Katarzyna Bonda – Maszyna do pisania

Katarzyna Bonda – Maszyna do pisania

Jeśli myślisz, że poradniki tak naprawdę są do dupy, to jesteś w błędzie. Bo o tyle, o ile trudno znaleźć dobrą książkę o pisaniu, o tyle Katarzyna Bonda i jej Maszyna do pisania odwaliły naprawdę dobrą robotę.

Wychodzę z założenia, że nie wystarczy czytać co popadnie, by stać się dobrym pisarzem. Im szersze nasze rozeznanie, tym lepiej dla nas. Pośród fantastyki, prozy psychologicznej, horrorów i romansów musimy znaleźć czas na czytanie o kreatywnym pisaniu.

Myślicie, że to strata czasu?

To nigdy nie jest strata czasu, nawet, jeśli poradnik jest słaby. Bo dzięki temu możemy się dowiedzieć, ile potrafimy już ponad to, co zostało napisane przez autora książki. A nawet, jeśli poradnik jest zbiorem samych banałów, to i o takich warto sobie przypomnieć. Czasem umykają nam jawne oczywistości, zaś dzięki takim poradnikowym tekstom można uniknąć niedociągnięć w swoich tekstach.

Katarzyna Bonda w Maszynie do pisania zawarła oprócz znanych wszystkim banałów naprawdę wartościowe uwagi, których nie sposób było odnaleźć nawet w Pamiętniku rzemieślnika Stephena Kinga. Książka mistrza horroru przypominała raczej rozmowę z kumplem literatem przy dobrym piwku, natomiast lektura poradnika królowej polskiego kryminału to rzetelny wykład połączony z ćwiczeniami.

Bonda największą część swojej książki poświęca konstrukcji bohatera. Mimo że w tym zagadnieniu czuję się naprawdę pewnie, to autorka uświadomiła mi, że były rzeczy, które wcześniej niestety mi umknęły. Na szczęście błyskawicznie się dokształciłam.

Najcenniejsze dla mnie były wiadomości z zakresu teorii. Od zawsze cierpiałam na niedobory wiedzy o budowaniu fabuły. Teraz wiem już, że utrzymywanie napięcia w czytelniku to zabieg kilku dobrych chwytów, nic więcej. Można się tego nauczyć, naprawdę nie trzeba być geniuszem.

Jeszcze jedną wielką zaletą poradnika jest to, że lektura od razu motywuje do pisania. Trudno było mi się momentami skupić na dalszym czytaniu. Chciałam pędzić przed laptop i pisać kolejne rozdziały mojej książki. Nawet wtedy, kiedy nie zgadzałam się z kilkoma zdaniami przekazanymi przez Bondę. Albo kiedy przeskakiwałam wzrokiem po trzy, cztery linijki, bo choć pisarka oducza lania wody, to jej samej niestety zdarza się trochę zbyt rozwodzić nad pewnymi zagadnieniami.

Mimo powyższego, jeśli traktujecie pisanie z należytą powagą, koniecznie przeczytajcie Maszynę do pisania i zróbcie notatki. A później do roboty.

9/10

 

Bohater prawdziwy, cz. 3 – Przyszłość postaci, czyli co nas kręci, co nas podnieca

Bohater prawdziwy, cz. 3 – Przyszłość postaci, czyli co nas kręci, co nas podnieca

Czytelnik dopiero wtedy zostanie bez reszty pochłonięty przez fabułę, kiedy zrozumie, czego chce i pragnie bohater. O ile pierwsze jest dosyć oczywiste, o tyle o drugim sam bohater może nie mieć bladego pojęcia. Ważne, by wiedział o tym narrator.

Zanim przejdziemy do szczegółowej analizy tego zagadnienia, chciałabym, byśmy wszyscy zrozumieli różnice między marzeniami, celami; naszymi świadomymi chceniami, a ukrytymi w podświadomości pragnieniami.

Marzenie to coś, co pozwala nam stać z łóżka rano, osładza czas bólu. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to coś nieuchwytnego, być może trudnego do zrealizowania lub zupełnie niemożliwego. Albo się z tym godzimy, albo nie. I wówczas zamieniamy marzenie w cel.

Cel to z kolei ostatni, najwyższy stopień schodów, po których codziennie się wspinamy. Systematycznie, z determinacją, dążymy do jego osiągnięcia. Jeśli nie uwierzymy, że jest naprawdę do zrealizowania, nici z naszej wspinaczki.

