John Irving – Zanim Cię znajdę

Przeczytałam na Lubimyczytać.pl komentarz jakiejś lali, że wydarzenia i postaci, o których pisze John Irving, są zbyt dziwne. Poczułam się zapewne tak, jak główny bohater Zanim Cię znajdę, Jack Burns, kiedy usłyszał podobny tekst z ust dziewczyny, w jakiej był szaleńczo zakochany. Dla mnie pisarz tworzy porywające historie, inspirujące, fascynujące, czasem groteskowo przerysowane i kolorowe jak najprawdziwszy cyrk, ale jednak wcale od życia nieoderwane. I tak właśnie jest z jego jedenastą powieścią, o której dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć. 

Kilkuletni Jack i Córka Alice tworzą idealny duet. Syn i jego matka podróżują po Europie, zajmując się robieniem tatuaży i poszukiwaniem ojca Jacka, Williama Burnsa, który ucieka od obowiązków rodzicielskich. Mężczyzna jest organistą ze słabością do dziar i młodych kobiet. Jack wraz z matką depczą mu po piętach, odwiedzając co chwila inne miasto, mogące poszczycić się wspaniałym kościelnym instrumentem. Spotykają w tym czasie mnóstwo nieprzeciętnych osobowości, m.in. tajemniczego najmniejszego żołnierza, poparzoną przez jednego z klientów prostytutkę Saskię, piękne studentki z muzycznej Akademii Sibeliusa, sympatycznego policjanta Nico Oudejansa i mnóstwo innych spektakularnych postaci, z których każda ma swoją historię. O poznanie jej nie musimy zabiegać; musimy być tylko cierpliwi, aż mistrz Irving podniesie kurtynę tajemnicy i odsłoni zaskakującą prawdę. 

Zanim Cię znajdę opowiada o poszukiwaniu szczęśliwego zakończenia. O skonfrontowaniu się z zatrważającą prawdą, niszczącą wiele żyć. O katastrofalnych skutkach pierwszych miłości i pękniętych serc. O silnych, mściwych kobietach i tych słabych, łaknących namiastki radości. O mężczyznach, którzy przebierają się w damskie fatałaszki, mimo skończenia trzydziestu lat są tylko małymi chłopcami i pragną skryć się w bezpiecznych ojcowskich ramionach…

To oczywiście tylko kilka wątków, których w Zanim Cię znajdę pod dostatkiem. Nie sposób omówić większości tematów, jakie poruszył na kartach tej powieści jej autor. To blisko 600 stron w formacie B5, zadrukowanych maczkiem. Pamiętam, że kupiłam książkę w jednym z poznańskich antykwriatów wiele lat temu i rozpoczęłam lekturę jeszcze na starym dworcu, przy akompaniamencie gruchających gołębi i płaczącego dziecka, usadzonego na zielonym plastikowym krzesełku przez matkę, która poszła kupić bilety. Pomyślałam sobie, że właśnie tak mógłby wyglądać Jack, czekający na matkę… A potem odłożyłam Zanim Cię znajdę na później. Zaczynałam czytać parę razy, ale z Irvingiem tak jest, że potrafi zmęczyć, jeśli Ty niewystarczająco zaangażujesz się w świat, który kreuje w powieści. Kiedy natomiast wkroczysz pomiędzy jego bohaterów i zdecydujesz się żyć między nimi, żadna siła Cię stamtąd nie wyrwie.

Trudno powiedzieć, żeby akcja była wartka. Na pewno jest żwawsza niż Twoje życie, ale rozbudowana fabuła zaciera to wrażenie. Podczas czytania stajesz się podglądaczem dzieciństwa i dorastania, a także dorosłych przygód Jacka Burnsa. To, co początkowo wydaje się tajemnicze i zawiłe, wkrótce zostaje stopniowo rozwinięte, a wreszcie wyjaśnione bez żadnych pozostawionych niedomówień. Ciekawość czytelnicza zostaje w pełni zaspokojona. Nasuwa mi to skojarzenie z projektem architektonicznym gotyckiej katedry. Wszystko pięknie i na swoim miejscu. 

