Słowa bolą bardziej

Słowa bolą bardziej

Postanowiłam się przed Wami obnażyć. Nie dlatego, że jestem ekshibicjonistką, choć niewątpliwie momentami mam takie zapędy. Nie chcę zrobić sobie dobrze, tylko wytłumaczyć co niektórym, jak ważne jest myślenie o tym, co mówimy bądź piszemy. Słowa są bowiem bardzo niebezpiecznym narzędziem. W końcu, jak głosi japońskie powiedzenie, bardziej boli od języka niż od miecza.

Jako dzieciak byłam przesadnie wrażliwa. Może artyści tak mają, miło to sobie wmawiać. A może wina rodziców, że trzymali mnie pod kloszem i póki nie skończyłam sześciu lat, póty mój kontakt z rówieśnikami był w zasadzie zerowy. Trochę mi to zostało do dziś, że wolę jednak towarzystwo nieco ode mnie starszych. I że wciąż mam problemy z przyjmowaniem krytyki oraz wykazuję przesadną emocjonalność, z czym czasem sobie po prostu nie radzę, ale pracuję nad tym. Podejrzewam, iż większość osób, które poznałam w przeciągu dwóch ostatnich lat, w życiu by mnie nie podejrzewało o takie defekty na psychice.
Kiedy poszłam do zerówki, miałam jedną koleżankę i wolałam zdecydowanie towarzystwo chłopaków. To również pozostało mi do dziś. Już w wieku sześciu lat uznałam, że dziewczyny za dużo gadają. Pamiętam to doskonale, bo zapisałam to w pamiętniku, który wówczas prowadziłam. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się ze zjawiskiem obgadywania. Moje koleżanki z grupy za plecami nie wyrażały się o mnie w najmilszy sposób, a ich zdanie przyczyniło się do tego, że i Ania, którą wówczas miałam za swoją przyjaciółkę do końca życia, odwróciła się ode mnie.
Przez kilka dni skazana byłam wyłącznie na chłopaków, bo żadna dziewczynka nie chciała się ze mną bawić.
Na początku zrobiło mi się przykro. Z zerówkowej liderki w jednej chwili stałam się wyrzutkiem. Dzieci jednak szybko zapominają. Po jakimś czasie wszystko wróciło do normy i znów chodziłam z Anią w parze na spacery.
W podstawówce było dużo gorzej.
Miałam okropne kompleksy i często płakałam, bo odczuwałam intensywne pragnienie przynależenia do dziewczęcej bandy. Nie chciałam, żeby moja sympatia do męskiej płci znów budziła takie kontrowersje. Odrzucenie to najgorsze, z czym kiedykolwiek się spotkałam. Ale dziewczynki w mojej szkole były zdecydowanie bardziej bezlitosne niż chłopcy. Nawet te, które uważałam za swoje przyjaciółki.
Miałam specyficzne poczucie humoru. Często zdarzały mi się napady głupawek. Najczęściej można było spotkać mnie albo zaśmiewającą się do rozpuku, albo czkającą po takim właśnie ataku. Lubiłam żartować, ale zabawy językiem w podstawówce nie trafiały do każdego. No i przede wszystkim uwielbiałam nonsensy, absurdy, za innych postrzegane po prostu jako głupoty, nad którymi nie warto się zastanawiać.
Dlatego to, co słyszałam bardzo często z ust moich koleżanek, to zdawkowe „głupia jesteś”. 
Było mi bardzo przykro. Płakałam. Nie rozumiałam, dlatego śmieszne historyjki, które opowiadam, nie trafiają do moich rówieśniczek. Spisywałam je w formie opowiadań i pokazywałam nauczycielce. Wydawała się zachwycona, ale czy nie kłamała? Zachęcała do wysyłania opowiadań na konkursy, ale czy pani na pewno się znała? Może chciała mnie tylko pocieszyć? Skoro inni mówili, że głupie jest to, co mówię, i głupia jestem ja sama?
