Jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela?

Jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela?

Z okazji premiery Twierdzy Kimerydu zorganizowałam konkurs (jeszcze trwa! możecie wygrać książkę, klikając TU!), który zakłada, że biorący w nim udział napiszą kilka zdań na temat swoich przyjaciół. W związku z tym, że ja nie mogę startować w konkursie, który sama organizuję, a odczuwam ogromną potrzebę wypowiedzenia się w temacie, postanowiłam napisać Wam, jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela na podstawie moich doświadczeń.

Przyjaciel z dzieciństwa na całe życie?

Kiedy chodziłam do zerówki, moją najlepszą, jak mi się wówczas wydawało, przyjaciółką, była Ania. Widziałyśmy się nie tylko w przedszkolu, ale i po, ponieważ nasze mamy chodziły razem do szkoły. Życia poza Anią nie widziałam. Co się stało, kiedy minął rok? Ona poszła do szkoły podstawowej nr 2, ja do szkoły podstawowej nr 1, no i się spierdoliło.

Nadal jednak pamiętam Anię i mam ją w znajomych na Facebooku. Jak dziesiątki innych osób, których nazwiska przestały mi mówić cokolwiek lata temu.

Potem było ciężko. Zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej. Paradoksalnie może się wydać, że mogłam mieć dzięki temu więcej szans na poznawanie nowych ludzi i szybko uzupełnić braki po Ani, ale tak się nie stało. Miałam o wiele mniej czasu na nawiązywanie więzi niż moi rówieśnicy, którzy robili fikołki na trzepaku i wspinali się na drzewa, podczas gdy ja starałam się nie garbić przy fortepianie. Ale udało się, zrządzeniem losu. Spotkałam bratnią duszę i przez wiele, wiele lat byłyśmy nierozłączne. Aż do jej wyjazdu zagranicę, kiedy nasze drogi zupełnie się rozeszły, dosłownie i w przenośni. Ona poznawała nowy kraj, a ja wymyślałam 101 powodów na pozbawienie siebie życia. Kiedy wróciła, zrozumiałam, że nie mam zielonego pojęcia, na ile zmieniła się ona, bo wiedziałam, że to i tak bez znaczenia. Ja zmieniłam się za bardzo.

Myślałam kiedyś, że ludzie potrafią się przyjaźnić od narodzin aż po grób. Pewnie niektórym się udaje. Mnie akurat nie. Na zawsze będę jednak pamiętać o mojej przyjaciółce z czasów przed staniem się dorosłą. Powracać do wspólnie spędzonych chwil, wskrzeszać je w myślach i na papierze. Być wdzięczną za to, że była, nawet jeśli teraz nie mamy o czym ze sobą rozmawiać, choć kiedyś nie potrafiłyśmy zasnąć. Tyle było bzdur do opowiedzenia sobie nawzajem…

IMG_20170212_213511_processed

Jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela? Cóż, jest to zawsze transakcja łączona.

Jeśli miałabym obserwować codzienność, byłyby to dziwne wskazówki.

To osoba, która nie boi się opowiedzieć Tobie o rzeczach, zrobiła, a które dla ogółu społeczeństwa są postrzegane jako niemoralne. Ty wówczas mówisz jej o swoich sekretach, które zniszczyłyby życie wielu innych ludzi, gdyby wyszły na jaw. Obie trzymacie się wówczas za ręce i choć cały świat mógłby uważać Was za te najgorsze, Wy jesteście dla siebie najlepsze. A potem rozmawiacie o Ignacym Karpowiczu i Gunterze Grassie.

To osoba, która jest bardzo bliska Twojego życia rodzinnego. Pyta się, co u Twoich rodziców, bo nie dość, że ich zna, to jego są prawie tacy sami. Pomaga zaprogramować nowy telewizor, a Ty chodzisz z nim na koncerty muzyków, których twórczość niekoniecznie Ci się podoba, ale starasz się wyciągnąć z tych wypadów zawsze coś inspirującego. I dzięki tej osobie zawsze się to udaje.

To osoba, która często jest niemiłosiernie irytująca i męcząca, ale znosi Twoje psychiczne sraczki-padaczki dzielnie jak nikt inny. Lubisz na nią patrzeć i czerpać z niej przykład, bo jest Twoim fit guru. Najchętniej napisałbyś książkę i uczynił ją jedną z główniejszych bohaterów. Tak właściwie nie wiesz, za co ją lubisz, bo może wcale nie lubisz, tylko kochasz. I codziennie przed zaśnięciem trzymasz kciuki, żeby jutro z rana nie musiała borykać się z kolejną migreną.

Zuzolina

To osoba, która jest Twoim najwierniejszym kompanem. Ma tak dobre i czyste serce, a przy tym jest tak uczynna, że konkurowałaby z Matką Teresą, gdyby ta jeszcze żyła. Jej poczucie humoru miewa ostre wahania, od poziomu Karola Strasburgera przez żarty w stylu chłopaków z Jet Crew i na wytrawnym humorze sytuacyjnym wcale nie kończąc. Rozumiecie się bez słów, często mówi to, co właśnie pomyślisz i jeśli miałbyś ruszyć w wielomiesięczną podróż bez żadnych środków finansowych, to tylko z nią.

