Fabryka życia #11 – Nie ufaj śmierci. Wieczny odpoczynek to tylko wakacje*

Fabryka życia #11 – Nie ufaj śmierci. Wieczny odpoczynek to tylko wakacje*

Kiedy myślę o ostatnich trzydziestu dniach, mam ochotę zwymiotować. Ze wstrętu do samej siebie. Już tłumaczę, dlaczego.

Przeprowadziłam się z poznańskiego mieszkania do Paproci, przeuroczej wioseczki w pobliżu Nowego Tomyśla. Po zapłaceniu właścicielowi poprzedniego lokum za zdezelowane łóżko, najbardziej eksploatowany mebel w mieszkaniu, trafiłam z powrotem pod rodzimą strzechę. Tymczasowo zamieszkałam w miejscu, które opuszczałam, będąc nieskalaną maturzystką z głową wypełnioną różowymi jednorożcami. Te sześć lat temu myślałam, że Poznań da mi natychmiast to, czego pragnę. Miłość po grobową deskę. Przyjaźń do ostatniej kropli krwi. Wykształcenie. Efektowną karierę. Że będę plątać się między kolorowymi kamieniczkami Starego Rynku, trzymając za rękę księcia z bajki i opowiadając mu o kilkutysięcznej zaliczce, jaką dostałam od wydawnictwa za kolejną książkę.

I oto wracam z Sikorą w burzy z piorunami, wyładowujemy w pocie czoła kartony z książkami, matka i Sikora zasypiają, a ja łażę po domu i myślę.

Brudna, wkurwiona i złamana. Wielokrotnie.

Dowiedziałam się przez te kilka lat o życiu tyle, że druga część Piromanów na pewno zostanie spisana. Czy opublikowana? Nie wiem, ponieważ ludziom zawsze wydaje się, że są najbardziej interesującymi punktami w galaktyce. Gówno prawda. Jestem świadoma, że nawet najbardziej popieprzone momenty mojego życia nie są w stanie zauroczyć dużo więcej ludzi niż mam znajomych na Facebooku, a i tak nie mogę o nich mówić, żeby nie wyrządzić komuś krzywdy.

W pewnym momencie zaczęłam sobie dzięki tym doświadczeniom całkiem nieźle radzić w życiu. Wiem już, że po magiczne chwile nie idzie się o godzinie 16.00 pod Pręgierz, ale łapie się je w środku nocy, biegając po wildeckich ulicach. Że trzydniowa delegacja jest czasem o wiele sympatyczniejszym niż kilkutygodniowe wakacje z dala od cywilizacji. Żeby nie brać ludzi w długich do ziemi czarnych płaszczach i kapeluszach z kangura za świrów, tylko kłaniać się im w pas.

I wszystko byłoby naprawdę cudownie, bo w brudzie odnajduję się świetnie, w małych przestrzeniach fizycznie też, ale nie w ciasnych miejscach dla umysłu.

Oraz bez hajsu.

Może faktycznie jestem francuskim pieskiem.

Otóż bowiem spędzam na wsi zaskakująco miłe chwile, kosząc trawę, szykując obiadki, towarzysząc mamie w shoppingu i oglądając z tatą Netflixa. Patrzę, jak rosną kabaczki giganty w ogródku, robię zdjęcia kwiatkom, kładę się spać koło dwudziestej drugiej i o siódmej wstaję bez większego bólu. Robię rowerem 35 km w weekendy. Odwiedzam moją przyjaciółkę. Jestem na wsi, w której nic się nie dzieje i nie mam powodów do bycia niezadowoloną.

To obrzydliwe, że całkiem dobrze się bawię, będąc z dala od jazgotu miasta. Powiem więcej. Byłam dwa tygodnie na urlopie i… ani razu nie pomyślałam wówczas o pracy. Zaczynam podejrzewać, że jestem w naprawdę złym stanie, skoro moje poprzednie urlopy spędziłam na zastanawianiu się, co robią moi koledzy z redakcji. Odwala mi. Martwię się, że jeśli tak dalej pójdzie, skończę jak K. Michalak, pisząc jakiś chłam dla kobitek po sześćdziesiątce i dokarmiając wiewiórki.