Ciężko było się przełamać do tego, by pokazywać publicznie swoje teksty, ale na szczęście w końcu nastała era Internetu i anonimowych blogów w sieci… Tam wreszcie się wyjaśniło, że nie jestem taka głupia, ale wstyd, który wówczas czułam, pozostał we mnie na bardzo długo.
W gimnazjum doszło do mnie, że kolejna dziewczyna, którą miałam za swoją przyjaciółkę, powiedziała swojej siostrze, że mam dupę jak trzydrzwiowa szafa. Kolejne przepłakane dni i noce.
Przed pójściem do liceum powzięłam ważną decyzję w moim życiu.
Słowa innych już nigdy mnie nie zranią. Nie będę płakać przez to, co ktoś powiedział na mój temat. Nie dam zrobić z siebie popychadła, nie jestem szarą myszką. 
Mam fajnego bloga z opowiadaniami, lubią mnie w sieci, w liceum poznam wreszcie nowych ludzi, którzy zobaczą mnie taką, jaka jestem, jeżeli tylko im na to pozwolę. Będą mnie lubić i chłopacy, i dziewczyny. Zostanę popularną, super dziewczyną, bo na to zasługuję.
I wiecie co?
Tak właśnie się stało.
Jak widzicie, nie byłam jakoś specjalnie gnojona. Nigdy nikt nie wyzwał mnie od grubasów, oprócz mojej kochanej Zuzi, którą poznałam już na studiach, i za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Nikt nie powiedział, że jestem ofiarą losu. I nie wydaje mi się, żeby mówienie o tym, iż jestem głupia, było faktycznie wymierzone w mój intelekt. Wynikało po prostu z nieświadomości, z tego, że takie były czasy i podobne teksty uchodziły za w pewien sposób modne. Zdarzały się gorsze sytuacje. Kogoś wyzywano od opóźnionego w rozwoju, innych od ciot i pedałów, przemoc słowna w szkołach jest przecież na porządku dziennym zarówno dziś, jak i te dziesięć, piętnaście lat temu. A jednak dotkliwie cierpiałam. Przez brak pomyślunku innych ludzi, ich niedojrzałość emocjonalną i niezrozumienie.
Teraz uważam, że to była całkiem niezła szkoła życia. Dzięki takim doświadczeniom jestem silniejsza, nie tracę tak łatwo panowania nad sobą i nie uważam się za ósmy cud świata, bo nabrałam dystansu do otoczenia i samej siebie. Częściej robię głupie rzeczy niż mówię. Teraz tak jest, ponieważ ataki słowne innych ludzi pod moim adresem niestety wbiły mi się w pewnym momencie w psychikę tak bardzo, że kiedy nabrałam więcej pewności siebie, sama stwierdziłam, że mogę być wilkiem zamiast owieczką.
I gadałam okropne rzeczy, nie bacząc na konsekwencje,
no bo skoro wszyscy tak robią, to czemu ja nie mogę?
Kiedy zdawałam sobie sprawę, że znowu coś chlapnęłam i kogoś skrzywdziłam, zasłaniałam się argumentem: nie pomyślałam. Przepraszam. Sorry. Ale nie zawsze działało.
To równie ważna lekcja.
Wciąż uczę się, jak rozmawiać z ludźmi. Teraz niekoniecznie po to, by nie sprawiać im przykrości, ale słowem trafiać do celu. Dzięki konkretnym zabiegom trafiać bezbłędnie do celu. Osiągać to, czego chcę. Wysławiać się na odpowiednim poziomie… W końcu pani z wydawnictwa nie przystoi walić kurwami na lewo i prawo.