Bohaterowie, tak jak i bieg (tudzież trucht albo spacer) fabularny, są najmocniejszymi punktami książki. U Irvinga, jak w życiu; nie ma jednoznacznie negatywnych czy pozytywnych. Są tylko tacy, którzy, zależnie od oczu i gustu czytelnika, mogą wydać się bardziej intrygujący lub mniej. 

Mnie najbardziej do gustu przypadły dwa mocne kobiece charaktery. Po pierwsze, Emma Oastler, z którą w dużej mierze się utożsamiam. Jest najlepszą przyjaciółką Jacka. Pisarką, która co chwila walczy z przybieraniem na wadze, raz katuje się fizycznie, a raz totalnie odpuszcza i we wszystkim folguje. Jej głównym atutem odwaga, opiekuńczość i bezkompromisowość. Poza tym, jest jeszcze Heather, na której pojawienie musimy się długo naczekać. Dzięki temu Irving udowadnia, że nawet na kilkanaście stron przed końcem książki, może nas czymś zaskoczyć. Heather jest muzykiem, mieszkającym z pięcioma współlokatorami w ciasnym mieszkanku. Cierpi na łagodną odmianę choroby dwubiegunowej, lecz mimo to rewelacyjnie radzi sobie w życiu, choć brakuje w nim ciepła i prawdziwej miłości. 
Oprócz rozgrywających się w książce dramatów (molestowania, zgony, kłamstwa – to tylko garstka z nich) mamy do czynienia z mnóstwem humorystycznych momentów. Boże Narodzenie to czas szczególnie opisywany w książkach Irvinga. Tym razem wyciska nam łzy śmiechu z oczu, gdy czytamy o Dzieciątku Jezus, spoczywającym w żłóbku wypełnionym nie sianku, a marihuaną albo o niecodziennym spotkaniu Jacka w ubikacji, tuż po zdobyciu Oscara… 

Mówiąc oględnie, Jack nie miał pojęcia, co począć z nagrodą. Próbował wepchnąć ją pod pachę, co okazało się kiepskim pomysłem. Jeśli właśnie zdobyłeś swego pierwszego Oscara i masz świadomość, że ta sytuacja więcej się nie powtórzy, nie kwapisz się postawić go na podłodze męskiej toalety publicznej. Nie przyjdzie ci również do głowy umieścić go na szczycie pisuaru i przytrzymać jego smukłą głowę własnym podbródkiem. 
Jack ucieszył się, że zabrakło świadków jego kłopotliwych zmagań. Tak mu się przynajmniej zdawało. Zobaczył bowiem, że na drugim końcu rzędu pisuarów jednak ktoś stoi. Tamten najwyraźniej zrobił to, co było do zrobienia, i kłopoty Jacka siłą rzeczy nie uszły jego uwagi. […].

– Może ci potrzymać? – spytał Arnold Schwarzenegger. […].

– Boże, mam nadzieję, że mówił o statuetce! – zawołała później panna Wurtz […].

Od samego początku lektury mamy do czynienia z ewidentnym napięciem erotycznym, które nieraz sprawiło, że po karku przeszły mi dreszcze. Autor, prócz rozkoszy seksu, ukazuje niebezpieczeństwa z nim związane, w zupełnie innej odsłonie, niż można by przypuszczać. Opisuje też, jak łatwo przejść od miłości do nienawiści i mimowolnie krzywdzić najbliższych sobie ludzi. 
Zamiast rozbudowanego wątku związanego z pisarstwem, z czym mogliśmy spotkać się w innych książkach Irvinga, m. in. Świecie według Garpa, Hotelu New Hampshire czy Jednorocznej wdowie, w Zanim Cię znajdę zetkniemy się z szerokim omówieniem relacji międzyludzkich. Na czym polega wsparcie między przyjaciółmi, gdzie leży granica między pożądaniem a miłością, i dlaczego ludzi powinno się kochać bezwarunkowo, miast stawiać konkretne żądania… 
Miłość, myślę sobie, gdy próbuję krótko odpowiedzieć na pytanie, o czym traktuje Zanim Cię znajdę. O to w tej książce chodzi, ale bez cukierkowych rozwiązań, lukrowanych wyobrażeń o związkach i przekłamanych przedstawień półpornograficznych jak w Pięćdziesięciu twarzach… 
Po lekturze czuję się mądrzejsza. Mam nadzieję, że uda mi się teraz być bardziej wyrozumiałą i troskliwą, jeśli chodzi o moich bliskich, bo to, co liczy się w życiu najbardziej, to przede wszystkim ludzie, których kochamy. 

