Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Kiedy czytam tekst o czternastolatce, której losy tak idealnie zbiegają się z moimi perypetiami sprzed kilku lat, zastanawiam się, czy jestem tak niedojrzała emocjonalnie, czy po prostu każda kobieta musi zmierzyć się z podobnymi problemami. A ponieważ każda z nas boi się momentami życia, czuje, że większość spraw ją przerasta, ale jednocześnie wciąż pozostaje wojowniczką… Odpowiedź nasuwa się sama. 

 

Johanna pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jej ojciec jest rencistą, marzącym o zrobieniu kariery w rockowym bandzie, ale wszelkie jego starania kończą się fiaskiem. Matka zajmuje się praktycznie tylko rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Johanna, najstarsza z rodzeństwa, nie licząc nastoletniego, wyalienowanego Krissiego, pomaga w domu, jak tylko może. Niestety, pewnego razu, z powodu swojego długiego języka, naraża rodzinę na kłopoty finansowe. Wówczas postanawia wziąć się w garść i zarobić pieniądze. Nie jest to łatwe zadanie, gdy ma się czternaście lat i nadwagę, ale Johanna nie poddaje się. Robi to, co sprawia jej największą frajdę, czyli pisze i słucha muzyki. Po wielu pracowitych miesiącach odzywa się do niej londyńskie czasopismo muzyczne… Zaczyna się wielka kariera, spotkania ze sławami, a także alkoholem i narkotykami…


Dziewczyna, którą nigdy nie byłam nie jest wybitnym dziełem literackim. Czytelnik nie spotka się z zadziwiającymi konstrukcjami językowymi, które zaspokoją jego wysublimowane gusta. Nie jest to jednak błaha opowiastka, jak choćby Pamiętnik księżniczki. Książeczki Meg Cabot nie mogą konkurować z opowieścią Caitlin Moran. Tworzona przez nią proza ma w sobie mądrość, błyskotliwość, życiowość oraz poczucie humoru. Od lektury nie można się oderwać, a czyta się szybko. Czasem z uśmiechem na ustach, czasem z zatrwożeniem, ale przede wszystkim z wielką empatią, bo przecież Johanna, główna bohaterka, to właśnie w większej lub mniejszej mierze osoba, która trzyma Dziewczynę, którą nigdy nie byłam.

Strach dał mi solidną nauczkę: nigdy więcej nie powiem nikomu, jak mi źle. Nigdy nie przyznam się do słabości. To wcale nie pomaga. To tylko pogarsza sprawę.

Taki cytat pojawia się na samym początku utworu. To przemyślenia Johanny, która zwierzyła się ze swojego cierpienia bliskiej, jak wówczas myślała, osobie. Niestety, wywołało to nieprzewidywane konsekwencje. Może to zabrzmieć jako antyrada. Jednak to cenna wskazówka, ponieważ uczy, że w dzisiejszym świecie faktycznie warto uważać na słowa i analizować swoje odczucia. Ale to tylko jedna z lekcji, jakich udziela Caitlin Moran.

Autorka przedstawia w fabularnej osnowie swoje własne doświadczenia. Tak jak Johanna, nie skończyła szkoły, a stała się światłą osobą dzięki wielogodzinnym pobytom w bibliotece niemal każdego dnia. W bardzo młodym wieku wygrała konkurs literacki, a później rozpoczęła pracę w popularnym magazynie. Zarówno pisarka, jak i jej bohaterka, pokazują, że warto żyć na swój sposób i tak naprawdę niewiele potrzeba nam do szczęścia. Wystarczy konsekwentnie podążać drogą ku spełnieniu własnych marzeń, robić to, co się lubi oraz pamiętać o byciu dobrym człowiekiem. Recepta prosta i może dla większości banalna, ale warto, naprawdę warto czytać takie książki, by przypominać sobie o tym każdego dnia na nowo. Czasem, jak w przypadku Johanny, bardzo łatwo się zapomnieć.

Nigdy więcej nie pozwól, byś czuła się tak źle. Nigdy nie wracaj do tego miejsca, gdzie pomóc może już tylko nóż. Żyj łagodnie i bądź miła. Nie rób rzeczy, po których chcesz wyrządzić sobie krzywdę. Cokolwiek robisz, każdego dnia, pamiętaj o tym – a potem trzymaj się od tego z daleka.

Oprócz przezabawnych wpadek Johanny, jej usilnych starań polegających na zarabianiu pieniędzy, by wspomóc rodzinę a także pogoni za marzeniami, jesteśmy świadkami fascynującej historii miłosnej dwojga młodych ludzi. W Dziewczynie, którą nigdy nie byłam dotkniemy także samotności, bólu istnienia oraz niedopasowania. A także poczujemy się jak pisarze. Bo dla mnie książka to istny creme de la creme, gdy traktuje o pisaniu. Na koniec jeden z przemiłych cytatów, dotyczących tego fachu.