To osoba, którą chętnie utłukłbyś tłuczkiem do mięsa za niesmaczne żarciki, ale nie potrafisz, bo traktujesz ją jak swojego kochanego, lekko upośledzonego starszego brata. Czujesz się przy nim jak w domu (zresztą przez długi czas mieszkaliście razem) i martwisz się jego problemami. Wiesz, że możesz na niego zawsze liczyć, nieważne, ile czasu byście się nie widzieli.

To osoba, która była w takim samym bagnie, jak Ty, odreagowywała w tak samo destrukcyjny sposób, co Ty i ostatecznie zmierza ku dobremu, jak Ty. Trzymacie się razem, jesteście sobie lojalni, dochowujecie swoich sekretów i idziecie ramię w ramię, choć możecie nie kontaktować się tak często, jakbyście tego chcieli. Wiecie, że choć Wy już wyszliście z pewnych sytuacji, to shit, w którym byliście, nigdy Was tak naprawdę nie opuści. Będziecie jednak walczyć o siebie, nieustannie motywować w rozwijaniu pasji i trzymać kciuki za happy ending.

IMG_20170326_142225_processed

Kim jest zatem prawdziwy przyjaciel?

Człowiekiem, o którym myślisz w pierwszej kolejności, gdy trzeba zakończyć książkę podziękowaniami.

Który rozumie, że potrzebujesz samotności i masz swoje własne życie, więc z radością przebywa w twoim towarzystwie, kiedy tylko może.

Do którego jedziesz w środku nocy, bo jest mu źle. A potem wysyłasz go do lekarza, bo nie łudzisz się, że jesteś w stanie pomóc mu na własną rękę.

Kimś, z kim możesz być szczery, a relacjonując mu wydarzenia z sobotniej imprezy, nie czujesz wstydu.

I dzięki komu nieustannie idziesz do przodu.

Z kim często mylony jest prawdziwy przyjaciel?

Z zabierającą czas męczydupą. W pewnym okresie życia wydaje nam się, że ludzie, z którymi widujemy się codziennie, są naszymi bratnimi duszami.
Słuchamy ich problemów, pomagamy im, a wkrótce zapominamy o tym, kim sami jesteśmy i że sami również mamy życie. Zwyzywani przez nich od egoistów, czujemy się okropnie z powodu wyrzutów sumienia.

Bo to nieprawda, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

Łatwo jest wspólnie się dołować i, pijąc piwo, bez końca debatować o swoich nieszczęściach. O wiele trudniej będzie cieszyć się z cudzego szczęścia, kiedy samemu w życiu pod górkę. Usunąć się w cień, by Twój bliski skąpał się samodzielnie w blasku, na który zasłużył.

By zadbać o fantastyczne relacje z bliskimi, trzeba chyba w istocie pamiętać tylko o dwóch rzeczach.

O tym, by nie przekładać szczęścia przyjaciół nad swoje własne. I o tym, by nasze własne szczęście nie stało na drodze do szczęścia naszym przyjaciołom.

Podobał Ci się wpis? Zostań przyjacielem Fabryki dygresji! Odwiedź fanpage:

Bohater prawdziwy, cz. 5 – Teraźniejszość postaci, czyli przechodzimy do trzeciego wymiaru

Bohater prawdziwy, cz. 5 – Teraźniejszość postaci, czyli przechodzimy do trzeciego wymiaru

Wszystkie informacje, które do tej pory zebrałeś na temat swojego bohatera prawdziwego, mogłeś po prostu spisać na kartce papieru. Było łatwo— siedziałeś przy biurku albo na łóżku i to, co przyszło Ci do głowy, po prostu notowałeś. Nie przeczę, że w ten sposób możesz zbudować bardzo dobrą postać, ale wklepując kolejne znaki do edytora tekstu czy, jeśli jesteś bardziej retro, wcierając tusz z długopisu w kolejne karteluszki, nie sprawisz, że Twoja postać ożyje.

Bohatera prawdziwego możesz zbudować tylko wtedy, kiedy ruszysz dupę, wyjdziesz z domu i zaczniesz myśleć oraz robić to, co on.

Wyrwij jego duszę z kartki i włóż w swoje ciało. Zacznij z nim żyć.

Sprawdź, jak wygląda dzień powszedni z życia Twojej postaci i postaraj się go przeżyć. Wnioski oczywiście zapisz w odpowiednim notesie bądź pliku, a wieczorem zajrzyj do arkusza ćwiczeniowego, który dla Ciebie przygotowałam.* Czy będziesz w stanie teraz odpowiedzieć na pytania ze stron 9-10?

Mój bohater prawdziwy jest studentką. Ponieważ akcja książki toczy się głównie w zimie, trudno jest jej się zwlec z łóżka na wczesne zajęcia. Mieszka w akademiku, daleko od domu, sama w pokoju, którego ściany ozdobione są wycinkami z prasy psychologicznej i literackiej. Dokucza jej zimno za oknem i samotność. Tęskni za swoim psem, który czeka na nią do wielu miesięcy w domu rodzinnym, ale z pozostałą częścią rodziny akurat nie bardzo chce jej się widzieć.

