwiejsze. Jedyne napotykane problemy to zdobycie różnego rodzaju rekwizytów i dopasowywanie ich zarówno między sobą, jak i do książek.

E: Jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem o książkach? Wiem z bloga, że zakochałaś się w czytaniu od spotkania z Harlanem Cobenem. Ale czy już wtedy myślałaś o tym, by dzielić się swoimi refleksjami na temat lektur w Internecie?
P: Jako że czytanie kiedyś zupełnie mnie nie kręciło, może nawet wydawało się być całkowitą stratą czasu, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby założyć bloga i dzielić się na nim przemyśleniami o poszczególnych pozycjach książkowych. Na początku roku (styczeń 2015) na fanpage’u Wydawnictwa Znak pojawił się post, w którym Wydawnictwo ogłosiło, że poszukują osób, które chciałyby recenzować ich książki. Postanowiłam spróbować swoich sił i się zgłosiłam – od momentu kiedy zainteresowałam się książkami, często sięgałam po książki Znaku (zresztą do tej pory sięgam). Okazało się, że brak bloga wcale nie stał na przeszkodzie i zostałam przyjęta z otwartymi rękoma do grona recenzentów. Po którejś z kolei otrzymanej pozycji postanowiłam założyć bloga i publikować na nim recenzje. Zawsze mogłam go usunąć. Nie spodziewałam się, że z moim słomianym zapałem będę go prowadzić przez tak długi czas (nie wspominając o książkowym Instagramie i fanpage’u na dokładkę). 

Przepiękne Rude zaprasza Was na sowitą porcję soczystych recenzji!
E: Co najchętniej czytasz?
P: Zdecydowanie najchętniej sięgam po kryminały oraz reportaże i literaturę faktu ściśle związane z tematyką mafijną. Lubię uczucie niepewności i ciągłe skupienie przy tego typu książkach. Lubię momenty, kiedy nie mogę usnąć przez napięcie, które wywołała we mnie dana pozycja, nawet jeżeli już ją skończyłam. Chociaż wykreowanie wartkiej akcji i zaskakującej fabuły stanowi nie lada wyczyn, docenienie kryminału – wyciągnięcie z niego każdego pozytywnego aspektu jest dla mnie dużo łatwiejsze niż przy książkach zaliczanych do innych kategorii.
Na zakończenie Paula poleca Wam jeszcze trzy książki, które koniecznie musicie przeczytać, a ja z kolei zapraszam na Facebookowy fanpage Rude recenzuje, by być na bieżąco ze wszystkimi nowościami.
1. Wstręt do tulipanów – Richard Lourie, literatura faktu
2. Dzieci gniewu – Paul Grossman, kryminał
3. Dżungla – Dariusz Sypień, fantastyka
Czytaliście coś z tego zestawu? Osobiście przyznam, że pierwsze słyszę o lekturach poleconych przez Paulę, ale Wstręt do tulipanów zaintrygował mnie jako tytuł, więc z chęcią po niego sięgnę. 
Bardzo dziękuję Pauli za poświęcony mi czas! Wszystkim nam, zainteresowanych Instagramem, życzę jak najwięcej oryginalnych konceptów i czasu do ich realizacji, wiernych obserwatorów i tego, byśmy każde nasze zajęcie, nieważne, czy związane z blogowaniem czy czymkolwiek innym, wykonywali z prawdziwą pasją. To tak z okazji Bożego Narodzenia. 
Na sam koniec, jak zwykle, apeluję:  jeżeli macie jakieś refleksje, pytania, chcecie pochwalić się swoim profilem na Instagramie lub podzielić wskazówkami dotyczącymi prowadzenia strony – nie wahajcie się i piszcie! Moją uwagę też zwrócicie na samym Instagramie poprzez hasz #fabrykadygresji lub oznaczenie przez małpkę @. 

Szczepan Twardoch – Wieloryby i ćmy

Polacy często zapominają, że nawet, jeśli ktoś śmiga lśniącym merolem, jest pokazywany w telewizji, a napisane przez niego książki sprzedają się w tysiącach egzemplarzy, to wciąż osoba ta pozostaje człowiekiem. Stąd pewnie po części bierze się ostra krytyka Wielorybów i ciem. Dzienników Szczepana Twardocha. A ja Wam powiem, że warto tę książkę przeczytać. I już spieszę z odpowiedzią na pytanie, dlaczego.