JEDNAKŻE.

Nie zapominam, kim jestem i kim nie chcę być.
I nie chcę być mdłą osobą, która nie potrafi przyjąć konkretnego stanowiska w danej kwestii, by komuś nie podpaść, która boli się zakląć, gdy ma na to ewidentną ochotę, która jedno mówi, a inne myśli. Nie. Nie i koniec. To nie ja.
Dlatego, choć bywa trudno, staram się mieć mózg zawsze włączony, albo przynajmniej pod ręką, by móc z niego skorzystać w razie potrzeby. 
Pamiętać, że każdy z nas ma inny poziom wrażliwości.
Tak jak niektórzy uwielbiają, gdy tarmosi się ich we włosach (och, och, tak, tak!), tak inni zupełnie nie czerpią z tych pieszczot przyjemności (reasumując: dziwni ludzie). Część osób nie rozwinęła w sobie umiejętności wyłapywania ironii, a jeszcze inna grupa nie ma do siebie dystansu, bo zwyczajnie nie miała okazji go nabrać i nie jest to niczyja wina. Tak się potoczyło ich życie.
Jeżeli uważamy się za osoby inteligentne, powinniśmy zawsze o tym pamiętać. Zaznaczę, że inteligencja nie oznacza bycia biegłym w rozwiązywaniu zadań z fizyki, wysokiej średniej, a czasem wręcz przeciwnie. To szereg umiejętności, jakie można w sobie rozwijać, nawet, jeśli któregoś rodzaju inteligencji mamy w sobie mniej, ale o tym może poczytajcie tymczasem tu, a ja napiszę o tym kiedy indziej.
No to co z tym wpisem Fajferka i zeszłoroczną aferą*, która wydarzyła się w moim życiu po publikacji tej notki?
Nie mamy prawa obrażać innych ludzi. 
Ale mamy prawo do nonkonformizmu, które obecnie bywa przejawem bohaterstwa.
Nie mamy prawa do szerzenia chamstwa.
Ale mamy prawo do wyboru stylu, w jakim chcemy tworzyć.
Nie mamy prawa do tego, by mówić innym, co mają robić.
Ale mamy prawo do tego, by mówić innym, jak warto żyć, by uchronić ich zdrowie.
Nie mamy prawa do wytykania palcami tych gorszych od nas.
Ale nie uważamy, żeby byli od nas gorsi. 
Wszyscy na dobrą sprawę jesteśmy tacy sami. Mamy w sobie tyle dobrego, ile złego. Jedni wpierdalają czipsy i są grubi, ale jednocześnie mądrzy i uprzejmi. Inni piją szejki ze szpinakiem i są chudzi, ale kurwują na prawo i lewo oraz dają się przyłapać w Decathlonie na kradzieży skakanek.
Nic nie jest czarno-białe. To uproszczenie. Złudzenie optyczne.
Medal ma nie tylko dwie strony, awers i rewers. Nie żyjemy w kreskówkowym świecie, tylko trójwymiarowym. Medal ma także grubość, a może i wspomniana trójwymiarowość jest tylko złudzeniem. Co z czasem? Może emocje, jakie nami targają, to kolejny wymiar, o którym nawet Hawkingowi się nie śniło?
Te same słowa mogą najpierw zaboleć, a potem zmotywować.
Jesteśmy na korytarzu w akademiku, Zuzia, Ćpunczyk i ja. Ciężko mi się podnieść z kucków.
– No tak, grubasy tak mają… – komentuję sytuację, kiedy udaje już mi się stanąć z jękiem na nogi.
– Jak ja nie lubię, kiedy dziewczyny tak do siebie mówią. Wiadomo, że tylko po to, żeby od razu ktoś zaprzeczył – mówi Ćpunczyk. – Nie jesteś gruba – dodaje automatycznie.
– Weź przestań, po co to zrobiłeś? Co ty, ślepy jesteś? – Zuzia na to. – Po co ją demotywujesz? Wiszą jej te wałki, czyli jest grubasem, dobrze, że to widzi. Zaraz idziemy ćwiczyć. Jak nie będzie grubasem, sama zobaczy. Zobaczysz, Emka, nie?
Zaczynam widzieć.
Można i w drugą stronę.
Klepmy się nieustannie po główkach. Mówmy sobie, jacy wspaniali jesteśmy codziennie, a to, że rozpinamy guzik od spodni, bo znowu wpakowaliśmy w siebie o siedem pączków za dużo, jest przecież wyjątkiem od reguły! (Bo przez dwa dni w tygodniu udaje nam się zjeść tylko o sześć pączków za dużo). Weźmy się za ręce i zatańczmy w kółku graniastym tłuścioszków, o ile będziemy mieli siłę dźwignąć się z kanapy.
Halo, mówienie, że masz kilka kilogramów za dużo, że jesteś okrągła zamiast spasiona, nie do wszystkich dociera. 
Głaszcząc po głowie nie jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi, tylko hipokrytami, którym należy się wywózka na taczce i wysiadka na kupie gnoju. W ten sposób można skrzywdzić, nie uratować.
Mogłabym naprawdę jeszcze sporo napisać w tej kwestii, serio. Ale czy ma to sens?
Czy nie lepiej położyć się spać, żeby jutro wstać o szóstej, iść na przebieżkę, a potem nie mieć wyrzutów sumienia, że znowu się nie poćwiczyło, a napoleonka za dobrze weszła?
Bo ja lubię się ruszać, i lubię napoleonki. Jedno nie wyklucza drugiego.
To samo, że można być jednocześnie subtelnym, jak i przejawiać bogactwo słowne w zakresie wulgaryzmów.
__________________________
* Ponieważ nie chcę wyjawiać szczegółów z życia osobistego innych osób, niestety nie napiszę Wam na blogu, o co chodzi. Historia jest wszak niewątpliwie warta przekazu w swojej absurdalności, więc jeśli będziemy się kiedykolwiek widzieć, dajcie znać, chętnie podzielę się z Wami kilkoma spostrzeżeniami na temat vlogerek książkowych. 😉
Katarzyna Maniszewska – Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia

Katarzyna Maniszewska – Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia

Kobiety często mówią mi, […] że chętnie też by tak podróżowały, ale nie mogą, bo są kobietami. Mężczyźnie jest łatwiej, a dla kobiety to po prostu niemożliwe.
Takie słowa witają nas w prologu zatytułowanym Intro (dlaczego właśnie Intro – o tym nieco później). Zapraszam do przeczytania recenzji książki idealnej na początek wakacji.

kasiamani
– Podróżujesz sama?
– Tak.
– Ale wszystko z tobą w porządku?

Z takimi pytaniami bardzo często spotyka się Katarzyna Maniszewska, doktor nauk humanistycznych, absolwentka germanistyki i dziennikarstwa na UW, lecz przede wszystkim podróżniczka. Podróżniczka, która – uściślijmy – podróżuje samotnie z plecakiem, bez konkretnego planu, za to z tytułowym łutem szczęścia. Podróżnik bez powodu jest zapisem jej najciekawszych perypetii z m.in. Borneo, Wietnamu, Indonezji, Sulawesi czy Wyspy Wielkanocnej.

Wracając do prologu, a w zasadzie intra… W książce Kasi Maniszewskiej najciekawszą rzeczą a propos formy jest konstrukcja rozdziałów. Ponieważ każdy rozdział rozpoczyna cytat z piosenki, którą podróżniczka dopasowała do miejsc, jakie odwiedziła, a na końcu spotkamy się z Sountrackiem, jest to lektura zupełnie wyjątkowa. Rozdziały najlepiej czytać, kierując się sugestią autorki, zatem w akompaniamencie proponowanych przez nią rockowych kawałków. Wśród nich można znaleźć chociażby What A Wonderful World Louisa Armstronga czy All You Need Is Love Beatlesów, zatem Podróżnik bez powodu poszerza horyzonty nie tylko poprzez spostrzeżenia autorki na temat miejsc geograficznych i spotkanych tam osób. To również fantastyczna szkoła pierwszorzędnego rocka. To zaproszenie do poznawania – świata i samego siebie – najpierw poprzez tekst, później za pośrednictwem muzyki, a ostatecznie… Cóż, coraz częściej ludzie pytają mnie, czy nie mam ochoty rzucić pracy, spakować plecak i ruszyć przed siebie. W końcu pracuję w wydawnictwie podróżniczym. Cóż, muszę przyznać, że po lekturze takich książek, jak Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia takie pragnienie momentami znów się we mnie budzi.

Kolejna rzecz, która bardzo mi się w książce podoba, to osobiste przemyślenia autorki, które ujmuje w formie dobitnych sformułowań. Prostota i sposób przekazu bezbłędnie trafiają do czytelnika i zostają w jego myślach na dłużej, zmuszając do refleksji nad ekologią, polityką czy relacjami międzyludzkimi. Na wyróżnienie zasługują też świetnie opisane widoki. Czytając, czułam się, jakby czas się zatrzymał, jakbym znalazła się we wnętrzu najpiękniejszych pocztówek z odległych zakątków świata. Tylko w takiej pocztówce 5D.

Widok złotych punkcików migoczących w ciemnościach nocy, wśród dźwięków lasu – szelestów, świstów, skrzeczenia żab, cykania świerszczy – sprawił, że czułam się, jakbym wylądowała w Nibylandii.

I nie wiem już sama, co jest najlepsze. Obecność celnych ripost związanych z poczuciem humoru, czy sama główna bohaterka, jawiąca się niczym superhero podczas zwiedzania pełnych nietoperzy jaskiń czy zderzenia z, wydawać by się mogło, absurdalnymi wierzeniami natiwów. Nie potrafię się zdecydować.

Książka wydana jest po prostu przepięknie. Na bogato, można powiedzieć. Stylowy papier kredowy, który pieści palce, przewracając kolejne strony lektury. Edytorsko – bezbłędnie. A okładka… Na pierwszy rzut zachwyca, ale ma w sobie coś niepokojącego. Nad lazurową zatoką unoszą się ciemne, burzowe chmury, które wydają się być tak ciężkimi, że zaraz mogą spaść na pierwszoplanową łódeczkę. Zdecydowanie forma książki zachęca do zapoznania się z jej treścią. Ale trudno się dziwić. W końcu Łut szczęścia ukazał się na początku bieżącego roku nakładem najlepszego wydawnictwa na świecie.