Pisanie książki jest gorsze niż poród – poród w piekle – po którym się umiera, a potem zostaje przywróconym do życia tylko po to, by urodzić jeszcze jedno dziecko, które tym razem wychodzi oczami – chociaż w oczach nie ma dziur i dziecko nie ma jak stamtąd się wydostać. A może jeszcze gorsze.

Tym przemiłym akcentem chcę polecić Wam rewelacyjną Dziewczynę, którą nigdy nie byłam. Mam nadzieję, że pochłoniecie lekturę tak szybko, jak ja i losy Johanny zostaną w Waszych głowach na długo.

8/10
Nie rezygnuj z ludzi, nawet, jeśli jesteś pisarzem

Nie rezygnuj z ludzi, nawet, jeśli jesteś pisarzem

Poznań jest taki dziwny, kiedy kroczy się nim samotnie. Poznań to dla mnie głównie ludzie i ściany budynków pomiędzy nimi, nie odwrotnie. Ale czego się spodziewać w sobotę o ósmej rano w pobliżu Rynku Łazarskiego?

 

Wchodzę do tramwaju i myślę nutami starego dobrego Myslovitz. A na następnym przystanku dołączają Cyganie. Jedna z kobiet siada nieopodal mnie z córką na rękach. Dziewczynka zaczyna płakać, a ja patrzę się na obie jak zahipnotyzowana. Cyganka również na mnie patrzy. I tak sobie jedziemy na Most Dworcowy.
Zastanawiam się, o co może chodzić. Zerkam na nią, bo jest piękna. Bycie matką wcale nie ogranicza jej intensywnej kobiecości, która wypełnia przestrzeń pomiędzy nami. Być może moja kobiecość próbuje walczyć o terytorium i konflikt ten przejawia się w naszych spojrzeniach?
Z drugiej strony, ile się słyszy, że Cyganie wiedzą więcej od przeciętnych śmiertelników, a ja ostatnio wmówiłam sobie, że odziedziczyłam zdolności jasnowidzenia i powtarzałam to sobie tak często, iż chyba naprawdę w to uwierzyłam. Może Cyganka mnie przejrzała i ta wymiana spojrzeń to forma porozumienia? A może chciała mi coś powiedzieć? Nigdy nie będziesz miała dzieci, na przykład, nieszczęśliwa dziewczyno? Nie doczekasz się takiej ślicznej córeczki jak moja, bo karma wywinie ci niezłe kokodżambo?
Pomyślałabym, że przecież to przypadkowe spojrzenie i pewnie bezcelowe, ale kiedy wyszłam z tramwaju, miałam już gotową fabułę opowiadania z Cyganką w roli głównej.
Żeby coś napisać, trzeba zamknąć drzwi od pokoju i umysł na wszystko, co nie wiąże się bezpośrednio z tekstem. Pisarz musi być samotny, przynajmniej w trakcie procesu tworzenia. Jego jedynym towarzystwem przez długie miesiące będą bohaterowie. Im więcej zetknięć z prawdziwymi ludzi, tym mniej tych wyimaginowanych. Ale jeśli trafia się na martwy punkt, fabuła nie chce posunąć się do przodu, a twórcę trafia szlag, najszybciej inspirację można zyskać dzięki wyjściu na ulicę.
Strzępy rozmów, kolorowy trampek zawieszony na sieci trakcyjnej, nowa piosenka Wombatsów wyciekająca ze słuchawek przechodzącego obok studenta, gwałtowna gestykulacja pary na przystanku… I jesteś już dalej o jedną metaforę i sześć epitetów.
Czy lepiej napisać sto książek i nie być uczestnikiem własnego życia, za to po śmierci przejść do historii, czy z własnego życia uczynić świetny materiał na wybitne dzieło literackie i ograniczyć się do kilku ledwie publikacji?
Pamiętam, że kłóciło się o to wielu.
Pamiętam, że mówili, iż nie da się pogodzić jednego z drugim.
A potem przypominam sobie o Jacku Kerouacu i o Charlesie Bukowskim. I nawet o Lenie Dunham.
Mam czasem takie myśli, że będę poważanym pisarzem (albo chociaż bestsellerowym), a nie będę miała z kim pójść na galę wręczenia jakiejś nagrody. Albo zamiast opowiadać bliskiemu o nowych pomysłach, samotność skaże mnie na googlowanie własnego imienia i nazwiska w Google, bo nic innego nagle nie będzie do roboty.
Literatura to życie, a ludzie są jego częścią. Nie zamykaj drzwi na zbyt długo. Kiedyś możesz zapomnieć, jak się je otwiera.