Przed zjedzeniem pełnoziarnistych naleśników odbywa szczegółową toaletę. Przynajmniej pół godziny spędza przy lustrze, by mieć idealny makijaż. Myśli wtedy o siłowni, na którą powinna wyprawić się popołudniu, o ile będzie w stanie, bo zajęcia na jej wydziale zapewne sprawią, że wszystkiego jej się odechce. Zamiast tego może obejrzy mecz tenisa z Lidią, najlepszą przyjaciółką, albo wspólnie z resztą paczki wybiorą się na ten marsz wsparcia dla Ukraińców. W radiu, które włączyła, właśnie trąbią znów na temat Majdanu…

Skup się. O czym Ty myślisz, idąc do pracy albo szkoły? Jakie są Twoje codziennie zwyczaje i w co zazwyczaj się ubierasz? Co słyszysz dookoła siebie, jadąc tramwajem bądź włączywszy radio samochodowe? Jaki jest do tego Twój stosunek?

Czy wchodząc do biura, jesteś spokojny, bo świetnie przygotowałeś się do kolejnego dnia, czy denerwujesz się, bo o czymś zapomniałeś? Na przykład o… zmówieniu modlitwy?

Jeśli Ty dużo myślisz z rana, to czy Twój bohater prawdziwy również?

Czy jeśli Ty, czekając na przystanku, analizujesz, dokąd spieszą się mijający Cię przechodnie i co wynika z ich grymasów twarzy, to czy Twój bohater prawdziwy ma w ogóle ochotę na takie zabawy?

Wynotuj swoje obserwacje dnia codziennego i zastanów się, czy Twoja postać zobaczyłaby, usłyszała, poczuła to samo. Dokonaj analizy i spróbuj opisać ten dzień w narracji pierwszoosobowej z perspektywy postaci. Później zaś – trzecioosobowej. Wtedy zobaczysz, która narracja bardziej pasuje do konceptu Twojej powieści. Nie ma co się zastanawiać, wystarczy sprawdzić i przetestować, które rozwiązanie jest dla Ciebie— i dla Twojego bohatera prawdziwego — najlepsze.

Jeśli dalej masz problem, podziel życie na sfery.

Praca i edukacja, hobby i czas wolny, dieta, duchowość…

Pamiętaj, by nie mówić o cechach i upodobaniach bohatera prawdziwego, tylko je przedstawiać.

Na czym polega różnica?

Nie musisz rozwodzić się nad tym, jak wielkim Twój bohater jest ateistą. Wystarczy, że na jego półce z książkami znajdzie się choćby Bóg urojony Richarda Dawkinsa, w niedzielę nie pobiegnie do kościoła, a swojej złamanej nogi nie będzie tłumaczyć karmą. Chociaż, co ja wiem, zupełnie nie znam się na ateizmie…

Inny przykład. Kiedy Twój bohater jest wkurzony, nie pisz, że jest wkurzony. Niech zmarszczy brwi, zazgrzyta zębami, zbije talerz, przeklnie i krzyknie. Jeśli jest weganinem, nie pisz, że jest weganinem. Po prostu nie zamęczaj czytelnika długimi akapitami na temat jego diety. O ile jego dieta jest istotna dla fabuły, możesz wspomnieć krótko, że na śniadanie zjadł zieleninę, której jest ogromnym miłośnikiem. Tudzież wyznawcą. Jedzenie też może być religią.

I ostatnia rada.

Jedyną osobą ważniejszą od Twojego bohatera prawdziwego jest Twój przyszły czytelnik.

Jeśli chcesz być czytanym i mieć szanse na odniesienie komercyjnego sukcesu, zapomnij o sobie. Myśl o tych, którzy ściągną z półki księgarskiej Twoją książkę, bo będą chcieli poznać fascynującą historię fenomenalnej postaci. Nigdy o nich nie zapominaj.

____________

*Formularz ćwiczeniowy otrzymasz po zapisaniu się na newsletter.

 

Twierdza Kimerydu – konkurs z okazji premiery książki!

Twierdza Kimerydu – konkurs z okazji premiery książki!

Dzisiaj mamy bardzo ważny dzień – premierę powieści fantastycznej autorstwa Magdaleny Pioruńskiej pt. Twierdza Kimerydu. Jeśli chcecie dowiedzieć się, o czym traktuje książka, zapraszam Was do zapoznania się z moją recenzją. A ja, ponieważ Twierdza Kimerydu została objęta moim patronatem, mam dla Was konkurs, w którym możecie wygrać egzemplarz książki.

Jednym z najważniejszych wątków powieści jest trudna przyjaźń pomiędzy trójką głównych bohaterów: Tyrsem, Tycjanem i Tuliuszem. Chciałabym, żebyście zastanowili się i napisali w komentarzu pod tym postem, za co najbardziej cenicie swoich przyjaciół. Tę samą wiadomość przyślijcie mi później na maila:

fabrykadygresji@gmail.com

w tytule zaś wpiszcie: Twierdza Kimerydu, żebym miała na Was namiar i mogła potem spytać o adres do wysyłki.