Marzenia i cele mogą być w pełni przez nas zdefiniowane. Obmyślone na tysiąc jeden sposobów.

Ale w naszej psychice istnieją jeszcze pragnienia, z których nie zawsze zdajemy sobie sprawę.

To one sprawiają, dlaczego zachowujemy się w konkretnej sytuacji tak, a nie inaczej, być może nielogicznie, odstępując od naszych celów. Są różnymi namiętnościami, które ujawniają się w najmniej oczekiwanych momentach. Mogą w dużej mierze wynikać z naszych niedostatków z przeszłości, najczęściej z okresu dzieciństwa.

I dlatego, jeśli opuściliście poprzednią część poradnika, lepiej do niej powróćcie i skupcie się na dokładnym wypełnieniu formularza ćwiczeniowego. Bez uważnej analizy przeszłości Waszego bohatera prawdziwego będziecie mogli napisać prostą opowiastkę o jego jawnych celach i poszukiwaniach, wobec których oscylować będzie fabuła utworu. Jeśli jednak dojrzeliście na tyle, by zbudować ciekawszą fabułę, która porwie czytelnika bez reszty, musicie naprawdę się przyłożyć i zgłębić psychikę Waszej postaci bardziej, niż potrafi to ona sama. Musicie wiedzieć o swoim bohaterze prawdziwym po prostu wszystko.

Jeśli już macie to za sobą, możemy zaczynać.

Osoba bez marzeń jest tylko nędzną imitacją istoty człowieczej.

Osoba bez konkretnych celów łatwo popadnie w depresję. Nie będzie miała powodów do rozwoju, więc rozmowy z nią nikomu nie przyniosą żadnego pożytku. Z taką osobą nie warto się zadawać, a co dopiero o niej pisać.

Zastanów się, o czym marzy Twój bohater. Znajdź trzy marzenia i wybierz to najbardziej do niego pasujące. To cel dalekosiężny, definiujący jego osobowość. To nie na nim budować będziesz kanwę swojej opowieści.

Goniąc za marzeniami, Twój bohater prawdziwy odnajdzie swoją teraźniejszość, o czym w następnej części poradnika. Moja bohaterka prawdziwa marzyła o kilku rzeczach na raz. Nie były to wymyślne rzeczy. Chciała wyjechać na wakacje do Hollywood. W przyszłości być szanowaną kobietą biznesu z kilkoma znaczącymi sukcesami finansowymi na koncie. A także kochać i być kochaną.

Najważniejszym marzeniem, na którym się skupiła, to kochać i być kochaną. Odnalezienie i utrzymanie przy sobie miłości stało się jej świadomym celem. Mówiąc ogólnie: moja bohaterka prawdziwa chciała mieć chłopaka.

By jednak to osiągnąć, musiała sprostać swoim demonom przeszłości. Dzieciństwo zafundowało jej sporo niedostatków emocjonalnych, a nie jest łatwo nawiązać zdrową relację, kiedy nosi się na barkach spore brzemię psychiczne. Obserwowanie zmagań bohaterki z samą sobą to coś, jej przemiana w dążeniu do celu to coś, co czytelnik będzie obserwował z ogromną uwagą.

Ponieważ chcemy, by lektura wciągnęła czytelnika bez reszty już od samego początku, zazwyczaj wskazane jest, by czytelnik polubił naszą postać. I lubił, a nawet kochał ją wciąż, zarówno w rozwinięciu, jak i po zakończeniu akcji. Dlatego, mimo przemiany osobowości bohatera prawdziwego, warto przed przystąpieniem pisania książki wynotować w swoim konspekcie trzy rzeczy, które nigdy się nie zmienią w naszej postaci.

To jej prawdziwa esencja, coś, czego nie pozbędzie się, choćby w przyszłości nie wiadomo co ją spotkało.

Niech zapadnie czytelnikowi w pamięć!

Moja bohaterka prawdziwa, z racji posiadania owczarka niemieckiego w dzieciństwie, zawsze, do ostatnich dni swojego życia, pałać będzie ciepłymi uczuciami do wielkich psów. Będzie też przywiązywać uwagę do swojego wyglądu, ponieważ jest świadoma, jak wizerunek działa na innych ludzi. I nie zmieni sposobu wyrażania się – wulgaryzmy tak przeniknęły do jej osobistego słownika, że nie będzie w stanie ich wyplenić. A nawet nie odczuje takiej potrzeby.