Jeśli przeczytałeś Morfinę i Dracha, a może nawet Wieczny Grunwald, zaś ich lektura wywołała u Ciebie co najmniej stan podgorączkowy oraz twórcze podniecenie, jak w moim przypadku, i w związku z tym chcesz bliżej poznać ich autora, sięgnij po Wieloryby i ćmy. W ten sposób będziesz mógł delikatnie liznąć szkic postaci, na jaką wykreował się przy okazji tworzenia Dzienników ich autor. O wgryzieniu się w psychikę twórcy nie może być mowy, więc pragnienie bliższego obcowania ze Szczepanem Twardochem nie zostanie w ten sposób do końca zaspokojone. Nic zresztą dziwnego, że pisarz skupia się głównie na swoich refleksjach względem śmierci, życia, śmierci, pisania, śmierci, picia wina i znów śmierci, miast obnażać się przed tysiącami nieznajomych poprzez wyrażanie uczuć. W końcu żyje. Jest młody. Ma się dobrze. A taka drapieżność w książce mogłaby przyspożyć mu mnóstwa problemów. W związku z czym bywa, że tekst jest mdły, szary, przygaszony… A może właśnie taki jest Szczepan Twardoch?

Po lekturze jego najnowszej książki uświadomiłam sobie, że nieważne, jaki jest, tylko jak pisze – przynajmniej, jeśli mamy do czynienia z pisarzem. Twardoch zaś pisze fenomenalnie, więc Wieloryby i ćmy to uczta dla koneserów pod względem językowym, natomiast jeśli ktoś chce oceniać, szufladkować, wpychać w jakąś niezrozumiałą hierarchię innych polskich twórców, krytykować za picie wina, jedzenie sera, strzelanie czy zawieszanie wzroku na młodszych kobietach – niech się puknie w łeb i przypomni sobie, że sam zaraz może zostać skrzętnie przez innych oceniony i usadzony tam, gdzie wzrok nie sięga.

Nie będę tej książki gloryfikować, bo uważam, że niektóre fragmenty są totalnie zbędne; że jest to czcza pisanina, l’art pour l’art, na przykład, kiedy Twardoch idzie kupić rano bułki. Ale inne momenty w Wielorybach i ćmach napawają mnie może trochę złudnym uczuciem, że człowiek, który mieszka na drugim końcu Polski, jest niebywale utalentowany, chodzi w idealnie skrojonym garniturze, w pewien sposób znajduje się całkiem blisko. Nie śmiem się porównywać z tym wybitnym prozaikiem, ale zauważam kilka ciekawych zbieżności. Nie tylko literackich, choć do wielu spraw związanych z pisaniem podchodzimy zaskakująco podobnie, co każe mi wierzyć w to, że będzie jeszcze ze mnie porządny pisarz, mniejsza. Głównie chodzi mi o pewne drobne ciekawostki. Takie jak indonezyjskie djarumy, za którymi przepadam i jako małolata potrafiłam poświęcić cały dzień, by zdobyć paczkę tychże papierosów, i które też pali Twardoch. Jak spóźnione odkrycie cudu zmęczenia po intensywnym biegu czy słodkiego bólu po katordze w siłowni. Jak totalne wypięcie się na politykę. I jak podążanie za autorytetami. W moim przypadku – za Johnem Irvingiem. W przypadku Twardocha – za Sándorem Máraim.
Łukasz Kowalczyk w artykule dla kulturaliberalna.pl mówi, że to jakieś nieporozumienie, że Sándor Márai w ogóle nie jest podobny do Szczepana Twardocha, że jak Twardoch może w ogóle się do niego porównywać, czy to literacko, czy życiowo? Absurd! A ja nie znam twórczości idola Twardocha, ale co z tego? Kto mu zabroni zauważać pewne analogie i w pewien sposób się wzorować Máraim? 
Boli mnie tylko chyba kwestia kobiet, której u Twardocha na pierwszy rzut oka brak, bo o swojej żonie wspomina zdawkowo i o wiele rzadziej, niż o Łukaszu Orbitowskim, wielkim pisarzu, podróżniku, przyjacielu. Faceci, myślałam sobie w takich momentach, kręcąc głową z lekką dezaprobatą, ale całe szczęście, że w całym życiu Twardocha króluje przede wszystkim literatura. A wiadomo, literatura jest kobietą, nie tylko matką, żoną i kochanką, ale i siostrą, i przyjaciółką jednocześnie, więc nie powinnam się obruszać, skoro tak wiele jej na kartach Wielorybów i ciem; skoro Wieloryby i ćmy to tak naprawdę właśnie ona. 