8,5/10

Na koniec chciałabym zachęcić nie tylko do lektury Zanim Cię znajdę, ale jakiejkolwiek książki Johna Irvinga, jeśli jeszcze nie spotkaliście się z jego twórczością. A poniżej – sam mistrz Dżony we własnym domu. Zobaczcie koniecznie! 

Zupełnie Nowy Testament

Czasem zastanawiam się, czy Bóg jest kobietą, i czy zna cierpienie noszenia butów na wysokim obcasie. Innym razem zastanawiam się, czy Bóg nie jest kimś w rodzaju programisty, scenarzysty i grafika pracującego przy grze The Sims. Wizja Jaco van Dormaela trochę wpasowuje się w moje ludzkie wyobrażenie o Stwórcy. Może wstrząsnąć i rozbawić jednocześnie. 

Bóg chodzi w laczkach, ma na sobie niechlujny, zapewne cuchnący podkoszulek, cichą żonę i dwójkę dzieci. Starsze, JC, dało się ukrzyżować za ludzkie grzechy i jest tymczasowo nieobecne. Młodsze, córka Ea, właśnie wchodzi w okres buntu. Uważa, że ojciec, który spędza całe dnie przed komputerem, wymyślając rozmaite katastrofy, jakie mają dotknąć ludzi, zachowuje się żałośnie. Maluje paznokcie na czarno, wchodzi do biura ojca, wysyła ludziom na skrzynkę mailową datę ich śmierci i ucieka z domu przez pralkę, by napisać Zupełnie Nowy Testament.
Ea potrafi chodzić po wodzie, rozmawiać ze zwierzętami i słuchać muzyki, która gra w sercu każdego człowieka. Spotkawszy wybranych na chybił trafił nowych apostołów, odmienia ich życie na lepsze. Sama jednak nie ma spokoju. Zirytowany do granic możliwości, pobity na ulicy przez opryszków i głodujący ojciec depcze jej po piętach. 
Jeśli chcecie zobaczyć tańczącą na stole odciętą dłoń, zobaczyć, jak morderca zmienia się w chodzącego anioła, podążyć wraz ze stadem ptaków na Koło Podbiegunowe, posłuchać cudownej muzyki i pośmiać się z życia – polecam Wam ten doskonały przykład francuskiej komedii. Film pełen jest absurdu, polotu i prostych prawd, o których nigdy nie wolno nam zapomnieć, a co niestety zdarza nam się nagminnie. To obraz, po którym zrobi się lżej i cieplej na sercu. A jeśli jesteście fanami Amelii w reżyserii Jeana-Pierre’a Jeuneta, to Zupełnie Nowym Testamentem będziecie wprost zachwyceni.
8/10

To jak to jest być pisarzem?