Jeżeli zamierzasz swojego bohatera prawdziwego naprawdę rozwinąć lub radykalnie odmienić w trakcie fabuły utworu, pozostaw choć te trzy rzeczy, które nigdy się nie zmienią. Miej je w pamięci, wspomnij o nich na początku, w rozwinięciu i zarysuj na zakończenie, by czytelnik nie odniósł wrażenia, że tamta osoba została uprowadzona przez kosmitów.

Ale zejdźmy głębiej.

Wydobądźmy z postaci to, co wyjdzie z niej prędzej czy później,

nieważne, czy będzie tego chciała, czy nie.

Moja bohaterka prawdziwa uważa, że kiedy znajdzie miłość swojego życia, wszystko się ułoży. Ale okazuje się, iż nie to jest jej najgłębiej skrywanym pragnieniem. Nie chodzi jej wcale o jedną osobę do kochania, ale całe stado. Pragnie odnalezienia rodziny – tej prawdziwej, wybranej przez siebie, nie tej, z którą łączą ją tylko i wyłącznie więzy krwi. Chce znaleźć ludzi, wśród których będzie się czuła bezpiecznie, na których zawsze będzie mogła liczyć. Dlatego, gdy dojdzie do konfliktu między ukochanym a jej przyjaciółmi, na kogo postawi? Bo, niestety, to właśnie konflikt będzie jednym z najważniejszych miejsc akcji. Tak jak i my, nasi bohaterowie muszą dokonywać nieustannych wyborów, często bardzo bolesnych.

Narrator nie musi zawsze o najskrytszych pragnieniach bohatera mówić wprost.

Miło by było, gdyby wykazał się szacunkiem dla swojego czytelnika i pozwolił mu wysnuć pewne wnioski samodzielnie, spomiędzy wersów.

A Ty, jako przyszły narrator, wypisz kilka marzeń i celów swojego bohatera prawdziwego. Miej z czego wybierać, zanim dokonasz selekcji, na której zbudujesz warstwę fabularną książki. Im mniej celów, tym łatwiej napisać tekst, ale im więcej, tym często ciekawiej. Pamiętaj jednak, że tu czyha niebezpieczeństwo. Jeśli będziesz się zbyt mocno rozdrabniać, możesz… nigdy nie ukończyć książki.

Jeżeli jesteś debiutantem, stanowczo odradzam Ci wielowątkowe, skomplikowane fabuły.

Wybacz, ale najważniejsze, byś ukończył swoją pierwszą książkę. Niech będzie porządna. I niech ma swój koniec. Nieistotne, jak długo będziesz nad nią ślęczał, za kilka, kilkanaście lat uznasz, że i tak była niewypałem. Grunt to ruszyć dalej. W poszukiwaniu kolejnych historii bohaterów prawdziwych.

Dlatego do zobaczenia za tydzień! Koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia, w końcu trzecia część poradnika właśnie za nami! Czy moje wskazówki są dla Was oczywistościami? A może udało mi się przekazać Wam coś nowego? Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń. I jeśli Wam się spodobało, nie zapomnijcie polubić Fabryki dygresji na Facebooku!

Fabryka życia #5 – Kra kra kraj, czyli czy naprawdę trzeba wybierać…

Fabryka życia #5 – Kra kra kraj, czyli czy naprawdę trzeba wybierać…

… między swoimi miłościami? Nie martwcie się, nie będzie spoilerów.

Po raz kolejny doceniam uroki prowadzenia na blogu takiego quasi pamiętnika. W prywatnym zeszycie, w którym notuję wybiórczo ważniejsze zdarzenia, głównie skupiam się na wyrzucaniu z siebie emocji, jakie tłumię w sobie za dnia. Teraz, gdy palce długie chwile wiszą nad klawiaturą, a później spokojnie wystukują kolejne litery, zaczynam myśleć, analizować, naprawdę się uspokajać, a nie tylko wprowadzać się w stan pozornego wyciszenia. Oddycham powoli. Zza okien dobiegają odgłosy ospałej niedzielnej ulicy. Ostatni tydzień był wariactwem. Kolejny będzie ukojeniem. Tak właśnie postanowiłam.

