Grubasy śmierdzą. Czy to mit? Stereotyp? Duby smalone? Czy w ogóle można kogokolwiek nazywać grubasem albo tłuściochem? Jeżeli chcesz poznać odpowiedź na to pytanie, poczekaj i przeczytaj wstępniak, może wówczas obrzucisz mnie mniejszą porcją gówna.

Po zeszłorocznej akcji, która zebrała niemal krwawe żniwo, kiedy postanowiłam napisać o problemie nadwagi wśród pewnego zakątka vlogowego światka, wiem już, że należy być delikatnym w doborze słów, by nikogo nie urazić. Nie to mam na celu. Chcę, by moje teksty dotarły do Was, poruszyły czulszą strunę i przyczyniły się do polepszenia sytuacji na świecie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że całym światem nie zatrzęsę tak, by zmienił się w Nibylandię (która też przecież nie była idealna – piraci!), ale może moje doświadczenia podziałają na Was choć troszkę motywująco? A jako że to moje doświadczenia, to choć od roku mocno pracuję nad trzymaniem języka za zębami i byciem bardziej subtelną, mój sposób ekspresji raczej się nie zmienił. W związku z tym, kiedy mówię do siebie w myślach, nie nazywam siebie słodką laleczką czy misiem lubisiem. Najczęściej po prostu walę do siebie z grubej rury: ty głupia, głupia, głupia żałosna dziewczynko, coś ty znowu nabroiła. I równie często: Emilka, ty wstrętny grubasie, weź się za siebie.

Jeżeli zatem należycie do tej wrażliwej części społeczeństwa, nie czytajcie dalej. To tekst bez cenzury, tylko dla niewybrednych czytelników.

Według mnie grubasy śmierdzą. Dosłownie i w przenośni. Wiem po sobie.
Chodzi o prysznic, a w zasadzie jego brak. Więcej tłuszczu przekłada się na większe zmęczenie. Większe zmęczenie z kolei prowadzi do zwiększonego wydzielania potu przez organizm. Pot uwielbiają bakterie, przez których działanie bierze się ten smród przypominający zapach lejsów o smaku zielonej cebulki. Ponieważ grubasy pożerają paskudztwa, czyli nałogowo wpieprzają czisy z maka, wylizują ostatnie smużki nutelli ze słoików, i tak dalej, żołądek nie jest w stanie tego świństwa szybko strawić, więc czasami grubasom nawet wali z ust.
Byłam w tamtym miejscu. Jedną nogą.
Najgorsze, że wejście pod prysznic przepełniało mnie lękiem. Musiałam wtedy patrzeć na obwisłe worki, które utworzyły się w miejscu ramion, na czerwone kreski pomiędzy fałdami tłuszczu, jakie miałam zamiast brzucha oraz męczyć się, by precyzyjnie trafić maszynką do miejsc intymnych. Często woda lejąca się ze słuchawki mieszała się z moimi łzami.
Śmierdziało więc ode mnie też beznadzieją.

(Boże, jakie to smutne, zaraz znowu się poryczę).

Ale wyszłam stamtąd. Nie było lekko, potrzebowałam pomocy, sama nie miałam w sobie tyle siły. Nie, nie płaciłam za dietetyka czy trenera osobistego. Pomogły mi przyjaźń i internet. A później już sama wiedziałam, czego chcę. Odnalezienie wewnętrznej motywacji przyszło dopiero później, więc nie przejmujcie się, że ochota na ćwiczenia Wam mija, kiedy przez pół doby nie macie do czynienia z motywującymi memami. Na wszystko przyjdzie czas.

Dlaczego ja w ogóle o tym piszę?
Bo zaraz idę robić wygibasy z matą i ciężarkami.
Bo wczoraj rozmawiałam z Zimnym, który zaczął ćwiczyć, zdrowiej jeść i cieszę się jego szczęściem.
Bo nadwaga to coraz poważniejszy problem i prawie zawsze wychodzi z syfu, jaki mamy w naszych głowach. Prawda jest taka, że nie będziemy wyglądali idealnie, póki nie uporządkujemy swoich spraw, póki nie zrobi nam się lepiej na umyśle. Ale z drugiej strony,
regularne ćwiczenia naprawdę mogą pomóc usystematyzować pewne rzeczy i pomóc w psychicznym stanięciu na nogi.

Bądźcie piękni, bądźcie zdrowi.
Ale nie wierzcie w to, co mówią, że zmiana diety jest łatwa, że od razu później czujesz się lepiej i masz więcej energii, że ćwiczenia to sama przyjemność.
Pamiętam, że w prawdziwego doła wpadłam ponad rok temu, kiedy widziałam, jak Zuzia wykonuje wszystkie ćwiczenia z naszej playlisty, a ja po trzech powtórzeniach mam ochotę wyskoczyć przez okno i uciec, czego oczywiście nie zrobię, bo nie mam na to zupełnie siły. Pamiętam, jakim cierpieniem było wpychanie w siebie śniadania zaraz po wstaniu zamiast nasycenia się papierosem. Jak źle się czułam, kiedy zamiast cziperków i fryteczek z majonkiem zaczynałam faszerować się brokułami. Naprawdę bolał mnie żołądek. I czułam potężny stres, no bo co, jeśli to nie podziała?

Ale słuchajcie, spróbujcie, dobra? Co Wam szkodzi trochę się przemęczyć? Są wakacje, rzućcie te lapki i tablety w cholerę, nie musicie spędzać przed nimi całego dnia. Pot po ćwiczeniach śmierdzi o wiele mniej niż pot wstydu. Nawet, jeśli jesteście w miarę szczupli, to nie oznacza, że nie macie się ruszać, jasne? Zbudowanie kilku mięśni też jest w miarę spoko. (Byle nie przesadzać).

Piszę tu do nas wszystkich, tych, którzy piszą i czytają na potęgę, a do tego starają się coś ugrać w sołszal midia. Siedzimy na dupach większą część doby. Za dziesięć lat będziemy krzyżówkami wielbłądów i ciężarówek (bo duże opony, łapiecie, nie?), więc pomyślcie o tym, by może jednak zachować atrakcyjność na później. By lepiej się czuć.

Kocham literaturę.
Czytam nałogowo, ale nie wyobrażam sobie przedłożyć lektury nad akcję we własnym życiu. Tak samo jestem uzależniona od rozwijania fabuły w rzeczywistości, jak i na kartkach Worda. 
Nie chcę być w przyszłości stereotypową pisarką, która wygląda albo jak niedożywiona wiewiórka, albo czarna wrona, która musi wystąpić w Tańcu z gwiazdami, by nauczyć się na nowo żyć. Z góry przepraszam za niezbyt zawoalowany prztyczek w stronę bestsellerowych polskich twórczyń prozy kobiecej. Kimże ja jestem, by krytykować, jak kto wygląda?

Nikim. Szczerze powiedziawszy, nikt nie ma do tego prawa. Ale mogę krytykować samą siebie. Mogę i robię to. Wiem, że to, jak wyglądam, nie odzwierciedla mojego wnętrza i pragnę, by inni ludzie, poza tymi najbliższymi, również nie musieli używać rentgena, by przedrzeć się przez kotary tłuszczu i dostrzec piękno, które gdzieś tam we mnie jest.

Jak w każdym człowieku, o czym jestem przekonana.

Napiszcie proszę, czy Wy też mieliście problemy ze zdrowym trybem życia i dlaczego. Czy w ogóle się tym przejmujecie i jak w ogóle wygląda to w środowisku osób prowadzących bloga. Wesprzyjmy się.

Ale żeby nie popadać ze skrajności w skrajność – przestroga od Taco.