Wygrywają 4 osoby z najciekawszymi odpowiedziami. Każda otrzyma po egzemplarzu książki Twierdza Kimerydu i drobną niespodziankę od Fabryki dygresji. Rozstrzygnięcie w następny poniedziałek, więc bądźcie czujni.

Powodzenia i udanego pierwszego dnia wiosny!

Fabryka życia #9 – Wszyscy jesteśmy Łukaszami Jakóbiakami

Fabryka życia #9 – Wszyscy jesteśmy Łukaszami Jakóbiakami

Wiosna. Dobrych dni w tygodniu: 5/7, akurat rozpoczynam pisanie tego postu w sobotę i jest to ten gorszy dzień. Jest mi przykro, że kiedy analizuję, dlaczego jest mi źle, odpowiedzią za każdym razem są osoby najbliższe mojemu sercu.

Kiedy jestem w Poznaniu i myślę o bezsilności, uważam, że to bajka. Tam mogę wszystko, jestem dorosła, zdana na swój rozum i swoje zdolności. I dobrze na tym wychodzę. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Nawet, gdy cierpię, mogę mój ból przekuć w literaturę. Ale wystarczy, że wrócę do domu rodzinnego i na powrót staję się małą dziewczynką, nieustannie ocenianą, nie taką, jaką być powinnam. A powinnam być chudsza, przefarbować włosy na brązowy, bo rudy za bardzo rzuca się w oczy, mówić tylko miłe rzeczy albo trzymać język za zębami, mieszkać na prowincji, pracować w szkole podstawowej, mieć narzeczonego w swoim wieku i hobbystycznie parać się uprawą sałaty. I wtedy byłabym wreszcie idealna.

Patrzę na to, co napisałam i chce mi się wymiotować. Tak jak wtedy, kiedy oglądałam jeden z ostatnich filmów Łukasza Jakóbiaka, w którym, jak pewnie wiecie, wyreżyserował swój udział w talk show Ellen DeGeneres.

Może autor 20m2 Łukasza jest psychiczny, może powinien się leczyć, nie mnie oceniać. Myślę sobie jednak, że podziwiam go w pewnej mierze. Za hart ducha, no bo kiedy wszyscy mówią Ci, że się nie uda, a Ty, na przekór wszystkim niesprzyjającym warunkom, stawiasz się okoniem i realizujesz swój cel, jesteś wielki. Może wielki z Ciebie szaleniec. Dla większości i tak będziesz pierdolnięty. Sytuacja z Jakóbiakiem jest dla mnie bardzo niejasna (cały czas mam w głowie WTF, kiedy myślę o tej dziwnej akcji), lecz uważam, że nie można człowieka niszczyć, bo zrobił coś, co większości wydaje się durnotą albo chorobliwym odpałem.

Ile razy my narobiliśmy sobie wstydu na mniejszą skalę i jak bardzo z tego powodu cierpieliśmy?

Ile razy rzeczywistość tak bardzo dała nam w kość, że zaczęliśmy czuć się jak w klatce i albo chowaliśmy się na wiele miesięcy pod depresyjnym kocem, albo po prostu nam odpierdalało?

Jak trudno było nam pozbierać się po stracie bliskiej osoby albo przestawić się z dzieciaka na dorosłego i zacząć ogarniać swoje życie od początku? Jak wiele błędów przy tej okazji popełniliśmy?

Myślę o przeszłości i pokornieję. Zwyczajnie nie chce mi się oceniać innych ludzi. Nie ma to najmniejszego sensu, skoro nie potrafię ocenić sama siebie. Zatem nie żywię obrzydzenia do ludzi, którzy uprawiają sałatę, buraki czy pyry. Może troszkę dziwię się ludziom, którzy uważają, że są w idealnym związku. Szanuję dobrych nauczycieli i faktycznie sama chciałabym być trochę szczuplejsza. Po prostu gotuje się we mnie, kiedy pomyślę, że tak miałoby wyglądać moje życie. Mam inny plan. Pewnie nieraz się na nim sparzę, nie należy do łatwych i krótkoterminowych. Wiem, że czeka mnie kilka lat dalszego wypruwania sobie flaków. Że ludzie wokół mnie nie będą potrafili zaakceptować mojej powracającej potrzeby schowania się za zamkniętymi drzwiami, więc będą mówić niemiłe rzeczy. I odchodzić. A ja będę z tego powodu nieustannie cierpieć, bo na nikim mi tak nie zależy, jak na bliskich mi osobach i nie mogę się pogodzić wciąż z tym, że coś się kończy i trzeba powiedzieć do widzenia.

Ale skoro otrzymałam na samym starcie ten piękny dar, że wiem, kim jestem, zawsze wiedziałam, to nie mogę uszczęśliwiać ludzi własnym kosztem, grając kogoś innego, niż jestem.

Łukasz Jakóbiak miał zatem prawo popełnić błąd. Miał też prawo mieć komentarze wszystkich ludzi po prostu w dupie. Tak samo jak ma prawo do skorzystania z pomocy psychoterapeutycznej, jakby co.