Pozornie nic się nie zmieniło, ale wysoko nad ziemią gęstnieją chyba obłoki zmian. Nie wiem, kiedy nadejdzie pora deszczowa, która zmyje ze mnie pył ostatnich ekscytujących, ale trudnych lat. Sama perspektywa brzmi jednak bardzo kusząco, a ja wiercę się już w miejscu. Trudno mi wytrzymać. Potrzebuję nowości. Przypomniałam sobie, że pracuję już w jednym miejscu dwa lata. Magiczne i feralne dwa lata.

Jako dziecko zmieniałam właśnie co dwa lata nauczycielki fortepianu. A później co dwa lata kursy językowe. I inne zainteresowania. Przez dwa lata zajmowałam się śpiewaniem, kolejne dwa lata pisałam teksty do gazetki szkolnej. Przez dwa lata tak naprawdę solidnie angażowałam się w naukę na studiach… I tylko pisanie kontynuuję nieustannie, od kiedy skończyłam 6 lat.

Jak to jest, że niektórzy wytrzymują dziesięć, dwadzieścia i więcej (sic!) lat w tym samym miejscu pracy? W tym samym mieście? Wśród tych samych ludzi? Ja już po prostu nie potrafię usiedzieć na dupie.

To nie tak, że nie lubię swojej pracy. Uwielbiam ją, pasjonuje mnie, sprawia mnóstwo satysfakcji. Ostatnio wszak wkradła się rutyna, której wcześniej nie było, co wpływa na mój nie najlepszy nastrój.

A może to tylko zima.

Na szczęście mam swoje historie. Rok 2017 będzie dla mnie przełomowym pod względem przepracowanych nad tekstami godzin. Chyba zacznę je liczyć. Właśnie skończyłam czytać książkę Katarzyny Bondy, Maszynę do pisania. Przyznam, że wizerunek pisarki nigdy nie kojarzył mi się przyjaźnie. Blondwłosa wystrojona lala, która pisze kryminały. O, jakże się myliłam! Wystarczyło obejrzeć tylko jeden filmik na YT, żeby zupełnie zmienić zdanie. Takiej konkretnej kobiety już dawno nie widziałam. Wracając jednak do meritum, śmiem twierdzić, że nie jestem szalona, uważając, że odniosę sukces literacki. Wariactwo wychodzi wcześniej, przy wiązaniu swojego życia z karierą pisarską, bo to praca dla masochistów, ale jeśli się już postanowiło, jeśli się nieustannie pracuje, i robi się to dobrze, nie ma co się nie udać.

Zawsze tak miałam, może to syndrom jedynaczki, że porywam się na to, co mi wszyscy odradzają. Wybór liceum, potem studiów, prowadzących zajęcia… Teraz wszyscy oswoili się chyba o myśleniu o mnie jak o literatce (no, może z wyjątkiem moich rodziców), i sama już przestałam pytać się: po co?, jednak ciężar pozostał. Wiem, po co go niosę i dlaczego, ale czasami i tak się załamuję.

Pewnie dlatego, że zupełnie nie potrafię walczyć z pokusami.

Idę sobie całkiem prostą drogą i nagle zza krzaków wyskakuje mi taka pokusa. I ja nawet nie pomyślę, nie zastanowię się, tylko włażę za nią w te krzaczory i siedzę, i marnotrawię czas. Bo czas, którego nie spędzam na pisaniu, jest dla mnie siłą rzeczy czasem straconym. Brzmi to strasznie egocentrycznie, ale tak właśnie czuję.

I boję się jeszcze stanięcia na rozdrożu w tej mojej literackiej karierze. A po wczorajszym seansie kinowym La La Landu nie wiem, czy przypadkiem już tam nie jestem. Dlaczego idąc w lewo nie można równocześnie iść w prawo? Dlaczego naukowcy nie skupią się przede wszystkim na zgłębianiu bilokacji, zamiast marnotrawić czas na budowanie jakichś humanoidów?

Świadomość tego, że posiadamy jedno życie, nawet jeśli to przekonanie jest mylne, jest doprawdy dobijająca.

Czyżby ten wpis był niepokojąco smutny? Czyżbym odczuwała ze wzmożoną intensywnością weltschmerz albo nastrój depresyjny?

Tak, tak właśnie jest, gdy za mało tworzę. Gdy odnoszę za mało sukcesów związanych z moimi tekstami. Dlatego na koniec tych nudnych, banalnych, w pewien sposób nawet żałosnych wywodów, mam dla Was (i siebie przede wszystkim) całkiem optymistyczne zakończenie.

