Gala Twórców 2015. Na kogo głosować?

Nie na mnie. 
Od lat mam zamiar pławienia się w glorii i chwale, bo moja strona zdobywa wreszcie tytuł Bloga Roku. Dopiero jednak pod koniec 2014 roku skupiłam się na Fabryce dygresji na tyle, by oczarować jakieś niespełna trzysta osób, które kliknęły na Facebooku „lubię to”. Rok 2015 był intensywną pracą nad tworzeniem postów i ciągłym zastanawianiem się, czym tak naprawdę ma być Fabryka dygresji. Czy to blog z recenzjami książek, przemyśleniami mądrującej się dwudziestolatki, która jednak gówno o życiu wie (to znaczy wcale tak nie uważam, jednakże wiem, że niektórzy mogą tak pomyśleć) czy poradnikiem dla pisarzy. Teraz wiem, że wszystko, co związane z literaturą, znajdzie się na blogu. Postaram się wybrać dla Was wartościowe lektury, opowiedzieć co nieco opisaniu, dać kilka wskazówek, jak urozmaicić teksty, no a przede wszystkim zmotywować do pisania. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.

Wobec tego ostatecznie stwierdziłam, że rok 2016 to ten rok. Trzymajcie za mnie kciuki i oddajcie głosy w kolejnej edycji konkursu na Blog Roku. A ja przez wszystkie dwanaście miesięcy, począwszy od dzisiaj, postaram się Wam udowodnić, że warto. I coś Wam od siebie dać, inaczej będę niegodna Waszej atencji. 
Przejrzałam natomiast bardzo dokładnie wszystkie 32 podstrony z blogami zgłoszonymi do tegorocznego plebiscytu w kategorii Pasje i twórczość. Momentami miałam oczy jak pięć złotych, czasem rżałam ze śmiechu, innym razem kiwałam głową z wielkim uznaniem. I mam kilka przemyśleń. 
Po pierwsze, ludzie mają multum oryginalnych pasji, co czyni świat pięknym i różnorodnym. Serce roście patrząc na te czasy! Niby żyjemy w epoce komercji, pędząc w wyścigu po tzw. samorealizację i pieniądze, ale trafiają się ludzie, dla których wciąż najważniejsze jest ich hobby. A ja dzięki konkursowi Gala Twórców mogę dowiedzieć się o istnieniu bardzo dziwnych zainteresowań. Zawsze kochałam blogosferę. Poniżej pokażę Wam blogi, przy których zrobiłam wow, ale wcale nie zachęcam Was do wysyłania na nie SMS-ów. Po prostu je zobaczcie. I zróbcie, co chcecie.

Magdalena Urbaniak, autorka tego bloga, jest dla mnie kompletnym ewenementem. Udowadnia, że kobieta odnajduje się rewelacyjnie zarówno w drogerii i butiku, jak i na polu. A może nawet jeszcze lepiej na polu. Magda pisze o tym, ile ciągników sprzedało się w styczniu 2016 roku, co się działo na imprezach rolniczych i wiele, wiele więcej. Mimo że żyje w mieście, jest prawdziwą pasjonatką wsi, a blog wyraża jej upodobanie w stu procentach. Bardzo podziwiam za zapał i estetykę na blogu, naprawdę. 
Kolejny blog, mogący wyróżnić się miłą oku szatą graficzną, tworzą trzy kobiety. Udowadniają, że majsterkowanie to nie tylko zajęcie dla panów. Zresztą, znajdźcie mi teraz mężczyznę, który potrafi położyć kafelki i wie, do czego służy kielnia… Barbara, Alicja i Sylwia to pomysłowe kobiety, nie bojące się żadnych wyzwań! Odnawianie starych mebli? Przygotowanie ścian do malowania? Żaden kłopot. Majsterki pokażą, jak zrobić to sprawnie. Jeśli w pobliżu nie będzie mojego taty, złotej rączki, to na pewno zajrzę do Majsterek. 
Bloga prowadzi kobieta, której syn walczy z autyzmem. Chłopiec przejawia talent artystyczny. Tworzy piękne ilustracje. Uważam, że to ujmujące. 
Nie miałam zielonego pojęcia, że ktoś w Polsce może interesować się życiem rodziny królewskiej w Szwecji. Totalny szok. 
Nazwa bloga jest fenomenalna. Gorzej z wystrojem strony, ale pomysł też jest rewelacyjny. Autorka bloga przedstawia swoją inwencję na organizację tematycznych imprez.

