Ludwik Wolta — Strefa komfortu. Antyporadnik w stylu noir

Ludwik Wolta — Strefa komfortu. Antyporadnik w stylu noir

Dzisiaj o książce, która jest przykładem wybitnej literatury współczesnej, ale jako debiut — stanowi całkiem ciekawą lekturę, traktującą o problemach ludzi tuż po studiach, przed trzydziestką. Ludzi wszystkich płci, w opozycji do tego, co wydawca napisał na okładce. Podobno jest to książka o dzisiejszym kryzysie męskości — nie wydaje mi się. Problem z dopasowaniem się do pędzącej rzeczywistości, która stawia na konsumpcjonizm i przemienia ludzi w marki, dotyczy nie tylko mężczyzn.

Strefa komfortu to debiut literacki Ludwika Wolty, z zawodu, jak piszą na skrzydełku książki, psychologa i psychoterapeuty, zatem postaci, która powinna znać się na ludziach. Zagłębiwszy się w lekturze, czyli smętnej opowieści o nieudolnej, metaforycznej walce Berna Jakima z konsumpcjonizmem, nowoczesnością oraz pędem świata, rządzonym przez pieniądz, stwierdzam, iż faktycznie, autor zna się na rzeczy. To znaczy na ludziach. I to, że głównym bohaterem jest młody mężczyzna, nie oznacza, że nie mogłaby to być młoda kobieta. Już samo nazwisko Berna, Jakim, wskazuje, że do czynienia mamy z postacią everymana.

Długo zastanawiałam się, czy recenzować dla Was Strefę komfortu. Wiecie, ciężko mnie zainteresować nowością w branży wydawniczej, ale nowinki w social media, piękna okładka i sumiennie zrobiona strona www autora przekonały mnie do sięgnięcia po Antyporadnik. Z jednej strony widać, że autor na rzemiośle się zna, bo pisze po prostu ładnie. Jego gibkie pióro ujawnia się na poziomie językowym utworu, np. w sformułowaniach takich jak:

Ciemność pozwalała myślom nabrać tempa i barw

ale pada, jeśli chodzi o konstruowanie fabuły. Niestety zupełnie nie odczułam pędu akcji. Pod koniec może troszkę, ponieważ chciałam dowiedzieć się, czy Bernowi uda się osiągnąć totalnie popieprzony cel, ale w książce trafiło się za mało było sekretów, których ujawnienia pragnąłby czytelnik, sięgając po powieść. Niektóre fragmenty — totalnie przegadane. Dialogi zaś czasem zupełnie zbędne (ustalanie przez trójkę ćpunów, ile gramów narkotyku dostał Berno było naprawdę słabym pomysłem na retardację) i ogólnie gdyby wyciąć część rozmyślań głównego bohatera o transcendencji, byłoby dużo lepiej.

Czy warto zatem przeczytać Strefę komfortu Ludwika Wolty?

Dobre pytanie. Nie wiem.

Podejrzewam, że jeśli nie potrafi się jednoznacznie odpowiedzieć na powyższe pytanie, odpowiedzią powinno być po prostu: nie.

Ale wciąż się waham, wiecie? Ponieważ w trakcie lektury trafiłam na trzy bezcenne fragmenty. Pierwszy z nich:

Ja też próbuję być szczęśliwy, chociaż na co dzień się do tego nie przyznaję…

W głównej mierze bezsensowne poczynania Berna (chłopak najpierw ucieka od coachingu, potem sam przestrzega jego wskazówek, choć cały czas gardzi poradami z lekcji efektywnego życia), przedstawiony świat wokół niego, pełen zepsucia i sztuczności, nie dają żadnej nadziei na dobre zakończenie. Czy spotkamy je w książce, czy dopiero po jej zamknięciu? Lektura przedstawia portrety ludzi nastawionych tylko i wyłącznie na zarabianie pieniędzy. Są egocentryczni. Stanowią narzędzie w rękach gigantycznej machiny konsumpcjonizmu. Opozycją dla nich są ćpuni, kurwiący się dla pieniędzy, które przewalają na substancje, by choć przez chwilę odpocząć od pędu współczesności. I to wszystko jest nasączone taką beznadzieją, że kiedy zamykamy książkę, możemy albo odczuć pustkę, bo w naszym świecie jest tak samo, albo ulgę, bo nasze myślenie nie dopuszcza innego scenariusza niż happy ending. Każdy z nas chce być szczęśliwy, ale niektórzy z nas tak zatopili się w roztkliwianiu nad burą codziennością, że zapomnieli, czego chcą. Albo nigdy nie wiedzieli. Berno jest właśnie przykładem takiej osoby. Marudzącej, udającej, próbującej walczyć z wiatrakami, choć łatwiej nagiąć system do swoich zasad niż go zabić. Główny bohater jest zatem nie tylko, jak został określony, chłopcem w klapkach na stopach, ale głównie na oczach. I przez to bezsilnym.