Nawet ból, który odczuwamy z błahych powodów, jest nam potrzebny. Dla większości ludzi ból jest ostrzeżeniem, że trzeba pilnie o siebie zadbać. Po to boli, żeby wyciągać wnioski. Ale twórcy mogą czerpać z niego inspirację. Kiedy pisze się lepiej? Kiedy ma się złamane serce, czy kiedy jest się szczęśliwie zakochanym i marzy tylko o spędzaniu czasu w objęciach lubego? Odpowiedź chyba jest oczywista. Poza tym trzeba doświadczyć sporo cierpienia, by wiarygodnie przedstawić je w książce. Dlatego żadna emocja w życiu artysty się nie zmarnuje, jest potrzebna, również, a może zwłaszcza, ta negatywna.

No, od razu mi lepiej.

To była Emilka Coelho na nadchodzący tydzień.

Bohater prawdziwy, cz. 2 – Przeszłość postaci, czyli jak wielki cień może rzucić pizza

Bohater prawdziwy, cz. 2 – Przeszłość postaci, czyli jak wielki cień może rzucić pizza

Wiecie, dlaczego o jednych bohaterach zapominamy już na następny dzień po przeczytaniu książki, a o innych pamiętamy całe życie?

Ponieważ ci pierwsi po prostu nam zwisają i powiewają.

Jesteśmy z nimi od pierwszej strony do ostatniej, i kiedy kończy się akcja, kończy się nasza pamięć o nich.

Ale z tymi drugimi mamy czas zaprzyjaźnić się w trakcie lektury. Współczuć, kiedy przydarza im się coś złego i kibicować w osiąganiu celów. Cieszyć się, kiedy odnajdą drugą połówkę lub wreszcie postawią pierwszy krok na Marsie. Ponieważ jesteśmy z nimi w momencie narodzin, obserwujemy ich porażki, znamy ich rodziców, a nawet dziadków, i wiemy, z czym się zawsze borykali. Nie jesteśmy w stanie się tego dowiedzieć z krótkiego czasu akcji książki, będącego jedynie wycinkiem fabuły. W książce nie znajdzie się wszystko, co powstało w głowie pisarza, dotyczące dziejów jego bohatera, tylko te najistotniejsze momenty. Ale nie oznacza to, że przeszłość bohatera może zostać w ogóle pominięta.

Przecież to, jacy jesteśmy, z czegoś się wzięło. Geny, środowisko, w jakim dorastaliśmy, ludzie, jakich spotkaliśmy na swojej drodze.

By Twój bohater był jak najbardziej wiarygodny, nie traktuj go jako swojego bohatera. Pisz o nim tak, jakby był osobą, którą rzeczywiście spotkałeś. Może nawet jak o swojej alternatywnej wersji.

Cofnij się w czasie. Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie?

Jaką jesteś osobą w tym momencie i jak to ze sobą powiążesz?

A gdybyś był osobą, o której chcesz pisać?

Co mogłoby się zdarzyć przed laty i jak ma się to do jej charakteru?

Moja bohaterka prawdziwa słyszy kłótnię rodziców. Sama też krzyczy, później gorzko płacze, ale oni nie zwracają na nią uwagi. Bardzo boli ją głowa. Jest jej smutno i chce się do kogoś przytulić. Wybiera swojego psa. Ten, wielki owczarek niemiecki, śpi smacznie w legowisku, więc desperacko łaknąca ciepła dziewczynka chucha zwierzakowi w nos, a ten, nie wiedząc, co się dzieje, reaguje błyskawicznie. Rozbudzony, gryzie dziewczynkę w łuk brwiowy. Dopiero, kiedy dziewczynka staje przed rodzicami z twarzą zalaną krwią, przestają się kłócić.

Dlaczego jej rodzice się kłócili? Czy matka dała za duży napiwek dostawcy pizzy? Czy łączące ich płomienne uczucie szybko się wypaliło? Czy nigdy nie byli w sobie zakochani i wzięli małżeństwo z rozsądku? Jak długo byli ze sobą, zanim na świecie pojawiły się ich dzieci? I skąd wziął się w ich domu pies, najlepszy przyjaciel mojej bohaterki prawdziwej? Do kogo mała dziewczynka upodobni się z czasem? Do matki-racjonalistki czy temperamentnego ojca?