W pierwszej chwili pomyślałam, że stronę prowadzi jakaś mała dziewczynka, ale to chyba nie do końca prawda… Kiedy zaczęłam przeglądać stronę, coś we mnie drgnęło. Przypomniałam sobie moje zabawy lalkami Barbie, które w pewien sposób dużo już mówiły o tym, że zostanę pisarką. Wymyślałam pokręcone historie miłosne pełne patologicznych pierwiastków, projektowałam a potem szyłam ubranka… Bawiłam się lalkami chyba aż do gimnazjum. Teraz trochę odżyła we mnie tęsknota za tamtymi czasami, tym bardziej, że Zuzia, o której traktuje blog, jest lalką totalnie odjazdową. Można wymieniać jej włosy i oczy, i wyginać ją na wszystkie strony… No, za moich czasów takich zabawek nie było. 
Nienawidzę blogów o modzie, ponieważ uważam, że ich autorki z reguły są osobami bardzo próżnymi i zapatrzonymi w siebie. I nie było by w tym nic złego, gdyby miały do tego podstawę, niestety, nie zawsze tak jest. W pewnym wieku jednak próżność jest jak najbardziej wskazana. Autorka bloga, Marzenna Anna Walczak, udowadnia, że można dobrze czuć się we własnej skórze w każdym wieku. Chciałabym, by każda kobieta po pięćdziesiątce wyglądała tak dobrze jak Marzenna, miała w sobie tyle ikry i realizowała swoje pasje. 
Architektura też mnie specjalnie nie fascynuje, choć przyznam, że kiedy spaceruję po moim Łazarzu, często zatrzymuję się przed rozmaitymi kamienicami i daję się oczarować ich majestatowi. Kiedy zaś przechodzę z jakimiś znajomymi przez tę część miasta, irytuję ich okrzykami: o Boże, zobacz, jaka piękna fasada, rety, a te okna, widziałaś, a te gzymsy, och, jejku…! Tym razem podobne moje westchnienia wywołał blog Klatkowca. A wiecie, kim Klatkowiec jest? POZNANIAKIEM. Nie dziwię się. Zerknijcie na jego cudowne zdjęcia, przedstawiające bajeczne elementy architektury kamienic z całej Polski. Cuda wianki. 
Czasem kamienica to za dużo i wystarczy… kafelek. We Wrocławiu jest ich całkiem sporo, w różnych kolorach i kształtach. I każdy kafelek to fragment innego życia. Zresztą, sami sprawdźcie. Ja jestem zachwycona. 
Tak, dobrze przeczytaliście. Nazwa mówi sama za siebie. To blog zdecydowanie dla dorosłych. I mimo że mam dowód już od kilku lat, nie zamierzam zostać stałą bywalczynią tej strony. Jestem natomiast zachwycona, a wręcz wzruszona, że komuś się chce pisać takie opowiadania. I do tego publikować, i dzielić się z ludźmi swoją pasją. Może jest troszeńkę dziwna, delikatnie wypaczona, ale to wciąż pisarstwo! (A może i grafomania, nie wiem, nie jestem w stanie jakoś zmusić się do czytania, chodzi o koncept). A tak serio: wtf, co za mindfuck. 
Tak więc mimo wielu, wielu lat, od kiedy założyłam swój pierwszy blog, mimo tysiąca zmian, jakie przetoczyły się przez blogosferę, póki będą w niej ludzie, póty będzie dziwnie, śmiesznie i kolorowo. I inspirująco również, jak najbardziej. Jeżeli masz nieprzeciętną pasję i tkwi w Tobie nutka ekstrawertyzmu, powinieneś założyć bloga. Nie te blogi są najciekawsze, które promują jakieś produkty czy określony styl życia. Liczy się pasja. Prawdziwa pasja.

Po drugie, moją pasją, jak wiadomo, jest pisanie i czytanie. Ale to nie znaczy, że ignoruję zainteresowania innych. Dzięki temu odkryłam trzy perły, blogi, o jakich wcześniej nie słyszałam. Na pewno zagłosuję na któryś z nich. Są tego warte, zdecydowanie. Zostaję stałą czytelniczką.
Kawa i popkultura. Czego chcieć więcej? 
O kulturze i wierzeniach Słowian, które mnie bardzo intrygują. 
Dla wszystkich, którzy chcą sobie przypomnieć, czym jest brukiew oraz pooglądać przepiękne, minimalistyczne fotografie. Ponieważ powracam do zdrowego trybu życia, w najbliższych dniach zamierzam nie rozstawać się z Roślinnymi poradami. 
Po trzecie, teraz trochę o koneksjach. W Gali Twórców 2015, jeśli jesteście przede wszystkim zainteresowani kulturą filmową i literacką, powinniście zagłosować na blogi, jakie wymieniam poniżej. W tym roku do konkursu zgłosiło się całkiem sporo blogów recenzenckich, ale powiem Wam szczerze: nie wszystkie są prowadzone na wysokim poziomie. Moje ulubione to zaś:
Tu zawsze nacieszę swoje oko przepięknym kadrem z filmu i dowiem się, co oglądać, by potem czuć inspirację przez długie godziny pisania powieści.
O bardzo dobrych książkach na bardzo wysokim poziomie.
Nie podoba mi się zdecydowanie nazwa bloga, ale treści na nim są super pod względem merytorycznym, wszystko jest bardzo przejrzyste, łatwo się odnaleźć na stronie i wybór lektur pokrywa się z moim gustem.