Wiesz… pomyślałam sobie, że… że dobro wcale nie jest takie złe […].

Processed with VSCO with c1 preset

Ten fragment z kolei przypomniał mi o niesieniu pomocy innym. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy zrobiłam dobry uczynek. Chyba wniosłam zakupy staruszce do mieszkania, jakieś dwa tygodnie temu. Okazuje się, że wystarczy pomóc komuś innemu, by zobaczyć, że świat nie jest tak beznadziejnym miejscem, jakby się mogło wydawać. No bo wszyscy znamy ludzi anty-, prawda? Którzy psioczą na rząd niezależnie od kadencji. Nigdy nie odpowiada im pogoda, bo raz za zimno, raz za gorąco. Wolących dokopać innym, którym zazdroszczą, zamiast postarać się samemu być lepszym.

Działanie jest wyznacznikiem męskości – działanie na podstawie roztropnie zaplanowanych decyzji.

A najprostszym sposobem na poprawę jakości życia jest faktycznie działanie. Niezależnie od płci. Działanie bowiem to nie wyznacznik męskości, a dojrzałości.

I wiecie, te trzy zdania to nie jest puenta tej książki, choć nie wydały się najcenniejsze. Z książki można wyciągnąć o wiele więcej, ja przepuściłam ją przez sitko z naprawdę wąskimi oczyma, żeby udowodnić Wam (i samej sobie), że czas spędzony na lekturze nie był czasem zmarnowanym. Reasumując więc, książka zawiera kilka mądrych stwierdzeń, daje do myślenia i bywa momentami przezabawna, ale moje życie nie zmieniło się w żadnym stopniu po lekturze. A tego chyba jednak oczekuję od książek. Żeby albo zryły mi beret tak, żeby nie chciało mi się wracać do życia codziennego, albo żeby nauczyły mnie lepiej żyć.

5/10

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

W pewnym momencie swojego życia uświadamiasz sobie, że coś poszło nie tak. Niby się starałeś, żeby wszystko było dobrze, skończyłeś studia, znalazłeś pracę w firmie o niezłej opinii, masz przystojnego partnera czy tam zgrabną partnerkę i grono przyjaciół, ale… jakoś ci mało. Obok ciebie natomiast, w twoim fachu, jest ktoś, komu idzie dużo lepiej. Co więcej: afiszuje się ze swoimi sukcesami. I wkurwia cię to niemożebnie. Co zatem robisz? Zamiast postarać się samemu być lepszym? Postanawiasz utrudnić życie konkurentowi. Czyli po prostu mu dojebać.

Co tam w pracy?

To był szalony tydzień. Wiele się zadziało. Latałam i czołgałam się, naprzemiennie. W pracy mam dwa rewelacyjne projekty. Wydajemy Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata mojej ulubionej podróżniczki, Kasi Maniszewskiej. Kasia jest, jak powiedziała kiedyś Sikora, prawdziwą Wonder Woman wśród podróżników. Mądra, dowcipna, zdolna, ładna, a nade wszystko odważna. I do tego ćwiczy boks. Mój związek z pracą jest dosyć skomplikowany. Czasem niemiłosiernie mnie irytuje, ale mimo wszystko mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że kocham to, co robię. Zwłaszcza dlatego, że mogę poznawać tak wspaniałe osobistości, jak choćby Kasię, i brać z nich przykład.

Drugim projektem jest proces wydawniczy książki autorstwa Iwony Anny-Dylewicz pt. Teatr snów. Ponieważ główna bohaterka, czarownica, jest rudowłosa, od razu zapałałam do niej sympatią. Na tyle więc zżyłam się z książką, że sama postanowiłam zrobić jej skład, czego wcześniej zupełnie nie umiałam. Zatem mimo że pracuję już z wydawnictwie trzeci rok, wciąż się rozwijam. Nie mogę się nacieszyć. Mam nadzieję, że Wasza praca również obfituje w takie możliwości i ciekawe doznania. Dajcie znać w komentarzu, dobra?

A jeśli macie ochotę sami poznać tak ciekawe postaci i jeszcze wiele, wiele innych, mających na swoim koncie wydanie już niejednej książki, zapraszam do facebookowej grupy Kobiety piszą. Bawimy się tam dobrze i z kulturą, więc nie czekajcie, wbijajcie.

Co tam w blogosferze?