Dzieło Kasi Maniszewskiej należy przeczytać jeszcze z jednego powodu. Zerknijcie poniżej.

Moje podróżowanie takie właśnie jest – bez powodu, a często i bez konkretnego celu. Znajomi mawiają, że i bez pomyślunku… Ale do samotnej wyprawy nie są one potrzebne. Niezbędne są natomiast: determinacja, otwartość i odrobina pieniędzy. Przy czym to ostatnie naprawdę nie jest najważniejsze.

To tylko potwierdza, że życie jest podróżą, a dzięki lekturze można podbudować nie tylko swoje podrożnicze skille, ale przede wszystkim właśnie te życiowe. Zyskać bądź utwierdzić się w przekonaniu, że dzięki ryzykowaniu można naprawdę wiele zyskać i nie ma sensu tkwić wiecznie w jednym punkcie, a bycie uprzejmym zawsze popłaca.
Polecam bardzo, bardzo.

8/10

Charlotte Roche – Wilgotne miejsca

Charlotte Roche – Wilgotne miejsca

Nie wiem, jaki klej wąchała Charlotte Roche podczas pisania Wilgotnych miejsc, ale zdecydowanie wolę zaciągać się inną substancją. Nie chcę wiedzieć, jaka była inspiracja niemieckiej pisarki do stworzenia swojego debiutu literackiego. Wiem za to, że książka zdecydowanie warta jest przeczytania. Co wrażliwsi – uzbrójcie się w kacmiskę albo strestorebkę. Zaczniemy od spoilerów.

wilgotne
Helen ma kalafior na tyłku. Nie, nie łazi z warzywem wepchniętym w majtki. Pomiędzy pośladkami wyrosło jej niezłe paskudztwo. No cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi i nasze ciała mają pełno mankamentów. Niemniej, Helen niekoniecznie przykłada się do dbania o swój organizm. Wręcz przeciwnie. Jak sama mówi, higienę ma w głębokim poważaniu. Dlatego w publicznej toalecie czyści deskę klozetową wnętrzem własnych ud, a by nie zmarnować niestrawionych narkotyków, postanawia wypić zwrócone płyny żołądkowe z wiadra, na spółę ze swoją przyjaciółką.


Pewnego razu Helen ląduje w szpitalu, ponieważ zacięła się przy depilacji miejsc intymnych i wdało się zakażenie. Nudząc się w szpitalnym łóżku, zaczyna analizować swoją sytuację. Wraca wspomnieniami do swoich schadzek z chłopakami, hodowli drzewek awokado i smutnych chwil związanych z rodziną. Bo właśnie swoją rodzinę Helen kocha najbardziej. Pragnie, by jej rozwiedzeni rodzice znów byli ze sobą i jest w stanie dotkliwie się skrzywdzić, by z powrotem zeswatać ojca z matką.

Spośród wszystkich tych wenerycznych okropności, o jakich pisze Charlotte Roche w Wilgotnych miejscach, wyłania się portret młodej dziewczyny, okrutnie samotnej i skłóconej ze światem, bardzo wrażliwej i zmysłowej. Helen co prawda nie przypadła mi do gustu, ale nie dlatego, że podrzuca do wind zużyte tampony własnej roboty lub nosi w pochwie pestki owoców. Cóż, sama jestem zdziwiona, powinno to chyba u mnie wywołać większe odczucie wstrętu, ale ja zamiast opieprzyć Helen, chciałam po prostu ją przytulić. I powiedzieć, że ma bardzo artystyczną duszę, więc niech się w końcu otrząśnie i weźmie do roboty, bo marnuje swoje życie.

Z drugiej strony, nie każdy doznał w swoim życiu takiej traumy, jak właśnie bohaterka Wilgotnych miejsc. To, co wydarzyło się w jej domu, kiedy była dzieckiem, wstrząsnęło mnie o wiele bardziej niż wszystkie opisy jej rany pooperacyjnej razem wzięte. Dzięki temu (oraz niedawnej rozmowie z Zimnym, który zresztą pożyczył mi tę ważną lekturę) uświadomiłam sobie, że wszyscy, mniej lub bardziej, jesteśmy w pewnym sensie ofiarą wychowania naszych rodziców. Pomijając głębokie urazy, które zostały nam zadane z premedytacją, co – mimo upływu lat – może zostać nigdy niewybaczone, nawet pozorne drobiazgi zostają w naszej jaźni przez całe lata… Bycie rodzicem nagle wydaje mi się być niesamowicie skomplikowanym wyzwaniem. Jak to się dzieje, że przez tyle tysięcy lat udało nam się nie wyginąć, a w dodatku jest nas ponad siedem miliardów na tym padole łez? I czy w związku z tym wszyscy jesteśmy w pewien sposób skrzywieni – normalni zwyczajnie nie istnieją? Jak sądzicie?