A gdyby w Gali Twórców wystartowała Lady Pasztet i Ciocia Ebi, nie miałabym wątpliwości, by i na nie oddać głos. Dla pozostałych, którzy nie biorą udziału w tej edycji Gali Twórców, mam informację: weźmy się za siebie, za nasze blogi, za treści na nich publikowane, ich grafikę i w ogóle wszystko. Starajmy się robić to, co lubimy, naprawdę dobrze. Nie tylko dlatego, by prowadzenie bloga sprawiało nam radość, ale by dać coś naszym czytelnikom. W końcu bez nich blogowanie nie istnieje. 
Zwracam się więc do Ciebie, mój wspaniały Czytelniku. Czy jest coś, czego chciałbyś się dowiedzieć? Daj znać, a ja przeprowadzę badania i o tym napiszę. A jeśli jest jakiś blog, który chciałbyś mi polecić, również daj znać! 

Karol Mroziński – Razzmatazz

Uwaga, w tej recenzji pojawia się sporo wulgaryzmów. Jeśli jesteście grzeczni i przyzwoici, nie czytajcie.
Nie pamiętam, kiedy zaczęłam obserwować Karola Mrozińskiego ani jak to się stało. Pewnego razu po prostu zaczęło mi wyrzucać jego posty na fejsie, z prędkością karabinu maszynowego. Sprawdziłam wspólnych znajomych, zobaczyłam kolegę z filologii polskiej, Wojana. Biorąc pod uwagę reputację Wojana, osoby, jakie miał w znajomych, mogły być albo absolutnie zachwycające, albo przeokrutnie spierdolone. Nigdy pomiędzy. Wówczas podjęłam decyzję o dalszym obserwowaniu Mrozińskiego i tak to już zostało. Nie żałuję.

Nie żałuję też przeczytanej książki Mrozińskiego, Razzmatazz, choć moja pierwsza myśl po rozwinięciu paczki od przemiłego pana z wydawnictwa brzmiała mniej więcej tak: o fak, jaka chujowa okładka, folia błysk, no jasne. Jak ja zrobię dobre zdjęcie na insta tak, żeby się lampa nie odbijała?
Kiedy pokazałam książkę mojemu staremu przyjacielowi, Zimnemu, powiedział: już go nie lubię, używa słowa palto. Nie lubię, jak we współczesnej literaturze polskiej stosuje się słowo palto. Czy ktokolwiek dzisiaj tak mówi?
Jagoda zaś śmiała się już od drugiej strony. I nie mogła przestać.
A kim w ogóle jest Karol Mroziński?
Czasami myślę sobie: Karol Mroziński to chory skurwysyn. Wydaje mi się, że dużo innych osób czy rzeczy tak o nim myśli. A potem sobie myślę: to mógłby być normalny chłopak, gdyby nie fakt, że dobrze pisze. Naprawdę dobrze pisze. I ma do tego poczucie humoru. 
Jeżeli taka odpowiedź Ci nie wystarcza, to nieistotne. Nie liczy się artysta (chociaż polecam obserwowanie go na Facebooku TUTAJ), tylko jego dzieło.
Razzmatazz zaś jest dziełem. I, wbrew pozorom, nie jest to książka o niczym.
Teksty Mrozińskiego są o tyle bekowe, o ile literackie. To krótkie opowiadania, zbiór statusów z jego Facebooka, w których pojawia się przemoc, nie tylko słowna, patologia, miłość, latająca świnia, mnóstwo sąsiadów z Grochowa, mieszkający na balkonie koń, pies Fajfus i… Zresztą, czego tam nie ma? 
Czasami jest śmiech przez łzy, czasami tylko śmiech. Krytyka naszej współczesności. Bezmyślności. Bezcelowości. I portret Warszawy. A może i całego naszego społeczeństwa. Znajdzie się tam satyra i na Grzesiaka, i na Kasię Michalak. I na Starbucksa, i na Open’era. 

— Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary  odzywa się do mnie.
— Jezus Maria  mówię.  Byłeś na Open’erze.
— Kolejki po Redd’sa i 2KC blisko sklepu spożywczego.
— Jezus Maria.
— Widziałem światła tabletów i dym z e-papierosów blisko głównej sceny.
— Dobry Boże.
— Wszystkie te chwile zagubią się z czasem tak jak łzy na deszczu  mówi cicho Igor i wypuszcza z rąk kaczkę.
— Nie zagubią  odpowiadam, pokazując mu telefon.  Zaraz wszystko będzie na Facebooku. 