Czy rodzice będą chcieli mieć na nią jak największy wpływ, czy, zajęci swoimi sprawami, będą pozwalać jej na nocne włóczęgi po średniej wielkości mieście, w którym niełatwo o styczność z przemocą i narkotykami?

Twój bohater stanie się tak prawdziwy, jak środowisko, w którym będzie wyrastać.

Nasiąknie barwami swojego miasta i zapachami domu, do którego będzie wracać. Będzie mówić tak, jak najbliżsi przyjaciele i nosić ubrania odpowiednie do swojego statusu majątkowego, o ile nie zacznie ich kraść ze sklepów.

Kreując postać, nie musisz ze szczegółami opisywać jej przeszłości. Miej ją jednak w swojej głowie. Albo – na papierze. Stwórz kalendarium wszystkich ważnych dat. Urodzin swojego bohatera prawdziwego, pierwszego spotkania z najlepszym przyjacielem, pierwszej negatywnej oceny w szkole, śmierci babci, wyjazdu do innego miasta na studia, pierwszego spalonego blanta, własnej wystawy w galerii sztuki… Rok, miesiąc, dzień. A potem wybierz te trzy najważniejsze, które rzuciły największy cień lub najjaśniejsze światło na charakter postaci. To o nich wspomnisz w retrospekcjach lub w jednym z ciekawszych dialogów swojej książki. Dobrze się nad nimi zastanów.

Rozwód rodziców. Zaczęcie dorosłego życia w zupełnie innej części kraju. Dowiedzenie się, że ukochany mężczyzna ma narzeczoną.

Jeżeli Twój bohater ma około dwudziestu lat, to może wystarczyć. Ale o tym zadecydują czytelnicy. I będą bezlitośni, jeśli te doświadczenia nie przełożą się odpowiednio na charakter postaci. A do czego mogą prowadzić takie momenty w życiu?

Do rozpaczliwego pragnienia znalezienia swojego miejsca na Ziemi wśród osób, którym może się zaufać? Do nieustającego poczucia samotności, bycia zdanym tylko i wyłącznie na siebie? Do zachwiania wiary w szczęśliwe zakończenie, czyli do pesymizmu? A może wręcz przeciwnie, do kochania nowo poznanych ludzi tak bardzo, że strachem napawa znalezienie się na kilka dni gdzie indziej, bez nich? Do rzadko spotykanej umiejętności wybaczania największych przewinień? Do nieprzejmowania się drobnymi niepowodzeniami? Pomyśl, jak takie doświadczenia wpłynęłyby na Ciebie i zastanów się nad tym, czy Twój bohater prawdziwy, przez ciężką przeszłość, nie jest przypadkiem odporniejszy na urazy niż Ty. Czy jeśli Ty byś się załamał, to Twoja postać nie wzruszyłaby jedynie ramionami, przyzwyczajona do kłód rzucanych nieustannie pod nogi przez mściwy los?

Dobry pisarz musi być nie tylko bacznym obserwatorem. Uważam, że empatia jest tak samo ważna. Bohater nie tylko wygląda. Bohater również pamięta i czuje. Pamiętacie mój post z cytatami motywującymi do pisania? Beth Revis, teraz już trzydziestopięcioletnia pisarka fantastyki i sci-fi dla młodzieży, powiedziała kiedyś, że najbardziej inspiruje ją pytanie: co, jeśli…? Przeanalizuj to pytanie pod różnymi kontami. Nie tylko: co by było, gdyby okazało się, że ukochany mojej bohaterki prawdziwej jest jednocześnie z inną kobietą, której obiecał małżeństwo? Ale szerzej: jak mogłaby się zachować? Co by czuła? Czy wybaczyłaby? Czy walczyła o swoje? Czy spróbowałaby szczęścia z kim innym? Czy powiedziałaby komukolwiek o tym wydarzeniu? Zaczęłaby wykrzykiwać głośno, że nienawidzi wszystkich mężczyzn czy raczej zamknęła się w pokoju i nie wychodziła z niego przez długie tygodnie, chyba że akurat musiałaby wyjść po dwie dychy do bankomatu, żeby zapłacić dostawcy za pizzę?

Najważniejszym pytaniem, które musisz zadać sobie na tym etapie tworzenia postaci, jest to, ile siły ma w sobie Twój bohater prawdziwy.