Ostatni post o tym, czyli 10 wskazówek, jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem, nakłonił mnie do napisania o tym, jak to samemu jest być pisarzem. Konkretniej, zostałam do tego zainspirowana przez Nieortodoksyjnego, za co mu bardzo dziękuję, którego pozdrawiam, i na którego stronę gorąco zapraszam. 
To jak to jest być pisarzem?
Pewnego dnia budzisz się i wiesz: jesteś pisarzem.
Myślisz sobie: to brzmi dumnie. Artystycznie. W zasadzie bycie pisarzem to bycie częścią bohemy, bycie nadczłowiekiem. To pozytywne odczucie, zdecydowanie. 
Ale potem zdajesz sobie sprawę z tego, że może niekoniecznie. Przez długi czas pisaniem książek nie zarobisz na chleb. Na jeden bochenek nawet. A być może będziesz musiał zainwestować w opublikowanie swojego twórczego dorobku. Wtedy myślisz sobie: o kurwa. 
Dochodzi do tego mnóstwo innych problemów: pertraktacje z wydawnictwami, spieranie się z rodzicami, którzy wciąż łudzą się, że jakimś cudem uda ci się zostać dentystą albo chociaż optometrystą, no dobrze, od biedy weterynarzem albo nauczycielem, byle uczciwie zarobić, bo pisarz tylko chleje. Ewentualnie popada w rozliczne depresje. A jeśli to pisarka, to albo puszcza się z malarzami, albo prowadzi przykładny dom, opiekuje się dziećmi, robi mężowi kanapki do pracy i pisze okropną chałę. Rozumiesz rodziców, bo trudno ci się z nimi nie zgodzić, przecież taka jest prawda. Smutna, ale wciąż prawda.
Wyrywasz sobie włosy z głowy, żeby to, co napiszesz, nie tylko spodobało się tobie, ale i czytelnikowi. Kłócisz się z redaktorem, bo on przecież wie lepiej, o co ci chodzi niż tobie samemu. Po tygodniach, podczas których zaprzyjaźniasz się z neurolem i zomirenem, stwierdzasz, że to bez sensu, więc albo przyznajesz redaktorowi rację, bo to i tak nic nie zmieni, albo zgadzasz się z nim, bo nie pamiętasz, o co ci wcześniej w ogóle chodziło. 
Twój pokój jest oborą. Nie twórczą kuźnią, tylko właśnie oborą. Nie masz gdzie zawiesić korkowej tablicy, którą ukradłeś spod śmietnika, bo nie pozwala ci właściciel mieszkania, które wynajmujesz (szkoda kaleczyć ściany). Trzymasz ją więc pod biurkiem, obok butów do biegania i awaryjnej plastikowej miski. Wyjmujesz ją od czasu do czasu, by dopiąć kolejne karteczki z planem zdarzeń, ale stwierdzasz, że nie masz pinesek. I wtedy przypominasz sobie dopiero, że jest XXI wiek i istnieje coś takiego, jak Google Drive, więc wcześniej po prostu marnowałeś czas, miejsce oraz drzewa. Prawdopodobnie przez ciebie niedługo na Ziemi zabraknie tlenu. 
Ta myśl wytrąca cię z równowagi. Nie, żebyś wcześniej był w jakikolwiek zrównoważony, ale teraz po prostu kręci ci się w głowie. W końcu chcesz, żeby na świecie panował pokój, a żeby tak było, świat musi istnieć, a ty dokładasz swoje trzy grosze do efektu cieplarnianego. Nie wiesz do końca, w jaki sposób. Wiesz, że musisz się uspokoić, więc robisz sobie kawę, która podwyższy ci ciśnienie. Zaczynasz wątpić w logikę swoich poczynań. I słusznie, tylko nie wiesz, co to w ogóle zmienia.
Kawa oczywiście rozlewa ci się na notatki, bo przy wejściu do pokoju potykasz się o karton, w którym stoją książki autorstwa Fitzgeralda, Hemingwaya, Oates, Dickensa i wielu innych mistrzów literackich, którym nigdy nie dorównasz. 
No, oczywiście mógłbyś być jak Twardoch. Napisać kilkanaście powieści, w tym trzy świetne. Jeździć lśniącym merolem, pić wino i jeść dziczyznę w ekskluzywnych lokalach, pisać wtedy, kiedy masz na to ochotę, bo nie musisz chodzić do pracy na etacie… 
Mógłbyś? 
A gdybyś mógł, to czy byś chciał…?
Jedno jest pewne: na pewno nie chciałbyś być Katarzyną Michalak. 
Wchodzisz na fejsa, żeby pośmiać się z jej fanpejdża i od razu pisze do ciebie jedna z przyjaciółek. 