Widzicie? Dlatego uwielbiam pisanie.

Zaczynam, kiedy jest mi źle i mam łzy w oczach. Później, wraz z kolejnymi akapitami, odpowiadam sobie na pytania i uspokajam się, choć tak naprawdę zupełnie nie wiedziałam, że będę pisać akurat o Łukaszu Jakóbiaku, bo w tygodniu zdarzyło się tak wiele fascynujących, zaskakujących rzeczy, że to skandal, iż o nich nie napisałam (albo resztka przyzwoitości). I uśmiecham się, bo zaraz zaczyna się nowy tydzień, a ja mam kolejne potwierdzenie, że to jedna z najlepszych wiosen mojego życia.

Oby była taką również dla Was.

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Pamiętacie recenzję Twierdzy Kimerydu? Postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki oraz kulisy powieści. Nie tylko dlatego, że Magdalena Pioruńska jest bardzo interesującą personą, zaś książka pewnym ewenementem we współczesnej literaturze polskiej. Wydaje mi się, że z lektury poniższej rozmowy będziecie mogli się sporo nauczyć.

Emilia Teofila Nowak: To jak w końcu, Twierdza Kimerydu jest Twoją debiutancką powieścią czy było coś wcześniej? Różne źródła różnie mówią.

Magdalena Pioruńska: Moją pierwszą wydaną książką była notabene książka naukowa na temat rozpadu byłej Jugosławii o jakże oryginalnym tytule: Przyczyny rozpadu byłej Jugosławii w XX. wieku. Potem mój krótki tekst z innego uniwersum fantasy Witajcie w Zoa znalazł się w antologii Dziedzictwo Gwiazd. Moje opowiadanie Ceres trafiło zaś do magicznej antologii opowiadań o Opolu Festiwal Natchnienia. Mogę się pochwalić długim stażem w środowisku literackim. Przez trzy lata uczestniczyłam czynnie w organizowaniu festiwali poświęconych fantastyce we Wrocławiu i Opolu. Prowadziłam spotkania autorskie, zapraszałam pisarzy i kontaktowałam się nawet z zagranicznymi gwiazdami. Ponadto przeprowadziłam kilka konkursów literackich i graficznych na Szufladzie moim portalu kulturalno-literackim, który w sierpniu tego roku skończy sześć lat. Byłam też jurorką przy konkursach literackich na festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu.

Myślę, że moja absolutnie autonomiczna książka musiała się wreszcie pojawić na rynku. Od paru lat byłam na to skazana.

ETN: Ile zajęło Ci napisanie Twierdzy Kimerydu? Od pierwszego pomysłu na powieść do momentu powzięcia decyzji o zwróceniu się do wydawcy?

MP: Twierdza Kimerydu to moja praca dyplomowa w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Od Ono. Kim jest Ono? To specyficzna personifikacja mojego natchnienia, która ujawniła swoje istnienie na zajęciach z poezji właśnie w Studium Literacko-Artystycznym.

Pewnego dnia napisałam długi wiersz z dialogami pomiędzy dziewczyną a stworem, który wiernie towarzyszył jej w podróży po prehistorycznych lasach. Ono tak bardzo spodobało się moim kolegom z roku i wykładowcom, że samoistnie otrzymało dłuższy żywot. Napisałam więc całą serię dziwnych wierszy o Ono i jego Pani, z którą przemierzało fantastyczne światy. Ono miało długi ogon, pomarańczowe ślepia i chowało dłonie w czerwonych rękawiczkach, z których wystawały długie pazury. Teraz nie pamiętam kto, ale chyba któraś z moich koleżanek ze studiów, nazwała Ono dinozaurem. W pewnym momencie Ono zaczęło też coraz mocniej kształtować swój charakter i śmielej poczynać sobie w kontaktach ze swoją Panią. Tak właśnie stworzyłam postać Tyrsa.

Pierwszy dinozaur, który przyszedł mi na myśl przy krystalizacji tej postaci, to oczywiście welociraptor, a właściwie utahraptor, na którym wzorował się Michael Crichton, tworząc swój Park Jurajski. A ponieważ nigdy nie zabieram się za pisanie bez przygotowania, poświęciłam pół roku na oglądanie filmów przyrodniczych z serii Dicovery Channel i BBC na temat życia prehistorycznych gadów w tym szczególnie raptorów, choć najbardziej ujęła mnie historia małego Allozaura ze zwichniętą szczęką. Te obrażenia już w dorosłym życiu zmusiły go do szukania przymierza z roślinożercami…

Sięgnęłam też po książkę uznanego paleontologa Roberta T. Bakkera Raptor Red. Śledzimy w niej losy młodej raptorzycy i jej konfliktowej siostry. Wzruszyło mnie rodzinne życie raptorów, ich usilne i bardzo ludzkie trzymanie się w stadzie i walka o przetrwanie każdego jego członka. Reszta jakby wymyśliła się sama. Chociaż teraz z perspektywy czasu myślę, że Tyrs Mollina nie do końca odegrał rolę mojego Ono. Może to jednak jego mały braciszek Taniel?