Na ile jego wcześniejsze doświadczenia go umocniły, a na ile złamały. Od tego będą zależeć jego plany na przyszłość, o czym już w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że do tego czasu uzupełnicie kolejne strony (4 i 5) w formularzu ćwiczeniowym, które otrzymaliście po zapisaniu się na newsletter. Jeśli nie – zróbcie to koniecznie. Warto mieć zawsze pod ręką notatki, bo osoba, która tworzy, a zatem żyje nie tylko swoim życiem, ale i swoich bohaterów, ma wciąż niestety tylko jedną pamięć.

 

Boję się starości

Boję się starości

Im więcej mam lat, tym częściej zdarza mi się spoglądać wstecz i analizować różne niedostatki swojej osobowości. Dzisiaj myślę o tym, że przez to, iż nie dorastałam wraz z babciami czy dziadkami, z przesadną paniką reaguję na kolejne zmarszczki, brak mi cierpliwości i cierpię na chroniczny lęk przed śmiercią.

Dziadków nigdy nie poznałam i bardzo mało wiem na ich temat. Po jednym z nich odziedziczyłam drugie imię. Teofil, Teofila – mili Bogu. Chyba nie o to chodzi, że mój dziadek był wyjątkowo pobożny. I ja nie jestem. Ale mamy w życiu tego farta, który jemu pozwolił zostać sołtysem wsi, żyć w ogromnej hawirze u boku pięknej, kochającej żony i spłodzić piątkę dzieci, a mnie tak wiele rzeczy się upiekło, że mogę to zawdzięczać wyjątkowo pomyślnej konstelacji gwiazd w dniu moich narodzin. Albo właśnie, drugiemu imieniu.

Babcie odeszły, kiedy miałam cztery lata. Pamiętam lekko drapiący pulower babci Wandy, wielkiego Mikołaja z białej czekolady, którego podarowała mi kiedyś na Gwiazdkę, moją fascynację świecami w jej mieszkaniu, kiedy razem z kuzynką Samantą lepiłyśmy z gorącego wosku bałwanki. Pamiętam strome schody w jej kamienicy. Obdrapaną klatkę. I tapczan, na którym przyszło jej umierać. Odziedziczyłam po niej podobno niechlubne cechy mojego charakteru i grubą nogę w kostce. Skoro tak, to uważam, że musiała być fenomenalną kobietą. Być może trudną, niepokorną, ale żałuję, że nie mogę z nią porozmawiać tu i teraz, kiedy zaczęłam wreszcie rozumieć, że starzy i pomarszczeni ludzie to też ludzie.

Wiem, że babcia Bronia przed śmiercią zajmowała się bardzo dwiema rzeczami. Kochała bardzo i cierpiała bardzo. Jestem przekonana, iż właśnie to jest to, co mi od siebie ofiarowała. Nieskończone pokłady miłości i bólu. To chyba w jej pokoju, między jasną meblościanką a piecem kaflowym, odczułam pierwszy raz, czym jest strata. Zrozumiałam, że to zdjęcie, które zaraz zrobi mi z babcią matka, jest tym ostatnim. Babcia ostatkiem sił kładzie mnie sobie na kolanach. Czuję jej zapach. Uśmiecham się z całej siły w moim czerwonym sweterku. Chwilę potem rzucam różę do zasypywanej przez grabarza dziury.

Mając te cztery lata, przyszło mi do głowy, by zapytać babcię Bronię o to, czy mogę się pobawić jej biżuterią i apaszkami, ale nigdy o to, czy było jej zimno w tym pociągu, którym tłukła się z Kresów aż tu, do Paproci, jak poznała swojego męża, czy to wspaniale mieć tyle sióstr, i co jest w życiu najważniejsze…

Nigdy nie traktowałam moich dziadków jako dziadków. Tylko jak wspomnienie.

I większą styczność miałam ze starszymi ludźmi pewnego ranka, w tramwaju, kiedy musiałam usiąść, bo impreza, która zakończyła się godzinę temu, kompletnie mnie sponiewierała, i jakiś mężczyzna, pewnie po siedemdziesiątce, uderzył mnie laską w łydkę, bym ustąpiła mu miejsca, a ja wypięłam brzuch, by skłamać, że jestem w ciąży.