W ciągu ostatnich dni cieszyłam się niemal nieustannie. Mój ostatni post pt. Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs wywołał największe poruszenie jak do tej pory w historii bloga. Post dotarł do ponad ośmiu i pół tysiąca odbiorców. I wzbudził sporo kontrowersji. Nie wszystkie komentarze byłam w stanie przeczytać. Nie wszystkie chciałam. Ale wpadło mi w oko niestety o kilka za dużo. Najwięcej głupoty odnalazłam chyba w grupie Czytamy polskich autorów. Spodobał mi się zwłaszcza komentarz, przy którym mam czelność zatrzymać się na dłużej.

opiniafejs

Wydaje mi się, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę, czy nie jest przypadkiem tak, że żeby wyrobić sobie na jakiś temat opinię, trzeba się z danym tematem zapoznać? I czy nie jest tak, że Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk i Sylwia Chutnik ośmielają się sążniście zakląć w swoich tekstach? A ich teksty są znakomite, więc… tak, dużo się traci, jeśli ktoś pała obrzydzeniem do takiej błahostki jak stylizacja języka na brutalny, sążnisty, i, uwaga, normalny. Nie chcę, żeby wyszło, że porównuję się do największych polskich pisarzy współczesnych, zaraz mi ktoś wyjedzie z tekstem, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie (co też jest absurdalne, swoją drogą), ale w świetle prawa jesteśmy sobie równi. Wszyscy skończyliśmy te 18 lat. I jak nam kurwa gdzieś dobrze zagra, to czemu wyrzucać ją z ciepłego, wygodnego, tekstowego mieszkanka?

Ale dojedźmy smarkulę, co ona tam wie o pisaniu i czytaniu. Skopmy ją po twarzy, najlepiej brudnym glanem. Napiszmy po prostu, że tekst do dupy, nie podajmy żadnego powodu oprócz niezbyt wysublimowanego języka i rozkręćmy nagonkę. A potem czerpmy satysfakcję z tego, że odpowiedziała na jeden komentarz, bo widać, że ją hejty ruszyły, hehe, śmieszne.

Serio? To są ludzie rozmiłowani w literaturze?

Wiem, że często trudniej jest wyciągnąć rękę poprzez wskazanie słabych punktów w tekście oraz wypunktowanie jego zalet. Jeżeli komuś nie chce się wchodzić w sensowną polemikę, albo chociaż podjąć (dla niektórych, jak widać, tytanicznego wręcz) wysiłku przeczytania mniej niż jednej dziesiątej arkusza wydawniczego, to po co, po co, po co w ogóle się odzywać?

Dziękuję zatem wszystkim blogerom, którzy wypowiedzieli się w temacie. Wasze komentarze, zawierające doświadczenia i konkretne uwagi, są dla mnie niesamowicie cenne. (Wybaczcie, że nie na wszystkie jeszcze odpowiedziałam, ale to kwestia niedalekiej przyszłości). Widzę, że rynek wydawniczy jest zepsuty również i w światku internetowo-recenzenckim. Ale nie ma co załamywać rąk, tylko brać się do roboty. Wdzięczna jestem Wam przeogromnie, bo takie sytuacje przypominają mi o tym, jak ważna jest walka o dobry kontent i zadowolenie Czytelników. I siebie samych.

Co tam w głowie?

Na imprezie urodzinowej Boharka (z tego miejsca również, Przyjacielu, życzę Ci wszystkiego najlepszego) w Babilonie, dowiedziałam się od Andrzeja (w pewnych kręgach znanych jako Dr Zuo), że stałam się osobą o wiele bardziej stonowaną i chyba ogarniętą niż dwa, trzy lata temu. (O najgorszych i najśmieszniejszych, choć niekoniecznie prawdziwych wydarzeniach, możecie przeczytać w Piromanach). Muszę przyznać, że kiedyś uważałam bycie normalną za największą obelgę, ale o dziwo nie czułam się tą uwagą upokorzona. Kilka godzin wcześniej obudziłam się w ramionach chłopaka (mojego, prawdziwego) i pomyślałam prawie to samo. Że jest dobrze, bez udziwnień, spokojnie, pięknie wręcz.

Postanowiłam zatem się autosabotować. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego drzemie we mnie tak ogromne, palące wręcz pragnienie samodestrukcji. Ale wiecie, co się stało? Wszechświat mi nie pozwolił. Postawił przede mną monumentalny znak zakazu w postaci mojej wychowawczyni z LO. Biegłam sobie po mojej rodzinnej mieścinie, a tam ona. P. AK. Zdjęłam słuchawki, dałam się oślinić jej psu, a potem zamiast small talku, odbyłyśmy krótką, sensowną rozmowę o nadużywaniu władzy. O szacunku. O zasadach. O byciu w zgodzie z sobą.

Zatem choć miesza mi się to, czy mam jakąś osobowość, czy jej nie mam, przez co nie do końca wiem, kim jestem i czy coś w życiu osiągnę, nie tracę zbytnio czasu na rozmyślanie o tym.