Ale wracając do twojego pytania: samo napisanie powieści trwało trochę ponad miesiąc napisałam ją w lipcu ubiegłego roku. Proces jej wymyślania i analizowania poszczególnych wątków trwał za to niecałe dwa lata, począwszy od momentu narodzin Ono.

IMG_20170317_191738_processed

Źródło: archiwum prywatne Magdaleny Pioruńskiej

ETN: Co sprawiło Ci największe wyzwanie podczas pisania?

MP: Anna. Miałam ogromny problem z tą postacią. W miarę jak postępowała fabuła, szybko okazało się, że chłopaki skradli ją w całości, Anna w porównaniu z nimi wypadła bardzo blado. Nie lubiłam pisać jej kolejnych narracji. Wydawały mi się takie uniwersalne, zwyczajne, sztampowe… Wiesz, Anna wprowadza wątek szczeniackiej miłości pomiędzy porządną, szanowaną kobietą a nieokrzesanym buntownikiem. Kiedy to zauważyłam, doszłam do wniosku, że może moja książka powinna mieć trochę inny wydźwięk. Może powinna na całej linii zrywać z różnymi, literackimi stereotypami, w tym właśnie zaginać konwencję romansową. Dopiero wtedy udało mi się wyciągnąć tę bohaterkę z cienia i zrobić z nią coś interesującego. Powiem ci szczerze zmusiło mnie do tego to, że dałam jej oddzielną narrację, wyobrażając sobie, że okaże się całkiem inną postacią. Niestety pomyliłam się i dzięki temu Twierdza Kimerydu wcale nie jest romansem.

ETN: Dlaczego zdecydowałaś się na narrację pierwszoosobową, skoro jest tak mnóstwo postaci? Nie uważasz, że lepiej byłoby spróbować opowiadać historię z pomocą narratora wszechwiedzącego?

MP: Całe życie pisałam książki z perspektywy narratora wszystkowiedzącego i to nie było dla mnie dobre. Rozwlekałam wątki, rozbudowywałam światy, mnożyłam bohaterów. Z biegiem czasu sama zapominałam, jaki był główny wątek powieści i jego główny bohater. Narracja z perspektywy czterech bohaterów to i tak duże z mojej strony ustępstwo. Ja nie cierpię głównych bohaterów zarówno w książkach, jak i w filmach. Ciągnie mnie właśnie w stronę antybohaterów i ludzi z otoczenia protagonisty, którzy zwykle wydają mi się bardziej interesujący. Dlatego też nie chcę mówić, że Tyrs Mollina jest głównym bohaterem Twierdzy Kimerydu. Owszem, pod koniec dojrzewa do tej roli, ale na szczęście wciąż czuwa nad nim Tycjan, a zmiana nastroju i scenerii wcale nie oznacza, że w drugiej części Twierdzy nie pojawią się jego godni konkurenci.

ETN: Którego ze swoich bohaterów lubisz najbardziej?

MP: Zdecydowanie Taniela Mollinę. Po pierwsze dlatego, że Tyrs naturalnie się przy nim zmienia. Taniel wydobywa z niego najlepsze cechy, trafia w jego czułe punkty, tym samym wzmacniając ich i tak już silną więź. Taniel jest ukochanym dzieckiem Tyrsa, jego małym schronieniem, światłem jego życia i być może jedyną osobą, przy której całkowicie czuje się sobą. Po drugie… czytałaś Twierdzę, wiesz jak trudnym i tajemniczym dzieckiem jest Taniel. Pisząc końcówkę książki, już byłam podekscytowana perspektywą drugiej części i wiedziałam, że dorastający Tanni będzie grał w niej jedną z głównych ról. Poza tym on ma boską moralność, a właściwie jej boski brak. Z jednej strony wydaje się być najbardziej ludzki z rodzeństwa raptorów, a z drugiej najbardziej przypomina zwierzę… Podejrzewam go o bardzo zwichniętą psychikę. Mam słabość do takich ludzi.

IMG_20170317_193951_processed

 

ETN: Czy Twoje postaci są wzorowane na kimś z Twojego bliskiego otoczenia? Wymyśliłaś ich sama od początku do końca, czy noszą cechy Twoich znajomych?

MP: Nie wiem. To zawsze dla mnie trudne określić, ile tak naprawdę rzeczywistości wkradło się do moich książek. Wiem za to na pewno, że moja relacja z pewnym specyficznym młodym człowiekiem wpłynęła na ukształtowanie niektórych przyjaźni i rodzinnych relacji w tej powieści. Wiesz, ciężko mnie zainspirować rzeczywistością. Łatwo się też nudzę, nie lubię tracić czasu na zamartwianie się drobiazgami. Owszem, potrafię mocno zainteresować się ludźmi, ale tylko tymi wybranymi przeze mnie. Mam taki wewnętrzny radar, który ciągnie mnie do ludzi utalentowanych, myślących inaczej o świecie i przez to często trudnych w odbiorze przez większość. Ale zdradzę ci za to, że przyjaźń Tyrsa i Tycjana, szczególnie kiedy razem imprezują i prowadzą swoje specyficzne rozmowy, to częściowo odbicie mojej przyjaźni z dziewczyną, z którą mieszkałam w akademiku podczas studiów. Ewcia, serdecznie cię z tego miejsca pozdrawiam. 😉

ETN: W książce mamy do czynienia z postacią Tulii, będącej również Tuliuszem, a może na odwrót. Rozbuchana seksualność tej nieokreślonej płciowo postaci pewnie budzi kontrowersje. Jaki jest Twój stosunek do transpłciowości?