Wszystko niby z przymrużeniem oka, z ogromnym dystansem. Takie pierdu-pierdu. Ale ile zatrważającej prawdy jest w tych tekstach…! To niby banały, ale kiedy się je przeczyta, można się przerazić. Zasmucić. Zacząć myśleć. A potem sięgnąć po flaszkę, żeby jak najszybciej przestać. I czytać dalej. 

— Masz ładne oczy. Co sądzisz o związkach?
— Jakich związkach?
— Między kobietami i mężczyznami.
— Sądzę, że są ekscytujące. Wiadomo, że wszystko prędzej czy później się spierdoli, ale nie wiadomo jak. Możliwości są nieskończone. 

Jeżeli ktoś z Was chciałby się dowiedzieć szczegółowo, o czym jest Razzmatazz, powiem: o życiu. A że życie to niezliczona ilość szczegółów, więc odpowiedź ta Wam nie do końca wystarcza, wychodzi na to, że musicie kupić tę książkę TUTAJ. Albo wpaść na spotkanie autorskie w Poznaniu, a konkretniej w Meskalinie, które poprowadzę już 29 lutego. Tak, będzie Karol Mroziński. Tak, będzie można przy okazji kupić książkę z podpisem tego lowelasa. Wszystko będzie można przy okazji. Zapraszam do dołączenia do wydarzenia na Facebooku. 
9/10

Na co ci wydawca?