Nie liczy się, ile mamy kasy w portfelu, o ile wiemy, że otrzymaliśmy ją za dobrze wykonaną robotę. Nie liczy się, jakie stanowisko piastujemy, o ile dobrze wykonujemy swoje obowiązki. Nieważne jest, ile osób będzie przeciwko Tobie, ważne, że Ty jesteś w zgodzie ze swoimi przekonaniami, gotów w każdym momencie je skorygować, kiedy ktoś przedstawi Ci godną argumentację. Proste. Banalne.

O wiele szczęśliwsi będziemy, jeśli zamiast zazdrościć innym, skupimy się na znalezieniu w sobie problemu i rozwiążemy go. Albo chociaż postaramy. A jeśli ktoś poprosi o radę, zamiast udzielać mu fałszywej wskazówki z uśmiechem na twarzy i czarnymi myślami w głowie, po prostu będziemy szczerzy. No bo czemu nie?

Kiedy zarzucono mi, że mój tekst został napisany bez szacunku, nie zdenerwowałam się. Gorszych bredni usłyszeć nie mogłam, więc niezbyt mnie to obeszło. Żywię ogromny szacunek do każdego przeżytego dnia, bo wiecie, tak ciężko czasem mi go rozpocząć… Żywię szacunek do każdej napotkanej mi osoby, bo wiem, że z każdego spotkania mogę czegoś się nauczyć. Życzę zatem sobie i Wam, byśmy nigdy o tym nie zapomnieli.

Na koniec podziękuję Wam jeszcze raz za to, że jesteście ciepli i wspierający. Że obdarzyliście mnie zaufaniem, dając łapkę Fabryce dygresji na Facebooku (stuknęło 800 polubień, wariactwo ;O) i jakiś czas temu 1000 na Instagramie. Wy chore dzikusy. Dodajecie mi skrzydeł.

Kłaniam się i życzę udanego tygodnia!

Wasza

Emilia

 

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Od kiedy przestałam brać do recenzji każde byle gówno, pierwszy lepszy wyrzyg quasi-literacki, który na nieszczęście otrzymał numer ISBN, musiałam zacząć się tłumaczyć. Krótkie nie jestem zainteresowana nie wszystkim wystarczyło. Pisanie, że nie mam czasu, też nie satysfakcjonowało niektórych osób, którym wyjątkowo zależało, bym zaopiniowała ich utwór. Nie rozumiem dlaczego. Moje zasięgi nawet nie smucą, tylko śmieszą, ewentualnie budzą politowanie. Może chodzi o to, że niektórzy po prostu nie lubią, kiedy im się odmawia? Postanowiłam zatem tego nie robić, tylko podać stawkę. I wtedy dowiedziałam się, że zajmuję się prostytucją.

Wiecie, dlaczego prowadzę Fabrykę dygresji?

Ponieważ jestem przekonana, że mam więcej do napisania, niż powiedzenia. Jestem świadoma, że moje teksty nie zainteresują całej rzeszy odbiorców, tylko wybraną grupę, ludzi podobnych do mnie. Czyli ludzi przeważnie urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, rozmiłowanych w literaturze i często rozmyślających o swoich relacjach z otoczeniem. To, co piszę, ma więc prezentować takie treści, które sama chętnie bym przeczytała, bo nie chcę sprawić zawodu osobom, które odwiedzają mój blog.

Dlatego się przykładam.

Nie piszę o tym, co chciałabym sobie kupić, bo pierdolę konsumpcjonizm już od 2013. Uważam, że komercjalizm to piekielna machina, służąca do tego, by człowiek zapomniał o tym, że ma umysł i duszę. Ale nie potępiam osób, które lubią otaczać się ładnymi rzeczami, bo każdy ma potrzeby estetyczne i powinien zaspokajać je tak, jak najlepiej potrafi. Czasem dlatego muszę przeczytać tekst, który stworzyłam z pięć razy, by zastanowić się, czy moimi poglądami nikogo nie skrzywdzę. Bo słowa bolą bardziej.

Czytam dużo książek i chcę polecać te najlepsze, czyli napisane świetnym piórem i przekazujące istotne wartości. Zatem w trakcie lektury zaznaczam cytaty, robię notatki, a później próbuję zebrać moje wrażenia w zwięzły post, bo szanuję również czas gościa na mojej www.

Robię to, bo kocham pisać i czuję misję czynienia świata mądrzejszym.

Nie dlatego, że chcę wyłudzać hajs.