Przypominasz sobie, że jesteś płci żeńskiej, i że ta przyjaciółka to Zuza. Przypominasz sobie następnie, że nie jesteś tylko pisarzem, ale po prostu Emilką. Przechodzisz więc z narracji drugoosobowej na pierwszoosobową, lecz zostaję przy czasie teraźniejszym, żeby nie niszczyć do reszty psychiki Czytelnika (o Czytelniku trzeba myśleć zawsze). 
Zuza dorywa mnie na fejsbuku, bo chce się ze mną zobaczyć. Jest mi strasznie przykro, że nie mogę się z nią spotkać, ale mam plan: będę pisać. Zuza to rozumie, ja wiem, że ona to rozumie, ale i tak jest obu nam po prostu smutno i źle.
Siedzę więc w kuchni i piszę. Naprzeciwko mnie Jagoda uczy się słówek na jutrzejsze kolokwium. Tworzę pierwsze zdanie nowej książki. 
– Jagódka, mogę ci przeczytać? – pytam, dumna z siebie. 
– No – odpowiada, trochę podłamana, bo słówek tak dużo, że trudno to opisać; chyba jakieś siedem kartek. 
– „Ty kretynie jebany, ty chuju zasrany, ślepy krecie pierdolnięty, jedź, jak masz zielone!”
– No nie wiem, John Irving by tak napisał? – pyta sceptycznie.
– No nie, ale ja nie jestem Johnem Irvingiem.
– Ale chciałabyś być.
– Hm, nie do końca. – Nie tłumaczę już, jak to jest mieć autorytet literacki, i po co się go ma, bo to bez sensu, w sumie chciałabym być jak Irving i mojej Jagody nie oszukam. Kłamca kłamcy nigdy nie omami. Lepiej pisać dalej.
Powstaje pierwszy akapit, ale zanim go kończę, do kuchni wchodzi Adam. Pociera swoją kozią bródkę i częstuje nas winogronami. 
– Napisałam pierwsze zdanie nowej książki, chcesz posłuchać?
– No – odpowiada, trochę zmulony, bo jest po zdanym egzaminie i lampce wina, którą, notabene, też skonsumowałam przed przystąpieniem do pisania. 
Czytam. Adam marszczy brwi.
– No nie wiem, trochę wulgarne – wydaje wyrok. I odchodzi.
Kończę pisanie pierwszego akapitu, a do pomieszczenia wkracza dziarsko Bohar. 
– Hop-hop – rzuca beztrosko, przybijając Jagodzie piątkę na powitanie. 
Siada. Podżera winogrona i naleśniki, które spoczywają całkiem dystyngowanie na stole między moim laptopem po przejściach a Jagody notatkami, przez które ciężko jej przejść. Pytam Bohara, czy chce posłuchać pierwszego akapitu mojej nowej książki, ale pod warunkiem, że od razu skomentuje. Zgadza się.
– „Ty kretynie jebany…” – zaczynam.
– Chujowe – wpada mi w słowo.
Czytam całość:
– „Ty kretynie jebany, ty chuju zasrany, ślepy krecie pierdolnięty, jedź, jak masz zielone! –
Szoszana uważała, że trąbienie na innych kierowców jest przejawem skrajnego buractwa. Praktykowała o wiele subtelniejsze metody. Wyjąwszy z ust e-papierosa, opierała smukłe ramię o szlachetnej jak alabaster skórze na okiennej ramie, przechylała się na lewo i raczyła zakorkowaną ulicę soczystą wiązanką, od której większości ludzi więdły uszy, a niektórym nawet dusza w akcie zgorszenia”.
– No nie wiem – rozpoczyna wywód, jak każdy, zero kreatywności. – Ta więdnąca dusza całkiem ładna, ale początek… Hm. Niesmaczny.
– To może to będzie pierwszy rozdział, a wcześniej dodam prolog, bez wulgaryzmów?
Bohar się zgadza i rusza ze swoim życiem. To znaczy: idzie zebrać pranie z suszarki. Do Jagody dzwoni Karola, rozmawiają. Trochę o ciężkich studiach, trochę o jeszcze cięższych powrotach, poruszają też najcięższy z tematów, czyli zahaczają o facetów. 
A ja mam ochotę walić głową w klawiaturę, bo chyba zapomniałam, jak się pisze. 
Co będzie, jeżeli sobie nie przypomnę?
Tu nie ma epilogu, nie ma żadnego wniosku. Jest za to wieczór oraz bardzo nieudane zdjęcie moje i Adama, kiedy próbujemy zrobić sobie ładną, reprezentacyjną fotografię, która pasować będzie klimatem do tej notki na blogu. Ma być depresyjnie, ale z gracją. Wychodzi jak zwykle, czyli zupełnie odwrotnie. Fota tragiczna. Tylko filtr epicki. 