Zajęło Ci to kilka długich, miesięcy, kiedy siedziałeś udręczony przed laptopem. Nie wychodziłeś wieczorami ze znajomymi, więc objechali Ci tyłek i okrzyknęli już dawno roztopiyrzanym gupielokiem (jeśliś ze Ślunska). Nie poświęcałeś swoim dzieciom tyle uwagi, ile powinieneś, pewnie Cię za to kiedyś znienawidzą, o ile już tego nie robią. Kiedy Twoja siostra chciała wylać Ci swoje żale po rozstaniu z ukochanym, Ty ciężko harowałaś, układając plan zdarzeń, więc to Twoja wina, że wpadła w ramiona kolejnego buraka. Wszystko to jednak nieistotne, bo napisałaś, napisałeś książkę! Pędzisz więc do wydawnictw. Rozsyłasz swoje maszynopisy. Triumf świętujesz w atmosferze nerwowego obgryzania paznokci, czekając na telefon osoby, która przeczytała Twój tekst.
I co?
I dzwoni.
I zaczyna się gehenna. 
William S. Burroughs – miał czas na blanta, bo współpracował z wydawcą; źródło: lylybye.blogspot.com
Jakieś warunki, umowy straszliwe, tu ktoś coś chce wyciąć, tam coś dodać, halo-halo, redaktora potrzebujesz, próbują Ci wmówić, a przecież Ty wiesz, że nie potrzebujesz, bo piszesz perfekcyjnie. O jakichś procentach mówią, kanałach dystrybucji, promocji, że nie pokryją dojazdu i nie rozwiną przed Tobą czerwonego dywanu, że sam sobie jedź na to spotkanie w Matrasie, i ciesz się, że je poprowadzi znana poznańska dziennikarka, o której Ty akurat nigdy w życiu nie słyszałeś, więc, nie, nie-halo, bo może ona wcale nie jest znana? A czemu tak mało dostajesz od sprzedaży jednego egzemplarza książki? Przecież to Ty tyrałeś miesiącami, a może nawet latami, a teraz co, nawet do Ustki sobie za to nie pojedziesz?
A może wcale nie potrzebujesz wydawcy? Może pchniesz książkę od razu w wersji elektronicznej do jakiegoś Amazona? A kto Ci zabroni? Przecież nie musisz być tacy, jak wszyscy, jak ten zadufany w sobie Twardoch czy inny gej Witkowski. Żyjemy w XXI wieku, self-publishing, panie, i do przodu, tej. Po co się wiązać z jakąkolwiek firmą? Daj sobie siana. Sam sobie ze wszystkim poradzisz. Książkę napisałeś, więc co, reszty nie ogarniesz? Przecież to banalny biznes jest!
Cóż. Cytując Radka Kotarskiego: NIC BARDZIEJ MYLNEGO. 
Wisława Szymborska też mogła sobie pozwolić na fajeczkę, bo jeszcze nie wiedziała, czym jest self-publigshing; źródło: culture.pl
Słyszałeś o Flipie? 
Jakim Flipie, zapytasz. Tym od Flapa, odpowiem.
A o Bonnie? Nie, nie chodzi mi o Bonnie Tyler. Chodzi mi o tę Bonnie od Clyde’a. 
W rzeczywistości rynku wydawniczego jest podobnie.
Jeżeli interesujesz się tym światem, co więcej, jeśli chcesz być jego częścią, bo kochasz literaturę i marzysz o byciu pisarzem, powinieneś coś na ten temat wiedzieć.
To, że za sukcesem Szczepana Twardocha stoi Wydawnictwo Literackie.
A Harry Potter w Polsce to Media Rodzina. 
Może to nie do końca to samo, ale Chłopiec, Który Przeżył, miewający problemy z utrzymaniem miotły między nogami, pewnie nie poradziłby sobie z dystrybuowaniem setek milionów książek. Nie bez powodu J. K. Rowling przez lata szukała wydawcy. A przecież mogła sama znaleźć kogoś do korekty książki i osobę, która zajęłaby się zaprojektowaniem okładki, prawda? 
Nie widzę też Szczepana Twardocha, który chodziłby od księgarni do księgarni, błagając o zawieszenie na wystawie plakatu promującego spotkanie autorskie. Artysta musi pisać. Musi widywać się ze znajomymi literatami, by omawiać aktualne problemy, z jakimi spotyka się w trakcie tworzenia. Musi pisać. I musi chodzić na długie spacery, by poukładać swoje myśli. Musi pisać. I musi chodzić na imprezy albo jeździć do Indii, by mieć o czym pisać. 
Dlatego wydawca, momentami tak wzgardzony, powinien być Wydawcą.
James Dean nie miał wydawcy, a wytwórnię, bo nie był pisarzem. Grunt, że dobre foto z papierosem.
Łatwo się na niego zdenerwować, gdy zaczyna traktować Ciebie i Twoją książkę jak produkt. Ale dzięki takiemu podejściu zadba, by dzieło trafiło do księgarni. Jasne, masz go dosyć, bo tak naprawdę nawet go nie znasz – nie ma czasu, żeby się z Tobą spotkać, więc komunikujesz się tylko z jego dwudziestym zastępcą, piątą sekretarką czy trzecim redaktorem, który w zasadzie też go nie zna. Debiutantowi zawsze żwir w oczy i gacie, myślisz sobie, ale jednak ktoś dla Ciebie z wydawnictwa zawsze ma czas. Skopie Ci tyłek, jeśli nie wyślesz na czas poprawek, doradzi z wyborem okładki, podpowie, jak sformułować podziękowania, a ostatecznie zaprosi na Targi Książki, byś mógł skąpać się w blasku świetlówek i własnej chwały, o ile jesteś dobrym pisarzem. 
Związek Pisarza i Wydawcy często bywa pokręcony. Mogą pojawiać się spięcia. Nie jest to uczucie czyste, a już na pewno nie bezinteresowne. Ale dzięki temu, że łączy Was to, co Ty stworzyłeś, a Wydawca uformował, wspólnie możecie zajść bardzo daleko. 
A teraz weź słuchawkę i zadzwoń do Empiku. Powiedz, że napisałeś książkę i chcesz, żeby Empik ją sprzedawał. 
Nie udało się?
Ojej. 
Randomowy, skośny pisarz, nie znam nazwiska, ale totalnie mnie zauroczył. Chyba ma fajnego wydawcę, bo ma czas nie tylko na marnowanie swojego zdrowia poprzez palenie, ale i marnowanie papieru. Taka heca!
Pisarzu. POTRZEBUJESZ wydawcy. 
A nawet, jeśli nie potrzebujesz, bo jesteś taki hej do przodu, że klękajcie narody i bijcie pokłony, to z wydawcą będzie Ci po prostu lżej. 
Nie wierzę, że żadne wydawnictwo nie odpowiedziało na Twoje prośby (tudzież błagania, tudzież nękania). W Polsce, w tym momencie, szacuję, jest około 300 całkiem spoko wydawnictw, z czego jakieś 100 naprawdę zna się na rzeczy. Możesz śmiało hiperbolizować, że żadne z nich nie chciało wydać Twojej książki, jeśli wyślesz zgłoszenie do choćby 50 z nich. Ale najlepiej ze dwa razy do każdego, tak dla pewności. 
I wtedy, zamiast psioczyć, że wydawnictwo to twór kompletnie zbyteczny, zastanów się, co jest nie tak z Twoją książką, iż nikt się nią nie interesuje. Ponieważ, skoro nie przeczytał jej nikt z wydawnictwa – to kto, do cholery, będzie chciał to zrobić?
Oczywiście, teraz self-publisherowie mogliby zdjąć portki i wypiąć się do mnie bladym tyłkiem, pokazując jeszcze przy tej klimatycznej okazji faka. A ja głaszczę ten wyciągnięty środkowy palec i mówię: spokojnie, nie chodziło mi o to, żeby Was urazić. Sygnalizuję tylko, że jeśli autorowi zależy na tym, by być rozpoznawalnym, to self-publishing będzie dla niego bardzo ciężką batalią do stoczenia. Okej, Piotr C. Ale on, mimo że włożył pieniądze w wydanie swojej książki pt. Pokolenie Ikea, miał za sobą wydawnictwo, które profesjonalnie zajęło się jego dziełem. Okej, Kuba Wojtaszczyk, ale tutaj znowu tę samą rolę odegrało wydawnictwo. A Kuba, swoją osobowością i epickim (dosłownie) talentem, wskórał resztę. Dwa wyjątki, które nie do końca mogą potwierdzić regułę, bo nie mają za wiele wspólnego z jej założeniami. 
Jaka puenta płynie z dzisiejszego postu?
Pisz dobrze i miej twardą dupę, a będzie Ci (wy)dane.
PS. Nie ma to jak pisać o wydawaniu książki zamiast pisać książkę.
PPS. Jakieś pytania, wolne wnioski, apelacje? Hejty i rzucanie kupą w moją stronę? Czekam z niecierpliwością!