MP: Otwarty. Jestem otwarta na środowisko LGBT, mam tam dobrych znajomych i to nawet bardzo dobrych. Nie mam nic przeciwko wątkom genderowym w powieściach. Sama je przecież propaguję na Szufladzie z działem gender, w którym Ania Godzińska, moja redaktorka, zajmuje się czytaniem i recenzowaniem powieści pod kątem genderowym.

Tuliusz miał być kontrowersyjny i tragiczny. Zresztą każda z moich hybryd miała być w jakiś sposób uszkodzona psychicznie, złamana przez życie. Pomyślałam sobie, że nie można być do końca normalnym, posiadając geny dinozaura. Chociaż wydaje mi się, że to nie te geny same w sobie sprawiły, że moi bohaterowie nie do końca radzą sobie z życiem. Twierdza Kimerydu to przede wszystkim powieść o inności i o reakcjach ludzi na tę inność. Moi chłopcy na swój sposób nauczyli się radzić sobie z ostracyzmem społeczności…

ETN: A co ma z tym wszystkim wspólnego schizofrenia, na którą zdaje się cierpieć postać?

MP: Słuchaj, nie chcę tutaj zdradzać zbyt dużo z fabuły książki, ale podpowiem ci, że może jest ona tylko wymówką… Może Tuliusz Donner po prostu nie akceptował samego siebie i na podobieństwo Normana Batesa z Psychozy Alfreda Hitchcocka do końca nie potrafił uwolnić się od cienia swojej matki?

ETN: Jestem bardzo ciekawa Twojego stosunku do gender studies. Niektóre Twoje postaci, np. Tyrsa Molliny, są tragicznie stereotypowe w swoim przywiązaniu do płci kulturowej. Ale z drugiej strony Tulia…? Zresztą, to kobiety tak naprawdę stoją za wszystkimi aferami, które napędzają fabułę Twojej książki, czyli głównie Anna i Arabella. Czy współczesna kobieta musi być przebiegła, inteligentna i zabójczo piękna? Czy to nie kolejny stereotyp?

MP: Wspomniałam ci wcześniej, że miałam kłopot z kreacją Anny. Za to Arabella jest moim zdaniem fantastyczną postacią. Jej motywacją jest bowiem chęć dorównania ojcu: szalonemu naukowcowi, ale też przede wszystkim czysta ciekawość, jaki będzie efekt każdego jej najokrutniejszego eksperymentu. Arabella miała być psychopatką, zimną suką. Miała przerażać. Miała niszczyć i wypalać po sobie ziemię. Anna jest od niej słabsza charakterologicznie i to wpłynęło na wszystkie jej decyzje. Bohaterka zmaga się z przeszłością, boleśnie dostrzegając przy tym, że tak naprawdę niewiele się zmieniło. Jest przez to ślepa na konsekwencje własnych czynów. Przyzwyczaiła się bowiem do roli tej lepszej siostry”.

A Tyrs i Tuliusz… Cóż, myślę, że mimo dwóch totalnie sprzecznych postaw i podskórnej niechęci, łączy ich przecież coś ważniejszego potrzeba zrozumienia i przebywania blisko człowieka, który nie zadaje zbędnych pytań, po prostu oferuje wsparcie. Lubię tę ich kruchą przyjaźń. To w końcu Tyrs zawsze staje za Tuliuszem, nawet kiedy sypie się relacja Tuliusza i Tycjana. Chyba chodziło mi o to, żeby pokazać, że prawdziwa przyjaźń nie musi wcale opierać się na podobieństwach… Wiesz co? Są rzeczy ważniejsze, niż kulturowe nastawienie do płci. I właśnie one połączyły Tyrsa i Tuliusza.

ETN: A Afryka? Dlaczego akcja nie dzieje się na wyspie w rodzaju Isla Nublar tylko na Czarnym Lądzie? I skąd w ogóle nazwa: Twierdza Kimerydu?

MP: Wcześniej to miała być Nikaragua. Serio, napisałam osiem rozdziałów o młodości Teobalda Elasmosa i ich akcja toczyła się… właśnie w Nikaragui. Potem to przemyślałam; pojawiło się Ono, akurat kiedy zabrakło mi pomysłów na pisanie i Teobald wylądował w Afryce w towarzystwie dinozaurów. Wybrałam Afrykę, ponieważ pasowała do mojej koncepcji totalitarnego świata. Gra w nim bowiem rolę wielkiego śmietnika Cesarstwa Europejskiego, które ją lekceważy i sukcesywnie niszczy. Kimeryd zaś to nazwa jednej z podepok Jury, kiedy na Ziemi żyły największe dinozaury. Pomyślałam, że skorzystam z wszelkich dobrodziejstw prehistorii.