Oprócz tego, że Twardochowe Dzienniki są doskonałym popisem literackim, to stanowią także pamiętnik pisarza, zawierający cenne spostrzeżenia, a wręcz nauki – może nie mówiące, jak pisać, ale jak przeżywać pisanie. Dlatego uważam, że każdy, kto pisarstwem się interesuje, powinien sięgnąć po tę książkę. Być może dzięki lekturze poczuje się zrozumiany i mniej samotny w swoich literackich potyczkach, być może dozna olśnienia albo zostanie zainspirowany. Mam wrażenie, że podkreślałam to już kilka razy na blogu, ale i kolejny nie zaszkodzi: jeśli książka inspiruje mnie do pisania, to znaczy, że jest to dobra książka. I Wieloryby i ćmy są właśnie takie, o.

7/10

Najlepsze polskie profile książkowe na Instagramie, cz. 2

Kto jeszcze nie śledzi mojego konta na Instagramie, niechaj wie, że dwa ostatnie zdjęcia, które tam zamieściłam, wydają mi się o wiele lepszej jakości niż wszystkie poprzednie 103. Czegoś najwyraźniej się uczę od dziewczyn, które tak pięknie prowadzą swoje profile. Chciałabym, żebyście, o ile jesteście zainteresowani, również coś wyciągnęli z mojego rankingu, który tak naprawdę ma stanowić dla nas wszystkich lekcje. Dziś o profilu trochę bardziej młodzieżowym, niż ostatnio, jak u Karoliny i Pana Franciszka. Mniej prywaty kotków, ale więcej aromatycznej herbaty i literatury young adult. 

Bohaterką dzisiejszego odcinka jest Miłka, prowadząca bloga recenzenckiego maw-reads.blogspot.com i konto na Instagramie pod nickiem maw_reads. Urzekła mnie przejrzystość zdjęć, porządek, który na nich panuje, ich stonowanie kolorystyczne i niesamowity klimat. Ciepły, przyjemny, relaksujący… I bardzo dziewczęcy. Zupełnie się nie dziwię, że aktualnie Miłkę obserwuje 1 658 osób. Spójrzcie sami, jak u niej cudownie! I choć nie do końca są to moje klimaty książkowe, to fotografiami idzie się naprawdę zachwycić. Jakie porady ma dla Was Miłka i kim w ogóle jest? Zapraszam do przeczytania króciuteńkiego wywiadu.

Emilka: Jak zaczęła się Twoja przygoda z literaturą? Od zawsze lubiłaś czytać książki?
Miłka: Pierwszą osobą, która mi czytała, był tata. Tata jest wielkim fanem czytelnictwa, jestem mu ogromnie wdzięczna, że zaraził mnie swoją pasją. Już od najmłodszych lat dreptałam dzielnie do biblioteki i wynosiłam kilka książeczek na raz. W końcu doprowadziłam do tego, że tata miał dosyć bajeczek dla dzieci. 🙂 Gdy już nauczyłam się sama czytać pochłaniałam niewyobrażalne ilości książek. Bywało i tak, że przez dłuższy czas w ogóle nie sięgałam do biblioteczki. Nie znosiłam lektur szkolnych. Wstyd się przyznać, ale od gimnazjum przeczytałam naprawdę niewiele z nich.
 
E: Jaki jest Twój ulubiony rodzaj książek i dlaczego?
M:Ciężko wybrać jeden rodzaj. Lubię young adult, w szerokim słów tych znaczeniu. Czy to fantasy, utopia, antyutopia, romansidełka itp. Dobrze mi się czyta młodzieżówki, często zastanawiam się czy kiedyś z nich wyrosnę. Mam nadzieję, że nie prędko, bo sprawiają mi wiele przyjemności. Ponadto najzwyklejsze obyczajówki, kryminały, thrillery. Lubię też takie pozycje, które dają do myślenia, trochę cięższe. Na dobrą sprawę przeczytam wszystko, co przykuje moją uwagę.
E: Kiedy pojawił się pomysł na rozpoczęcie prowadzenia bloga z recenzjami? 
M: Temat bloga przewijał się w moim życiu nieustannie. Od zawsze chciałam mieć swoje miejsce w sieci i szczerze mówiąc, nie raz robiłam już „podejście” do blogowania. Jednak nigdy nie czułam się wystarczająco dobra, chciałam by odzew był natychmiastowy a kiedy go nie było – rezygnowałam. Tym razem zaczęłam od Instagrama, spodobał się, przyjął. Postanowiłam spróbować po raz kolejny i mam nadzieję, że w końcu trafiłam w dziesiątkę, że to odpowiedni czas.
 