Dlaczego tak cudownie być pisarzem?

Ostatnio trochę zrzędziłam, przyznaję, no bo co innego pisać o pisaniu, kiedy się nie pisze niczego poważnego, a co innego pisać o pisaniu w ramach przerwy od naprawdę wielkiego dzieła. (Które zapewne jest naprawdę do kitu, ale to Wy może będziecie mieli okazję kiedyś zweryfikować moje słowa, czego bym sobie życzyła; tymczasem zawierzmy zdaniu przed nawiasem). Jest więc dobrze, literacko. Życiowo gorzej, kupiłam złą farbę do włosów i jestem ruda. I zła, jak ta farba. Na szczęście, jak od pewnego czasu powtarzam, na przykład tutaj, na wszelkie nieszczęścia najlepsza jest pasja. Czyli pisanie. Jest dobrze, bo dobrze mi się pisze i aktualnie uważam, że nie ma na świecie drugiego tak cudownego zawodu jak pisarstwo. Dlaczego tak cudownie być pisarzem?

Ponieważ kiedy wprawisz się w odpowiedni nastrój, czyli posłuchasz przez pewien określony czas dobrej muzy (na przykład Of Monsters And Men – Wolves Without Teeth), albo po prostu coś Cię zdrowo pierdolnie, możesz wpaść w tak zwane floł. Floł to ten dziwny stan, kiedy piszesz, piszesz i piszesz, i nie możesz przestać, i wszystko, co napiszesz, wydaje się być absolutnie genialne. Jest nawet szansa, że w istocie tekst jest całkiem niezłej jakości. I wtedy czujesz, że jesteś smukły, inteligentny i przystojny, a nawet jeśli aż tak bardzo Ci nie odbiło, to i tak masz to w dupie, bo przecież właśnie tworzysz cudo! 
I tak, floł bywa lepsze niż seks.
Tak, floł to w zasadzie bycie na niesamowicie mocnym haju. 
Tak.
Dlaczego jeszcze tak cudownie być pisarzem?
Ponieważ jesteś pierdoloną wróżką albo gorzej. Może nawet bogiem. Tworzysz rzeczywistość. Fikcyjną, ale wciąż rzeczywistość. Nie masz dowodów na to, że świat, w jakim żyjesz, przypadkiem Ci się nie wymyślił. Trochę to straszne, że skazujesz się na tyle nieszczęść, ale załóżmy, że wszystko po to, by najpierw doświadczyć Ciebie, czyli zacnego bohatera tej pierwszoosobowej narracji, a na końcu zasadnie wynagrodzić za nabytą po drodze mądrość. Co sobie będziesz żałować, nie?
Albo kto Ci udowodni, że Ania, o której właśnie piszesz, nie mieszka właśnie na Łagiewnickiej w Bytomiu i nie uczy się, jak właściwie przywoływać patronusa? Nikt. 
Ale najlepiej jest się pośmiać. Czy zdarzyło Ci się kiedyś napisać coś, co później miało swoje dokładne odzwierciedlenie w rzeczywistości?
Mnie tak. Zdarzyło się, nieraz. I to w większości są bardzo popieprzone rzeczy. Mam do nich sowicie ambiwalentne odczucia, ale stało się, jak napisałam. Głównie się śmieję, bo co mam zrobić? Ale Szczepanowi Twardochowi, mijającemu trupa, o którym pisał nie dalej, jak dwa wieczory wcześniej, chyba nie było za bardzo do śmiechu. Niby trupy raz są, raz ich nie ma, ale lepiej, gdyby jednak nie było. Niestety, trupy od czasu do czasu są nieuniknione.
I powiem Ci jeszcze, że, pomijając te chwile, kiedy sam jesteś z siebie dumny, są pewne wyjątkowe Momenty. Momenty przez duże M. Wygląda to mniej więcej tak, że masz wyjątkowo beznadziejny dzień. Nic się nie układa. Ani ubrania w szafie, ani myśli w głowie. Mętolą się wyobrażenia jedno z drugim, w pokoju coraz większy bałagan, o życiu nie wspominając, bywa. I nagle dzwoni telefon, więc odbierasz. I jest Moment, bo rozmawiasz z osobą, która właśnie skończyła czytać Twoją książkę. Płakała i śmiała się na przemian. I jest zachwycona. I po lekturze czuje się dużo lepiej niż przed.
Albo inny Moment, kiedy znajdujesz na Lubimyczytać.pl na przykład taką opinię:
Jest też Moment, kiedy leżysz w łóżku i jest Ci niesamowicie ciężko wstać. Bo chłopak Cię rzucił, bo masz dużą masę albo dlatego, że kac okropny, a tu trzeba do pracy. I nie działa wtedy powtarzanie sobie: hej, ludzie mnie kochają, muszę dla nich się zebrać do kupy. Przynajmniej nie zawsze. Wyjątkowo nie działa też to, że gdy wstaniesz, będziesz mógł popatrzeć na siebie w lustrze. Czasem robisz to godzinami i nie możesz wyjść z zachwytu, czasem wręcz nie potrafisz spojrzeć sobie w oczy, ale bywa przyjemnie. Natomiast nie cudownie. Cudownie bywa, gdy przypomnisz sobie, że jesteś pisarzem. Że napisałeś książkę i będą następne, bo tak chcesz. I tak czujesz, że powinieneś. I nawet ci to wychodzi. I Ty też wychodzisz. Z łóżka. 
Floł, bycie wróżką i Momenty – właśnie dlatego tak cudownie być pisarzem
A teraz Twoja kolej. Powiedz mi, dlaczego robisz to, co kochasz i jak się dzięki temu czujesz. 