Wracając do Wilgotnych miejsc.
To pierwsza książka, która porusza temat kobiecej intymności i higieny, na jaką udało mi się trafić. Nikt wcześniej chyba nie przedstawił tego tematu w formie beletrystycznej. Słyszeliście o czymś podobnym? Mniejsza, ponieważ na pewno nikt wcześniej nie zrobił tego tak dobitnie i obrazowo. Początkowe sceny faktycznie były drastyczne, jednak później przyzwyczaiłam się do hobby Helen, którym była nieustanna zabawa z jej ciałem. Może nawet za bardzo, gdyż straciłam w pewnym momencie zainteresowanie lekturą. Akcja nie jest porywająca i skupia się tak naprawdę tylko wobec nieustannych prób Helen do ponownego połączenia rodziców. Na szczęście książka nie jest długa, a finał można nawet pozytywnie zinterpretować. Prosty język, jaki został zastosowany przez autorkę, tylko przyspiesza lekturę.

Moje wnioski po przeczytaniu tej powieści?
1. To bardzo smutne, że czasem jesteśmy tak złaknieni odrobiny miłości, iż gotowi jesteśmy zadać sobie największy ból, by poczuć jej namiastkę.
2. Rodzice są tak samo największym oparciem, jak i najgorszymi oprawcami dla swoich dzieci.
3. Dziewczyny – myjcie cipki.

8/10

A kto z Was widział ekranizację Wilgotnych miejsc?

Wypiorę Ci mózg tym postem, oby!

Wypiorę Ci mózg tym postem, oby!