Całe szczęście, że lipiec się kończy. Wypoczęłam za wszystkie czasy, choć urlop spędziłam na szlajaniu się po Sudetach (113 punktów GOT! szok i niedowierzanie!) oraz oglądaniu serialu Szefowa (polecam gorąco). A teraz obiecuję sobie i Wam wziąć się za szmaty i ostro zapierdalać.

A to niestety oznacza, że na blogu będzie mniej wpisów. Taki paradoks. Niestety nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć. Po moim ostatnim załamaniu nerwowym zrozumiałam, że mogę sobie wmawiać bez końca, iż jestem nie do zdarcia, ale wciąż pozostaję człowiekiem. I kiedy skupiam się na wielu rzeczach, zapominam o oddechu. Dosłownie i metaforycznie. To, co mnie uszczęśliwia, to przede wszystkim robienie dobrej literatury, nie zaś poszatkowanych wpisów na blogu. Tego muszę się trzymać. Pisanie książki to tytaniczne zadanie, jeśli pracuje się wciąż na pełen etat. Zobaczmy jednak, co przyniesie przyszłość…

Trzymajcie za mnie kciuki.

Jeśli mnie lubicie, możecie odwiedzić mnie zawsze na Facebooku i Instagramie.

To tyle. Do zobaczenia w sierpniu!

 

___________________

* Tytuł jest cytatem z wiersza Ewy Lipskiej pt. Żywi nie są cierpliwi

To my zabiliśmy Chestera Benningtona. I wciąż zabijamy

To my zabiliśmy Chestera Benningtona. I wciąż zabijamy

Dawno już przestałam wierzyć, że kolory takie jak czarny i biały rzeczywiście istnieją. Spróbujmy je znaleźć w naturze. Ciężko, prawda? Wydaje mi się, że to wymysł ludzkości, która w pewnej mierze cierpi na socjologiczny daltonizm, a w dodatku jest zbyt leniwa, by przyjąć więcej niż jeden schemat: dobro i zło.

Mamy więc pierwszą połowę dwudziestego wieku i dla białych, człowiek o czarnej skórze może być tylko przedmiotem służącym do polepszenia warunków życiowych. Dla czarnego zaś biały jest demonem, który pozbawiony jest intelektu, wrażliwości, ciepła. Jest oprawcą.

Mamy Polskę w pierwszej połowie dwudziestego pierwszego wieku i tych, którzy wychodzą na place, by w ten sposób bronić Konstytucji oraz tych, którzy tego nie robią, z różnych przyczyn. Mamy kobiety, które w towarzystwie karmią dziecko piersią i mówią o tym, że feminizm nie stanowi żadnej wartości, więc najlepiej nie obnosić się z nim na prawo i lewo, ale mamy też wojowniczki, które potrafią przefarbować sobie włosy na różowy, iść do telewizji i mówić mądrze oraz z rozwagą. Mamy młodych gejów chodzących z flagami po ulicy oraz pięćdziesięcioletnie głowy rodzin, które spotykają się ze swoimi ukochanymi raz na miesiąc i żałują, że nie urodzili się później, bo wtedy nie musieliby okłamywać rodziny w kwestii swojej orientacji.

Mogę mieć zradykalizowane poglądy, powiedzieć, że według mnie coś jest głupotą, tchórzostwem, lenistwem. Potrafię stanąć po jednej z dwóch stron barykady, ale to nie oznacza, że nienawidzę ludzi z przeciwnego obozu. Że uważam ich za typów spod ciemnej gwiazdy.

Bo różni nas wiele. Religia, status majątkowy, wykształcenie, podejście do życia, znajomość języków, rodzaj wykonywanej pracy. Sami między sobą często budujemy mury. Skoro ktoś woli Legię niż Lecha, musi dostać wpierdol od poznańskich kiboli. Jeśli któraś dziewczyna w szkole jest piękniejsza i otrzymuje więcej męskiej atencji, trzeba wymyślić jakąś plotkę na jej temat i rozpuścić, żeby nie było jej w życiu za łatwo. I na tym się skupiamy. Na pogłębianiu różnic między sobą, na wmurowywaniu w naszą rzeczywistość stereotypów, na podbudowywaniu swojego ego krzywdą innych ludzi.

Komentujemy wszystko, co inne. Fryzurę afro u przechodzącej obok dziewczyny, tatuaże na twarzy u tego faceta w tramwaju, dużą dupę dziewczyny z nadwagą u fryzjera, wszystko. Wizerunek zewnętrzny jest dla nas powodem do wyrobienia sobie zdania na temat osoby, której w ogóle nie znamy, choć w środku bywamy identyczni.