Ale kiedy ktoś ma interes w tym, bym przeczytała jego książkę, na co sama nigdy bym nie wpadła, bo mam inne zamiłowania literackie, bym poświęciła swój czas na wnikliwą analizę utworu, a później napisała tekst na ten temat, nie prosi o przysługę, tylko o usługę. A ja, jako osoba pracująca na etat, pochłonięta pisaniem własnej książki, tworzeniem treści na blog oraz media społecznościowe, a przy okazji chcąca raz na jakiś czas spotkać się z inną istotą człowieczą, mogę zdecydować, czy

a) zrecenzuję (bo dawno chciałam przeczytać proponowaną książkę, więc przyjmę egzemplarz z pocałowaniem ręki, choć jego wartość – te niby 40 zł w barterze za godziny spędzone na lekturze to śmiech na sali) w zamian za satysfakcję w trakcie czytania,

b) nie zrecenzuję,

c) zrecenzuję (nie wiadomo, czy pozytywnie) za odpowiednie wynagrodzenie.

Nie prowadzę bloga w celach zarobkowych.

To, że przyjmuję pieniądze za recenzję nie znaczy, że recenzja jest pozytywna. Nie sprzedaję ani siebie, ani swojej opinii, tylko szanuję mój czas oraz sztukę słowa pisanego.

Chciałabym, by więcej blogerów wychodziło z tego założenia. By nie zaniżało wartości blogosfery, zamieszczając podsyłane przez wydawnictwa informacje prasowe albo opiniując książkę w kilku pustych zdaniach, bo jarają się egzemplarzem książki, którą postawią raz na półce i później o niej zapomną. By wydawcy i autorzy przestali się łudzić, że blogerzy to banda nerdów, która ślini się, kiedy machnie im się byle jaką książką przed oczami.

Pisanie to trudne rzemiosło, zwłaszcza w czasach, kiedy vlogerzy wygryzają blogerów, bo ich przekaz jest łatwiejszy. Niełatwo napisać tak, by skłonić kogoś do lektury. Trzeba mieć pewne umiejętności, solidny wręcz warsztat, by skutecznie przekazać swoje myśli i nakłonić kogoś do sięgnięcia po lekturę, o której akurat piszemy. To nie jest jakieś pitu-pitu, tere-fere. To harówa. Przyjemna, ale harówa.

Zatem kiedy ktoś mi pisze, że z zasady jest przeciwny umieszczania płatnych recenzji gdziekolwiek, bo to sprzeczne z jego moralnością, mam ochotę strzelić mu w ryj, ale tylko przez ułamek sekundy, bo potem przychodzi politowanie. Osoba ta nie wie, w jakich czasach żyje, zatem jest odrealniona. Współczuć jej należy, po prostu.

A jakie jest Wasze zdanie? Recenzujecie za friko albo jedynie za egzemplarz od wydawnictwa tudzież autora? Jaki jest Wasz stosunek do pisania za wynagrodzenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Jeśli zaś to, co napisałam, jakoś tam do Was przemawia, dajcie łapkę na Facebooku. Polubcie Fabrykę dygresji, bo to w 99,9 na 100 przypadków moja jedyna zapłata za kontent, który staram się dla Was jak najlepiej przygotować.

Sylwia Chutnik — W krainie czarów

Sylwia Chutnik — W krainie czarów

Oglądam sobie czasami Drugie śniadanie mistrzów, taki program publicystyczny w tej lewackiej tv, no bo skoro już oglądam tv, to tylko lewacką, żeby mnie szlag nie trafił. Wiecie, o co chodzi. Patrzę, a tam Sylwia Chutnik. Myślę sobie: to jest mądra kobieta. To jest mój człowiek.

Kiedy indziej buszuję sobie po YT, po tym lesie dziwów, i kiedy znudzi mi się Mieciu albo Gonciu, sprawdzam, co inni mają do powiedzenia na temat tego, czym żyję najbardziej, czyli à propos książek. Klikam, a tam Sylwia Chutnik i jej Barłóg Literacki. Stwierdzam: dobry program. Wartościowy. Lezę na Warszawskie Targi Książki, wlokę się w znoju i pocie na ten stadion, oglądam się przez ramię, a tam element nie z tego świata: różowe włosy. Nadnaturalna pink power. I chciałabym podejść, zagadać, powiedzieć, że podziwiam… Ale Sylwia Chutnik to jest przede wszystkim pisarka, a ja, wstyd się przyznać, no siara totalna, jeszcze z jej twórczością się nie zapoznałam. No to co ja mam powiedzieć? Że lubię pani słuchać, pani Sylwio, bo pani tak zawsze konstruktywnie i z humorem się wypowie? A co z najważniejszym, czyli literaturą?