To jak to jest być pisarzem?
Chyba całkiem zabawnie. 

10 wskazówek jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem

Poniższy tekst zawiera 10 wskazówek, jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem. Począwszy od podbicia literackiego serduszka poprzez życiowe tragedie w pięciu aktach, a na epilogu wcale nie kończąc, bo zawsze jest jakieś dalej… Tekst pisany trochę z przymrużeniem oka, trochę z autoironią, a trochę z… bólem tyłka. Metaforycznym, na szczęście.

Pamiętnik, źródło: nocturnal-haven.tumblr.com


1. Niezawodnym sposobem na podbicie serca literata jest pisanie listów miłosnych. O tyle, o ile będą poprawne ortograficznie i językowo. Jeśli nie, bardzo szybko zostaniesz zdyskwalifikowany. 

2. Związek z pisarzem przypomina romantyczną relację z kamerą wideo. Przygotuj się na to, że każdy twój krok jest obserwowany i oceniany pod kątem wykorzystania w powieści. Jeśli chcesz powierzyć partnerowi sekret, lepiej dobitnie zaznacz, by nie został opisany w książce. 
3. Jeżeli wasz związek będzie miał niezbyt miłe zakończenie, będziesz mógł później odnaleźć się w powieści jako jeden z czarnych charakterów.
4. Kiedy zostaniesz zapytany o opinię na temat jakiegoś fragmentu, skomentuj niezwłocznie i dokładnie, zdanie po zdaniu, szczerze, lecz z odpowiednią dozą delikatności, o ile zależy ci na tym związku. 
5. Nie musisz za wiele zastanawiać się nad prezentem z okazji rocznicy. Książka jest zawsze najlepszym pomysłem.
6. Kłótnię możesz bardzo łatwo wygrać, używając jako argumentów cytatów z ulubionych książek swojego partnera. 
7. Jeśli zdecydujecie się razem zamieszkać, przygotuj się na bałagan. Wszędzie będą fruwać kartki papieru i bardzo łatwo będzie nadepnąć na długopis. 
8. Będziesz notorycznie zdradzany z całą plejadą postaci literackich albo mistrzów pisania. 
9. Przygotuj się, że jeśli twój partner ma wenę i zapał do pisania, możecie się nie widzieć przez długi czas. 
10. Jeśli twój partner będzie cierpiał na niemoc twórczą, okaż zrozumienie. Wspólnie wybierzcie się do kina albo posłuchajcie audiobooka, który być może natchnie pisarza do stworzenia jakiegoś tekstu. 
Może powinnam dodać coś do 10 wskazówek jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem? Jak sądzicie? Czy o czymś zapomniałam? Walentynki już niedługo, więc można się śmiało zasugerować tekstem. Albo zastanowić się, czy wybrany przez Was obiekt uczuć stanowi na pewno taką dobrą partię. Może lepiej rozejrzeć się za panią inżynier albo panem technikiem? 

Milan Kundera – Nieznośna lekkość bytu

Istnieją jeszcze dziś księgi zbójeckie, które odrealniają czytelnika. I kiedy człowiek za wiele czasu spędzi na takiej lekturze, ból przy spotkaniu z rzeczywistością równy będzie spotkaniu z rozpędzonym pociągiem towarowym. Na szczęście książka Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery do takich nie należy. I choć czyta się ją z przyjemnością, nie mogąc się od niej oderwać, ma się wrażenie, że to samo życie. Prawdziwe, choć literackie.

Milan Kundera (ur. 1 kwietnia 1929 r.) jest klasykiem za życia. Choć w swoich tekstach często nawiązuje do sytuacji politycznej w Czechosłowacji, w jakiej przyszło mu żyć i tworzyć, jego utwory nie są klasyfikowane jako polityczne, ponieważ zdecydowanie ważniejszą rolę odgrywa w nich filozofia. I proza życia. 

Nieznośna lekkość bytu została wydana w 1984 roku we Francji, a w Polsce rok później, w tłumaczeniu Agnieszki Holland. Aktualnie wydawnictwo W.A.B. przygotowało nowe wydania prozy Kundery, co jest fenomenalne, bo jeszcze niedawno można było kupić książki Kundery tylko i wyłącznie w antykwariatach czy na Allegro w niebotycznych cenach. Wciąż mam tylko mieszane uczucia co do zaprojektowanych nowych wersji okładek. Nie mam zielonego pojęcia, co sądzić na ich temat! Są estetyczne czy wręcz przeciwnie? Jakie jest Wasze zdanie?