To śmieszne, bo przecież nikt z nas nie prosił się o bycie na tym świecie, więc na starcie wszyscy mamy tak samo pod górkę. Mamy marzenia, problemy, niepokoje. Osoby, o które musimy się zatroszczyć i własny bagaż trudnych doświadczeń, który otwiera się i rozsypuje w najmniej oczekiwanych momentach, utrudniając pokonywanie dalszej drogi.

I nie ma ludzi dobrych i złych. A wciąż dzielimy ich na lepszych lub gorszych.

Jednocześnie tracimy przy tym mnóstwo czasu i energii, którą moglibyśmy poświęcić na rozwinięcie naszej empatii czy delikatności albo pomoc innym ludziom. Mówimy, zamiast rozmawiać, wygłaszamy sądy oderwane od materiału dowodowego, wchłaniamy niepotrzebne informacje, zamiast słuchać. Jesteśmy przemęczeni własną paplaniną, bezwartościowymi informacjami zamieszczanymi przez naszych znajomych w mediach społecznościowych, sprzecznymi danymi z różnych mediów na temat aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Śmieci przestają się już mieścić w naszych umysłach i wybuchają agresją w rozmowie z osobami, które kochamy. Zupełnie nagle. Bez żadnej przyczyny.

A kiedy ktoś prosi nas o pomoc, nie potrafimy zrozumieć, co ta osoba ma na myśli. Czasem przekaz jest tak prosty, że w świecie hipokryzji trudno go rozczytać. Innym razem jest zawoalowany, ukryty nie w słowach, a w zachowaniu, więc jeśli nie skupiamy się na teraźniejszości, tylko stresujemy się jutrem, nic dziwnego, że osoby z naszego otoczenia po prostu znikają. Wydaje nam się to szokujące. Ale gdybyśmy poświęcili uwagę na to, co naprawdę jest w życiu ważne…

Wczoraj dowiedziałam się o śmierci Chestera Benningtona i zabolało mnie to jak cholera. Kiedy przytrafiało mi się coś złego, uciekałam z odtwarzaczem CD w świat muzyki, która mówiła o moim życiu. Teksty Linkin Park idealnie odzwierciedlały moje odczucia, mówiły wprost o niesprawiedliwości, samotności i kruchości życia. Dzięki nim czułam się zrozumiana lepiej niż gdybym rozmawiała z którymkolwiek z rówieśników. Takie jest życie, wszyscy cierpią, gubią się w swoich głowach, tęsknią za światem, który nie istnieje. I krzyczą z bezsilności.

Nikt nie krzyczał tak jak Chester Bennington, aż w końcu umilkł.

Czy nie jest tak, że samobójstwo to tak naprawdę morderstwo popełnione przez masę? Czy to nie masa odpowiada za doprowadzenie człowieka do takiego stanu przez obojętność, brak wyciągniętej ręki i skierowania na ścieżkę leczenia? Nie chcę nikogo obwiniać, ale ilu w naszym otoczeniu jest Chesterów Benningtonów? Ludzi, którym źle się w życiu dzieje? Są wycofani, ale wydają nam się nic nie znaczącymi elementami wystroju sceny, w której to my gramy pierwszą rolę?

To nie jest tak, że człowiek, z którym chodzimy do kina, pijemy wieczorami winko i rozprawiamy o życiowym kale nagle bierze skakankę i idzie powiesić się na klamce od drzwi łazienki. Jak podaje strona zobaczznikam.pl statystycznie na jedno samobójstwo przypada aż dwadzieścia pięć prób, a aż 80-90% poddanych leczeniu depresji udaje się pokonać chorobę. Depresja to proces całkowitego spustoszenia umysłu i duszy, który wyniszcza przez wiele lat. I jeśli nie będziemy skupieni tylko i wyłącznie na sobie, będziemy w stanie to zauważyć.