ETN: Zamierzasz wyjechać do Afryki i pisać stamtąd książki? Jak w ogóle widzisz swoją literacką przyszłość? Czy za dziesięć lat Magdalena Pioruńska otrzyma Nagrodę Nike? Co jest Twoim największym celem?

MP: Niczego w swoim życiu nie wykluczam. Chcę się zmieniać. Chcę iść do przodu. Chcę być lepsza. Chcę pisać książki dużo książek i dalej prowadzić Szufladę i budować coraz lepszą markę. Mój sukces to efekt kilkuletniej ciężkiej pracy, orania tematu u samych podstaw, czasem z przygarbionymi ze zmęczenia plecami, ale nadal ze sztywnym kręgosłupem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mój się nie zgina, że niektórzy ludzie się tacy rodzą. Cieszę się, że widzisz we mnie kandydatkę do Nagrody Nike. 😀 Jestem tak próżna, że na pewno się z niej bardzo ucieszę. A potem pomyślę o Noblu. 😉

ETN: Jak wygląda Twój dzień powszedni i skąd bierzesz czas na pisanie? Czym na co dzień się zajmujesz?

MP: Pracuję w tygodniu. Głównie z młodymi ludźmi. Lubię młodzież, jest naprawdę ciekawa, dostarcza mi wiele tematów do rozważań i konstruowania fabuły. Ostatnio w związku z premierą Twierdzy Kimerydu, żyję w ciągłym biegu. Nie mam czasu dobrze zjeść, potrafię pół dnia chodzić głodna, jak wilk, bo zwyczajnie zapominam, że jestem głodna… Tak jak na przykład teraz, kiedy odpowiadam ci na pytania. Już dawno powinnam coś zjeść, no ale…

Właśnie. Jak się za coś zabieram na poważnie, to zwykle po drodze kruszę skały. 🙂 Czekam aż ten szum trochę ucichnie, moje życie się ustabilizuje i wrócę do spokojnego, regularnego pisania. Przypominam Ci, że poza pisaniem książek, zarządzam też portalem i piszę do niego teksty.

ETN: Jakie masz wskazówki dla osób, które marzą o wydaniu swojej debiutanckiej książki?

MP: Nie można zrażać się niepowodzeniami. Ale też nie zawsze zgadzać się z odmową. Może chodzi o to, żeby pokazać, że nie mieli racji, nie doceniając twojego talentu? Bo to się liczy przede wszystkim. Talent. A potem dopiero ciężka praca. I nie ukrywam, że przebojowość i odwaga bardzo się przydają.

ETN: Co dla Ciebie, jako czytelniczki, jest najcenniejsze w literaturze?

MP: Autentyczność. Inność. Czasem dziwność. Lubię, kiedy literatura czymś we mnie EPATUJE. Lubię coś mocno odczuwać i lubię, jak moje serce zamiera albo bije zbyt szybko.

ETN: Jakie książki możesz polecić, podobne do Twojej?

MP: Nie wiem, bo na nikim się nie wzorowałam. Kiedy pisałam o Tuliuszu, przypominał mi się za to bardzo ciekawy film Mandarynka o społeczności transwestytów w Hollywood. Zrobił na mnie ogromne wrażenie właśnie taką czułością i niezwykle kruchym pięknem na tle brudnego, odrażającego świata. Jeszcze raz chętnie polecę też Raptora Red. Mimo że bohaterka jest prehistorycznym gadem, a całość przypomina raczej zapis serialu przyrodniczego, książkę czyta się jednym tchem.

ETN: A gdybyś miała wybrać swój literacki wzór do naśladowania, jakiegoś twórcę, kto by to był?

MP: I tutaj mam znowu problem. A wiąże się on z moją specyficzną osobowością i światopoglądem. Nie wierzę we wzory do naśladowania. Nie wierzę w autorytety. Wierzę za to w mój talent, wierzę w to, że warto pisać mimo wszystko. A jako skrajna indywidualistka powiem ci jeszcze, że każdy artysta powinien sam odnaleźć swoją własną drogę. Nie tylko w pisaniu, ale również w życiu.

ETN: Kiedy kolejna książka?

MP: Kiedy się napisze. Będzie dłuższa od pierwszej części, bo akcja będzie się toczyć równocześnie w Afryce i w Europie. Ale już zaczęłam i świetnie się bawię w trakcie pisania.

Droga Magdaleno, bardzo dziękuję Ci za wartościową rozmowę. Myślę, że Twoje słowa będą pomocne dla każdego, kto marzy o pisaniu. Mnie wywiad z Tobą bardzo zainspirował i zmotywował do dalszej walki z samą sobą o dokończenie pisania książki. Życzę Czytelnikom, by śmiało brali z Ciebie przykład osoby tyleż samo pracowitej, co przebojowej i kreatywnej. A Tobie, by pisanie kolejnej książki dostarczyło Ci co najmniej tyle samo frajdy, co przy pierwszej części Twierdzy Kimerydu. Przy okazji zapraszam też wszystkich na jeden z moich ulubionych portali literackich www.szuflada.net. Naprawdę warto!