Akcja Nieznośnej lekkości bytu dzieje się w Czechosłowacji i traktuje o codziennych zmaganiach artystów oraz intelektualistów po wydarzeniach Praskiej wiosny (1968 r.). Głównymi bohaterami są Tomasz, chirurg, rozwodnik, któremu niejeden może pozazdrościć przebogatego życia erotycznego oraz Teresa, kelnerka z małego miasta, w jakiej zakochuje się Tomasz. Pojawia się także Sabina, wieloletnia kochanka Tomasza, artystka, która zaprzyjaźnia się z Teresą i znajduje jej lepszą pracę, a także Franz, późniejszy kochanek Sabiny. Nieodłącznym towarzyszem Tomasza i Teresy jest natomiast suczka z męskim imieniem Karenin. 
Milan Kundera zastanawia się głęboko nad lojalnością, moralnością, potęgą miłości i cielesności. Analizuje zjawisko zdrady pod najróżniejszymi kątami. Obywatel zdradzający swój kraj, kraj zdradzający swoich obywateli. Matka zdradzająca córkę, córka zdradzająca matkę. Mąż zdradzający żonę i kochanka zdradzająca swojego kochanka z innym kochankiem… Kiedy tak naprawdę dochodzi do zdrady? Czym ona tak w ogóle jest? Kundera przedstawia rozmaite oblicza tego samego zjawiska, nie narzucając czytelnikowi swego poglądu. To jedna z ciekawszych rzeczy, przez które dałam się uwieźć pisarzowi. Ukazuje cżytelnikowi różne prawdy. Nie ocenia. Szanuje za to odbiorcę swoich dzieł, pozwalając mu samemu podejmować decyzje i skłania do refleksji. 

Filozofia Nieznośnej lekkości bytu jest lekkostrawna, ale nie bezbolesna. Książkę czyta się bowiem z porażającą łatwością, bardzo szybko. Nic dziwnego, powieść została napisana łatwym, choć bogatym językiem. Akcja toczy się bardzo szybko, mimo że została rozpostarta na łamach wielu, wielu lat. To jednak jedna z tych książek, które zapewniając rozrywkę, uczą. Bawiłam się więc, ale później, po skończeniu lektury, wiedziałam już, że to jedna z książek, po których przeczytaniu nie wiesz, co dalej zrobić ze sobą w życiu. Wywołała dużo emocji, dużo uśmiechu i sympatii do niejednoznacznych bohaterów, których być może nie wszyscy byliby w stanie polubić. W końcu Teresę można sklasyfikować jako manipulantkę, Tomasza jako kurwiarza, a Sabinę jako smutną babę, która przegrała życie. Ale ja z każdą postacią zżyłam się niesamowicie. I dzięki ich doświadczeniom, tym nieistniejącym wydarzeniom wykreowanym przez Milana Kunderę (choć, jak sama zauważam, w książkach fabularnych bywa często więcej prawdy o świecie niż w reportażach) stałam się chyba ociupinkę mądrzejsza. Mimo że od długiego czasu już powtarzam na lewo i prawo, że jeśli coś przychodzi nam z trudem i jest ciężko, to oznacza, że warto. 

Powinieneś przeczytać Nieznośną lekkość bytu Milana Kundery, by poszerzyć swoje horyzonty myślowe i zobaczyć, że to, co dla nas jest białe, dla innych może być czarne. I nie ma w tym nic złego. 
Na podstawie książki powstał film pod takim samym tytułem, gdzie występują m.in. Juliette Binoche i, uwaga, Daniel Olbrychski. Co prawda Milanowi Kunderze ekranizacja Nieznośnej lekkości bytu tak bardzo się nie spodobała, że kategorycznie zakazał realizowania filmów na podstawie jego książek, ale ja i tak zamierzam dzieło obejrzeć i porównać z powieścią. I, rzecz jasna, zdać Wam relację. Czy ktoś już może widział, czytał? Jak Wasze wrażenia? Daliście się oczarować tak bardzo, jak ja? Bo z mojej strony dla książki 
9/10.