Albo kiedy szłam późnym wieczorem na Łazarz z przypadkowo poznaną staruszką, bo ja nie wiedziałam, którędy pójść, a ona znała okolicę, tylko w zeszłym tygodniu napadł na nią jakiś dres i wyrwał jej torebkę ze świeżo pobraną emeryturą, więc też potrzebowała przysługi. Musiałyśmy iść razem. Bardzo wolno. Moja przypadkowa, chwilowa babcia chodziła o kuli i sporo mówiła. Nie lubię, irytuję się, gdy ludzie dużo mówią, używając różnych słów, ale mówiąc cały czas o tym samym, albo nawet powtarzają kilka razy dokładnie tę samą frazę. To dla mnie strata czasu.

Ja się zawsze spieszę, niecierpliwię. Ale nie oni, starsi ludzie.

Dużo przeżyli, więc dużo mówią. Bo oni mają czas.

Ja się chyba spieszę, żeby być nimi, a oni już sobą są. Wreszcie.

Paradoksalnie to ja budzę się w środku nocy, zlana potem i przerażona, że nie jestem tam, gdzie chcę być, z tym, z kim chcę być, i że coś nie wyjdzie, coś się nie uda, zabraknie czasu, będzie źle. I wyobrażam sobie, że mam te osiemdziesiąt lat, budzę się o czwartej nad ranem, bo po prostu nie chce mi się już dłużej spać. Wszystkie moje sny zrealizowałam, a te, które nie… Co z tego? Zrobiłam dużo innych rzeczy, teraz już nic nie zmienię, bo wszystko, co mi pozostało, to miłość do świata. A to chyba najważniejsze. Żeby kochać świat. Wtedy jest większa szansa, że świat miłość odwzajemni, niż jakby miałoby się go nienawidzić.

U Wojtaszczyka przeczytałam ostatnio o Marii Komornickiej. Umknęła mi jakoś pomiędzy zajęciami na filpolu, nie pamiętałam o niej. Nazwisko brzmiało znajomo, ale to, że w pewnym momencie wybitna polska poetka obwołała się mężczyzną, zmieniła imię na Piotr, zaczęła nosić męskie ubrania, pozbyła się uzębienia najpewniej po to, by zmienić rysy twarzy i umarła w zapomnieniu, kompletnie mnie wcześniej ominęło.

Nieważne więc, jak bardzo będziesz sławny w swojej dziedzinie za młodu, bo na końcu możesz wylądować w zbiorowej mogile, jak Mozart na przykład, chociaż on akurat pożegnał się ze światem, mając zaledwie 35 lat. I może na początku nie była to zbiorowa mogiła, tylko w miarę przytulny, jednoosobowy grób, ale kilkadziesiąt lat później taką się stała z powodu oszczędności miejsca.

I może gdybym miała sposobność porozmawiać z moją babcią lub dziadkiem, nie bałabym się starości aż tak bardzo. Mogłabym może zaobserwować i pozytywne strony zmarszczek. Wcześniej zobaczyła, że nie szpecą, a dodają osobliwego uroku, mądrości, dostojeństwa. Ale czymże jest starość tak naprawdę? Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia, i stąd pewnie ten lęk, jak wszystkie inne.

A jednak starość jest błogosławieństwem.

Być z pełną świadomością nazwanym dziadkiem, babcią przez swoich krewnych? Czy to nie spora nobilitacja? Odszkodowanie od losu za te wszystkie kłody, które rzucał nam pod nogi od momentu pojawienia się na świecie? Powód, dla którego jednak warto walczyć ze wszystkich sił, czepiać się kurczowo palcami życia? Bo wcześniej przecież może nas załatwić rzecz zupełnie nieoczekiwana. Jak lawina w Alpach, niesprawne hamulce w samochodzie, tlenek węgla czy twarde podłoże pod oknem, z którego jednocześnie i chce się, i nie chce skoczyć…

Czy to właśnie nie z tego powodu tak bardzo zwraca się uwagę na szacunek dla starszych? Nie chodzi o to, że są mądrzejsi, kruchsi, zmęczeni, więc powinniśmy okazywać wobec nich pokorę i uniżenie, tylko o to, że są prawdziwymi herosami w walce z przeciwnościami, skoro dotarli aż do tego momentu.

Tak. Dla mnie to o wiele lepsze wytłumaczenie. To właśnie kupuję. I tylko dlatego ustępuję starszym miejsca w tramwaju.

A kiedy przyjdzie czas, dowiem się, co to znaczy starość i wreszcie przestanę się jej bać. Skoro to tylko kwestia paru dłuższych chwil, spróbuję być spokojniejsza.