Pierwsze, co wpadło mi w ręce, to zbiór opowiadań W krainie czarów. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Znacie to uczucie, kiedy oglądacie zwiastun jakiegoś filmu i po jego zakończeniu macie mindfuck? Takie: o kurwa, co tu się wydarzyło? Zajebisty film! Dlaczego w kinie dopiero za miesiąc? Muszę obejrzeć! Wreszcie idziecie na premierowy seans. Tak długo wyczekiwany, całe trzydzieści dni. Pełni nadziei. I po trzydziestej minucie filmu wiara w to, że wydarzy się cokolwiek ciekawego, po prostu Was opuszcza. Nie wiecie już sami, dlaczego chcieliście to obejrzeć. Nie wiecie, jak to się stało, że wydaliście na tę wątpliwą przyjemność 12 zł (bo jesteście mądrzy i na mainstreamowe filmy chodzicie tylko do Multikina, na Czwartki z Kinder Bueno). Wiecie tylko jedno: this is totalne gówno. No, macie tak? Kojarzycie ten zawód? Tę pustkę w żołądku?

Otóż ja z opowiadaniami Sylwii Chutnik tak nie miałam.

chutnik2

Wiedziałam, że jeśli to będzie gówno, to tylko dobre, takie, które można jeść bez końca, bo jest bezkresnie smaczne. Co tam lubicie jeść najbardziej? Bułkę z Nutellą bez masła? Chałwę? Otóż ja najbardziej na świecie kocham pierogi ruskie i każde opowiadanie W krainie czarów było dla mnie jak dobry ruski pieróg. Gdybym miała babcię, to robiłaby tylko takie.

W krainie czarów to jedenaście opowiadań o ludziach, którym nie jest w życiu lekko. Czyli o ludziach z krwi i kości, którzy żyją, bo cierpią i cierpienie to akceptują, co czyni ich wyjątkowymi. Hm, z wyjątkiem wyjątkowego bohatera opowiadania pt. Przeszkadzały. Od początku wiedziałam, że coś jest z nim nie tak i że go nie polubię, nie sądziłam tylko, że będzie tak źle. I ten tekst, jeśli mam być szczera, był takim pierogiem ruskim, który można zjeść w schronisku młodzieżowym Szwajcarka. W sumie nie wiadomo, czy zimny, czy ciepły, czy cebulka to cebulka, a nie papier toaletowy, no, ale jednak, pieróg ruski, a nie jakieś frytki czy inne paskudztwo.

Mam taki problem, że boję się starości, wiecie? Może jej nie doczekam, bo jak sobie czegoś nie potrafię wyobrazić, to to się nie dzieje, ale może po prostu moja fantazja jest wciąż za słabo wyćwiczona. I Sylwia Chutnik W krainie czarów porusza tę sprawę. Starość jest normalna. Tak jak złamana noga, tęsknota za kochankiem oraz naczynia do pozmywania. Nic przyjemnego, ale da się znieść. Autorka pisze o tym w kilku utworach, jak choćby opowiadaniu Pola, o kobiecie, która miała nadzieję, że związanie się z mężczyzną będzie cenniejsze niż zrobienie kariery i po wielu, wielu latach dopiero okazuje się, czy miała rację, czy też nie. Albo w historii Bożeny z Poznańskiej, prostytutki, która łudzi się, że oddana do adopcji córka wiedzie szczęśliwe życie. Czy też ukazują losy tytułowej Anny oraz jej matki, osobliwego duetu, połączonego z pozoru jedynie negatywnymi uczuciami. Nieważne, jak jest źle. Mamy obowiązek, by żyć, w każdym wieku, bo inni nie mieli takiej okazji.

chutnik3

Muranooo i Piwnica to teksty o drugiej wojnie światowej. O piekle, które nie chce wywietrzeć z naszych umysłów, i dobrze. Może jeśli będziemy przechowywać w szkatułkach pamięci zło, rozpoznamy je, kiedy znów będzie chciało zaatakować? Chutnik nam w tym pomoże. Autorka pisze z niebywałą empatią. Czasem i sarkazmem, bo o niektórych sprawach nie sposób pisać wprost. Ale język, jakim się posługuje, trafia prosto do serca czytelnika.

Jedyny dysonans, jaki odczułam, taki dosyć nieprzyjemny zgrzyt, to brak konotacji między tytułem a treścią zbiorku. No bo, kurczę, można to interpretować na wiele sposobów. Jako żart, jako właśnie taki oksymoron, sarkazm, co kto wymyśli, będzie dobre. Ale mi jakoś nie do końca pasuje, nie wiem.