I can’t feel the way I did before
Don’t turn your back on me
I won’t be ignored
Time won’t heal this damage anymore
Don’t turn your back on me I won’t be ignored

Linkin Park, Faint

Zastanawiam się nad moimi marzeniami. Bycie uznaną pisarką? To raczej cel. Pomysł na życie. Urlop na Alasce? To samo. I kiedy dochodzę wreszcie do wnętrza, to pragnę tylko dwóch rzeczy: by moim bliskim nie stała się żadna krzywda i bym ja była na tyle roztropna, by jej nie wyrządzić. Tym właśnie ujawnia się mój egoizm. Bo co z resztą świata, poza moją strefą komfortu?

Wniosek jest prosty, jak wszystko.

Nawet jeśli jesteśmy głównymi bohaterami w filmie o naszym życiu, to bez pozostałych postaci gramy kiepski monodram, którego nawet my nie będziemy chcieli obejrzeć. Zwracajmy większą uwagę na to, co dzieje się u bohaterów dalszoplanowych. Wcale nie tak trudno odinstalować Snapchat, a zamiast tego pogadać szczerze przez kilka minut z przypadkowo spotkanym na ulicy znajomym.

Warto też pamiętać o numerze telefonu 116 123, poradni telefonicznej dla osób w kryzysie emocjonalnym. I tym, że specjaliści tacy jak psycholodzy, psychoterapeuci i psychiatrzy nie są szarlatanami, tylko lekarzami, potrzebnymi naszemu otoczeniu tak samo jak interniści. Bo to normalne, że skoro nasze ciało choruje, to umysł i dusza też mogą, a o to drugie trzeba dbać tak samo, jak o pierwsze.

 

 

 

Raphaëlle Giordano – Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno

Raphaëlle Giordano – Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno

Brzydzę się swoim ciałem, nie mam czasu na wizytę u lekarza, moje mieszkanie tonie w brudzie, a dziecko doprowadza mnie do szału… Przeżywacie podobne rozterki? Jeżeli jesteście do tego miłośnikami prostej, niemęczącej i jednocześnie pożytecznej lektury, sięgnijcie po francuski bestseller autorstwa Raphaëlle Giordano pod wyjątkowo długim tytułem Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno.

Choć Camille, główna bohaterka tego zbeletryzowanego poradnika, ma dobrze płatną pracę, pięknego syna oraz ułożonego męża, nie jest zadowolona ze swojego życia. Za radą matki, zamiast rozwinąć talent plastyczny, postanowiła ukończyć studia handlowe. W firmie musi znosić złośliwe docinki kolegów z zespołu a w domu wykonywać pięć rzeczy naraz, by zadowolić swoich mężczyzn. Przed czterdziestką zaczyna do niej dochodzić, że wszystko wokół stało się miałkie, pozbawione kolorów, nie przynoszące satysfakcji… Nie tak miało wyglądać życie Camille.

Pewnego razu kobiecie psuje się auto i w ten sposób, dziwnym trafem, poznaje Claude’a, rutynologa. Lekarz zajmuje się przypadkami osób, które straciły energię do walki z codziennością i pogrążają się w stanie, który może prowadzić do depresji. Claude potrafi nawet z najcięższych przypadków wydobyć iskrę życia i przekształcić ją w intensywny płomień. Jak potoczą się od tej pory losy Camille? Co przyjdzie jej zmienić w nudnym życiu i czy uda jej się być szczęśliwą?

Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno czyta się z porażającą szybkością, o ile jednocześnie nie robi się notatek, a warto o to zadbać, by na przykładzie Camille rozprawić się z własnymi problemami. Rady Claude’a są wartościowe i wydaje mi się, że faktycznie mogą pomóc osobom znużonym przez otaczającą rzeczywistość. Poleciłabym tę książkę osobom, które do tej pory nie odwiedzały psychoterapeuty i wzbraniają się przed tym, a zwłaszcza kobietom, które próbują ogarnąć różne sfery swojego życia w zadowalającym stopniu. To solidna dawka prostych porad, dzięki którym życie może wydawać się nie tylko znośniejsze, ale i zdecydowanie mniej bolesne, ciekawsze, wartościowsze.

Jeśli jednak wiesz, czym jest metoda SMART, jak działa trójkąt dramatyczny Karpmana czy masz poważne trudności z prawidłowym codziennym funkcjonowaniem – poszukaj innej lektury. Bardziej zaawansowanej. Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno określiłabym mianem poradnika dla bardzo początkujących w dziedzinie samorozwoju. Ale jeśli jesteś nowicjuszką, książka powinna być dla Ciebie bardzo pomocna.