Utknęłam. I nie wiem nawet, między czym a czym. Nie pamiętam, co było przedtem ani dokąd zamierzałam dojść, podążając przez to miejsce, w którym jestem teraz. Trudno uwierzyć, że to mogłoby dokądś prowadzić. Trudno uwierzyć, że coś mogłoby się zmienić. I chyba nie można wrócić.

Tak właśnie zaczynają się Stażyści Aleksandry Ewy Furtak. Prawdopodobnie są powieścią debiutancką, ale to tylko moje podejrzenia. Z braku rzeczowych informacji w sieci na temat książki i autorki, napisałam do Fundacji Farka, by otrzymać odpowiedź na kilka pytań, ale wiadomości zwrotnej nie było, dlatego nie powiem Wam, jak to się w ogóle stało, że Stażyści pojawili się na rynku wydawniczym, choć wydaje mi się, że to bardzo ciekawa historia. Na szczęście treści prezentowane przez autorkę są również dosyć interesujące.

Jeśli myślisz, że masz przed sobą 21 tysięcy gównianych dni, jeśli wiesz, jak przetrwać zimę za 3 euro dziennie, jeśli słysząc swojego szefa, masz ochotę kupić kastet i dać mu w mordę – ta książka jest o tobie.

Pierwszy akapit na okładce brzmi bardzo zachęcająco, więc mimo że Stażyści są opasłym tomiszczem wydrukowanym na ponad sześciuset sześćdziesięciu stronach ciężkiego papieru offsetowego, dziarsko zabrałam się za lekturę. Któż bowiem nigdy nie znajdował się w punkcie, w jakim wylądowała główna bohaterka powieści, Natalia?

Kiedy dziwimy się sytuacji, w jaką nagle się wpakowaliśmy? I na dokładkę okazuje się, że pracowaliśmy na ten moment od bardzo długiego czasu. Naszą lekkomyślnością, brakiem doświadczenia, odsuwaniem od siebie myśli o przyszłości… Zakładając, że świat ogranicza się do najbliższych ludzi oraz miejsc, które odwiedzamy w przerwie od pracy. Nasza psychika staje się klatką, z której nie ma żadnego wyjścia. Żadnego dalej. Tylko nędzne tu i teraz, rozciągnięte w nieskończoność. Jedynym sposobem na przerwanie tego piekła jest ucieczka.

Natalia, prześliczna dwudziestoparoletnia Greczynka, zrywa ze swoim partnerem, u którego pracowała. Kierowana emocjami porzuca obowiązki menedżerki hotelu, swoich bliskich i wygodny świat w imię walki o swoją niezależność. W ten sposób dociera do Brukseli ze źle zapakowaną walizką oraz doliną finansową. Cudem znajduje skromne lokum, które niestety będzie przyczyną jej dalszych kłopotów i pracę. W biurze organizacji humanitarnej działającej na rzecz uchodźców Natalia będzie mieć do czynienia z prawdziwym życiem – skandalicznie niskimi zarobkami, kpinami stażystek, konfliktami z przełożonym oraz wszechobecną hipokryzją.

Czuła, że jest na dobrej, prostej drodze do paniki, a znała tylko jedną możliwość ratunku w takiej sytuacji – Coldplay w kiblu.

W najgorszych momentach Natalię ratują dwie rzeczy. Autoironia i lektura bloga pisanego przez dziewczynę, która również mieszka w Brukseli. Ich ścieżki w pewnym momencie się krzyżują, co przynosi serię zaskakujących zwrotów akcji.

Książkę czyta się dosyć szybko, ale od strony technicznej niestety została napisana bardzo nieporadnie. Z wielkim spokojem te ponad 660 stron można by skondensować na maksymalnie 400, dzięki czemu tekst tylko by zyskał. Lektura nie jest jednak nieprzyjemna. Aleksandra Ewa Furtak dobrze wiedziała, o czym pisze. Musiała znać temat od podszewki, by tak trafnie scharakteryzować mechanizmy rządzące współczesnym światem. Czuć to, co bohaterowie i pewnie żyć w podobnych ciężkich warunkach. Podoba mi się jej subtelne kobiece spojrzenie na relacje międzyludzkie zarówno prywatne, jak i służbowe oraz trafne wnioski, kiedy relacje te zaczynają przybierać mieszany charakter. Kolejnym plusem jest duże poczucie humoru i autentyzm. Ale wyliczanie produktów, które można znaleźć w szafce po poprzednich współlokatorach oraz n-ty akapit będący tak naprawdę rachunkiem wydatków głównej bohaterki są doprawdy nużące.

Nie zrozumcie mnie źle, nie boję się grubych książek. O ile są napisane pięknym językiem, niestroniącym od zaskakujących porównań, oryginalnych epitetów i wstrząsających puent. W książce Aleksandry Ewy Furtak roi się jednak od kolokwializmów. Co i rusz w akapitach spotkamy babki w lipnych kieckach, lawiny masakr oraz dialogi do bólu prawdziwe, czyli niestety ubogie językowo. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby z tego powodu książka była po prostu krótsza.

Chcę tu zostać i być tak szczerze, beznadziejnie, ostentacyjnie i prostacko niezadowolona. Albo zwyczajnie w świecie nieszczęśliwa. Chcę schować do torebki mój składany entuzjazm i mieć was wszystkich literalnie w dupie.

Ale historia jest niebywale istotna.

Prezentuje głos młodego pokolenia, urodzonego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Czyli mojego pokolenia, które musi każdego dnia toczyć walkę o zadowolenie najbliższych, wymyślać nietuzinkowe sposoby na przesunięcie daty płatności za czynsz, nie zapominać o zabraniu z domu uśmiechu, choć najchętniej każdy z nas po prostu by popłakał, tonąć w odmętach Facebooka i przy tym wszystkim być jeszcze oryginalnym. I jak tu nie zapomnieć o tym, kim się jest tak naprawdę? A jeśli się nie wie, to skąd tę wiedzę zaczerpnąć, jeśli codziennie rano trzeba meldować się w pracy i katować oczy przed ekranem komputera?

Nasi rodzice walczyli z komunizmem, ale to nie znaczy, że my mamy łatwiej. Każde pokolenie ma swoje problemy a książka Aleksandry Ewy Furtak jest, podobnie jak Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć czy Piromani, kolejnym ważnym głosem w sprawie.

Komu szczególnie polecę tę książkę?

Licealistom, by mieli świadomość, że zdanie matury nie jest zakończeniem ciężkiego etapu w ich życiu, tylko początkiem jeszcze gorszego. Studentom, by nie myśleli, że tytuł licencjata, inżyniera lub magistra rozwiąże ich wszystkie życiowe problemy. Młodym ludziom, którzy uważają, że nie da się już wytrzymać na tym świecie. Da się, tylko trzeba niektóre sprawy w milczeniu przegryźć, zaś inne wykrzyczeć. I o tym właśnie są Stażyści.

7/10