W krainie czarów mimo tego naturalnie polecam, bo to zbiór opowiadań mądrych i nierzadko zaskakujących. Ich lektura momentami mnie wstrząsnęła, zasmuciła, ale ostatecznie, kiedy myślę o tekstach autorstwa Sylwii Chutnik, czuję ciepło. Dobrze byłoby, gdyby z opowiadaniami zapoznał się każdy Polak… Wiem, marzenie ściętej głowy. Polecam zatem szczególnie osobom takim, jak ja: kobietom, które być może są dorosłe, lecz jeszcze nie do końca się na to godzą. Z krainy czarów można się naprawdę dużo nauczyć. To lektura, dzięki której czytelnik zyskuje dużo więcej niż tylko rozrywkę.

Następny krok? Kieszonkowy atlas kobiet. Mam przeczucie, że dokarmi moją feministyczną naturę i porządnie zainspiruje.
Jeśli jesteście fanami twórczości Sylwii Chutnik i chcecie mi polecić jakąś jej książkę, dajcie znać. A jeśli podobał Wam się wpis, to miło będzie, jeśli dacie lajka na fejsiaczku. Z góry dzięki!

;

Joanna Grzymkowska-Podolak – Zakochani w świecie. Malezja

Joanna Grzymkowska-Podolak – Zakochani w świecie. Malezja

Najlepsza książka na lato 2017 wg serwisu granice.pl. Książka podróżnicza, w której dużo jest o podróżowaniu po samym sobie oraz relacji z najbliższym człowiekiem. Malezja to po Maroko i Indiach trzecia część cyklu Zakochani w świecie autorstwa Joanny Grzymkowskiej-Podolak, która podróżuje wraz z mężem, Jarosławem Podolakiem, w najatrakcyjniejsze turystycznie rejony globu.

Malezja jest krajem pięknym, ciekawym i kontrastowym. W jego stolicy, Kuala Lumpur, pysznią się wieżowce Petronas Towers, mające aż osiemdziesiąt osiem kondygnacji. Na obrzeżach zaś spokojnie, dostojnym krokiem, spacerują w najlepsze dystyngowane warany. To tam żyje najstarszy na świecie las, Taman Negara. I wszędzie dostępne są soczyste owoce, w tym również te najbrzydziej pachnące, jak duriany. Można też spotkać największe i być może najdziwniejsze kwiaty na świecie, raflezje. I właśnie tam, gdzie nowoczesność, biznes i technika świetnie rozwija się obok bujnej przyrody, udali się Zakochani w świecie.

Największą zaletą trzeciej książki Joanny Grzymkowskiej-Podolak jest to, że rozbudza ciekawość czytelnika od pierwszej strony. I, uwaga, zaspokaja ją, ale tylko w pewnej mierze. Przezabawna, głodna wrażeń i energiczna autorka przedstawia bowiem najrozmaitsze informacje o kraju. Opowiada na przykład o religii i świętach.

W Malezji obok meczetów stoją świątynie hinduskie i taoistyczne. Wszyscy, choć może każdy inaczej, celebrują chiński Nowy Rok, hinduskie święto światła Diwali czy muzułmańskie Urodziny Proroka Mahometa. Obok ortodoksyjnych muzułmanek, które nawet dłonie zasłaniają czarnymi rękawiczkami, przechadzają się Chinki ubrane w skąpe spódniczki. Nie mówiąc już o tym, że w wielu miejscach bez skrępowania pojawiają się osoby transseksualne!

Dalej przedstawia też z grubsza charakter malezyjskiej kuchni, wprost przebogatej w smaki. O tych pysznościach mogłabym czytać bez końca. Sęk w tym, że samo czytanie nie wystarcza. Podczas lektury bardzo często zapalała mi się w głowie lampka: jedź tam, poczuj to, zobacz, posmakuj. Mimo że pozornie powinnam mieć dosyć włóczęgi (dopiero wróciłam z urlopu, o czym pisałam ostatnio), naprawdę zaczęłam odczuwać potrzebę spakowania plecaka i opuszczenia domu. To jedna z największych zalet Zakochanych w świecie. Nieodmiennie motywują do podróży.

Nieocenione są wszak wskazówki dla podróżujących, które chcieliby odwiedzić Malezję. Z których lotów skorzystać, gdzie spędzić noc, jakie miejsca zobaczyć przede wszystkim. I miejsca te opisane są rewelacyjnie. Zagłębiwszy się w lekturę, świadomość czytania opuszcza nas i przed oczyma stają kolorowe obrazy, które autorka przedstawia z dużą wprawą. Całości dopełniają zdjęcia, dokumentujące spotkania z niesamowitymi zwierzętami czy ciekawymi postaciami. Jest ich całkiem sporo, choć większość możemy zobaczyć wychodząc poniekąd z książki, lecz cały czas przebywając na terytorium Zakochanych w świecie. Malezja jest bowiem książką interaktywną. Korzystając z aplikacji Tap2C, możemy lepiej eksplorować Malezję dzięki materiałom zgromadzonym przez Asię i Jarka. Bardzo mi się ten pomysł spodobał!