E: Twoje fotografie zamieszczane na Instagramie są bardzo estetyczne. To prawdziwe dzieła sztuki! Czy realizujesz się jako plastyk bądź fotograf?
M: To dość mocne słowa, ale dziękuję! Staram się, żeby takie były. Fotografia to moje niespełnione marzenie. Do prac plastycznych natomiast mam dwie lewe ręce. 🙂
 

Miłka wygląda właśnie tak


E: Aktualnie na Instagramie obserwuje Cię już ponad półtora tysiąca osób, co jest niewątpliwym sukcesem. Jak długo zajęło Ci osiągnięcie tej liczby? Czy możesz udzielić jakichś wskazówek dla innych instagramowiczów, którzy chcieliby pójść w Twoje ślady?

M: Nie spodziewałam się takiej liczby osób zainteresowanych moimi zdjęciami i tym co mam do powiedzenia. Regularne prowadzenie profilu na Instagramie zaczęłam około trzech miesięcy temu. Wydaje mi się, że to dość dobry „wynik” jak na tak krótki czas i jestem niesamowicie wdzięczna każdej osobie, która mnie obserwuje.
Jeśli mogłabym komukolwiek coś radzić to: po pierwsze – systematyczność! Po drugie – lubię, kiedy tematyczne Instagramy są przejrzyste, zdjęcia mają dobrą jakość, są dobrze oświetlone. Wiem, że nie każdy ma świetny aparat czy to w telefonie czy jakikolwiek inny. Dobrze jednak, jeśli odbiorca ma szanse zobaczyć na zdjęciu coś więcej niż czarną plamę. Na koniec dodam, że ważne jest to, by być miłym i uprzejmym. Przecież nie chcemy nikogo odstraszyć – wręcz przeciwnie! Kiedy już odnieśliśmy pierwszy sukces i zainteresowanie wzrasta – nie warto się wywyższać, osoby początkujące powinniśmy traktować na równi ze sobą bo przecież sami kiedyś zaczynaliśmy. Tym się kieruję i to jest moja główna wskazówka.

E: Czy mogłabyś podać jeszcze 3 tytuły książek, które polecasz mnie oraz czytelnikom mojego bloga? M: „Ostatnie dni Królika” – Anna McPartlin, „Pisane szkarłatem” – Anne Bishop oraz „Zaklinacz czasu” – Mitch Albom. 

Podsumowując: z pustego i Salomon nie naleje. Jeśli marzycie o podobnej popularności na Instagramie, a Wasze fotografie, mimo że pomysłowe, nie są dobrze oświetlone lub ukazują się w sieci za rzadko i w różnych odstępach czasu, prawdopodobnie będziecie mieć fiasko, a nie obserwatorów. Miłce serdecznie dziękuję za wywiad i dawkę inspiracji oraz gratuluję pracowitości i polotu, zaś do reszty apeluję, jak ostatnio:  jeżeli macie jakieś refleksje, pytania, chcecie pochwalić się swoim profilem na Instagramie lub podzielić wskazówkami dotyczącymi prowadzenia strony – nie wahajcie się i piszcie! Moją uwagę też zwrócicie na samym Instagramie poprzez hasz #fabrykadygresji lub oznaczenie przez małpkę @. 

Małgorzata Halber – Najgorszy człowiek na świecie

Dzisiaj o strachu, depresji i nieradzeniu z sobą samym. Czyli nic nowego, jeśli chodzi o Fabrykę dygresji, ale tym razem z perspektywy Małgorzaty Halber. Zapraszam na recenzję Najgorszego człowieka na świecie.