Dawno temu wymyśliłam, że będę pisarką. A teraz nawet bloga przestałam pisać. Zaraz sprawdzimy, czy wciąż potrafię to robić. Koniecznie dajcie znać, jak mi poszło.
Dzisiaj notka o częściowym odnajdywaniu szczęścia, czyli o tym, jak być sobą. To moje refleksje z całego dnia, podczas którego miałam czytać i pisać, a skończyłam na oglądaniu YouTube’a.
Mój współlokator (uwielbiam tak zaczynać opowieści) postanowił robić pranie. Nie wiem, jaki jest Wasz stosunek do prac domowych i takich niby obligatoryjnych obowiązków jak sprzątanie, ale pranie robić warto, potwierdzone info. I tak jak nie bardzo przepadam za myciem naczyń, odkurzam raz na ruski rok, a każdą czynność związaną z systematycznym utrzymywaniem ładu w najbliższym otoczeniu odwlekam w nieskończoność, tak pranie uwielbiam robić. Odnajduję w tym zajęciu spokój, pewną celowość. Bez czystych ubrań nie będę się czuła ładnie, a muszę czuć się ładnie, żeby wierzyć, że naprawdę jestem ładna, co wpływa bardzo na moją wydajność. No wiecie, takie pitu-pitu, bo tak naprawdę chodzi o to, że nastawia się pralkę i ona sama pierze przez godzinę i jedenaście minut. I w tym czasie można zrobić wszystko. Na przykład koktajl, który zostanie skonsumowany podczas oglądania najnowszego odcinka Gry o tron. Albo napisać recenzję książki na bloga. Albo zdrzemnąć się. Cokolwiek.
To tylko dygresja, przepraszam, już wracam do meritum.
Każdy, kto samodzielnie robi pranie, bo na przykład nie mieszka już z rodzicami, wie, że kiedy pranie się skończy, należy je wyjąć i rozwiesić na suszarce. Jeśli zrobi się to w odpowiedni sposób, to znaczy starannie, nawet później nie trzeba prasować. (Prasowanie, mówiąc w skrócie, jest już chujowe, chyba że prasuje się ciuchy ukochanej osoby – wtedy troszkę mniej). Ale jeśli nie wyjmiesz prania przez kilka godzin, bo na przykład będziesz pić piwko z kumplem przez dwie i pół godziny, a później wypadniesz do pubu, żeby spotkać się ze znajomymi i porobić nie wiadomo co, nie wiadomo po co (nie wiadomo co, nie wiadomo po co – to pogardliwe określenie rozrywki), wówczas będziesz miał problem. Ponieważ Twoje pranie będzie jebać jak pleśniejące trampki, kiedy wreszcie otworzysz pralkę i rozwiesisz swoje szmaty w korytarzu, skąd paraliżujący smród docierać będzie do każdego kąta w sześciopokojowym mieszkaniu.
Mój współlokator nie przejmuje się podłym czynem, którego dokonał. Spakował manatki i z samego rana pojechał na wieczór kawalerski do Warszawki. A ja, po piątkowym wieczorze, zakończonym rozmową z kierowcą Ubera o Kazimierzu Nowaku (lajkować dziada!) gdzieś koło trzeciej nad ranem, nie od razu zrozumiałam, co tak paskudnie śmierdzi.
Kiedy wychodziłam z mojej słodkiej jamki (pokoju zabałaganionego, ale nie brudnego, to różnica, utrzymuję higienę osobistą i przestrzeni wokół mnie na poziomie średnio wysokim), by kupić truskawki na kaca, w drodze do drzwi z mieszkania zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem tak nie cuchnie moje wnętrze. Dusza w sensie. Bądź co bądź, do świętych nie należę.
Ale nie, to było zatęchłe pranie.
Dlaczego ja w ogóle opisuję Wam tę historię?
Po pierwsze, jestem rozgoryczona. Kiedy ma się kaca, bardzo źle znosi się wszelakie zapachy, a co dopiero takie.
Po drugie, kiedy mój współlokator wróci, będzie w opałach. Dlatego, że spuszczę mu łomot, ale mniejsza o to. Ważniejsze jest to, że będzie mu śmierdzieć pościel i będzie w niej musiał spać. Albo i gorzej: będzie musiał powtórnie zrobić pranie, co może kłócić się z planami praniowymi pozostałych współlokatorów. (Już się kłóci z moimi, nie ma to jak niedzielne pranko).
Reasumując,
chwila zapomnienia albo krótkotrwały brak pomyślunku skutkuje katastrofalnymi, długotrwałymi konsekwencjami. I to nie tylko w życiu głównego winowajcy, ale również osób, które znajdują się względnie blisko niego, choć na to zupełnie nie zasłużyły*.
(Ponieważ są chodzącymi po ziemi aniołami, serio, serio. Serio. Przynajmniej ci, którzy mieszkają z nami na Łazarskim Rejonie).
A gdyby tak nie iść na tę imprezkę i wywiesić pranie w odpowiednim momencie?
Pewnie nie zmotywowałabym się do pisania na blogu.
Drugie dno tej współczesnej paraboli z Ewangelii wg Bohara** mówi
o podejmowaniu słusznych decyzji w porę, by nie doznać krzywdy w przyszłości. 
Być może jesteście teraz w takim momencie, że chodzicie do liceum i nie wiecie, z czego za rok zdawać maturę. Albo właśnie zdaliście maturę, ale nie macie zielonego pojęcia, po co. Albo jeszcze chodzicie sobie na studia i zdajecie sobie sprawę z tego, że robicie to tylko dla uzyskania papieru. I nagle dostajecie palpitacji serca albo popadacie w nastrój okołodepresyjny, bo nie wiecie, co dalej i po co. Myślicie, że nie macie żadnego talentu, że nie jesteście stworzeni konkretnie do jakiejś czynności, więc co teraz, i czy coś w ogóle. Tak to już ma wyglądać do końca życia? Wrzucanie do pralki ciuchów, by mieć w co się ubrać do pracy, którą wybrało się na drodze przypadku, siedzieć w niej osiem godzin, potem piwko z kumplami albo aerobik z kumpelkami, co kto woli, i byle szybko zahaczyć jakiegoś partnera/partnerkę, bo jak się nudzić, to lepiej z kimś? Tylko dlatego, że kiedy miało się naście lat, nie zastanowiłeś się, jak chciałbyś, by wyglądało Twoje życie, bo z góry założyłeś, że i tak nie będzie wyglądało dokładnie tak, jak chcesz? Bo nie wiedziałeś, że to odpowiedni momenty, by podjąć decyzję i w ogóle nie byłeś świadomy, że taką decyzję warto już teraz podjąć?
 