 

Większość z wymienionych wyżej aspektów można odnaleźć w innych książkach podróżniczych. Ale są pewne elementy, których nie uświadczy się nigdzie indziej. Przede wszystkim jest to, jak we wcześniejszych częściach, przyjemny humor. Prosty, sytuacyjny, skuteczny, np. wówczas, kiedy Asia śmieje się z Jarka, że ma w podróży dużą głowę i stanie się celem dla łowców na Borneo. Ponadto jest to książka o radzeniu sobie w podróży, a zatem nie tylko podziwianiu pięknych widoków, ale i sposobach na przetrwanie trudnych momentów, kiedy jest się zdanym na siebie i drugą osobę. Jak pisze sama autorka

Ale podróż to również sztuka wyboru i umiejętność podejmowania nie zawsze wygodnych decyzji.

Zakochani w świecie to nie jest książka w żaden sposób o psychologii związku, lecz dzięki lekturze można wiele w tej dziedzinie się nauczyć.

Nigdy nie kryjemy, że kłótnie i sprzeczki, czasem większe, czasem niewinne, jak ta o za dużą głowę, są stałym elementem naszych podróży. […] Podróże to kawałki naszego życia. Te wyjątkowe. W podróży jest czas na żarty, złośliwości, rozmowy, które pewnie nigdy nie odbyłyby się w stacjonarnym trybie. Myśli, umysł, ciało – po prostu nasze organizmy – funkcjonują inaczej. […] A trudno sobie wyobrazić bardziej intensywne bycie ze sobą niż podczas wspólnych wypraw. Kilka tygodni, miesięcy z mężem lub żoną, partnerem lub partnerką non stop. Dzień w dzień, noc w noc. Bylibyście na to gotowi? Zapewniam, że po jakimś czasie zostaje tylko prawda. […] O tym, jak nam samym ze sobą i ze sobą razem jest. […] Kilka tygodni, miesięcy w podróży – tak moim zdaniem powinno się „przetestować” człowieka, z którym chce się przeżyć resztę życia.

DSCN3181

Nie ukrywam, że choć Zakochani w świecie. Malezja jest książką świetną, to niepozbawioną wad. Czasem dłużyły mi się fragmenty, w których autorka opisywała sposób transportu z jednego miejsca na drugie. Akapity te dla mnie były za długie, czysto techniczne, nie bardzo mnie interesowały, bo przede wszystkim stawiam na akcję i refleksje. To zawsze najbardziej interesuje mnie w książkach podróżniczych, dlatego wielbię książki Piotra Strzeżysza, np. Powidoki, w których podróże stanowią jedynie tło dla rozwoju duchowego autora. Nie przepadam też za dialogami, a zapis codziennych rozmów Asi i Jarka uważałam za zbędny, nie wnoszący nic do relacji.

Kilka słów na temat wydania książki – Edipresse publikuje tytuły książek podróżniczych w sposób luksusowy. Twarda, szyta oprawa, intensywne kolory okładki, papier kredowy… Książka wygląda jak wspaniały album z podróży i doskonale prezentuje się na półce. Tak solidnie i z klasą. Pytanie, czy książka podróżnicza powinna tak wyglądać? Uważam, że nie do końca. Tutaj pozwolę sobie na delikatną refleksję.

Podróżnik to osoba mobilna. Kiedy akurat przebywa w domu, jeśli takowy ma, nie siedzi w miejscu, tylko biega i załatwia różne sprawy. W podróży zaś liczy się dla niego jak najlżejszy bagaż. Dlatego np. Kasia Maniszewska, autorka książek z serii Podróżnik bez powodu, na wyprawę w 40 dni dookoła świata zabrała tak naprawdę kilka kartek wyrwanych z przewodnika. Gdybym chciała wybrać się do Malezji, na pewno nie wzięłabym ze sobą książki Zakochanych w świecie, bo byłaby dla mnie zbyt wielkim obciążeniem. Żal byłoby mi też wyrywać kartki z praktycznymi informacjami, w końcu tomiszcze jest tak pięknie zaprojektowane… Dla mnie książka podróżnicza powinna być lekka, w miękkiej oprawie i przede wszystkim praktyczna swą fizyczną formą. Ale nie każdy musi się ze mną zgadzać. A Wy, moi drodzy Czytelnicy, jak sądzicie?

Zakochani w świecie. Malezja to książka bez wątpienia warta polecenia, nie ustępująca w niczym poprzednim częściom serii. Przeczytajcie koniecznie, jeśli wybieracie się w tamte rejony. A jeśli spodobała Wam się moja recenzja, zachęcam do polubienia fan page Fabryki dygresji na Facebooku!

;