O książce dowiedziałam się od Matiego (lajkujcie tu!). Opowiedział mi o Bohaterze i dziennikarce, która kiedyś piła, a teraz pisze. A potem pożyczył mi lekturę o najbrzydszej okładce na świecie. Różowej, przesłodzonej i raczej nieadekwatnej do treści. Tylko kot ją ratuje. Na szczęście uczę się nie oceniać książki po okładce.
Zaczęłam czytać podczas gdy znajomi szaleli swoimi armiami w świecie Westeros. Oni starali się zagarnąć dla siebie jak najwięcej planszy (czy coś w tym stylu, nie wiem dokładnie, o co chodzi, no bo czytałam), a ja jak najwięcej zapamiętać z tej niezwykłej książki, która już od pierwszych zdań tak bardzo mnie zafascynowała.
Krystyna pije, bo czuje się samotna. Krystyna pije, bo chce się poczuć pewna siebie. Krystyna pije, bo wszyscy piją. Krystyna pije, bo, jasna cholera, mieszkamy w Polsce, jak można nie pić? Pewnego razu Krystyna jednak się potyka. O swój własny cień, być może. Jest oczywiście pijana, ale zaczyna się całkiem roztropnie zastanawiać, kiedy ostatnio była trzeźwa. Uświadamia sobie, że wysoce prawdopodobne jest, iż alkohol może stanowić w jej życiu całkiem poważny problem. Dlatego, żeby nie pić, zaczyna jarać marychę. I staje się najgorszym człowiekiem na świecie. Na szczęście podejmuje decyzję, że tak dalej być nie może. Postanowiłam przed trzydziestką zostać osobą zdrową. Usłyszałam, że w związku z tym nie mogę już palić jointów i mam pójść do betonowej przychodni ds. uzależnień, gdzie nie trzeba płacić za terapię, i żebym miała blisko, bo nie będzie mi się chciało chodzić – tak zaczyna się ta historia. Historia epicka, stara jak świat, nie mająca nigdy końca. Historia walki z samym sobą.

Nie płakałam, czytając tę książkę, bo powtarzałam sobie nieustannie, że jestem silna, choć autorka wciąż powtarzała, żeby lepiej tego nie robić, bo łatwo się potem w tym kłamstwie zgubić… Nie płaczę i teraz, pisząc o Najgorszym człowieku na świecie, czyli chyba o sobie, bo nie sądzę, by istniała osoba, która choć w połowie nie utożsamiałaby się z Krystyną. Ale chce mi się płakać. I normalnie aż zastanawiam się, jak to się stało, że nie jestem alkoholiczką. 
To jest książka o poszukiwaniu szczęścia. I o taplaniu się w bagnie rozpaczy. O tym, jak bardzo samotni jesteśmy, ze swoimi pragnieniami, indywidualnym sposobem myślenia i skonsternowaniem, bo przez to, że inni aktualnie tak wiele od nas wymagają, my nie potrafimy zadecydować, co jest dla nas najlepsze.
Hmm, brzmi znajomo.
Tak. Tekst Małgorzaty Halber cholernie przypomina mi Piromanów. Nie dość, że opowiada, jak główna bohaterka stara się wydostać z bałaganu, jaki wokół siebie narobiła i dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest, że i Krystyna, i Lidia wreszcie lądują u specjalistów, to jeszcze język, jakim zostały napisane te dwie książki, jest tak do siebie podobny.
Szczery, ośmielę się rzec. Prosty. I bezlitosny.
Najgorszy człowiek na świecie to również lektura feministyczna. W pewnym sensie, bo trafi do każdego, nie tylko do kobiet, ale do nich zwłaszcza. To nam każą być zawsze piękne i uśmiechnięte, mieć najpiękniejsze włosy, najszczuplejsze ciała, radzić sobie z całym światem i być silnymi. Wtedy, kiedy nosimy ciężkie zakupy, i wtedy, gdy olewa nas nasz facet. A czy to jest w ogóle możliwe? Po lekturze zaczęłam się zastanawiać, jak to w końcu ze mną jest. To nieprawda, że nigdy nie płaczę. Ja po prostu nie pozwalam nikomu tego widzieć. Skąd w ogóle takie ściemnianie się wzięło? Najgorszy człowiek na świecie podsunął mi trochę odpowiedzi. Wam też podsunie. 
Kiedy czytałam, czułam się jakby mniej samotna. Zrozumiana. I pocieszona. To ogromna moc tej książki. Nigdy wcześniej nie miałam z takim utworem do czynienia. Książka wniknęła we mnie bardzo głęboko. Uświadomiła mi wiele rzeczy. Nie kierujcie się proszę tym, że to książca o walce z nałogiem, to zbytnie uproszczenie fabuły. Ta książka to życie, po prostu. I bardzo chciałabym, by każdy ją przeczytał. Poproście najbliższych, żeby sprezentowali ją Wam pod choinkę. Albo sami ją kupcie bliskiej Wam osobie, a potem sobie od niej pożyczcie. Dobrze Wam ta lektura w życiu zrobi.
Bo to jest dół, głęboki dół. Ale i drabina, dzięki której można się z tego doła wydostać. Ta lektura to wyciągnięcie ręki do każdego, kto potrzebuje pomocy. Byśmy wiedzieli, że to nie wstyd po prostu o nią poprosić.
9/10