5 skutecznych porad, jak przeżyć rozstanie

Nie zrozum mnie źle, nie życzę ci śmierci, ale nie miałabym nic przeciwko, gdybyś wpadł pod ciężarówkę i przez kilka lat miał sparaliżowaną połowę ciała… Tak sobie właśnie myślałam, kiedy zostawił mnie chłopak, po czym rzucałam się na kilogram pierogów ruskich i słoik nutelli. 
Chciałam, żeby sczezł w piekle, żeby każdy pies, który będzie go mijał podczas spaceru, naszczał mu na tenisówki. I sięgałam po paczkę prażynek. 
Pragnęłam, by przydarzyło mu się coś złego, coś, co sprawi, że poczuje się tak źle, jak ja. A czułam się naprawdę do bani. Okryta depresyjnym kocykiem, obładowana kupkami szeleszczących papierków po batonikach, niekochana, niechciana, brzydka i zła. Nie chciałam już żyć, ale zrozumiałam, że nie chciałam żyć na długo przed tym, jak zaczęłam się z nim spotykać. I że gdyby wszystko było ze mną ok, nawet bym na niego nie spojrzała. Najgorsze, że skoro życzyłam mu wszystkiego najokropniejszego, wcale go nie kochałam. Uświadomienie sobie tego, że zmarnowałam tyle czasu dla chłopaka, który może i był tego wart, ale totalnie do siebie nie pasowaliśmy, sprawiło, że zostały przede mną tylko dwie opcje. Po pierwsze: przefarbowanie włosów. I po drugie: albo ogarnięcie się, albo śmierć.

Ale to moja historia. Twoja może być zupełnie inna. Ty naprawdę mogłeś ją kochać. 
To, czego się nauczyłam, to zbawienny wpływ żałoby. Manifestacja swojego cierpienia przed całym światem wcale nie jest głupia i żałosna. Wsparcie bliskich po prostu Ci się należy. Tak samo, jak słoik nutelli – byle jeden, jedyny. Możesz zalać się w trupa, możesz podpalić jej ciuchy – jeżeli Ci w ten sposób ulży, dlaczego nie? Zatem daj sobie czas na dojście do siebie. A później, gdy będziesz gotów, zastosuj się do 5 skutecznych porad, jak przeżyć rozstanie
1. Przeanalizuj i znajdź powody, dla których lepiej ci bez niego
Najprościej po prostu będzie wypisać jego wady. Zostawiał okruchy na blacie po zrobieniu sobie kanapki? Siedział z nogą założoną na nogę, co nieustannie cię irytowało? A może flirtowała z innymi facetami, kiedy tylko myślała, że nie patrzysz? To może być cokolwiek. Prawda jest taka, że ideałów nie ma, ale jeśli masz sobie poprawić taką listą humor – zrób to. 