Życie jest popierdolone i nie ulega to żadnej wątpliwości. Często czujemy się jak pranie w bębnie, kiedy maszyna ustawiona jest na 900 obrotów.
Pamiętam, jak to było, kiedy chodziliśmy do liceum i wybieraliśmy przedmioty do matury, co miało zadecydować o tym, jakimi osobami będziemy w przyszłości. Prawnikami. Tłumaczami. Nauczycielami. Dietetykami. Sprzedawcami.
I, heh, pisarzami.
Serio, stary?
Czy gdybym zdawała na maturze rozszerzoną matmę, zostałabym inżynierem zamiast autorką? Czy gdybym poszła na studia związane z konstrukcją maszyn, nie miałabym szansy na napisanie książki?
Nie studia i nie liceum decydują o tym, kim będziesz, gdy dorośniesz. To nie są te momenty. 
Ten moment jest dużo wcześniej. Kiedy zaczynasz rozumieć, że świat jest dużo większy niż Twoje podwórko między blokami na osiedlu.
Kiedy zaczynasz rozumieć, że zawody to nie tylko pani za kasą w pobliskim spożywczaku, która maca Ci czipsy przed sprzedażą, by sprawdzić, czy w środku jest kapsel z pokemonem ani twój tata, operator wtryskarek. Kiedy otwierasz oczy i widzisz na plakacie na przystanku panią ze śnieżnobiałym uśmiechem i dociera do ciebie, że stanie przed obiektywem to też może być praca, choć początkowo tak trudno w to uwierzyć.
Przypomnij sobie, co chciałeś robić za dzieciaka. O czym marzyłeś. Na wspomnienia na szczęście nigdy nie jest za późno.
Może chciałaś być aktorką, a może pragnąłeś śpiewać?
A może chciałeś pisać?
Jeśli wstawiło się pranie, nie można po prostu otworzyć drzwiczek i wyjąć ciuchów. Woda się wyleje. Zamek się popsuje. Pokopie nas prąd. Skutki będą opłakane. Ktoś za nas nastawił pranie w tym życiu. Zdecydował, że musimy prędzej czy później podjąć decyzję. Ale na szczęście mamy ich nieskończoną ilość. Ważne tylko, by odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jesteśmy szczęśliwi, wykonując to, czym aktualnie się zajmujemy? I jeśli nie, zajmijmy się wreszcie czym innym. Ponieważ lepiej szybciej niż za późno. Nikt nie chce żyć w smrodzie niespełnienia i braku samorealizacji. To Twój obowiązek wobec samego siebie i całego Wszechświata, czy tego chcesz, czy nie.
A jeśli krzywo rozwiesi mi się pranie? Bo może nie mam talentu do jego wieszania? Niech już lepiej poleży w tej pralce i poczeka na lepsze czasy… Na pewno przyjdzie któryś z moich współlokatorów i je za mnie rozwiesi…
Co za bullshit.
Umiesz liczyć, licz na siebie.
Strach przed nieznanym jest rzeczą naturalną. Wiara we własne możliwości – również. Ale rozejrzyj się. Wystarczy rozwiesić pranie kilka razy, by wreszcie nauczyć się to robić perfekcyjnie. To samo z wszystkimi innymi czynnościami. Na przykład z robieniem kariery.
Widać było to już w szkole. Jedni musieli się napracować, by mieć piątkę z fizyki. Rozwiązywali dziesiątki zadań i ostatecznie udawało im się przygotować do sprawdzianów. Inni (ja na przykład) – ostro kombinowali. Zapisywali się chociażby do chóru, prowadzonego przez nauczycielkę fizyki i zamiast odrabiać zadania domowe, jeździli na występy. Może to nie do końca fair, ale tak samo jak z tymi utalentowanymi, którzy po prostu łapią, że prędkość to nie szybkość, w związku z czym nie muszą poświęcić prawie nic a nic, by rozwiązać bezbłędnie wszystkie zadania na teście. Tylko że nie o to chodzi, kto do czego ma predyspozycje, tylko jak się przykłada do realizowania swoich założeń.
Nawet głuchy może nauczyć się śpiewać.
Skoro już dotarło do Ciebie, że jesteś nieszczęśliwy, zmień to.
A skoro uważasz, że robisz to, co kochasz, napisz o tym w komentarzu.
I najważniejsze: wyjmij pranie na czas, zwłaszcza, jeśli mieszkasz z szóstką innych ludzi, z których jedna cierpi od przedawkowania poważnych, emocjonalnych, twórczych dyskusji.
_______________________________________________________________
* Przeczytajcie to na głos. Jak to strasznie brzmi! Też macie takie wrażenie?
** Tak bowiem zwie się mój współlokator.