2. Ciesz się wolnością
Będąc w związku, czujemy wsparcie. Mamy komu opowiedzieć o swoim dniu. Jeżeli masz problem, od razu wiesz, do kogo zwrócić się w pierwszej kolejności. I choć zalet jest bez liku, nie będzie odkryciem stwierdzenie, iż związek ogranicza. Nie zawsze możesz obejrzeć mecz, bo trzeba iść do teatru, w końcu to wasza kolejna rocznica. Wypady z kumplami mogą skończyć się przed północą, bo ona jest w łóżku i czeka na ciebie rozgrzana, naga pod pościelą, lecz kiedy ty wracasz, ona smacznie chrapie. Nie kupisz sobie nowej torebki, bo on jakimś cudem to zauważy i zacznie tyradę, że znowu wydajesz pieniądze na pierdoły. Korzystaj więc z wolności. Poznawaj nowych ludzi i zrób to, na co wcześniej nie miałeś czasu, a o czym od długiego czasu już myślałeś. 
3. Bądź taką osobą, jaką chcesz być
W złym związku, albo takim przeciętnym, często można zapomnieć o tym, kim jesteśmy naprawdę, bo oczekiwania partnera i chęć ich zrealizowania nie do końca mogą się pokrywać z rzeczywistością. Zaprojektuj się od nowa. Teraz możesz to zrobić, zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, nie innego człowieka. Jeśli więc chcesz być szczupła, zapisz się na aerobik i jedz mniej świnek z frytkami. Jeśli chcesz być ładna, pomaluj paznokcie i wyrwij sobie krzaki znad oczu. Jeśli chcesz być otrzaskana z literaturą, idźże wreszcie do biblioteki. A jeśli chcesz mieć wreszcie fajnego chłopaka, to najpierw sama bądź fajna. 

4. Uwierz, że miłość nie jest tylko jedna na całe życie
Wiem, czasem trudno nam w ogóle uwierzyć w spotkanie pierwszej miłości. Kiedy tracimy tę wiarę, stajemy się zgorzkniali i trąci od nas albo depresją, albo desperacją. Ale na świecie żyje 7 milionów osób. Na całe szczęście jest dużo homoseksualistów i biseksualistów, więc nieważne, jaka jest Twoja płeć, zawsze coś się dla Ciebie znajdzie. Jeśli nie w Polsce, to może w Japonii. Jeżeli nie chłopak, to może dziewczyna? A jeżeli nie człowiek, to może…

5. Zrealizuj swoją pasję
… koń. Chciałam napisać, że jeżeli nie możesz aktualnie zakochać się w żadnym człowieku, zakochaj się w koniu. Nie tak, jak Caryca Katarzyna, nie chodzi mi o relację erotyczną, tylko o zrealizowanie się poprzez pasję. Nie masz pasji? Odkryj ją. Zapisz się do szkoły jeździectwa. Albo na kurs gotowania. Ja darzę pierogi autentyczną miłością, więc może i Ty możesz?
Cały sekret tkwi właśnie w pasji. W tym, w czym możemy się bez reszty zatracić i poczuć sobą. Jeśli nie wiesz, co to takiego, masz ogromny problem. Uporaj się z nim jak najszybciej – na świecie jest nieskończona ilość możliwości, z których powinieneś skorzystać. Sport, podróże, prowadzenie bloga, haftowanie, malowanie akwarelami, rysowanie karykatur osób, które Cię wkurzą, kręcenie amatorskich filmików i wrzucanie ich na YouTube’a, filofun, seks z przypadkowo poznanymi w barze dziewczynami, opieka nad bezdomnymi kotami, pędzenie bimbru… Próbuj.
Ponieważ ja, kiedy jestem za słaba, by wstać z łóżka, bo ciężar codzienności wgniata mnie w materac, zadaję sobie pytanie: kim jestem? I wówczas okazuje się, że nie tamtą porzuconą dziewczyną. Nie osobą, której coś nie wyszło. Której ktoś w danym momencie nie pokochał. Jestem pisarką. I wiem to. 
Dlatego wreszcie wstaję, choć jest ciężko, biorę zeszyt i albo piszę o tym, jak mi ciężko, albo włączam laptopa i kontynuuję historię. O życiu wcale nie lepszym. I niekoniecznie moim. Piszę, bo może ktoś kiedyś to przeczyta i zrobi mu się lżej na sercu. Albo po prostu pośmieje się troszkę, kiedy będzie mu wcale niewesoło. 
Ale mogłabym równie dobrze pleść breloczki z filofunu czy tam pędzić bimber, gdybym na przykład bardziej wolała wytwarzanie alkoholu domowymi sposobami. 
Rób to, co kochasz, a przeżyjesz każdą życiową klęskę.
I nie potrzeba 5 skutecznych porad, jak przeżyć rozstanie
Wystarczy ta jedna, ostatnia.